Strona główna > Wspomnienia > Rozdział VII

Wacław Mauberg

 

SAGA  ZWYKŁEJ  RODZINY

 

WSPOMNIENIA

nie  zawsze  sielskie  i  apolityczne

 

 

 

 

Rozdział VII

 

UPADEK  IMPERIUM

 

P

o powrocie z Francji w lipcu 1978 roku zastałem w kraju sytuację poważnie już zmienioną. Sprzedaż magli, zgodnie z przewidywaniami Helenki, wyraźnie spadała. Dochody z te­go źródła były coraz mniejsze.

W codziennym natomiast życiu coraz bardziej widoczne stawało się, że polityka gospo­darcza ekipy gierkowskiej praktycznie już się załamała. Niezadowolenie i uczucie konieczności dokonania zasadniczych zmian, nie tylko ekonomicznych, ale i systemowych, ogarniało coraz szersze gremia społeczeństwa. Również i członkowie PZPR zaczynali protestować już bardzo otwarcie. Coraz liczniejsze stawały się środowiska opozycyjne, które wiosną 1977 roku utworzyły ROPCiO – Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Władze ze swej strony przy­stąpiły do zakrojonej na szeroką skalę akcji zwalczania KOR-u i ROPCiO oraz aresztowania ich członków. Równocześnie zaczęły spontanicznie powstawać liczne niezależne inicjatywy wy­dawnicze: kwartalnik literacki Zapis, Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA, pismo lite­rackie Puls, Robotnik, Głos, Niezależne Pismo Młodych Katolików SPOTKANIA założone przez młodego energicznego studenta KUL w Lu­blinie Piotra Jeglińskiego, kwartalnik polityczny Krytyka, Res Publica i wiele innych. Wydawnictwa te złamały monopol pań­stwowy, a ich ogromną zasługą było wypełnienie dotkliwej luki informacyjnej na polskim rynku wydawniczym.

Ważnym dokonaniem opozycji demokratycznej w tym czasie było zorganizowanie pry­watnego dokształcania na temat najnowszej historii, prawa, ekonomii, socjologii. W różnych miastach Polski powstały Latające Uniwersytety, a ogólnokrajowy zasięg miało TKN – Towarzystwo Kursów Naukowych. W okresie tym zaczął tworzyć się także niezależny od władzy, wolny ruch związkowy. W Katowicach i na Wybrzeżu powstały komitety założycielskie Wolnych Związków Zawodowych. Na Wybrzeżu jednym z wyróżniających się działaczy był między innymi elektryk stoczniowy Lech Wałęsa, a w Katowicach – radiomechanik Kazimierz Świtoń i jego synowie. Ponieważ władze nie tolerowały tych społecznych inicjatyw, zaczęły się mnożyć brutalne ataki, prowokacje różnych służb UB, przemianowanego obecnie na SB i aresztowania .

Wszystkie te wydarzenia były żywo komentowane w zakładach pracy. Informacje roz­chodziły się szczególnie szybko w środowisku pracowników biur projektów z racji częstych po­dróży projektantów po całym kraju. Czuć było wyraźnie, że sytuacja w Polsce gęst­nieje, a bardziej przewidujący przepowiadali zbliżanie się fali wybuchu niezadowole­nia społecznego. W naszym gliwickim BIPROKWAS’ie pozostali już tylko bardzo nieliczni, którzy by otwarcie i jawnie nie krytykowali władzy administracyjnej za nieudolność, a PZPR za jej niereformowalność.

Na taką sytuację w Polsce i stan umysłów społeczeństwa nałożyła się nieoczekiwana wiadomość z Watykanu o wyborze w dniu 16 października 1978 roku polskiego kardynała z Krakowa, Karola Wojtyły, na głowę Kościoła Rzymskokatolickiego. Kardynał przybrał imię Jan Paweł II, co miało sygnalizować, że będzie kontynuatorem reformatorskiej działalności papieży Jana XXIII oraz Pawła VI-go. W całym kraju zapanowała euforia, we wszystkich kościołach rozdzwoniły się dzwony obwieszczając wiernym tę radosną nowinę o polskim papieżu, przepowiadanym już przez Juliusza Słowackiego. Powiał na nas jakiś ożywczy wiatr, a ludzie zaczęli jakby oddychać pełniej.

¬ ¬ ¬

W dniach od 2 do 10 czerwca 1979 wybrany niecały rok temu nowy papież Jan Paweł II pielgrzymował po Polsce.

Władze PRL-u nie mogły nie wyrazić zgody na odwiedziny swego kraju przez tak wielkiego Polaka. Na całej trasie przejazdu witały go miliony wiernych. Jego podróż była jednym wielkim pasmem manifestacji przywiązania narodu do tradycji katolickiej. Śledziliśmy ją w radiu i telewizji z zapartym tchem po raz pierwszy stwierdzając ze zdumieniem, jak bardzo zmaleli i niepewnie się czuli w spotkaniu z majestatem głowy Kościoła bezgranicznie buńczuczni dotąd przedstawiciele władzy państwowej. Z satysfakcją obserwowaliśmy nieudolne wysiłki operatorów kamer telewizyjnych aby nie pokazać niezliczonych, nieraz milionowych tłumów ludzi przybyłych dla uczestnictwa w polowych mszach odprawianych przez papieża.

 

Nie lękajcie się!

My również, wraz z setkami tysięcy innych, wzięliśmy urlop w naszych miejscach pracy i wybraliśmy się całą rodziną, z Anią i Andrzejem do miejscowości Mogiła pod No­wą Hutą, a na drugi dzień do Krakowa, gdzie papież celebrować miał mszę na wolnym po­wietrzu. Wysłuchaliśmy wówczas jednej z tych słynnych homilii, które Ojciec Święty kierował do swych rodaków prosząc ich aby nie podcinali sami tych korzeni, z których wy­rastamy i mówiąc im nie lękajcie się. Dla milionów Polaków, dotąd, zre­zygnowanych i pogodzonych jakby z brakiem możliwości zmiany sytuacji był to moment przełomowy, w którym podnieśli się z kolan i naocznie stwierdziwszy swą ilość, uświadomili sobie swą siłę. Nie ulega wątpliwości, że Ojciec Święty przebudził swych rodaków, a dla mnie jest pewne, że to On był zaczynem, dzię­ki któremu w rok później powstała w PRL Solidarność.

¬ ¬ ¬

W marcu 1980 przeprowadzone zostały kolejne wybory do Sejmu i Rad Narodowych. Według oficjalnych danych, w wyborach wzięło udział 99,87% wyborców Podanie tak zu­pełnie nierealnych wyników wyborów stało się jednym z czynników, które przesądziły o losach socjalizmu w Polsce: nawet najzagorzalszym jego zwolennikom opadły ze zniechęcenia ręce na tak jaskrawy sposób, w jaki władze kpiły ze zdrowego rozsądku swych obywateli. Tym razem społeczeństwo dysponowało też szacunkowymi danymi pochodzącymi z niezależnych źródeł opozycyjnych. Według danych KSS KOR fre­kwencja wyborcza wynosiła w Warszawie około 80%, a w akademikach była w granicach 25-50%  . W Gliwicach musiało być zapewne podobnie, a przyczyniła się do tego również i nasza rodzina, która zbojkotowała wybory tym razem już w pełnych stu procentach.

Kasia, która w lecie przyleciała z Paryża do Polski na wakacje, była już wówczas poważną studentką II-go roku wydziału rzeźby Akademii Sztuk Pięknych na Sorbonie. Przywiozła nam zaproszenie na wernisaż wystawy, jaką polscy studenci Beaux Arts urządzali w czerwcu w Instytucie Polskim, mieszczącym się przy ulicy Jean Goujon w Paryżu. Od owych lat, gdy mieszczący się przy tej samej ulicy konsulat polski w Paryżu z tępym uporem odmawiał mi wydania paszportu konsularnego na pobyt we Francji, upłynęło nie tylko prawie 20 lat, ale i zmieniła się cała epoka w sposobie myślenia: polskie służby dyplomatyczne w Paryżu nie odżegnywały się już od współdziałania z przebywającymi we Francji swymi obywatelami!

Zaproszenie na wernisaż polskich studentów Beaux Arts

Nie było żadnych możliwości naszego wyjazdu w czerwcu do Francji na Kasi wernisaż. Nasz urlop spędzaliśmy w 1980 roku wspólnie z Kasią, jej koleżanką i Andrzejem w zabitej deska­mi od świata wsi Serpelice nad Bugiem. Jednakże dziewczęta długo nie wytrzymały tego spo­kojnego, sielskiego życia. Wybrały się z Andrzejem na kajakowy spływ Wisłą do Gdańska. Lip­cowe ulewy, które wtedy właśnie nadeszły, spowodowały wystąpienie Wisły z brzegów i groźne powodzie. Ze spokojnego, leniwego nurtu Wisła zamieniła się w rozszalałą, niebezpieczną rzekę. Nie mając żadnych wiadomości od naszych dzieci, przeżywaliśmy chwile dużego niepokoju.

Po wyjeździe Kasi i Andrzeja na spływ, dalszą część urlopu spędzaliśmy w Serpelicach samotnie. To tam, z kilkudniowym opóźnieniem, dotarły do nas słuchy o tajemniczych prze­rwach w pracy w Mielcu i Ursusie pod Warszawą. Jak zwykle dotąd w Polsce, tak i obecnie ich przyczyną była ogłoszona od 1-go lipca 1980 r. podwyżka cen żywności – tym razem mięsa i je­go przetworów. Po kilkunastu dniach okazało się, że podobne przerwy w pracy miały miejsce w Sanoku, Świdniku i Lublinie. Spirala strajkowa rozkręcała się powoli, ale systematycznie. W jednych miastach gasła, by natychmiast pojawić się gdzie indziej.

Gdy w początku sierpnia wróciliśmy do Gliwic, okazało się że nasze dzieci są już w do­mu całe i zdrowe.

Dowiedzieliśmy się także, że strajki ogarnęły Łódź, a potem Zakłady Komunikacji Miej­skiej w Warszawie. Społeczeństwo, zniechęcone już ostatecznie do życia w socjali­zmie oraz brakiem widoków na pozytywne zmiany, traciło hamulce. Lawina ruszyła. W telewi­zji zaczęli pojawiać się w różni działacze PZPR, którzy rzucali gromy na wichrzycieli i wylewali krokodyle łzy nad stratami, jakie to przynosi naszej gospodarce. Dziwnym trafem, po każdym ta­kim wystąpieniu, stawał jakiś nowy duży zakład pracy. W ten sposób, po kolejnych gromach w wieczornym dzienniku telewizyjnym, już od rana 14 sierpnia stanęła Stocznia imienia Lenina w Gdańsku, a następnego dnia strajk rozszerzył się na inne zakłady Trójmiasta. Dopiero później dowiedzieliśmy się szczegółów: przedstawiciele 21 zakładów proklamowali powstanie MKS – Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Stoczni im. Lenina. MKS sformułował też ostatecznie listę postulatów. Oprócz żądań czysto ekonomicznych, Lista 21 Postulatów zawierała także żądania o charakterze politycznym: strajkujący domagali się utworzenia Wol­nych Związków Zawodowych, niezależnych od partii i dyrekcji zakładu pracy. Dopominano się również wypuszczenia na wolność więźniów politycznych, wznowienia nadawania radiowej transmisji mszy św. w niedziele, jak to miało miejsce nie tylko przed wojną 1939 roku, ale nawet jeszcze przez krótki czas po wyzwoleniu w 1945 r. oraz przywrócenia do pracy karnie zwolnionych ze Stoczni Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy. Z nazwiskami tymi, nieznanymi nam dotychczas, zetknęliśmy się wówczas po raz pierwszy.

18 sierpnia wybuchł strajk w Szczecinie, gdzie także utworzono MKS. Na jego czele sta­nął Marian Jurczyk. W ciągu kilkudziesięciu godzin praktycznie całe polskie Wybrzeże objął strajk powszechny. Sporadycznie wybuchały też strajki w innych częściach kraju.

Sytuacja wyraźnie przerosła wyobraźnię przeciętnych działaczy PZPR. Komunistyczne władze prowadziły ze strajkującymi niemrawe rozmowy i wyraźnie grały na zwlokę w nadziei, że przetrzymają ich w tej wojnie nerwów. Podobnie jak i cała Polska, wydarzenia na Wybrzeżu ob­serwowaliśmy w naszych gliwickich Biurach Projektów z zapartym tchem dzięki nasłuchowi ra­dia zagranicznego, polskim relacjom radiowym i telewizyjnym, a również i opowieściom naocz­nych świadków, projektantów przebywających w tym czasie na delegacjach służbowych na Wy­brzeżu. W całej Polsce panowało olbrzymie napięcie. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak delikatna gra się toczy. Radio Wolna Europa mówiło o koncentracji wojsk sowieckich przy naszej wschodniej granicy. Interwencja wojsk bloku wschodniego, do której Breżniewa gorąco namawiał Honecker, przywódca Niemieckiej Republiki Demokratycznej – naszego zachodniego bratniego socjalistycznego sąsiada, wisiała na włosku. Dzięki paradoksowi Historii uratowała nas od niej podobna, wcześniejsza interwencja sowiecka w Afganistanie: Rosjanie nie czuli się na siłach by prowadzić równocześnie dwie wojny, a nie mieli żadnych wątpliwości co do deter­minacji, z jaką Polacy bronić będą resztek swej, i tak już mocno ograniczonej wolności.

W całym kraju poszły potajemnie w ruch zakładowe powielarnie, zakonspirowane po­wielacze oraz prywatne maszyny do pisania, a w śród nich również i moja ERICA. Polskę zalała powódź podziemnej literatury, przeróżnych biuletynów informacyjnych i domorosłej twórczości literackiej. Wśród tej ostatniej największym może sukcesem cieszył się krążący wtedy w licz­nych odpisach poemat anonimowego autora noszący tytuł Kronika polska Anno Domini 1980, w syntetycznym jakby skrócie oddający dowcipnie wydarzenia i atmosferę tamtych dni:

Partia szła zwycięsko przodem, a my za nią korowodem.

Stawialiśmy nowe żłobki i podnosiliśmy zarobki,

a wybrane świeżo Związki spełniały swe obowiązki.

Z mięsem było trochę licho, ale o tym lepiej lepiej cicho;

wszak codziennie płynął wartko dialog społeczeństwa z partią.

Nagle poszły dziwne słuchy: jakiś Lublin? Jakieś ruchy?

Ale telewizja cała gromko nas informowała:

stal się topi, miedź przetwarza, górnik węgla nam przysparza,

rolnik kosi, prządka przędzie, słowem – jest harmonia wszędzie!

Aż tu pewnej letniej nocy Ambroziewicz  nas zaskoczył.

Mówił rzeczy prosto z bajki: ponoć są gdzieś w Polsce strajki!!!

A w tej samej niemal chwili prasa jak nam nie zakwili:

Są konflikty i trudności, nade wszystko –  cierpliwości!

Wkrótce przyszło wyjaśnienie – stanął premier na antenie

i odezwał się: „Rodacy! Macie, słyszę, przerwy w pracy.

Marsz natychmiast do roboty, bo wpędzicie nas w kłopoty!

Żłobki, pensje – to są bzdury, a naprawdę: długów góry!

Rząd poradzić sobie umie, premier na tym się rozumie.

Więc zakończcie te wybryki i wracajcie do fabryki!”

Mówił premier jak wyrocznia, więc stanęła Gdańska Stocznia.

Przed godziną jedenastą stało całe Gdańskie miasto.

Że nie pomógł głos premiera, ujrzeliśmy wkrótce Giera.

Gierek sroży się na wizji, stół rozwalił w Telewizji.

„Zaciskajcie mocno pasy, a nadejdą lepsze czasy.

Partia wszystkim wam pomoże kupić mięso, paszę, zboże,

lecz dla polskiej racji stanu – dosyć tego bałaganu!”

Słowo „strajk” w tej deklaracji wyszło wreszcie z konspiracji.

Odtąd stale nim miotała co dzień nasza prasa cała.

Gierka głos przez Polskę leci – i natychmiast staje Szczecin.

DT   głosi wiadomości w ustalonej kolejności:

ile nas to już kosztuje że ta stocznia nie pracuje,

że marnują się cytryny  – podstawowy byt rodziny.

I o której wstawać trzeba żeby ludziom sprzedać chleba.

Zaraz potem przy ciągniku przedstawiano nam rolników.

Teraz na dyskusję pora: mają zawsze profesora,

robotnika i kobiety. Milczą za to Komitety .

A na koniec posiedzenia zawsze jest ktoś do straszenia.

Pan Morawski z ChSS-u  chciał nauczyć nas moresu

i ni z tego ni z owego zacytował Wyszyńskiego.

Straszył potem wojną Wojna , że gdy Polska niespokojna

to bywały już zabory – pamiętamy do tej pory!

Potem obaj premierowie  też straszyli co się zowie.

Przez złośliwy losu kawał, co przemowa –  to ktoś stawał.

Potem nagle spadła cisza – już o strajkach nikt nie słyszał.

Same były wiadomości: że Murzynów Carter gości,

jak wichura wali drzewa, kto w Sopocie ładnie śpiewa.

Lecz miał naród po kolacji inne źródła informacji:

w każdym domu odbiorniki dudnią Głosem Ameryki.

Zaś dyskusji jest na kopy prosto z Wolnej Europy.

Londyn co dzień informuje który zakład już strajkuje.

Znowu wielkie wydarzenie: jest nasz Gierek na antenie!

Zrobił w rządzie duże zmiany: ci, co byli – to barany!

Premier Babiuch  względem wzrostu nie nadawał się po prostu.

Taki Pyka , kiepska sztuka, każdy w Stoczni go oszuka.

Pan Szczepański  od anteny usunięty już z areny.

Nazbyt późno się dowiedział że nie mówił to co wiedział.

Będzie dobrze – takie zmiany! Prezes Szydlak  wysiudany,

z zagranicy zaś Olszowski  zjechał swoje głosić wnioski

(w lutym za podobną radę objął szwabską ambasadę).

Nowy premier sam wystarczy by cud sprawić gospodarczy.

Od tej pory fraszka straty – ważne będą postulaty.

Partia zmieni stare formy, przeprowadzi się reformy,

lecz te Związki Zawodowe? Nie ma mowy, żeby Nowe!

I pobiegło znów z ekranu coś o polskiej racji stanu.

Drapie się telewidz w głowę – jakie Związki? Jakie Nowe?

I zaczyna łapać stacje po radiowe informacje.

Tak na partię padła trwoga, że zwróciła się do Boga:

w ramach nowej polityki trzeba zmienić swe nawyki.

Tkwiąc w nabożnym tym zamiarze Wyszyńskiego się pokaże,

a że sobie zbyt poczyna, to połowę się wycina.

Lecz lud Boga się nie boi: prymas mówi – przemysł stoi!

Partia rozłożyła ręce – Bóg nie pomógł, to któż więcej?

A tu żadna nasza władza na rozmowy się nie zgadza,

więc powiedzieć nie zawadzi, kto ten cały strajk prowadzi.

I przyznaje – to nie męty ani wrogie elementy.

MKS  w Londynie znany, jest nam teraz przedstawiany.

To nie żaden klub sportowy – to Komitet jest Strajkowy!

Szczędząc zbytku nam realiów, nie podano personaliów.

 

Londyn za to wszystko powie – tam naoczni są świadkowie.

Chociaż trzeszczy, chociaż szumi, słucha każdy jak kto umie.

Tak zbierając kęs do kęsa wiemy wreszcie: to Wałęsa!

Słyszy każdy na eterze jak ten człowiek mówi szczerze.

Gdy tak wieści z pertraktacji oczekują po kolacji,

w telewizji, na ekranie, „robotnicze” narzekanie:

Cytryn nie ma! Rosną straty! Popadniemy w tarapaty!

Teraz naród się dowiedział: zły element w Związkach siedział!

Niewłaściwe też wybory miały miejsce do tej pory,

lecz z osobą Jankowskiego  wszystko zmierza do lepszego:

związki będą cacy-cacy, pomyślą o ludziach pracy,

o mieszkaniach i zarobkach, a dla dzieci miejscach w żłobkach.

Grunt to jednak by w jedności trwali ważni oraz prości.

Nic dobrego nie wynika z oddzielania pracownika.

Tylko u kapitalisty z takich Związków zysk jest czysty.

Ale nam świetnie wystarcza CRZZ jako tarcza.

Inny związek zawodowy niech nam wyparuje z głowy!

Takie to przez tydzień cały z fonii płyną komunały.

I niemrawo rząd przyznaje, że stanęły już tramwaje

Nowej Huty i Wrocławia, w Łodzi też się coś wyprawia,

i Zagłębie też węglowe ....  A codziennie –  strajki nowe!

Wtem słyszymy na antenie: mamy już Porozumienie!

W telewizji raptem Stocznia, w niej Wałęsa jak wyrocznia.

Robotniczy ten Wybraniec ma na szyi swój różaniec.

Między niego a premiera dziennikarzy tłum się wdziera,

a strajkowe delegaty wystawiają emblematy.

Krążą wokół dokumenty – milczy naród jak zaklęty!

Od Wałęsy do premiera cały naród łzy ociera.

Dokończyli oto dzieła – jeszcze Polska nie zginęła!

Z przywilejów ani kęsa nie oddamy – rzekł Wałęsa.

Wkrótce też się ukazały postulaty i uchwały:

będą jednak Wolne Związki pełnić godnie obowiązki.

Choć po prawdzie, to się władza na istnienie ich nie zgadza.

Lecz co z Gierkiem? Czy nie chory? Milczą nam publikatory.

Kiedy trwamy tak w rozterce, mówią nagle: „chore serce”!

Taki dziarski nam się zdawał, a słyszymy: pewnie zawał!

I z ekranu padły słowa, że potrzebna nam Odnowa.

Nowe drogi, nowe twarze dziś sekretarz Kania  wskaże.

Nie wytrwały nam Edwardy  – taki stał się naród hardy!

W niedzielę 31 sierpnia 1980 roku, podobnie jak cała Polska, oglądaliśmy ze łzami w oczach w telewizji zakończenie strajku w Stoczni Gdańskiej i podpisanie historycznego Poro­zumienia pomiędzy Komisją Rządową a MKS, reprezentującym wówczas już około 700 zakła­dów pracy. Nikt chyba jeszcze nie zdawał sobie wówczas sprawy, że dane nam było oglądać jed­ną z tych chwil, które mają wpływ na historię świata.

Już następnego dnia MKS w Gdańsku przekształcił się w MKZ – Międzyzakładowy Ko­mitet Założycielski nowych związków zawodowych, a akces do nich zgłaszały lawinowo dalsze zakłady pracy z terenu Wybrzeża. Takie MKZ-y zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu również i w całej Polsce. Na Śląsku duży MKZ powstał w Hucie Katowice, a najbliższym Gliwic był MKZ przy kopalni węgla Manifest Lipcowy w miej­scowości Jastrzębie koło Rybnika.

W takiej chwili nie mogłem pozostać bezczynny. Podświadomie czułem, że dzieje się coś hi­storycznego. Widać było wyraźnie jak bardzo nowe związki są tworem, będącym nie w smak komunistycznym władzom. Namówiłem więc Stanisława Magierę z naszego polickiego Zespołu do założenia w naszym biurze nowego związku zawodowego. Ponieważ do założenia związku wymagana była inicjatywa co najmniej trzech osób, wspólnie z nim namówiliśmy jeszcze panią Cecylię Nowotną z Działu Planowania. Razem pojechaliśmy do najbliższego MKZ w Jastrzębiu by zareje­strować akces Biura Projektów BIPROKWAS do nowego wolnego związku zawodowego. Do­staliśmy upoważnienie do utworzenia na terenie naszego biura Zakładowej Komisji Solidarno­ści. W ten sposób stałem się leaderem trójki założycielskiej Solidarności w Biprokwasie.

Przewodniczącym jastrzębskiego MKZ był niejaki Jarosław Sienkiewicz, pracownik ko­palni Manifest Lipcowy, członek PZPR i jak się później okazało, zaufany wysoko postawionych sekretarzy partyjnych z wojewódzkiego komitetu PZPR w Katowicach. Już wówczas partia komunistyczna, spostrzegłszy że sytuacja zaczyna wymykać się jej z rąk, szukała sposobów na paraliżowanie, a co najmniej na kontrolo­wanie tego tak bardzo masowego, spontanicznie powstającego ruchu społecznego, jakim była Solidarność. W tym celu postanowiła znaleźć się w środku tego ruchu i upoważniła niektórych swych zaufanych członków do inicjatywy zakładania MKZ. Te próby sabotażu od wewnątrz nie były oczywiście jeszcze w owym czasie znane opinii publicznej i MKZ w Jastrzębiu cieszył się naszym pełnym zaufaniem. Solidarność okazała się jednak ruchem tak masowym i tak żarliwym, że te dywersyjne próby podporządkowania Wolnego Związku komunistycznej partii zostały szybko wykryte, a podstawieni fałszywi działacze zmieceni bez śladu przez prawdziwych związkowców. Tak stało się też w krótkim czasie i z Sienkiewiczem oraz wielu je­mu podobnymi niechlubnej pamięci postaciami.

W październiku Wałęsa wraz z grupą czołowych działaczy Solidarności robił rundę po Polsce, by spotykać się z nowymi związkowcami. Wszędzie przyjmowany był entuzjastycznie. Ze względu na olbrzymie zainteresowanie, spotkania organizowane były w dużych salach. Dwudziestego października 1980 r. Wałęsa był w Hali Sportowej kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu. Pojechałem tam oczywiście. Zastałem olbrzymią salę wypełnioną po brzegi tłumem rozentuzja­zmowanych górników i robotników z okolicznych zakładów pracy. Sala była zradiofonizowana, mówiło się do mikrofonów, a głos z potężnych megafonów docierał do każdego zakątka.

Po zebraniu przegrałem w radiowęźle Hali na swoje taśmy magnetofonowe cały, rejestrowa­ny przez jastrzębskich działaczy Solidarności przebieg tego przeszło trzygodzinnego spotkania. Składało się na nie wystąpienie Mariana Jurczyka ze Szczecina oraz Aliny Pieńkowskiej i Anny Walentynowicz ze Stoczni Gdańskiej. Opowiadali oni o powodach wybuchu strajku, o wyzysku stoczniowców, o nieznanych opinii publicznej szczegółach strajków na Wybrzeżu i o tępym opo­rze dyrekcji ich zakładów pracy oraz władzy państwowej wobec Wolnych Związków Zawodo­wych. Lech Wałęsa opowiadał o doświadczeniu, jakie wyciągnął ze strajku w 1970 roku i swych wysiłkach aby nie dać się sprowokować władzy do nieodpowiedzialnych działań i nie dopuścić do powtórzenia tragedii, jaka miała wówczas miejsce w Gdańsku.

W drugiej części spotkania Wałęsa tłumaczył jak należy zakładać Wolny Związek Zawo­dowy w swoim zakładzie pracy i swoim charakterystycznym językiem, dowcipnie i ze swadą odpowiadał na dziesiątki zadawanych mu pytań nie tylko natury związkowej, ale i politycznej. W wielu pytaniach, zadawanych mu prostym robotniczym językiem, bez inteligenckiego owija­nia w bawełnę, przejawiała się troska o kraj i obawy, czy Porozumienie i Lista 21 postulatów wywalczone w Gdańsku są natury politycznej, czy związkowej? Czy Rosjanie będą biernie przyglądać się temu co się w Polsce dzieje? Czy, wobec informacji o koncentracji wojsk sowiec­kich na naszej wschodniej granicy nie grozi nam rosyjska interwencja wojskowa jak w Afgani­stanie lub interwencja wojsk Układu Warszawskiego jak w Czechosłowacji? Wałęsa uspokajał, że Solidarność jest jak najbardziej odległa od mieszania się do polityki, a Porozumienie i Po­stulaty są natury społecznej i związkowej. Że nie chcemy zerwania sojuszy ani oderwania Pol­ski od socjalistycznego bloku.

Wówczas to, odpowiadając na jedno z pytań, Wałęsa wypowiedział swe słynne zdanie:

A jeżeli wejdą do nas? Wówczas pierwszy do nich podejdę, kwiatek do lufy karabinu włożę im na powitanie i powiem że niepotrzebnie się trudzili by nas odwiedzić.

Następnego dnia dałem moje taśmy Krzysztofowi Piwowarskiemu, pracownikowi radio­węzła w Biprokwasie, który był zapalonym zwolennikiem Solidarności. Nie pytając naszych sze­fów o pozwolenie, nadaliśmy je przez biurową sieć nagłaśniającą. Była to wielka zbrodnia prze­ciw ustawie o cenzurze, gdyż w PRL-u każde słowo transmitowane przez media musiało mieć pozwolenie Urzędu Cenzury. W ten sposób zapewne przyprawiłem przychylnego Solidarności naczelnego dyrektora Jana Woźniakowskiego o palpitacje serca, ale pracownicy naszego Biura, nie przerywając pracy, mogli wysłuchać pełnej relacji z tego, co się działo w Jastrzębiu. Działacze re­żimowych związków zawodowych i członkowie biurowego komitetu PZPR nolens-volens zo­stali w ten sposób też zmuszeni do zapoznania się z treścią żarliwych jastrzębskich wypowiedzi. Znając nastroje wśród pracowników, nikt z nich jednakże nie ośmielił się przerwać tego niele­galnego przekazu.

Wyjątkowa, nieznana dotychczas atmosfera entuzjazmu i autentyczna, niefabrykowana żywiołowość tego spotkania zrobiły na słuchaczach tak ogromne wrażenie, że wia­domość o emisji wydostała się natychmiast poza nasze Biuro. Jeszcze w czasie jej trwania poczęli zbie­rać się w naszych pomieszczeniach pracownicy dwóch innych Biur Projektów mieszczących się w tym samym budynku. Moje taśmy miały więc liczne audytorium i zyskały w ten sposób spory rozgłos. W następnych dniach zaczęli się do mnie zgłaszać wysłannicy Solidarności z innych gliwickich zakładów pracy z prośbą o ich wypożyczenie dla swych radiowęzłów. Zrobiłem na mym magnetofonie kilka kopii taśm i w krótkim czasie większość pracujących gliwiczan zapoznała się z przebiegiem jastrzębskiego spotkania, a Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność zyskał w Gliwicach dzięki temu wielu nowych członków.

Działałem wówczas jakbym był w transie. Moje zaangażowanie wynikało z pobudek pa­triotycznych: podświadomie czułem, że angażując się na rzecz utworzenia Solidarności, osłabiam komunistyczny reżim w Polsce. Że działam zgodnie z polską racją stanu i dla dobra mego kraju. Dopiero dużo później przyszła refleksja i zrozumiałem, że postępowaniem moim kierowała także i podświadoma chęć wyrównania mych prywatnych rachunków z komunizmem w ogóle, a z władzami PRL w szczególności.

Lista tych rozrachunków, za które brałem obecnie odwet, nie była krótka: za śmierć mego Dziadka w 1921 r. w bolszewickim łagrze w Moskwie, złamaną karierę zawodową mego ojca który jako bezpartyjny, z powodu upolitycznie­nia wyższych stanowisk w PRL-u po 1945 roku, nie miał szans na karierę zawodową, za jego przedwczesną śmierć spowodowaną brakiem leczenia mimo szumnych haseł o trosce o człowieka w socjalizmie, za upokarzające, pokazowe wyrzucenie mnie z organizacji młodzieżowej na Uczelni przez towarzysza Willerta, za konieczność rozłąki z rodziną i wyjazdu do Francji z powodu braku perspektyw w kraju, za cierpienia Helenki spowodowane naszym rozstaniem, za wieloletnie pozbawienie mych dzieci obecności ojca, za samotnie spę­dzone za granicą lata, za Kowalskiego  wysłanego do Chauny przez PRL-owski rząd aby przy pomocy podłego szantażu usiłować zrobić ze mnie szpiega w zamian za wydanie paszportów mej rodzinie, za przymus powrotu do kraju i fiasko mych starań o przeniesienie rodziny do Francji, za gwałt obowiązku chodzenia na pochody pierwszomajowe i uczestnictwa w wybor­czych farsach, za konieczność życia w zakłamaniu i w ogóle za ten cały narzucony nam siłą nie­ludzki system sowiecki, zmierzający do wciągnięcia nas w orbitę obcej nam mentalności, do zniewolenia i przekształcenia nas w bezduszne automaty rodzaju Homo sovieticus. I za to także, że jako bezpartyjny, podobnie jak mój ojciec, byłem obywatelem drugiej kategorii, pozbawionym najmniejszych szans na dalszy awans zawodowy.

Podobną do mojej motywacją kierowały się wtedy z pewnością dziesiątki, jeżeli nie setki tysięcy innych Polaków. We współpracującym z naszym BIPROKWASEM biurze projektów PROSYNCHEM znajdującym się w tym samym budynku, założycielką Solidarności i potem jej pierwszą wiceprzewodniczącą była Jadwiga Rudnicka, żarliwa patriotka, oddana bez reszty społeczniczka i późniejsza posłanka do wolnego już Sejmu Rzeczypospolitej, a później senator RP. Wszyscy wtedy skorzystaliśmy z pierwszej okazji by przyczynić się do osłabienia znienawidzonego socjalistycznego reżimu. O jego obaleniu nikt jeszcze wówczas nawet nie marzył. Nikt nie wyobrażał sobie wówczas, że koniec imperium zła może nastąpić jeszcze za życia naszego pokolenia. Nikt też chyba nie zdawał sobie sprawy, że wtedy właśnie ruszyła lawina, która za niecałe dziesięć lat miała zmieść z mapy Europy cały obóz socjalistycz­ny.

Powszechnie obowiązującą modą stało się w tym czasie noszenie w klapie marynarki znaczka z napisem „Solidarność” lub o innej patriotycznej treści. Znaczków takich pojawiało się w każdym regionie dziesiątki, a związkowcy wymieniali je między sobą prześcigając się w tworzeniu swoistych kolekcji.

Znaczki solidarnościowe z lat 1980 – 1981

Wraz z Helenką z zapałem oddawaliśmy się wówczas pracy związkowej, każde z nas w swoim miejscu pracy. W biurze Biprokwas chciano wybrać mnie przewodniczącym Zakła­dowej Komisji Solidarności, jako leadera trójki założycieli. Nie chciałem kandydować na tę funkcję uważając, że powinien ją objąć ktoś z młodszego pokolenia, niepamiętający czasów przedwojennych i w ten sposób mający szansę nauczenia się demokracji od początku. Przewod­niczącym wybrany został Zbigniew Pańczyk, bardzo aktywny działacz biurowej Solidarności. Ja poprosiłem o wybór do Komisji Rewizyjnej, której rola była wówczas rozumiana jako Sumie­nie Związku, co też się stało. Zostałem wybrany jej przewodniczącym.

Popularność, jaką zdobyłem dzięki taśmom ze spotkania na kopalni Manifest Lipcowy spowodowała, że zacząłem być uważany za znawcę w sprawie zakładania Wolnych Związków. Coraz częściej bywałem zapraszany do różnych śląskich zakładów pracy by tam wygłaszać pre­lekcje na ten temat. Na zebraniach tych powtarzałem to, co usłyszałem od Wałęsy w Jastrzębiu oraz opisywałem moje własne doświadczenia przy zakładaniu Solidarności w Biprokwasie. Opowiadałem o oporach aktywistów dotychczasowych związków reżimowych zagrożonych w swych wygod­nych stanowiskach i chwiejnej postawie członków PZPR, rozdartych w swym sumieniu pomię­dzy poczuciem patriotyzmu a oportunizmem. Opowiadałem o sympatyzującej z nami Dyrekcji i jej obawach, czy aby ten Wolny Związek Zawodowy i ci szaleni, nieliczący się z żadnymi kon­sekwencjami działacze Solidarności nie sprowadzą przypadkiem na przedsiębiorstwo jakiegoś nieszczęścia.

W zadawanych mi podczas tych zebrań pytaniach wyraźnie dawała się wyczuć obawa przed represjami, jakie mogą spaść ze strony władz na inicjatorów założenia Wolnego Związku. Mówiłem wtedy, nieświadomie powtarzając wypowiedziane rok wcześniej słowa pa­pieża Jana Pawła II nie bójcie się! Skoro mamy podpisane w Gdańsku Porozumienie z władzami i za­twierdzone Postulaty, zakładanie związku jest legalne i nie mamy się czego bać. Nie bójcie się więc i zakładajcie niezależny związek Solidarność. Korzystajcie z wywalczonej z takim trudem możliwości! Jakże byłem naiwny! Dysponując zdobytym na własnej skórze doświadcze­niem w dziedzinie stosunków obywatela z totalitarną władzą, powinienem był wykazać się większą przenikliwością. Z większością z tych, którzy mi uwierzyli i przekonani o braku konse­kwencji za taką inicjatywę założyli Solidarność na swym zakładzie pracy, spotkałem się w rok później w obozie dla internowanych.

Na zebraniu sympatyków Solidarności w sali Operetki w Gliwicach, na które zostałem zaproszony, mówiłem o różnicy psychiki ludzi wychowanych w socjalizmie i wolnym świecie. Wykorzystując doświadczenia z pobytu we Francji, w Paryżu i z pracy w Tour GAN, opowiada­łem o tym, że Europejczyk różni się od obywatela bloku sowieckiego swą instynktowną życzliwością do drugiego człowieka. Wyraża się ona w powszechnym tam zapytaniu What can I do for you? – Co mogę dla ciebie zrobić? lub En quoi je peux vous aider? –  W czym mogę ci pomóc? Ironizując twierdziłem, że przyczyną grubiańskiego zachowania obywateli naszego obozu jest powszechne w socjalizmie zacofanie techniczne, powodujące, między innymi, powszechny brak drzwi wahadłowych. Dla uzasadnienia podawałem przykład. U ludzi dojeżdżających do pracy paryskim metrem, idących korytarzami peł­nymi drzwi wahadłowych, wyrabia się grzecznościowy odruch by je przytrzymać – w przeciw­nym wypadku idący z tyłu człowiek mógłby zostać uderzony w nos skrzydłem sprężynujących drzwi. Czy jest możliwe aby wykonać ten uprzejmy gest przytrzymania drzwi nie odwracając się do tyłu i nie uśmiechając się przyjaźnie do idącej z tyłu nieznanej osoby?

Opowiedziałem również historię usłyszaną od Włodzimierza Kieszczyńskiego, ojca Kuby, którego guru byłem swego czasu w Paryżu. Ojciec Kuby, będąc kiedyś na delegacji służbowej w Moskwie, poszedł na zakupy do Uniwermagu, moskiewskiego domu towarowego. Prze­chodząc z jednej sali do drugiej, kurtuazyjnie przytrzymał skrzydło drzwi wahadłowych idącej za nim starszej kobiecie, która niosła w obu rękach ciężkie torby ze sprawunkami. Kobieta ta, nie tyle zdumiona co przerażona tak niespotykanym przejawem uprzejmości, rzuciła swe torby na podłogę i pozostawiwszy je tam, uciekła w popłochu. Było dla niej oczywistym, że tego rodzaju grzeczny gest nie jest normalny i nie może pochodzić od osoby przyjaznej – pomyślała przy­puszczalnie, że jest to jakiś tajny agent w cywilu, który chce ją aresztować. Pewnie miała coś na sumieniu – sowieckie władze skutecznie dbają o to, aby w Rosji nie było ludzi, którzy by nie mieli czegoś na sumieniu.

Moje opowieści miały sukces – byłem coraz częściej zapraszany na różne solidarnościo­we zebrania by tam przemawiać.

¬ ¬ ¬

A w Polsce sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Dzięki informacjom pochodzącym z satelitarnego wywiadu, źródła amerykańskie wciąż potwierdzały wiadomości o ruchach wojsk sowieckich nad polską granicą oraz znacznych koncentracjach sił w Czechosłowacji i NRD. Pra­sa tych naszych bratnich krajów otwarcie pisała o konieczności interwencji państw Układu Warszawskiego w Polsce. W listopadzie zachodnie środki przekazu poinformowały, że w po­czątku grudnia 1980 r. rozpocznie się zbrojna interwencja. Prezydent USA Jimmy Carter 3-go grudnia w swym oświadczeniu wskazał na bezprecedensowe nagromadzenie sił radzieckich wzdłuż polskiej granicy i ostrzegł ZSRR, że ewentualna interwencja w Polsce odbije się nega­tywnie na stosunkach amerykańsko-sowieckich.

Zaczynały się dziać coraz bardziej dziwne rzeczy. Robotnicze strajki nie wygasały. Od­nosiło się wrażenie, że Polacy chcą odrobić 40-letni okres przymusowej wstrzemięźliwości strajkowej kiedy, to im wmawiano, że w przeciwieństwie do kapitalizmu, w ustroju socjalistycz­nym strajk nie ma racji bytu, gdyż robotniczo-chłopska władza automatycznie spełnia przecież wszystkie dezyderaty robotniczo-chłopskiego społeczeństwa. Chodziły słuchy, że w wielu wy­padkach strajki były specjalnie prowokowane przez władze. W sklepach brakowało już prak­tycznie wszystkiego. Półki były puste. Po benzynę trzeba było stać na stacjach w długich kolej­kach, nieraz pozostawiając tam samochód przez kilka dni w oczekiwaniu na dostawę paliwa. Władze tłumaczyły, że to jakoby z powodu wyniszczających kraj strajków organizowanych przez Solidarność. Nikt w to nie wierzył. Podejrzewano komunistyczne władze, a o ich ukrywa­nej niechęci do Wolnego Związku Zawodowego nikt nie miał wątpliwości, o celowe dezorgani­zowanie rynku by w ten sposób zohydzić Solidarność w oczach społeczeństwa. Ale społeczeń­stwo zaciskało zęby, stoicko znosiło liczne kłopoty dnia codziennego i nie odwracało się od So­lidarności. Mnożyły się milicyjne prowokacje, tajemnicze pobicia czy wręcz morderstwa działa­czy związkowych oraz sprzyjających im księży i dziennikarzy. W Gliwicach pobity został Zygmunt Czajkowski, dziennikarz Nowin Gliwickich, mąż koleżanki Helenki z pracy w Instytucie. Sprawcy zawsze byli niezidentyfikowani, a milicja nigdy nie była w stanie ich wykryć.

Spirala nakręcanej przez komunistów przemocy działała nie tylko w Polsce. Na Placu św. Piotra w Rzymie obywatel turecki Ali Agcza dokonał 13-go maja 1981 r. zamachu na papieża Jana Pawła II. Niektóre wypowiedzi w prasie zachodniej sugerowały, że Agcza był tylko nie­świadomym wykonawcą. Właściwym inspiratorem był sowiecki KGB, który posłużył się do tego celu swymi bułgarskimi współpracownikami.

Za złotówki można było kupić coraz mniej, jedynie w Pewexie za dolary. Jednakże cena dolara na czarnym rynku systematycznie wzrastała. Pojawiła się więc pilna potrzeba aby moje niemałe jeszcze zarobione na maglach ilości złotówek, ulokowane na książeczkach oszczędno­ściowych w PKO, uchronić przed galopującą dewaluacją i szybko zamienić na twarde dewizy. Rynek dewizowy był jednak pusty – nikt dolarów nie sprzedawał, a jeżeli już, to po cenach nie do przyjęcia. Cały ten okres czasu poświęcałem więc na wyszukiwanie okazji kupna dolarów po możliwie przystępnej cenie.

¬ ¬ ¬

Andrzej w tym roku zdał maturę i zapisał się na studia do Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie. W październiku zaczął rok akademicki – mieszkał w Krakowie przy ulicy Brackiej u Peli Potockiej i był, podobnie jak ona, zafascynowany etosem Solidarności i nostal­gią tego ruchu za Polską przedwojenną. Pela wyciągnęła kiedyś z dna szafy i pokazała mu wielki, przechowywany ze czią album. Była to Księga Gości, do której wpisywali się przed wojną znamienici goście w domu jej rodziców. Na jednej ze stron przebiegał na ukos ogromny podpis: był to podpis Marszałka Józefa Piłsudskiego. Studenci, za przykładem swych ojców i matek, zajmowali się na uczelniach w tym czasie głównie nadrabianiem czterdziestoletnich zaległości w strajkowaniu, a także tworzeniem swej własnej organizacji, Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Helenka została zaproszona przez swego brata Marka do Aten, gdyż Marek obecnie pracował w Grecji. Zaproponowała mi, abym tam dojechał, i  tegoroczny urlop spędził z nią wspólnie w pażdzierniku w Grecji. Spotkamy się u Marków w Atenach, a następnie wyjedziemy gdzieś nad morze dla spędzenia wspólnego urlo­pu. Październik i listopad w Grecji są jeszcze bardzo ciepłe i pogodne.

Była to nadzwyczaj ponętna propozycja i wyjątkowa okazja wypoczynku po ciężkim ro­ku pełnym emocjonujących wydarzeń. Nie wahałem się ani chwili tym bardziej, że przy tej oka­zji pojawiła się dodatkowo niespodziewana możliwość uratowania mych oszczędności od galopującej de­waluacji i zamiany ich na twarde dewizy.

Wracając mianowicie niedawno samochodem z delegacji do Warszawy, zabrałem po drodze autostopowiczkę. Kobieta ta, rozentuzjazmowana swą niedawną wycieczką turystyczną do Grecji, opowiadała mi z wielkim przejęciem jak doskonale tam wypoczęła i jak wspaniałym krajem jest Gre­cja. Tak wspaniałym, że bank w Atenach skupuje nawet polskie złotówki. Otrzymane greckie drachmy można tam następnie bez kłopotu wymienić na dolary. Z podawanych mi przez nią przeliczeń wynikało, że cała operacja jest nadzwyczaj opłacalna, a w jej wyniku zamienia się złotówki na dolary po wyjątkowo korzystnym kursie, zupełnie w Polsce nieosiągalnym. Wiado­mość ta spadła mi jak z nieba. Było to przecież rozwiązanie moich problemów.

Zacząłem więc wypytywać moją autostopowiczkę o szczegóły. Była to dosyć prosta oso­ba – nie zapamiętała wiele z pobytu w Atenach. Mgliście przypominała sobie jedynie, że bank który kupuje złotówki znajduje się przy dużym placu. Nie zachowała w pamięci nazwy tego placu, zauważyła jedynie, że znajduje się na nim jakiś duży budynek, przed którym odbywa się zmiana warty. Aby nie wzbudzić podejrzeń, nie naciskałem i nie próbowałem wycisnąć z niej więcej szczegó­łów, gdyż byłem pewny, że wiem już dostatecznie dużo aby po przyjeździe do Aten móc zidenty­fikować ów plac. Myśli pracowały mi gorączkowo, a w głowie zaczynał zarysowywać się już śmiały plan: wystarczyło wywieźć do Grecji wszystkie posiadane złotówki, tam zamienić je na dolary i przywieźć z powrotem do Polski deklarując je na granicy jako darowiznę otrzymaną od rodziny. Wywóz złotówek za granicę był oczywiście nielegalny. W razie złapania groziłoby mi za to więzienie, ale gra warta była świeczki biorąc pod uwagę dużą ilość złotówek, którą posia­dałem i zawrotną wówczas dla mnie sumę około dziesięciu tysięcy dolarów, jaką mógłbym zdo­być dzięki takiej operacji.

Po zwyczajowej odmowie wydania paszportu, stresującym odwołaniu w którym zagroziłem władzom paszportowym, że jeżeli nie dostanę paszportu na wyjazd prywatny, to w przyszłości odmówię zagranicznych wyjazdów służbowych, po odstaniu jak zwykle w długiej kolejce w koszmarnym tłoku zdenerwowanych petentów, uzyskałem w końcu w Biurze Paszportowym upragniony paszport prywatny na wyjazd do Grecji. Wykupiłem bilet lotniczy do Aten, a całą resztę pieniędzy wyciągnąłem z książeczek. Tu pojawiła się trudność, z której wcze­śniej nie zdawałem sobie sprawy: zgromadzone półtora miliona ówczesnych złotych, nie wszystkie w maksymalnych nominałach po 1000 złotych, po ułożeniu stanowiły stos o wysoko­ści przeszło 20 centymetrów. Była to na tyle pokaźna paczka, że nie było mowy aby umieścić ją w bagażu, który z całą pewnością będzie przecież na lotnisku kontrolowany przez celników. Na­leżało więc te pieniądze mieć przy sobie. Ale jak je ukryć? Łamałem sobie głowę aż wpadłem w końcu na pomysł. Były już pierwsze dni listopada i zrobiło się zimno. Do szmuglu pieniędzy po­stanowiłem więc wykorzystać mój długi płaszcz jesienno-zimowy. Odprułem u dołu podszewkę i do płaszcza przyszyłem od wewnątrz kilkanaście podłużnych kieszeni z cienkiego płótna. Pie­niądze podzieliłem na paczki po 2 cm grubości. Do każdej kieszeni wsunąłem po paczce bank­notów, całość sfastrygowałem razem z grubym materiałem płaszcza tak aby obciążone kieszenie w czasie chodzenia zbytnio nie dyndały się, a dół podszewki przyszyłem z powrotem. Powstał w ten sposób najdroższy płaszcz na świecie. Nie wzbudzał on żadnych podejrzeń pod warunkiem wszakże, że nikomu nie przyjdzie do głowy pomysł obmacania jego połów.

Miałem spore emocje w Warszawie na Okęciu przy przechodzeniu przez kontrolę gra­niczną. Celnicy jednak poświęcili całą swą uwagę moim bagażom, na mnie samego nie zwracając większej uwagi. Nie był to jednak koniec przygód. Samolot miał międzylądowanie w Sofii. Na lotnisku nie było sali tranzytowej i wszyscy pasażerowie musieli przejść do zwykłej poczekalni. W ten sposób musiałem jeszcze dwa razy przejść przez kontrolę w Sofii, a po raz trzeci w Grecji. Gdy wreszcie wyszedłem z budynku dworca lotniczego w Atenach w swym grubym płaszczu, obciążonym dodatkowo przeszło kilogramem banknotów, byłem cały spocony nie tylko z go­rąca, ale i ze strachu. W czasie drogi uzmysłowiłem sobie bowiem, iż nie była to zabawa i jak wiele ryzykowałem.

Helenka od kilkunastu dni czekała już na mnie u Marków w willi przy ulicy Kokkinara w podateńskiej miejscowości Kifissia. Po kil­ku dniach, po wzajemnych relacjach o ostatnich nowinach z Francji o pierwszym naszym wnuku Jacku i z Polski o Solidarności, wtajemniczyłem rodzinę w moje plany śmiałych operacji finan­sowych. Gdy wypruta z płaszcza jego niekonwencjonalna zawartość ujrzała wreszcie niebo sło­necznej Hellady, Marek z uznaniem stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział na raz takiej fury przeszmuglowanych pie­niędzy.

Okazało się niestety, że była to tylko ilość, a nie jakość.

Marek i Charlotte znający dobrze Ateny stwierdzili stanowczo, że opisany mi przez autostopowiczkę plac nazywa się Syntagma. Jest to olbrzymi plac Konstytucji, a całą długość jedne­go z jego boków zajmuje okazały budynek greckiego parlamentu. To przed nim znajduje się grób nieznanego żołnierza, gdzie odbywa się owa zmiana warty. Pojechaliśmy tam kilka dni później. Spotkała mnie jednak zupełnie nieoczekiwa­na trudność: na placu Syntagma miał swą siedzibę nie jeden, a przynajmniej dziesięć różnych agencji ban­kowych, a w ulicach przyległych do placu znajdowało się ich co najmniej drugie tyle. Nie było rady – zacząłem cho­dzić od jednej do drugiej zadając niezmiennie to samo pytanie: czy kupujecie polskie złotówki? Wszędzie jednak odprawiano mnie z kwitkiem. Nie znalazłem banku, któ­ry chciałby kupić polskie pieniądze. Autostopowiczce, albo w natłoku wrażeń pomyliło się miej­sce, gdzie znajdował się bank, albo, co bardziej prawdopodobne, wobec galopującej inflacji pol­skie pieniądze tak bardzo w ciągu tego czasu straciły na wartości, że nikt już nie był nimi zainte­resowany.

Zmiana warty na placu Syntagma

Na pociechę obejrzeliśmy wielce widowiskową zmianę warty na placu Syntagma. Doko­nywali jej żołnierze ubrani w operetkowe galowe mundury, poruszający się specjalnym, przy­pominającym ruchy marionetek paradnym krokiem. Zwiedziliśmy Ateny i Akropol. Na tablicy ogłoszeniowej przed siedzibą jakiegoś prawicowego greckiego związku zawodowego ze zdzi­wieniem spostrzegłem dużą fotografię Lecha Wałęsy obok obszernego tekstu, będącego zapewne opisem jego historii w komunistycznej Polsce. Właśnie niedawno, bo 2-go października Wałęsa został wybrany przewodniczącym NSZZ Solidarność.

Natomiast moje półtora miliona z każdym dniem coraz mniej wartych złotówek powró­ciły po urlopie do kraju w którym zostały wydrukowane w ten sam sposób, w jaki z niego wyjechały.

Dzięki temu, że oprócz złotówek przeszmuglowałem do Grecji przezornie także i pewną ilość dolarów, następne trzy tygodnie mogliśmy spędzić w miejscowości Αίδήψού – Edipsos na wyspie Eubea. Było już po sezonie, ceny były niskie, więc wynajęliśmy tam tanie mieszkanie. Pławi­liśmy się w słońcu, morzu i gorącej wodzie spływającej po stoku z podziemnych źródeł. Po ubo­giej, wyniszczonej Polsce byliśmy zaszokowani widokiem obfitości towarów w sklepach. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że w niebogatej Grecji, w niewielkiej miejscowości na wyspie moż­na bez najmniejszego trudu kupić nawet mydło, proszek do prania i papier toaletowy – w tym czasie trudno osiągalne marzenie każdej polskiej pani domu.

Do domu wróciliśmy 8 grudnia. W Polsce była już zima, prószył śnieg i był mróz. Pro­gnozy zapowiadały, że zima będzie długa i mroźna. Przeskok ze słonecznej, ciepłej i normalnej Grecji do zimnej i wynędzniałej Polski był niewyobrażalny. Telewizja nadawała głównie dysku­sje na tematy gospodarcze, lamenty na rozpasanie Wolnych Związków i powszechny bałagan oraz szczegóły o nowym prezydencie Stanów Zjednoczonych, republikaninie Ronaldzie Reaganie. Andrzej na swej uczelni w Krakowie był mocno zaangażowany w działalność NZS – nie­dawno reaktywowanego Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Sytuacja jakby gęstniała, nastąpiło przyspieszenie różnych wydarzeń – 9 grudnia Wałęsa spotkał się z prymasem Józefem Glempem który zastąpił zmarłego w maju kardynała Stefana Wyszyńskiego, 11 grudnia rozpoczął w War­szawie swe obrady Kongres Kultury Polskiej, a w Gdańsku zebrała się Komisja Krajowa NSZZ Solidarność. 12-go grudnia odbyło się pierwsze zebranie Prymasowskiej Rady Społecznej. Wia­domości o tych wszystkich wydarzeniach śledziliśmy z zainteresowaniem w prasie i telewizyj­nych dziennikach wieczornych. W sobotę 12 grudnia po dzienniku, w czasie oglądania nocnego filmu, nasz telewizor nagle zepsuł się i przestał działać. Poszliśmy więc spać.

W niedzielę 13 grudnia 1981 roku rano włączyłem telewizor żeby się przekonać, czy nadal nie dzia­ła. Okazało się że działa, ale zupełnie inaczej niż dotąd – zamiast normalnego programu, ujrzałem jak ubrany w wojskowy mundur znany dziennikarz telewizyjny zapowiadał właśnie wystąpienie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Był on w Polsce wówczas wszystkim: prezesem Rady Ministrów, ministrem obrony na­rodowej, pierwszym sekretarzem PZPR i jak się dowiedzieliśmy, obecnie przewodniczącym utworzonej właśnie WRON . W ten sposób zostaliśmy poinformowani o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, zakazie poruszania poza swe miejsce zamieszkania, delegalizacji NSZZ Solidar­ność, wprowadzeniu godziny milicyjnej, zamknięciu granic, likwidacji prasy, zakazie zgroma­dzeń i całym szeregu innych ograniczeń swobód obywatelskich. Zostały wstrzymane zajęcia we wszystkich szkołach. Zostały zawieszone także wszelkie wolności obywatelskie, jak tajemnica korespondencji czy nietykalność mieszkań. Chciałem porozumieć się z innymi działaczami Soli­darności, ale telefon milczał głucho. Był wyłączony.

W poniedziałek w biurze dowiedziałem się o licznych aresztowaniach solidarnościowych działaczy, brutalnie wyciąganych przez milicję w nocy z mieszkań. Dowiedzieliśmy się, że dla zapewnienia spokoju społecznego władze zmuszone zostały do czasowego odosobnienia nie­których ekstremalnych działaczy NSZZ Solidarność w specjalnych miejscach odosobnienia. W Biurach Projektów mieszczących się w naszym biurowcu rano nie przyszło do pracy kilku działaczy Solidarności. Po kilku innych milicja przyszła do biura i zabrała ze sobą. Niektórzy zostali zwolnieni w ciągu dnia i wrócili do Biura, nie chcieli lub nie mogli jednak o niczym opowiadać. Ponieważ telefony nie działały, o żadnej pracy nie było oczywiście mowy. Zbierali­śmy się w naszych pokojach i omawialiśmy sytuację. Okazało się, że z lokali Związku zostały zabrane wszystkie urządzenia poligraficzne, a lokale zamknięte i opieczętowane. Organizatorzy stanu wojennego dobrze zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie wolna prasa stanowi dla totali­taryzmu.

Chodziły słuchy o aresztowaniach wśród studentów wyższych uczelni i ich przygotowa­niach do strajków okupacyjnych. Helenka niepokoiła się bardzo o Andrzeja, postanowiła więc pojechać do Krakowa nie bacząc na zakazy. Wyjechała w poniedziałek po południu.

We wtorek otrząsnęliśmy się w biurze już nieco z szoku i zaczęli zastanawiać, jak należy się zorganizować w tej nowej sytuacji. Z Radia Wolna Europa, mimo zagłuszania, płynął stru­mień niepokojących informacji o tysiącach internowanych działaczy Solidarności i dziesiątkach obozów internowania, w których zostali osadzeni. Cała „góra” Solidarności została, mówiąc językiem Sołżenicyna z Archipelagu GUŁ-ag, wyaresztowana. Nastroje wśród pracowni­ków gliwickich zakładów pracy były bardzo zróżnicowane – inteligencja była bardziej zastra­szona, natomiast robotnicy, zasmakowawszy w możliwości strajkowania, wykazywali większą odwagę i bojowego ducha. Dotarło do nas także kilku emisariuszy z innych gliwickich Biur Projektów z wiadomościami co się u nich dzieje i kto został zatrzymany.

Wróciłem we wtorek 15 grudnia po pracy do pustego domu i akurat zacząłem odgrzewać obiad, gdy do drzwi zadzwonił dzwonek. Przed drzwiami stało dwóch panów w cywilu, a przy furtce milicjant w mundurze. Na ulicy przed domem stał milicyjny samochód. Panowie, upew­niwszy się że to ja, poprosili, abym udał się z nimi do Komendy Milicji. Po co? – na rozmowę. Ponieważ domyślałem się o co może chodzić zapytałem, czy mam zabrać ze sobą jakieś rzeczy. Panowie odpowiedzieli, że niczego nie muszę zabierać, ponieważ chodzi tylko o drobną formalność, po której zaraz odwiozą mnie z powrotem do domu. Zgasiłem więc gaz w kuchence, włożyłem mój grecki płaszcz jesienny, zamknąłem dom na klucz i wsiadłem do samochodu.

Panowie ci, zapewne w chwalebnej trosce o równowagę mego systemu nerwowego, nadzwyczaj oszczędnie gospodarzyli cnotą szczerości. Do domu wróciłem dopiero po siedmiu miesiącach.

Zostałem osadzony w kabarynie więzienia w Zaborzu, jednej z dzielnic Zabrza. Umieszczono tam także i trzech innych, podobnie jak ja wyłuskanych prosto z domu, nieznanych mi solidarnościowców. Musiał już być późny zimowy wieczór 15 grudnia. Odebrano nam zegarki, nie wiedzieliśmy więc która jest godzina. Nawet gdyby ich nam nie odebrano, i tak nie moglibyśmy odczytać godziny. W celi nie było żadnego oświetlenia, jedynie przez blendę okna wpadał słaby blask więziennej latarni. Było straszno, niewygodnie, ciemno i zimno. Siedzieli­śmy ściśnięci na jedynej wąskiej, twardej drewnianej pryczy i szczękaliśmy zębami. Częściowo z zimna, częściowo ze strachu i zdenerwowania.

Wokół panowała złowroga cisza. Po jakimś czasie poprzez ściany kabaryny dotarły do nas jakieś dziwne, trudne do określenia głosy. Było to coś w rodzaju niesamowitego, przerażającego zbiorowego wycia, dobiegającego gdzieś z nieokreślonego kie­runku. Mieliśmy nerwy napięte jak struny i wycie to zmroziło nam zupełnie krew w żyłach. Słu­chaliśmy go ze wzrastającą zgrozą aż zrozumieliśmy, że są to śpiewy – mieszanka patriotyczno-religijnych pieśni. Jeden z głosów wydał mi się jakby znajomy – czyżby to był charakterystyczny, ochrypły tubalny bas Kuszłeja, jednego z bardziej znanych działaczy gliwickiej Solidarności, delegata na I Zjazd Solidarności w Gdańsku, mego gimnazjalnego kolegi, obecnie pracownika naukowego Instytutu Spawalnictwa, doktora nauk technicznych – Ryszarda Kuszłeyki? (Okazało się potem, że Kuszłej był w tym czasie więziony i bity w gmachu Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach). Internowani związ­kowcy dawali w ten sposób znać swym innym internowanym kolegom że są tutaj. Uwięzieni, ale nie pokonani. Od razu poczułem się raźniej. Nasza kabaryna  natychmiast dołączyła do chóru. Wkrótce całe więzienie zadrżało od zbiorowego ryku związkowców, dobiegającego ze wszyst­kich stron. Wywnioskowaliśmy z tego, jak wielu nas tu jest. Niebawem naszej związkowej pro­dukcji wokalnej zawtórowało posępne wycie więziennych psów wartowniczych. Były zupełnie zdezorientowa­ne, gdyż w całej swej dotychczasowej więziennej służbie jeszcze nigdy czegoś takiego nie sły­szały.

Było nas tam istotnie wielu. Zostaliśmy rozmieszczeni w więziennych barakach w czter­dziestoosobowych salach wyposażonych w piętrowe prycze. Większość z nas znała się już wcześniej z różnych Solidarnościowych zebrań, zjazdów, szkoleń i spotkań. Byli też i całkiem nie­znajomi, których nikt nie znał. Ci byli bacznie obserwowani przez pozostałych. Byliśmy nerwo­wi i nie chcieliśmy wtyczek ani prowokatorów wśród nas.

Zaczęło się więzienne życie w przepełnionych celach. Na dworze brał coraz silniejszy mróz. W nocy było zimno – dostaliśmy tylko po jednym lekkim więziennym kocu. Mury baraków były cienkie, toteż gdy budziliśmy się rano, ściany pokryte były szklistą skorupą lodu pochodzącego ze zmarzniętej pary naszych oddechów. W ciągu dnia warstwa ta powoli topniała, tworząc na podłodze coraz szerzej rozlewające się kałuże. Pod wieczór wszystko zamarzało z powrotem. Wyżywienie było podłe, ale do zjedzenia.

Najgorsze do zniesienia było jednak odcięcie od świata zewnętrznego. Nie było radia ani prasy. Nie docierały do nas żadne informacje i nie wiedzieliśmy, co dzieje się na zewnątrz. Wprawdzie co dzień pojawiali się nowi internowani, ale z fragmentarycznych wiadomości, które przynosili trudno było wyrobić sobie jakąś opinię o całości sytuacji w Polsce. Mnie dodatkowo niepokoił nieznany los Andrzeja i Helenki. Czy wrócili już do domu, czy pozostają w Krakowie odcięci od możliwości powrotu do domu? Czy Andrzej jest na wolności, czy też internowany? Takich jak ja, o których uwięzieniu rodzina nie wiedziała a oni nie wiedzieli o losach swych bli­skich, było zresztą wielu.

Rozpoczęły się przesłuchania. SB-ecy właściwie tropili jedynie ukryty sprzęt poligraficz­ny i wyobrażając sobie, że są wyjątkowo podchwytliwi, niewinnie wypytywali gdzie związkowe powielacze zostały oddane do naprawy lub konserwacji. Bez większego przekonania podtykali do podpisu lojalki – oświadczenia o tym, że nie jest się wrogiem PRL-u. Niektórzy je podpi­sywali wychodząc z założenia, że to nie Solidarność jest wrogiem ustroju, lecz wręcz przeciwnie – to ustrój jest wrogiem Polski i Solidarności. Szybko zauważyliśmy ukrywaną animozję pomiędzy funkcjonariuszami Służby Więziennej a SB-ekami urzędującymi na terenie więzienia. Zarówno zwykli klawisze, jak i oficerowie więzienni dawali do zrozumienia, że nie są do nas wrogo usto­sunkowani i nie mają do nas żadnych pretensji. Że w przeciwieństwie do zwykłych kryminali­stów, nas uważają za politycznych i traktują jedynie jako osoby będące u nich czasowo na przechowaniu.

W więzieniu był ciągły ruch. Przybywali nowi internowani, innych zwalniano. Niektórych zwalniano ze względów zdrowotnych, prawdziwych lub udawanych. Wśród zwolnionych byli i tacy, którzy po powrocie do domu zabierali się natychmiast do kolportażu nielegalnych ulotek solidarnościowych. Ci byli wyłapywani przez milicję i pojawiali się w więzieniu powtórnie. W ten sposób zaczęły przeciekać do nas wiadomości o tym co się dzieje na zewnątrz – o powszechnych strajkach protestacyjnych w dużych zakładach przemysłowych całej Polski. Wywołało to wśród internowanych falę optymizmu. Jednakże masakra górników w kopalni Wujek oraz użycie czołgów i helikopterów do złamania oporu strajkujących robotników w Hucie Katowice udo­wodniły, że władze stanu wojennego nie przebierają w środkach wobec przedstawicieli tej klasy, której interesy jakoby reprezentują. Ostatni strajk, górników z kopalni Piast, został złamany głodem 28 grudnia. Optymizm wśród internowanych zgasł. To wówczas, dla pocieszenia, powstało obiegające całą Polskę powiedzenie zima wasza, wiosna nasza.

Święta Bożego Narodzenia w 1981 roku były smutne. Urządziliśmy je wspólnie, a każdy dał na wigi­lijny stół to, co posiadał najlepszego. Zaczynaliśmy bowiem być już powoli zaopatrywani z ze­wnątrz przez nasze rodziny. Łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia, aby Nowy Rok spędzony był już na łonie rodziny, zaśpiewaliśmy kolędy oraz, może nieco na wyrost, starą pieśń zesłańców polskich pędzonych na Sybir:

O Panie który jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń

wołamy dzisiaj stąd do Ciebie, o polskie orły, polską broń.

O Boże skrusz ten miecz co siecze kraj,

do wolnej Polski nam powrócić daj

by stał się twierdzą Twojej siły nasz dom, nasz kraj.

Było wzniośle, patriotycznie i patetycznie. Na co dzień niestety było zupełnie inaczej. Internowani, w przygniatającej większości pracownicy fizyczni, nie zachowywali się z godnością, jakiej należałoby oczekiwać od męczenników cierpiących dla solidarnościowej idei. Byli hałaśliwi, aroganccy i niepotrzebnie ordynarni wobec strażników więziennych, sprzyjają­cych nam przecież skrycie. Przyzwyczajeni do pracy na nocną zmianę, w dzień spali zawinięci na kształt mumii kocem po czubek głowy, natomiast noce spędzali na grze w karty popijając czaj, czyli stężoną esencję herbacianą – ma ona jakoby słabe własności narkotyczne. Nie wykazując cienia związkowej solidarności z chcącą spać mniejszością, terroryzowali ją swymi wrzaskliwymi noc­nymi kłótniami karcianymi. Pobyt w obozie dla internowanych traktowali jako swego rodzaju urlop od ciężkiej codziennej pracy, okres wytchnienia, który należy maksymalnie wykorzystać w celach rozrywkowych.

Dużą część internowanych w Zaborzu stanowili zawodowi rozrabiacy, urodzeni anarchi­ści oraz osobnicy genetycznie nieuznający żadnego autorytetu. W działalności Solidarnościowej spostrzegli okazję dla realizacji swych buntowniczych natur, a uwięzienie traktowali jako oczy­wisty element nobilitującej represji, jaką władza wobec nich stosuje. Tylko nieliczni przeżywali głęboko swe uwięzienie i rozłąkę z rodziną – ci oddawali się twórczości poetyckiej, w wyniku której powstawały różnej maści i autoramentu utwory liryczno-polityczno-odwetowe, krążące potem w licznych odpisach.

Do tej pory siedziałem w więzieniu nielegalnie. Dopiero po Nowym Roku władze stanu wojennego odrobiły zaległości i wręczyły mi Decyzję o internowaniu. Otrzymałem dokument podpisany przez samego Komendanta Wojewódzkiego MO. Napisane w nim było w milicyj­nej polszczyźnie iż uznając, że pozostawienie na wolności obywatela (tu moje personalia) zagra­żałoby bezpieczeństwu Państwa i porządkowi publicznemu przez to, że jako aktywny członek NSZZ Solidarność może być inspiratorem wystąpień antypaństwowych, na zasadzie dekretu itd. itp. postanawia się internować mnie w Zabrzu, a wykonanie decyzji zlecić funkcjonariuszom KWMO Katowice. Od tej chwili mogłem już spać spokojnie – siedziałem legalnie i byłem ży­wiony na koszt ludowego państwa.

Pewnej niedzieli Helenka przyjechała do obozu by dostarczyć mi ciepłą bieliznę i żyw­ność. Nie wpuszczono jej jednak do środka, gdyż internowani solidarnościowcy byli w tym cza­sie w więziennej świetlicy na spotkaniu z metropolitą katowickim, biskupem Herbertem Bednorzem. Biskup przyjechał do obozu by nas wesprzeć na duchu. Z wielką satysfakcją dyżurny SB-ek zawiadomił więc czekające żony, że internowani aktualnie „nie przyjmują” rodzin, gdyż rozma­wiają z księdzem biskupem. Jeżeli żony chcą czekać, to niech sobie czekają na zewnątrz aż ksiądz biskup odjedzie. Ponieważ zrozpaczone wierne żony chciały czekać, Helenka wraz z in­nymi odstała na siarczystym mrozie kilka godzin przed bramą więzienia zanim w końcu została wpuszczona na widzenie z internowanym mężem.

Dowiedziałem się, że są w domu oboje z Andrzejem i że wszystko jest w miarę w porząd­ku. Oprócz zaopatrzenia, Helenka przywiozła wiadomość, że koledzy w pracy zorganizowali mi możliwość uzyskania zwolnienia z obozu z powodu „złego stanu zdrowia”. Żona Leszka, jednego z pracowników mojego Działu, była zatrudniona w szpitalu w Zabrzu jako jedyny specjalista lekarz-endokrynolog. Jest to wysoce specjalistyczna i mało znana dziedzina medycyny zajmująca się chorobami spowodowanymi brakiem hormonów, wydzielanych przez wewnętrzne gruczoły. Zo­stałem z grubsza poinstruowany jak mam symulować objawy takiej choroby i co mam powie­dzieć, aby znaleźć się na badaniach w szpitalu. Reszty miała dokonać żona Leszka stwierdzając, że mój stan jest tak poważny, iż muszę się intensywnie leczyć i pod żadnym pozorem nie mogę pozostawać nadal w obozie. Jednakże wyjście takie wydawało mi się niemęskim pójściem na łatwiznę, niegodnym nieugiętej postawy, której przykład dawał mi przez całe swe życie mój ojciec. Było ono także niehonorowe i niesolidarne wobec innych internowanych. W obozie nie było znów aż tak źle. Po namyśle nie przyjąłem więc tej propozycji, choć świadczyła ona o wielkiej odwadze i oddaniu mych biurowych przyjaciół.

Po dwóch miesiącach uwięzienia, 19 lutego 1982 r. część internowanych przewieziono z Zaborza do luksusowego ośrodka wypoczynkowego Silesiana w miejscowości Kokotek koło Tarnowskich Gór. Była to, o czym wówczas oczywiście nie wiedziałem, wyselekcjonowana grupa spokojniejszych internowanych, rokujących nadzieję na resocjalizację. Po ostatecznej obserwacji i selekcji w ośrodku, mieli być przeznaczeni do spektakularnego zwolnienia do domu w świetle telewizyjnych jupiterów. Znalazłem się w tej grupie, ale ponieważ Kokotek był o wiele dalej od Gliwic niż Zaborze, Helenka miała większe kłopoty z dojazdem na odwiedziny. Mimo to udało jej się tam dojechać. Przywiozła uspakajające wiadomości z domu i wieści ze świata o powszechnym potępieniu stanu wojennego, sankcjach ekonomicznych nałożonych na PRL przez Stany Zjednoczone oraz proklamowanym przez kraje Za­chodu dniu 30 stycznia 1982 r. jako Dzień solidarności z Solidarnością.

Dowódcą ośrodka i ostatecznym selekcjonerem był major SB z Katowic o wiele mówią­cym nazwisku Marian Okrutny. Całe dnie spędzaliśmy zamknięci w pokojach na klucz. Jedynie na po­siłki oraz wieczorami wypuszczano nas małymi grupami do świetlicy, gdzie było radio i telewi­zor. Major siadał wówczas z boku, obserwował nas życzliwie lub dobrodusznie rozmawiał z in­ternowanymi, przyjaźnie i po ojcowsku tłumacząc słuszność działania władz i oczywistą potrze­bę wprowadzenia stanu wojennego. Większość internowanych, tych sprytniejszych i bardziej do­świadczonych życiowo, połapała się w tej grze i spijając słowa płynące z ust majora, przytaki­wała mu we wszystkim ochoczo. Powinienem był znaleźć się wśród nich, ale nie mogłem się przełamać. Major Okrutny był ślisko-obrzydliwy i napawał mnie wstrętem.

Do Silesiany przyjechali przedstawiciele Comité International de La Croix-Rouge z Genewy by obejrzeć warunki internowania i osobiście wysłuchać naszych ewentualnych skarg i zażaleń. Towarzyszyła im elegancka pani, oficjalny tłumacz francuskiego przydzielony pracow­nikom Czerwonego Krzyża przez rząd PRL. Niektórzy internowani zadeklarowali gotowość do zaproponowanej im rozmowy w cztery oczy, nie zgodzili się jednak na pośrednictwo pani tłumacz. Ku kompletnej konsternacji majora zażądali swego własnego tłumacza, takiego do którego mają zaufanie. Ponieważ odbywało się to w obecności Szwajcarów, którym pani tłumacz tłumaczyła na bieżąco co się mówi, zaskoczony major Okrutny musiał się zgodzić. Tym tłumaczem internowanych zostałem ja, gdyż jeszcze w Zaborzu z nudów uczyłem kolegów francuskiego i wszyscy o tym wiedzieli. W ten sposób elegancka pani tłumacz, jeśli chodzi o zwierzenia internowanych, pozostała w Kokotku bezrobotna.

Major Okrutny poszedł oprowadzać pracowników Czerwonego Krzyża po ośrodku i z dumą pokazywał luksusowo wyposażone pokoje w których byliśmy zamknięci, a szef grupy Jean-François Labarthe przystąpił przy mej pomocy do wysłuchiwania zażaleń. Tłumaczyłem wszystko wiernie, a internowani koledzy dawali upust swemu poczuciu doznanej krzywdy, skar­żąc się na niehumanitarne traktowanie, jakiemu byli poddani. Jeden opowiadał jak to ZOMO  w nocy wyważyło łomem i zniszczyło drzwi w jego mieszkaniu przy aresztowaniu, drugi o tym, że żona jest w ciąży, a on tu siedzi zamknięty. Inny żalił się że, cierpi na dolegliwości żołądkowe, a dieta w ośrodku internowania mu szkodzi. Po kolejnej skardze na zimno i ciasnotę w celach w Zabo­rzu, Labarthe nie wytrzymał i powiedział:

Drogi panie! Wiemy doskonale, że ten luksusowy ośrodek to mistyfikacja władz polskich. Byliśmy także i w innych miejscach, gdzie w Polsce internowani są związkowcy z Solidarności i dobrze znamy panujące tam warunki. Są one przykre, ale nie na tyle, aby stanowiły zagrożenie dla waszego zdrowia lub życia. Tak się złożyło, że przed przyjazdem do Polski odwiedziliśmy więzionych w Chile. Jak wiadomo, w 1973 roku generał Pinochet dokonał tam prawicowego zamachu stanu. Od tego czasu panuje tam krwawy terror, a przeciwnicy reżimu są bezlitośnie prześladowani. W najlepszym przyypadku przetrzymywani są w więzieniach, w warunkach które urągają wszelkim pojęciom o humanitarnym traktowaniu człowieka, tak pod względem warunków pobytu, higieny, opieki medycznej, jak i wyżywienia. Śmiertelność więźniów jest tam przerażająca. Wam tu w Pol­sce, jak dotąd, żadna krzywda się nie dzieje i nie ma żadnego zagrożenia dla waszego zdrowia ani życia. Dlatego też, poza wsparciem moralnym i kontrolą warunków waszego pobytu, prak­tycznie rzecz biorąc, niewiele mamy tu do zrobienia. Nie narzekajcie więc zbytnio. Cieszcie się raczej, że jesteście więźniami generała Jaruzelskiego, a nie Pinocheta.

Były to słowa, których nie spodziewaliśmy się. Mnie zrobiło się trochę wstyd tych niemęskich, małostkowych biadoleń kolegów solidarnościowców, a żalący się związkowiec pomyślał zapewne, że Labarthe jest w rzeczywistości prowokatorem nasłanym przez władze. Nie było to jednak praw­dą, gdyż dwa lata później wysłałem do niego do Genewy na adres MCK życzenia na Święta Bo­żego Narodzenia. Otrzymałem podziękowanie sformułowane bezbłędnie po francusku, napisane na ozdobnym papierze firmowym MCK i nie budzące wątpliwości co do swej autentyczności. W roku 2008 odnalazłem go w Internecie i nawiązałem z nim bezpośredni kontakt mail’owy. Był już wtedy na emeryturze. Zaskoczyła go i bardzo wzruszyła moja pamięć o nim. Pisał do mnie o swym ówczesnym zimowym pobycie dans cette Pologne enneigée.

W kilka dni po wyjeździe pracowników Czerwonego Krzyża odbyło się w Silesianie wielkie telewizyjne show. Wyselekcjonowanej grupie internowanych wręczono z wielką pom­pą przed kamerami decyzje o zwolnieniu z ośrodka odosobnienia. Zwolnieni mówili do mikro­fonu, że zrozumieli na czym polegał ich błąd i że odtąd nie marzą już o niczym innym jak tylko o tym, by wrócić do swego zakładu pracy i tam uczciwie, tymi oto ręcami które pokazując wyciągali do kamery, pracować dla dobra swej PRL-owskiej ojczyzny. Od uczestnictwa w tym show została wybawiona jedynie niewielka grupa złożona ze wszystkich tych, którzy zdecy­dowali się na poufne rozmowy z MCK oraz z kilku przyłapanych przez majora w świetlicy na słuchaniu przez radio Wolnej Europy. Mnie, jako nie tylko zaufanego tłumacza internowanych, ale także i słuchacza wolnego radia, też dołączo­no do tej grupy. Major Okrutny uznał, że tego rodzaju osobnicy zupełnie nie są zresocjalizowani i nie kwalifikują się do zwolnienia. Nazajutrz, 8-go marca, nasza grupa została odsta­wiona obskurną ciasną suką  do więzienia w Jastrzębiu-Szerokiej koło Wodzisławia Śląskie­go. Helenka musiała odtąd robić jeszcze dalszą drogę by odwiedzić swego internowanego męża.

Pensjonariusze ośrodka odosobnienia w Jastrzębiu, a było nas tam przeszło 200 osób, stanowili już grupę bardziej elitarną. Byli to w większości szefowie i działacze regionalnych władz Solidarności, pracownicy i studenci Wyższych Uczelni, krnąbrni inteligenci z zakładów pracy oraz wszyscy inni niepokorni, nie rokujący nadziei na resocjalizację. Dzięki temu stosunki międzyludzkie były tu bardziej cywilizowane. Odnalazłem tam wielu z tych, których swego cza­su na mych prelekcjach zachęcałem do zakładania Solidarności w ich zakładzie pracy.

Więzienie w Jastrzębiu było „bardziej luksusowe” niż w Zaborzu. W celach o wymiarach 3 na 4 m, na trzypoziomowych łóżkach spało nas tylko po 9 osób. Cele wyposażone były komfor­towo w zlew z kranem. Woda ciekła z niego cienkim strumieniem aż dwa razy dziennie przez dziesięć minut rano i wieczorem. W rogu, bez żadnego przepierzenia, stał obskurny żeliwny ki­bel połączony bezpośrednio z rurą kanalizacyjną. Ziało z niego przeraźliwym smrodem kloacznym, a w nocy wychodził stamtąd oswojony tłusty szczur nazwany przez nas Kubusiem, by spałaszować pozostawione nieopatrznie na wierzchu resztki jedzenia. By uwolnić się od fetoru, musieliśmy z desek wyciągniętych z łóżek zrobić przykrywę i poświęcić jeden koc na jej uszczelnienie. Na noc trzeba było dodatkowo kłaść na klapie kilka ciężkich kamieni, gdyż Kubuś był silny i potrafił ją podnieść, by odwiedzić nas w celi. Był początek marca i temperatury utrzymywały się niskie, a ogrzewanie prawie nie dzia­łało i w celach panowało przenikliwe zimno. Większość internowanych była przeziębiona i cho­ra na grypę. Nasiliły się moje migreny i bóle reumatyczne.

Przypuszczalnie na skutek zażaleń rodzin na złe warunki panujące w Jastrzębiu, odwie­dził nas w obozie ksiądz kardynał Franciszek Macharski z Krakowa. Rozdał internowanym biblie i książeczki do nabożeństwa oraz obiecał interwencję u władz w celu poprawy naszych warunków. Istotnie, kilka dni później część internowanych zwolniono, a resztę 24 mar­ca załadowano ciasno jak śledzie do więźniarek i wywieziono z obozu w długim konwoju, eskortowanym przez samochody milicyjne z włączonymi świetlnymi kogutami.

Opinia majora Okrutnego o mej niereformowalności spowodowała zapewne, że znalazłem się w tym konwoju. W czasie jazdy usiłowaliśmy zorientować się przez wąskie szpary w zasłoniętych żaluzjach suk, gdzie nas wiozą. Rozezna­ni w lokalnej topografii odkryli wkrótce, że przejeżdżamy przez Tychy i Trzebinię. W Krakowie nie było już wątpliwości, że zmierzamy na wschód. Pilnujący nas zomowcy z satysfakcją dawali zza kraty do zro­zumienia, że jedziemy polować na białe niedźwiedzie. Aby zostawić po sobie jakiś ślad, za­częliśmy więc odtąd przez otwory wentylacyjne ryczeć w miejscowościach, przez które przejeż­dżaliśmy: jesteśmy internowanymi działaczami Solidarności ze Śląska. Wywożą nas na wschód w nieznane miejsce przeznaczenia. Zawiadomcie o tym naszych kolegów, działaczy Solidarności podziemnej! Konwojenci pogardliwie uśmiechali się i ostentacyjnie nie reago­wali na nasze rozpaczliwe apele. Dla podniesienia ducha i w cichej nadziei wywołania u zomowców czegoś w rodzaju wyrzutów sumienia, śpiewaliśmy pieśń sybiraków O Panie, który jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń, nie dostrzegając istotnej różnicy: tamci pędzeni byli na piechotę, a my jechaliśmy.

W ten sposób minęliśmy Tarnów, Jasło i Krosno. Na zewnątrz zrobiło się na tyle ciemno, że nie dało się już identyfikować miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy. Wyczuwaliśmy je­dynie, że droga ma liczne zakręty, a samochody jechały coraz częściej na drugim biegu pokonu­jąc strome wzniesienia. Wywnioskowaliśmy z tego, że jesteśmy gdzieś w górach. Od tak długiej jazdy wpadliśmy w końcu w odrętwienie. Było nam już wszystko jedno. Dopiero nad ranem konwój zatrzymał się i kazano nam wysiadać. Na horyzoncie niebo szarzało, rodził się blady świt. Powiało rześkim powietrzem. Zobaczyłem dwa duże murowane piętrowe bloki z zakrato­wanymi oknami przedzielone obszernym placem. Całość otoczona wysokim podwójnym płotem z kolczastego drutu. W rogach stały wysokie wieże strażnicze z reflektorami. Teren był górzysty, na halach leżały jeszcze płaty śniegu. Był to obóz pracy dla więźniów w Uhercach koło Leska w Bieszczadach, nasze nowe miejsce odosobnienia. Uzmysłowiłem sobie, że teraz stało się już właściwie niemożliwe, aby w warunkach stanu wojenne­go Helenka mogła dojechać tu, na drugi koniec Polski.

Było tu względnie wygodnie, cele niezbyt zagęszczone, choć łóżka piętrowe. Zgroma­dzeni tu zostali wszyscy niepokorni, niereformowalni internowani solidarnościowcy z Polski południowo-wschodniej. Zwieziono tu przeważnie osoby o wybujałych temperamentach, co powodowało że było rojno, a w zależności od składu pensjonariuszy w celi, albo gwarno i buń­czucznie, albo spokojnie i samokształceniowo. Była skromna biblioteka z kompletem miłej Urzędowi Cenzury pozytywistycznej beletrystyki, starannie dobranej pod kątem prawidłowej re­socjalizacji więźniów. Można było do woli oddawać się lekturze.

Spotkałem tu wielu znajomych, od Ryszarda Kuszłeyki z Instytutu Spawalnictwa, Jana Żelińskiego i Tadeusza Grabowieckiego z gliwickiej Politechniki czy Janusza Paczochy z By­tomia, lekarza Władysława Kostrzewskiego, redaktora Szymońskiego z Telewizji Katowice, Marka Gabrysia z gliwickiego Biprohutu, po wielokrotnie aresztowanego działacza opozycyj­nego i członka KOR, Kazimierza Świtonia z Katowic i jego syna.

Każdy z internowanych w Uhercach był aktywnym działaczem NSZZ Solidarność, takim który według władz stanowił zagrożenie dla panującego w PRL-u porządku. Takie „zagrożenie” dla PRL stanowił na przykład mieszkający w sąsiedniej celi Edward Smolorz, wnuk powstańca śląskiego walczącego w 1919 roku o przyłączenie Śląska do Polski. Smolorz był pełnym werwy i rozsadzającej go energii górnikiem przodowym z kopalni Rozbark w Bytomiu. Z powodu urazu kręgosłupa uszkodzonego mu przez zawał węgla, został skierowany do lżejszej pracy na powierzchni. Tutaj zajął się tropieniem oszustw, jakich dyrekcje śląskich kopalń dopuszczały się nagminnie by sztucznie zawyżyć wydobycie węgla i wykazać wykonanie planu, od czego zależało otrzymanie premii przyznawanej im przez Ministerstwo. Smolorz wykrył, że odbywało się to na wiele różnych sposobów, między innymi poprzez rozregulowywanie wag lub pobieranie kamienia z hałd i ponowne dosypywanie go do węgla. W ten sposób stał się postrachem dyrekcji kopalń i elementem niebezpiecznym dla porządku panującego w PRL.

¬ ¬ ¬

W uhereckim obozie ruszyła natychmiast kontynuacja podziemnej produkcji filateli­stycznej z poprzednich obozów – znaczków i kopert okolicznościowych obozowej poczty inter­nowanych. Swego rodzaju artystą w tym trudnym, precyzyjnym kunszcie okazał sie niespodziewanie Maciek Klich, młody student Uniwersytetu w Katowicach. Mimo prymitywnych warunków, jakie mieli do dyspozycji podziemni poligrafowie, nie­które z ich wyrobów stały na wysokim poziomie artystycznym.

Oprócz produkcji filatelistycznej, w Uhercach kwitło także rzemiosło. Wytwarzano całą gamę pamiątkowych przedmiotów: krzyżyki, święte medaliki i figurki, okolicznościowe or­dery, krzyże Virtuti Militari, historyczne medale i monety, pionki szachowe będące karykaturami postaci twórców stanu wojennego, kostki do gry itp. Tworzywem dla tych wszystkich obiektów była plastyczna masa powstała ze starannie przeżutego więziennego razowego chleba, z którego w czasie bardzo długotrwałego i sumiennego procesu żucia trzeba było wydzielić i wypluć wszystkie łuski, plewy i grubsze ziarna. Ponieważ zapotrzebowanie na te dzieła sztuki było bardzo wysokie, nie tylko wśród internowanych ale i personelu więziennego, z którym stanowiło przedmiot handlu wymiennego, obozowi artyści zużywali wiele materiału i wkrótce przestali nadążać z żuciem. Od pewnego więc czasu osoby zamawiające te przedmioty musiały artyście same dostarczyć potrzebne tworzywo i osobiście przeżuć wymaganą ilość chle­ba. Coraz częściej widziało się więc milczące osoby poruszające bezustannie szczękami i popluwające niezbyt dyskretnie na boki. Wymagało to wielkiego samozaparcia gdyż prze­żuwacz, jeżeli nie posiadał odpowiedniego treningu i techniki, w krótkim czasie dostawał nadzwyczaj bolesnego skurczu mięśni żuchwy.

 

Koperty poczty obozowej

Powoli ciekły monotonne dni obozowego życia. Jedynym urozmaiceniem były wizyty kapitana, zastępcy komendanta więzienia, który odgrywając rolę dobrotliwego intelektualisty, przynosił nam świeżą prasę i przy pomocy politycznych dyskusji sondował postęp naszej resocjalizacji. Wielu nabrało się na jego jowialność do czasu, gdy szczycąc się swym uczestnictwem w interwencji w Czechosłowacji w czasie Praskiej Wiosny w 1968 r. i lubując się w opisie drastycznych przykładów bezwzględnego zachowania interwentów w czasie zdobywania lotniska w Pradze, sprowokował nas do emocjonalnych wypowiedzi odsłaniających fakt naszego zupełnego braku zresocjalizowania. Inną rozrywką stał się bunt internowanych z pierwszego piętra naszego bloku. Wybuchł w Wielki Piątek przed Wielkanocą. Internowani związkowcy, jako solidarni, stanęli w obronie swego kolegi, któremu obozowe władze odmówiły pozwolenia na kilkudniową przepustkę do domu na Wielkanoc na ślub kościelny po ślubie cy­wilnym, który odbył się w obozie. Potraktowane to zostało jako dowód wyjątkowej złośliwo­ści pilnujących nas SB-eków. W proteście internowani zabarykadowali się na swym piętrze i poczęli przez okna robić kocią muzykę na aluminiowych talerzach oraz wyrzucać na zewnątrz połamane wyposażenie cel. Podpalone i zdefenestrowane w nocy na zewnątrz sienniki utworzyły niewielki choć malowniczo wyglądający płonący stos pod oknami.

Władze obozu zareagowały histerycznie: rano cały teren więzienia otoczony był z zewnątrz gęstym kordonem zomowców i wojska. Uzbrojeni po zęby milicjanci w hełmach i śmiesznych zbrojach z tarczami szturmem zdobyli pierwsze piętro budynku. Spacyfikowano rozgorączkowanych związkowców, a najbar­dziej krewcy zostali wywiezieni do rzeszowskiego więzienia Załęże. Wszyscy pozostali inter­nowani po osobistej, bardzo przykrej rewizji zostali wyprowadzeni pod eskortą na plac apelowy, a w celach w tym czasie klawisze przeprowadzali kipisz . Szukali broni i innych ostrych na­rzędzi służących zwykle więźniom do buntu. Znaleźli kilka chirurgicznych skalpeli przeznaczo­nych do prac grawerskich przy produkcji stempli do znaczków poczty obozowej, wpadły także dwa z trzech przemyconych do obozu odbiorników tranzystorowych, przy pomocy których słuchaliśmy potajemnie w nocy wia­domości z radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Trwało to wszystko dość długo i zmarzłem mocno. Znów dały mi się we znaki bóle zatok i powróciły ataki migreny, skutki wypadku motocyklowego przed laty. Dla rozgrzewki próbo­waliśmy nawiązać przez druty rozmowy z otaczającymi nas żołnierzami by im wytłumaczyć kim jesteśmy, co się stało i że są wykorzystywani w niegodnym celu przeciwko swym braciom – ro­botnikom i związkowcom. Żołnierze, rozstawieni gęstym kordonem wokół całego terenu więzienia na przemian z zomowcami i równie jak my przerażeni tą sytuacją udawali że nas nie słyszą, choć widać było jak strzygą uszami i nadsłuchują. Kilku najbardziej odważnych dało nam jednak rękami dyskretne znaki przyjaźni.

Od tego czasu emocje w obozie opadły, atmosfera stała się mniej bojowa, a górę wzięli pragnący spokoju wyciszeni intelektualiści.

Święta Wielkanocne były w Uhercach smutne, choć obfite. Byliśmy już w tym czasie do­skonale i systematycznie zaopatrywani w delikatesowe artykuły żywnościowe przez nasze rodziny, anonimowe osoby, dzieci szkolne, Kościół, a nawet ofiarodawców z zagranicy. Szczególnie obfite zaopa­trzenie otrzymaliśmy na Wielkanoc. Ofiarodawcy prześcigali się w dostarczaniu nam tradycyjnego święconego w ilościach przewyższających zapewne to, co sami mieli w domu na stole. Mieliśmy tak wielką obfitość słodkich bułek z lukrowym napisem Dla internowanych od dzieci ze szkoły podstawowej Nr …  w …, szynek, baleronów, wędlin, kawy i czekolady, że pilnujący nas strażni­cy oraz SB-eccy rezydenci z przekąsem zauważali, że sami chętnie daliby się internować, byle mieć na swym stole takie frykasy. Mimo dumnego słowa Solidarność wypisanego na naszych sztandarach, w proteście przeciwko niedawnemu bezlitosnemu zdławieniu naszego buntu, ostentacyjnie i bezwstydnie objadaliśmy się tymi wspaniałościami na oczach więziennych SB-eków, nawet nie myśląc, aby ich nimi poczęstować. A w kraju była w tym czasie wielka nędza – brakowało wszystkiego, szczególnie żywności. Dawał o sobie znać włoski strajk rolników z Solidarności Rolniczej. Wobec krążących uporczywie pogłosek, że brak żywności w Polsce spowodowany jest jej masowym wywozem do Rosji, rolnicy bojkotowali państwowy skup płodów rolnych.

Helenka dokonała niebywałego wyczynu i wraz z Andrzejem wybrała się na Wielkanoc do Uherc. Osiągnięcie było tym większe, że przyjechali samochodem, a benzyna była na kartki. Przysługujący miesięczny limit wystarczał z biedą na ćwierć trasy do Uherc, nie mówiąc o po­wrocie. Jednakże solidarność społeczeństwa była nadzwyczajna. Jadącym do internowanych od­stępowano swe przydziały paliwa i nierzadko zdarzało się, że pracownicy stacji benzynowych, gdy im się mówiło jedziemy do obozu odwiedzić internowanego męża i ojca, nie żądali kartek i nalewali pełny zbiornik. Helenka zatrzymała się u Rusinów na Rusinowej Polanie, a w jeź­dzie do Uherc towarzyszył jej Staszek Rusin ze swym synem, któremu chciał pokazać jak PRL traktuje przedstawicieli klasy robotniczej. Trafili akurat na najbardziej spektakularny moment naszego buntu w obozie, gdy staliśmy zmarznięci na placu, otoczeni kordonem wojska. Oczywiście nie zostali dopuszczeni do spotkania, mogliśmy sobie tylko pomachać z daleka. Zobaczyliśmy się dopiero po świętach, gdy sytuacja już była unormowana.

Dostałem porcję nowych wiadomości rodzinnych. Dowiedziałem się, że Kasia w Paryżu, powodowana patriotycznym odruchem, motywowana dodatkowo chęcią sprzeciwu wobec inter­nowania swego ojca, aktywnie uczestniczy w tłumnych manifestacjach protestacyjnych, jakie od 13 grudnia odbywają się na ulicy Talleyrand przed polską ambasadą. Otrzymałem zastrzyk optymi­zmu usłyszawszy o planach Helenki zakupu wiejskiego gospodarstwa w Kręsku na Mazurach, tam gdzie okolica była piękna, a ona i Ania były zauroczone krajobrazem. Życie musi toczyć się dalej, a mnie w końcu wypuszczą przecież na wolność. Moglibyśmy wtedy spokojnie tam za­mieszkać i żyć z gospodarstwa, a Andrzej mógłby kontynuować studia rolnicze w Wyższej Szkole Rolniczej w pobliskim Olsztynie. Zacząłem patrzeć na przyszłość z większą pogodą du­cha. Helenka po naszym spotkaniu wyniosła w staniku z obozu pokaźny plik kartek, na których spisywałem obozową wierszowaną twórczość poetycką w celu uratowania jej dla potomności. Wyszukiwał ją na moją prośbę i znosił mi do odpisania Janusz Paczocha, późniejszy pierwszy solidarno­ściowy prezydent Bytomia po 1989 roku, a potem prezes Głównego Urzędu Ceł w War­szawie.

Do obozu w Uhercach często przyjeżdżali działacze społeczni usiłujący pomóc interno­wanym i podnieść ich na duchu. Odwiedzali nas tam przedstawiciele Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności, a wśród nich działacze opozycyjni – aktorka filmowa Halina Mikołajska i Stanisław Czartoryski, potem znany z wystąpień przeciwko rządom komu­nistycznym biskup przemyski Ignacy Tokarczuk, a w końcu pracownicy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z Genewy. Spotkałem się ponownie z Jean-François Labarthe z MCK i znów naraziłem się obozowemu rezydentowi SB, pomagając Szwajcarom w charakterze tłumacza przy rozmowach z internowanymi. Wiedziałem, że już mi to i tak nie może więcej zaszkodzić, bo jestem wśród tych, którzy są przeznaczeni do siedzenia do samego końca. Skorzystałem jednak z okazji by go poprosić o interwencję w sprawie skiero­wania mnie na leczenie do szpitala z powodu nasilających się i coraz bardziej dokuczliwych mi­gren i bólów reumatycznych. Bezskutecznie prosiłem o to wciąż szefa więziennej izby chorych. W cywilnym życiu był on dotąd felczerem, a dzięki stanowi wojennemu awansował na więzien­nego lekarza. Potrafił świetnie zaadministrować tabletkę aspiryny. Decyzja o hospitalizacji in­ternowanego przerastała jednak jego kompetencje.

W uhereckim obozie ukształtował się trzon stałych, zasiedziałych pensjonariuszy, prze­widzianych prawdopodobnie do trzymania w odosobnieniu aż do końca stanu wojennego. Zdarzały się jednak również i nieliczne przypadki zwolnienia do domu, a ich kryteriów ani logiki nie byliśmy w stanie rozszyfrować. Przybywali także i nowi zatrzymani. W ten właśnie sposób pojawił się w kwietniu w Uhercach nasz znajomy, młody student i działacz NZS Janusz Moszyński, ten sam który w 1975 r. uczestniczył w pamiętnym spływie kajakowym z moimi dziećmi na Mazu­rach. Przybywali także do Uherc internowani z innych, likwidowanych obozów lub więzień. Był więc stały ruch pensjonariuszy, co umożliwiało wymianę informacji. Dochodziły dzięki temu wiadomości również i od Lecha Wałęsy, internowanego tuż przy granicy z ZSRR w rządowym ośrodku wczasowym Arłamów, odległym od Uherc prawie o 40 kilometrów. Przede wszystkim jednak ruch ten umożliwiał wymianę poglądów i opinii na tematy związkowe, ideologiczne i polityczne związane z przyszłością niezależnego ruchu związkowego, Solidarności, Polski, państw bloku sowieckiego i Europy. Żartowaliśmy między sobą, że władze stanu wojennego urządziły nam permanentne wielomiesięczne bezpłatne sympozjum związkowe.

Gdzieś w połowie maja kilku internowanym, w tym i mnie, kazano spakować swe rzeczy. Wraz z eskortującym nas obozowym strażnikiem zostaliśmy załadowani do suki. Przez całą drogę zastanawialiśmy się co to ma znaczyć i gdzie nas wiozą. Indagowany strażnik nie chciał nic po­wiedzieć. Wylądowaliśmy na oddziale chorób wewnętrznych szpitala w powiatowym mieście Sanoku. Był to efekt interwencji Jean-François Labarthe z MCK.

Szpital w Sanoku okazał się oazą spokoju, dobroci i serdeczności okazywanej nam przez lekarzy i personel pomocniczy. Wspaniały ordynator doktor Stanisław Lewek zaczął od wykaza­nia dowodu niezwykłej odwagi: z miejsca wyrzucił na szpitalną portiernię naszego obozowego strażnika, który usiłował zagnieździć się na korytarzu przed salą chorych, w której zostaliśmy umieszczeni. Pielęgniarki prześcigały się w okazywaniu nam dowodów swej życzliwości. Przy­nosiły prasę i robiły zakupy w mieście. W szpitalu były radia i telewizor. Mogłem więc uzupeł­nić moje wiadomości o aktualnej sytuacji w kraju i na świecie, w tym o angielskiej operacji woj­skowej trwającej aktualnie na Falklandach. Dzięki szpitalnym telefonom mogliśmy bez przeszkód rozmawiać z na­szymi rodzinami w domu. Można było brać prysznic do woli. Było tu jak w jakimś cudownym sanatorium.

Sąsiednie łóżko zajmował cierpiący z powodu uszkodzonego kręgosłupa przywieziony z Uherc wraz ze mną Edzio Smolorz, niezłomnie nastawiony do komuny bojowo i krytycznie. Już po kilku dniach, nie bacząc na podsłuch telefoniczny, zaczął wydzwaniać na Śląsk do swych licznych związkowych kolegów by omówić z nimi plany na „po wojnie”, przyprawiając ich tym zapewne o wielkie stresy. Po nocach uczył pielęgniarki pieśni rewolucyjnych, a w gabinecie or­dynatora na jego służbowej maszynie do pisania przepisywał przynoszone mu przez nie ulotki o treści wybitnie antysocjalistycznej. Narażał tego dzielnego lekarza na wielkie niebezpieczeń­stwo, mogące skończyć się nawet więzieniem. Doktor Lewek znosił to wszystko z godną podzi­wu odwagą i stoickim spokojem, nieznacznie tylko mrucząc pod nosem.

Wkrótce zjawiła się w szpitalu Helenka. Przywiozła bieliznę i słodycze. Były to pierwsze, upalne dni czerwca. Poszliśmy z Helenką, Edziem Smolorzem i jego żoną opalać się za pawilonem szpitalnego laboratorium. Był tam, pomiędzy ścianą budynku a płotem, za którym biegła boczna dróżka, jedyny na terenie szpitala ustronny wąski pasek ziemi porośnięty trawą i łopianami, na którym można było rozłożyć koc. Leżeliśmy tam więc na kocach rozebrani do połowy, opalali­śmy się i rozmawiali. Za szpitalnym ogrodzeniem z ażurowej metalowej siatki wąską dróżką szły stare wiejskie babinki, wracające chyba z popołudniowych nieszporów. Z powodu mojej gę­stej sześciomiesięcznej brody wzięły mnie widocznie za jakiegoś czcigodnego popa, bo prze­chodząc obok zaczęły się nam nisko kłaniać, robiąc trzykrotny znak krzyża. Wywołało to wybu­chy tłumionego śmiechu ze strony Helenki i Edzia Smolorza.

Helenka pojechała do domu, ale nie minęły dwa tygodnie jak znów się zjawiła. Na stacjach benzynowych w dalszym ciągu nalewano benzynę bez kartek, gdy się powiedziało, że jedzie się do internowanego. Wśród internowanych rozpowszechniano wówczas pogłoski o względnie łatwej możliwości otrzymania paszportu emigracyjnego. W ten prosty sposób władze stanu wojennego chciały pozbyć się z kraju opozycjonistów, dostając równocześnie do ręki doskonały propagandowy argument o niskim poziomie patriotycznej świadomości związkowców, tak lekko wyrzekających się ojczyzny. Z tych samych powodów, dla których byłoby to władzom na rękę, ani Helenka, ani ja nie mieliśmy w gruncie rzeczy ochoty opuszczać Polski, zostawiać tu naszego dorobku i zaczynać wszystkiego od nowa.

Pod koniec czerwca Helenka znów przyjechała na kilka dni do Sanoka. Na zaproszenie niezmiernie życzliwych doktorostwa Lewków zamieszkała u nich w domu. W tym czasie już zu­pełnie przestaliśmy w szpitalu być pilnowani, a więzienny posterunek w szpitalnej portierni zo­stał zlikwidowany. Obóz w Uhercach zaczynał jednakże coraz bardziej usilnie dopominać się o nasz powrót, szczególnie po ucieczce ze szpitala jednego z internowanych. Wszelako doktor Lewek jak dotąd potrafił skutecznie się temu przeciwstawić twierdząc, że jeszcze nie jesteśmy wyleczeni. W prywatnych rozmowach ze mną doktor jednakowoż nie ukrywał, że z wyjątkiem Edzia Smolorza, którego kręgosłup jest rzeczywiście w kiepskim sta­nie, wszyscy pozostali internowani są zdrowi jak ryby i nic im nie brakuje. Korzystając z rozluź­nienia, popołudniami zabierałem ze szpitalnej przechowalni moje ubranie i chodziliśmy z He­lenką do miasta lub na spacery po okolicy. Po kilku dniach tej niemalże sielanki Helen­ka wróciła do Gliwic.

Rankiem 14 lipca 1982 r., akurat w dzień francuskiego święta narodowego, przyjechała po nas do szpitala więzienna suka. Wszystkim pensjonariuszom Uherc kazano się ubrać, zabrać rze­czy i wsiadać. Znowu wieziono nas gdzieś w nieznane, bez słowa wyjaśnienia, jak pakunki. Za­jechaliśmy z powrotem do więzienia w Uhercach. Tu w kancelarii wręczono nam decyzje o zwolnieniu z miejsca odosobnienia, zwrócono dokumenty osobiste, dano pieniądze na bilet powrotny i kazano wynosić się do domu. Po siedmiu miesiącach internowania byłem znowu wolny – byłem jednym z grupy 913 osób zwolnionych wówczas z internowania przez władze z okazji święta narodowego 22 lipca. Wyszliśmy z więzienia i poszliśmy do miejscowe­go proboszcza aby wpisać się do księgi pamiątkowej, którą prowadził dla osób internowanych w uhereckim więzieniu. Wyszedłszy za bramę więzienia, obejrzałem się do tyłu by dokładnie utrwalić sobie w pamięci to miejsce. Uczyniłem to wbrew ostrzeżeniom bardziej bywałych, którzy powoływali się na więzienny przesąd mówiący, że kto wychodząc z więzienia od­wróci się do tyłu i na nie spojrzy, ten znów tam się znajdzie. W moim przypadku przesąd nie sprawdził się.

Tymczasem w uhereckim obozie nadal panował niezmiennie hajdamacki duch bojowy. W jaki sposób zatruwali życie więziennym klawiszom internowani w Uhercach? Opisuje to dokładnie Notatka Służbowa z kontroli spisana dwa miesiące potem, będąca czymś w rodzaju lamentu i płaczliwej wyliczanki negatywnych zachowań internowanych, przeciwstawiających się „ustalonemu porządkowi w następujących formach” : utrudniali przeprowadzanie apeli przez chowanie się pod łóżkami, wyłamali kratę w pawilonie, uszkodzili siatkę spacernika, spowodowali awarię światła, wybili szybę w dyżurce oddziałowego ......  Ponadto dopuszczali się czynnej napaści na funkcjonariuszy, wylewali na nich gorącą wodę, grozili im i ubliżali, organizowali demonstracje na placu spacerowym połączone ze śpiewaniem pieśni o treści antypaństwowej ......  Na domiar złego wytwarzali nielegalne pieczęcie, emblematy, rysunki, transparenty i piosenki [sic!] o treści wymierzonej w organa władzy, stanowi wojennemu i ZSRR, przemycanych poza ośrodek przy pomocy rodzin i kleru. Wyraźne zgorszenie autorów Notatki wywołał fakt, iż grupa internowanych odmówiła przyjęcia śniadania podając jako motyw, że nie lubią zupy mlecznej. Kontrolerzy stwierdzają na koniec z rozbrajającą szczerością, że w rozmowach funkcjonariusze [SB-eccy], oceniając stosunek internowanych do siebie, wskazywali na demonstracyjną nienawiść do oficerów przy jednoczesnej aprobacie służby oddziałowego. Funkcjonariusze wykazywali zmęczenie psychiczne i fizyczne .......   Jeden z wniosków pokontrolnych brzmiał: Internowani otrzymują w nadmiernych ilościach pomoc materialną od instytucji charytatywnych, a zwłaszcza Episkopatu, miejscowego kleru, PCK i MCK, co wzmacnia poczucie bezpieczeństwa internowanych i domniemanie słuszności występowania z określoną ideologią.

Jakże ciężka, niewdzięczna i niebezpieczna musiała być służba SB-eckich funkcjonariuszy i rezydentach oddelegowanych do tego obozu.

¬ ¬ ¬

Gdy na trzeci dzień po powrocie do Gliwic zjawiłem się w biurze, koledzy sprawili mi owacyjne przywitanie z kwiatami. Drzwi od mojego pokoju nie zamykały się, bez przerwy ktoś przychodził, by mi złożyć życzenia i zobaczyć jak wyglądam. Byłem mocno zażenowany, bo nie spodziewałem się aż tak gorącego przyjęcia, a po siedmiu miesiącach internowania wyglą­dałem nie nadzwyczajnie – rysy miałem ściągnięte, a broda i wąsy wyrosły mi dość pokaźne.

Po zwolnieniu z obozu internowanych. Lipiec 1982 r.

Mimo tak życzliwego przyjęcia i doskonałych stosunków z dyrekcją, nie wyobrażałem już sobie dalszej pracy w Biurze Projektów. Od dawna przecież chciałem otworzyć własną fir­mę. Teraz sytuacja temu sprzyjała, bo władze stanu wojennego chętnie pozbywały się aktywi­stów solidarności z państwowych zakładów pracy i aby mieli z czego żyć, wbrew ustrojowym pryncypiom, umożliwiały im otwieranie prywatnej działalności gospodarczej. W ten sposób, zu­pełnie paradoksalnie, tacy jak ja wrogowie ustroju byli w gruncie rzeczy premiowani, gdyż uzyskiwali możliwość osiągania o wiele większych zarobków niż ich potulni koledzy, którzy po­zostali na dotychczasowych państwowych posadach. Wykorzystałem więc zaległy urlop, złoży­łem podanie o zwolnienie z pracy i za radą oraz przy daleko idącej pomocy stale życzliwego mi Janusza Marquardt’a, który już od kilku lat był prywaciarzem, w listopadzie 1982 roku dostaw­szy zgodę Urzędu Gminy, otworzyłem w Sośnicowicach pod Gliwicami wytwórnię farb, którą nazwałem MALWA. Wynająłem do tego celu we wsi Łany Wielkie  stodołę u uro­czych Ślązaków – Cecylii i Arnolda Tworuszków. Muszę tu oddać hołd wielkiej odwadze Cecy­lii – zarośniętemu, brodatemu i zupełnie nieznajomemu człowiekowi udostępniła budynek i umożliwiła korzystanie z obejścia w swoim gospodarstwie.

Zdewaluowana już zupełnie gotówka, ta która przed rokiem w połach mego płaszcza od­była podróż do Grecji i z powrotem, teraz ledwo wystarczyła na pokrycie kosztów przystosowa­nia stodoły do celów produkcyjnych, wykonania przez wiejskiego ślusarza urządzeń do miesza­nia farb i zakup pierwszej partii surowców.

Wcześniej jednakże pojechaliśmy w sierpniu we trójkę z Helenką i Andrzejem na Mazu­ry. Ograniczenia administracyjne w poruszaniu się po Polsce zostały już zniesione, choć benzyna w dalszym ciągu była tylko na kartki. Na prośbę i nalegania Helenki kupiłem tam w miejscowo­ści Kręsk 20-to hektarowe gospodarstwo rolne za pieniądze uzyskane za sprzedany na wiosnę dom mojej Mamy przy ulicy Mickiewicza w Gliwicach. Dom ten był jedyną właściwie materializacją dorobku całego życia pracy mego ojca, a zamieniony na gospodarstwo rolne miałby w założeniu stanowić Maubergowski spadek dla Andrzeja. Helenka usilnie dążyła do stworzenia rol­niczego zaplecza dla naszego syna w wypadku gdyby zdecydował się on na przeniesienie z Aka­demii Rolniczej w Krakowie na Wyższą Szkolę Rolniczą w pobliskim Olsztynie i prowadzenie po studiach, już jako inżynier rolnik, wzorowego gospodarstwa rolnego.

Andrzej nie był zbyt przekonany do pomysłu przenosin w Olsztyńskie i nie ukrywał tego. Nie bardzo widział się w roli farmera, odpowiadała mu raczej czysta ekonomia. Kiełkował mu chyba już wówczas w głowie bardziej ambitny zamiar próby swych sił zagranicą, gdy w Polsce stan wojenny skończy się i warunki do wyjazdu będą bardziej sprzyjające. Gospodarstwo w Kręsku kupiłem bardziej dla spełnienia prośby mej żony niż dla bieżących potrzeb rodziny. Był to jednak tak pięknie położony i pełen swoistego uroku zakątek, że w jakiś czas potem wywołał różne apetyty i nadzieje wśród członków rodziny. Nie potrafiłem stawić im czoła we właściwy sposób i rozwiązać problemu należycie. Wywołało to niesnaski i niepotrzebne nieporozumienia, czego do dziś żałuję.

Dom w Kręsku

W tym czasie Edzio Smolorz, zwolniony z obozu w Uhercach w tej samej grupie co ja, już znów był za kratkami. Jego nieposkromiona natura człowieka czynu nie pozwoliła mu usiedzieć bezczyn­nie. Po powrocie do domu wszedł natychmiast w nurt pracy konspiracyjnej. Wpadł na tym po kilku tygodniach. Ze względu na cho­robę nie wrócił już do obozu, lecz został w drodze wyjątku umieszczony pod strażą w szpi­talu w Zabrzu. Telefonował stamtąd do mnie do domu, zlecając mi kontaktowanie się z różnymi jego związkowymi kolegami oraz probosz­czem jego parafii w celu dalszego popychania przerwanej działalności konspiracyjnej. Czyniłem to dla niego ze względu na przyjaźń i wspólne uhereckie przeżycia, jednakże z niemałym strachem. Edzio przesiedział się w internowaniu do samego końca, do generalnego zwolnienia internowanych na święta Bożego Narodzenia 1982 roku.

Z dniem 31 grudnia 1982 r. stan wojenny w Polsce został zawieszony. Edzio Smolorz wkrótce potem skorzystał z ułatwień emigracyjnych. Z żoną i dwójką dzieci wyjechał na stałe do Nie­miec. Dostał tam pracę w fabryce Mercedesa w Stuttgarcie. Mieszka w miejscowości Nagold odległej przeszło 45 kilometrów od swego miejsca pracy. Pracuje na trzy zmiany przy taśmie montażowej, narzeka na bezwzględną dyscyplinę w fabryce i bóle kręgosłupa wywołane ko­niecznością wykonywania pracy w pozycji stojącej przez osiem godzin. Jest zupełnie spacyfikowany, a wszelkie rozróbki wywietrzały mu już całkowicie z głowy. Ten potomek powstańców śląskich walczących o polskość Śląska pisuje teraz do mnie z Niemiec regularnie życzenia świąteczne oraz nostalgiczne listy, pełne narzekań na zbytni porządek w Niemczech oraz ubolewań na brud i nadmierny nie­porządek w Polsce.

Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy w Gliwicach. W tym czasie często otrzy­mywaliśmy życzliwą pomoc – paczki z żywnością lub odzieżą od osób całkowicie nieznajomych. Nieznana mi zupełnie pani Foucaut z miej­scowości St. Max koło Nancy we Francji przysłała paczkę żywnościową pisząc, że adres mój dostała przez Dom Jana Pawła II w Rzymie. Podobny ujmujący dowód międzynarodowej soli­darności dostałem także od rodziny niemieckiej.

Rok 1983 był pełen trudnych wyzwań. Jego początek stał pod znakiem rozruchu wytwór­ni farb i zdobywania klientów. Niezmiennie życzliwy Janusz Marquardt odstąpił mi kilku swo­ich. Nie było to jednak wystarczające, więc objeżdżaliśmy z Helenką miejscowości Górnego i Dolnego Śląska w poszukiwaniu prywatnych sklepów z farbami i oferowaliśmy produkty firmy MALWA. Nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Nigdy w życiu tego nie robiliśmy, a będąc do­tychczas pracownikami umysłowymi poważnych instytucji państwowych, nieco wstydziliśmy się takiego zajęcia. Sklepikarze mieli już przeważnie swych ustalonych dostawców, z którymi pracowali i znali się od dawna. Nie mieli zaufania do obcych. Nie chcieli rozmawiać z niezna­jomymi, o których nic nie wiedzieli. Traktowali nas wyniośle i z góry. Trzeba było odbyć wiele upokarzających rozmów i nadzwyczaj powoli zdobywać zaufanie odbiorców. Firma krzepła jed­nak stopniowo, a wobec dotkliwego braku towaru na rynku, jej obroty i dochody systematycznie wzrastały. Helenka spisywała się doskonale jako zaopatrzeniowiec, co w warunkach permanent­nego braku surowców na socjalistycznym rynku było wielkim wyczynem.

W czerwcu miała miejsce druga pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny. Pojechałem z Helenką do Warszawy. Dzięki wejściówkom otrzymanym od Anny Grocholskiej mieliśmy do­skonałe miejsca w bliskim ołtarza sektorze i mogliśmy uczestniczyć w mszy św. celebrowanej na Placu Defilad. Kilka dni później byliśmy w tym samym celu na Katowickim lotnisku na Muchowcu. Dalszą papieską pielgrzymkę obserwowaliśmy w telewizji, która tym razem wyjątkowo rzetelnie relacjonowała jej przebieg łącznie z informacją, że na zakończenie swej wizyty Ojciec Święty spotkał się nieoczekiwanie w Dolinie Chochołowskiej z Lechem Wałęsą, któremu niedługo potem, ja­ko pierwszemu Polakowi, przyznano Pokojową Nagrodę Nobla za 1983 rok. Znów jak poprzed­nio, na całej trasie pielgrzymki gromadziły się nieprzebrane tłumy ludzi. Społeczeństwo polskie korzystając z „papieskiego parasola ochronnego” i obecności dziennikarzy zagranicznych, po raz pierwszy od wprowadzenia stanu wojennego mogło bezkarnie manifestować swe nastroje niosąc związkowe sztandary i transparenty pisane charakterystycznym liternictwem Solidarności, zwa­nym solidarycą.

W lipcu 1983 roku po 586 dniach zniesiono w Polsce stan wojenny i ogłoszono amne­stię. Nie objęła ona jednak wszystkich przetrzymywanych przywódców Solidarności i człon­ków KOR. Władze ogłosiły chęć normalizacji stosunków w kraju.

Tego samego lata roku 1984 Andrzej, po ukończeniu III-go roku studiów na Akademii Rolniczej w Krakowie, wyjechał we wrześniu do Francji na winobranie. Załatwił mu to Michel Marbot, który usilnie namawiał swego nowego polskiego szwagra do podjęcia ambitnego wyzwania: pozostania we Francji i kontynuowania tam studiów rolniczych. Trudno się dziwić, że młody i pełen energii młodzieniec bardzo zapalił się do tego pomysłu. Jego też, tak jak mnie 22 lata wcześniej, PRL dusił brakiem wolności, kontaktów ze światem i możliwości rozwinięcia skrzydeł. Wyjechał więc teoretycznie na winobranie, choć zarówno on jak i my rodzice żegnają­cy go na dworcu zdawaliśmy sobie sprawę, że podobnie jak ja w 1962 roku, zrobi wszystko co w jego mocy, aby zrealizować swe francuskie plany. Andrzej miał jednak o wiele większą szansę na ich realizację niż ja przed laty. Miał we Francji oparcie w najbliższej rodzinie: siostrze, szwa­grze i ciotkach. Na początku byłem przeciwny jego wyjazdowi – być może z egoistycznych powodów. Był ostatnim dzieckiem, które jeszcze pozostawało z nami w Polsce. Po jego wyjeździe zostawaliśmy zupełnie już sami, odcięci od nich żelazną kurtyną.

Andrzej został przyjęty od października jako wolny słuchacz na drugi rok dobrej szkoły rolniczej w Paryżu o nazwie Institut National d’Agriculture Paris-Grignon. Jako obcokrajowcowi bez własnych środków do życia, szkoła przy­znała mu niewielkie stypendium. Po roku studiów miało się okazać, czy wystarczająco opanował język francuski i czy jego postępy są na tyle dobre, by mógł dalej kontynuować studia już jako pełnoprawny student.

Podobnie jak jego ojciec przed laty, Andrzej również nie zaprzepaścił swej chance du débutant. W 1987 r. ukończył studia rolnicze i rozpoczął pracę zarobkową w Paryżu. Jego ambicje sięgały jednak dalej. Wraz z trzema przyjaciółmi ze studiów podjął inicjatywę powołania we Francji niezależnej szkoły menedżerów, przeznaczonej dla absolwentów wyższych uczelni ze wschodniej i środkowej Europy. Nadali jej nazwę Programme Copernic. Do sponsorowania studiów udało im się zachęcić kilka poważnych firm francuskich, a do patronatu naukowego – renomowane paryskie wyższe uczelnie oraz pracujących tam wykładowców. Program Kopernik zdał egzamin. Pierwszy rocznik, składający się jeszcze z samych tylko Polaków, ukończył studia w 1991 roku. W ciągu dalszych lat Copernic okrzepł i stał się uczelnią o uznanej renomie, a jego dyplom cieszy się obecnie popytem wśród pracodawców. Od tego czasu nieprzerwanie kształci młodych ludzi nie tylko z krajów Europy Wschodniej, ale nawet i z Azji. W 2001 roku, po 11-tu latach istnienia, Programme Copernic wykształcił 440 absolwentów, którzy znaleźli doskonałe posady we wszystkich prawie krajach Europy.

Po kilku dalszych latach Andrzej zaciągnął pożyczkę w banku na pokrycie kosztów takiego samego kursu Master of Business Administration w szkole menedżerów INSEAD w Fontainebleau, jaki zrobił jego wuj Marek. Ukończył go w 1995 r. Zdobył później dzięki temu stanowisko dyrektora warszawskiej filii poważnego banku francuskiego. Miał to dodatkowe szczęście, że nie posiadał wówczas jeszcze rodziny na utrzymaniu, a niechlubnej pamięci PRL, która w tym czasie przeszła już do historii, nie zdołała mu pokrzyżować planów jak to miało miejsce w przypadku jego ojca. Ale to działo się dużo później i wymagało od niego jeszcze ogromu pracy i wysiłku.

¬ ¬ ¬

W tym czasie powstała w wielu miejscach i zaczęła rozlewać się po całym świecie obłędna fala terroryzmu. W 1972 roku na Igrzyskach Olim­pijskich w Monachium palestyński Czarny wrzesień zamordował dwóch sportowców ekipy Izraela, a w 1978 r. skrajnie lewicowe Czerwone brygady zabiły włoskiego chadeckiego polityka Aldo Moro. Celem nieudanych zamachów stali się następnie prezydent Reagan w marcu 1981 roku, a w maju papież Jan Paweł II. W październiku tegoż roku miały miejsce aż dwa zamachy: w Kairze został zamordowany prezydent Egiptu Anvar Sadat, a w Delhi premier Indii pani Indira Gandhi. Jej syn i następca na stanowisku premiera Rajiv Gandhi również został zamordowany kilka lat później. W 1983 roku w Libanie miały miejsce krwawe zamachy bombowe; w lutym 1986 zastrzelony został w Sztokholmie premier Szwecji, Olof Palme.

Mimo zadekretowanej normalizacji, Polska niestety nie różniła się pod tym względem od reszty świata. Zaczęło się już w 1977 roku, gdy w maju znaleziono w Krakowie zwłoki stu­denta Uniwersytetu Jagiellońskiego – Stanisława Pyjasa, współpracownika KOR. W maju 1983 roku milicjanci ciężko pobili w komisariacie w Warszawie młodego maturzystę Grzegorza Przemyka w na­stępstwie czego dwa dni potem zmarł. W lutym 1984 znaleziono zamordowanego przez niezna­nych sprawców znanego niezależnego działacza chłopskiego Piotra Bartoszcze. Tego rodzaju niewyjaśnionych morderstw było w tym czasie wyjątkowo wiele, także i wśród księży katolic­kich.

Mnożyły się napady na plebanie zamieszkałe przez proboszczów sympaty­zujących z Solidarnością.

19 paździer­nika 1984 r. został uprowadzony i bestial­sko zamordowany przez trzech oficerów Służby Bezpieczeństwa żarliwy duszpa­sterz Solidarności ksiądz Jerzy Popiełuszko, znany z odprawianych mszy św. za Ojczy­znę. Jego pogrzeb w kościele Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie z udziałem Prymasa i Lecha Wałęsy stał się wówczas wielotysięczną manifestacją poparcia dla sprawy Solidarności, której mę­czennikiem stał się ksiądz Jerzy.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko

 znaczki poczty Solidarności podziemnej

W marcu 1985 r. w Olsztynie zmarł 19-letni student Marcin Antonowicz na skutek pobi­cia w czasie zatrzymania przez Milicję Obywatelską.

¬ ¬ ¬

W Lublinie Kasia weszła w studenckie środowisko Wyższych Uczelni – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Poznała również osoby ze środowiska pracowników naukowych KUL i UMCS. Było wśród nich wielu dawnych kolegów Piotra Jeglińskiego. Było wielu asystentów i profesorów, którzy pamiętali go jeszcze z czasów, gdy jako student zajmował się działalnością opozycyjną, wydając już od 1977 roku w Krakowie, Lublinie i Warszawie poza cenzurą Niezależne Pismo Młodych Katolików SPOTKANIA. W środowisku młodych pracowników naukowych KUL zachowała się reputacja o Piotrze Jeglińskim jako młodym człowieku, który z pasją poświęcił się odkłamywaniu historii, fałszowanej przez PRL od dziesięcioleci. Profesor Romuald Kukołowicz, wykładowca na KUL i członek Rady Prymasowskiej był zdania, że Piotr Jegliński odznaczał się wyjątkową inwencją i pomysłowo­ścią w wymyślaniu niekonwencjonalnych sposobów na kolportowanie opozycyjnej prasy i ulo­tek. Słynne były jego akcje ulotkowe, w czasie których wysyłał do Polski z Bornholmu przy pomocy baloników niesionych północnym wiatrem paczki ulotek demaskujących antynarodową działalność komunistycznych władz polskich oraz zawierających inne tego rodzaju treści antysocjalistyczne, sprzeczne z dobrem i interesami PRL.

Miała więc Kasia możność spojrzenia na Piotra oczyma jego wcześniejszych kolegów, przyjaciół i nauczycieli. Niewidzialne fluidy płynące z Paryża od Piotra Jeglińskiego dosięgały ją na wiele sposobów nie tylko w Gliwicach, ale także i w Lublinie. To one zapewne spowodo­wały, że na jeden z weekendów Kasia wybrała się do Warszawy by przedstawić Marysię i siebie matce Piotra, Ewie Jeglińskiej. Spotkanie trzech Pań udało się. Matka Piotra okazała się pełną uroku kulturalną osobą z dyplomem Akademii Sztuk Pięknych, pracującą w Teatrze Wielkim i zajmującą się urządzaniem wystaw teatralnych w Polsce i zagranicą. Z tego też powodu znalezienie wspólnego języka było pomiędzy mamą i babcią Marysi znakomicie ułatwione.

To zapewne te fluidy spowodowały, że w marcu 1985 roku, w czasie jednej z mych odwiedzin w Lublinie Kasia zawiadomiła mnie, że podjęła decyzję powrotu do Paryża i związania na zawsze swych losów z Piotrem Jeglińskim. Praktyczna realizacja tej decyzji, z uwagi na pobyt tam już jej siostry i brata, wydawała się jednak w socjalistycznej Polsce wysoce problematyczna. Sprawa wydania paszportów dla Kasi i Marysi została ostatecznie rozwiązana dzięki cichej pomocy profeso­ra Kukołowicza i Rady Prymasowskiej. Władzom PRL zależało w tym czasie na normalizacji stosunków z Watykanem. Kanałami dyplomatycznymi uzgadniano warunki, od spełnienia których Watykan uzależniał wyrażenie na to zgody. Jednym z wa­runków stawianych przez Episkopat Polski było zwolnienie z więzienia niektórych więźniów sumienia oraz wydanie paszportów innym. Na prośbę Piotra Jeglińskiego profesor Kukołowicz spowodował, że nazwisko Kasi zostało umieszczone na liście Episkopatu.

Dzięki temu po wielkich emocjach, gdyż do końca nie było wiadome, czy władze zgodzą się na warunki Episkopatu, Kasia wraz z Marysią wyleciały w końcu z Warszawy do Paryża na przełomie kwietnia i maja 1985 r. Być może jakiś pomocny wpływ na udany wyjazd Kasi miała również i duchowa pomoc rodziców: w intencji tej Helenka odbyła samotną pieszą pielgrzymkę z Gliwic do Częstochowy na Jasną Górę, a ja podjąłem ślubowanie o zerwaniu z mym jedynym nałogiem – od następnego dnia zaprzestałem palenia papierosów.

Ślub Piotra i Kasi odbył się w czerwcu tego roku u Stacha i Maryńci Rey w Montrésor. Spotkała się tam cała nasza rodzina: my – rodzice i wszystkie nasze dzieci. Paszporty na wyjazd do Francji dostaliśmy tym razem wyjątkowo bez problemów, przypuszczalnie dzięki mojemu statusowi inicjatywy prywatnej, teoretycznie niezaangażowanej w konflikty jakie wstrząsały środowiskiem pracowników państwowych. Jeszcze kilka lat temu nie byłoby do pomyślenia, aby biuro paszportowe dopuściło do sytuacji, gdy wszyscy członkowie rodziny znajdują się zagranicą równocześnie.

Piotr Jegliński pochodził z zasłużonej rodziny Jeglińskich herbu Lubicz. Jego ojciec Stanisław był cenionym pracownikiem Wydziału Che­mii na Politechnice Warszawskiej. Ojciec Piotra, podobnie jak mój Tata, też miał związki z Kau­kazem, choć w jego przypadku były one w skutkach tragiczne. Stanisław Jegliński, mimo że nie należał do PZPR, jako wyróżniający się nauczyciel akademicki został w nagrodę oddelegowany do prowa­dzenia badań naukowych nad minerałami w gruzińskiej Akademii Nauk. W czasie pobytu na Kaukazie zaraził się wirusem azjatyckim wywołującym śmiertelną chorobę atakującą wątrobę, z której już niestety nie dało się go uratować. Piotr został przedwcześnie sierotą.

Matka Piotra, Ewa Orzechowska, była córką Ludwika Michała Oksza-Orzechowskiego, wojskowego lekarza w zgrupowaniu generała Lucjana Żeligowskiego, który w czasie wojny polsko-bolszewickiej wsławił się w 1920 r. zajęciem Wilna. Orzechowscy posiadali na Podolu w okolicy Olgopola majątek Uroczyszcze, który w wyniku ustaleń granicznych Polsko-Sowieckiego traktatu pokojowego zawartego w Rydze w październiku 1920 r. pozostał niestety po stronie sowieckiej.

Matka Ewy pochodziła z wielkopolskiej rodziny Korwin-Sokołowskich herbu Ślepowron, znanej w okresie zaborów jako rodzina niepokornych. Leżący w Śleszynie w powiecie gostynińskim majątek dziadka Ewy, Józefa Korwin-Sokołowskiego został w czasie rozbiorów skonfiskowany przez Rosjan za jego udział w powstaniu styczniowym 1863 roku. Podobnie jak Maubergowie, Korwin-Sokołowscy poświęcali się głównie karierze wojskowej i administracyjnej. Adam Korwin-Sokołowski, brat babki Piotra Jeglińskiego, był w latach 1930-1935 szefem gabinetu Marszałka Józefa Piłsudskiego, a po śmierci Marszałka wojewodą nowogródzkim aż do wybuchu II-giej wojny światowej.

Ojciec Piotra, Stanisław Jegliński brał czynny udział w tragicznym Powstaniu Warszawskim w sierpniu 1944 r.

Matka Piotra ma swą piękną kartę wojenną: jako 20-to letnia dziewczyna brała także udział w Warszawskim Powstaniu. Była kanalarką – łączniczką pomiędzy Komendą Mokotowa a Komendą Śródmieścia. Wielekroć musiała wykazywać się nieustraszoną odwagą, gdy dołem kanałami lub górą pod niemieckim obstrzałem przenosiła meldunki. Podobną odwagę wykazała prawie czterdzieści lat później, gdy w czasie stanu wojennego w Polsce, z powodu opozycyjnej działalności swego syna w Paryżu, miała wątpliwy „zaszczyt” być przesłuchiwaną przez samego ówczesnego ministra spraw wewnętrznych PRL, Czesława Kiszczaka. PRL-owska Służba Bezpieczeństwa zastosowała wobec niej także prowokację – wróciwszy pewnego dnia późnym wieczorem do swego mieszkania, potknęła się w ciemnym korytarzu o jakiś duży przedmiot, którego tam nie było, gdy wychodziła. Zapaliwszy światło zobaczyła, że jest to olbrzymi ciężki powielacz, nielegalne urządzenie używane przez opozycjonistów do druku ulotek politycznych i literatury drugiego obiegu. Zostało podrzucone do mieszkania w czasie jej nieobecności. Ewa nie straciła głowy, lecz zatelefonowała natychmiast do kolegi Piotra jeszcze z KUL-u , Janusza Krupskiego  i zażądała, aby do niej natychmiast przyjechał. Krupski zrozumiał, że stało się coś ważnego i zjawił się bezzwłocznie z Bogdanem Borusewiczem , też ich kolegą z tej Uczelni. Powielacz rozebrali na drobne części i wynieśli z mieszkania . Następnego dnia wczesnym rankiem do drzwi mieszkania załomotała milicja z nakazem rewizji. Przewrócili całe mieszkanie do góry nogami. Po dwóch godzinach zniecierpliwiony oficer SB zapytał w końcu Ewę wprost powiedz, gdzie ukryłaś powielacz? Panowie ci wiedzieli, po co przyszli. Nie spodziewali się jednakże, że ta słaba drobna kobieta zdoła pozbyć się z domu ciężkiego „podrzutka” tak szybko.

Ślub Kasi Mauberg i Piotra Jeglińskiego. Montrésor, 15 czerwiec 1985 r.

Po ślubie państwo młodzi zamieszkali w czternastej dzielnicy Paryża przy ulicy Jean Moulin, gdzie mieściło się również biuro wydawnictwa Editions Spotkania. Piotr Jegliński specjalizował się w tematyce historycz­nej i wydawał tych autorów, którzy będąc w PRL na indeksie, nie mieli prawa druku. Aktywność Piotra była wielostronna – aby jego działalność wydawnicza miała sens i książki trafiały do pol­skiego masowego czytelnika, musiał zajmować się nie tylko wydawaniem książek, ale także ich dystrybucją i nielegalnym przerzutem do Polski na dużą skalę. Z tego też powodu stosunkowo często można było wówczas oglądać mego zięcia w polskiej telewizji. W audycjach poświęconych zagorzałym wrogom bloku socjalistycznego, szkalujących PRL wyjątkowo zja­dliwie i czyniących socjalizmowi największe szkody, wymieniani byli przeważnie jednym tchem: dyrektor polskiej sekcji radia Wolna Europa Jan Nowak-Jeziorański, redaktor Kultury Paryskiej Jerzy Giedroyć, ambasador Zdzisław Najder oraz wydawcy niezależnych publikacji na Zachodzie: Mirosław Chojecki Kontakt i Piotr Jegliński Editions Spotkania.

¬ ¬ ¬

W lecie 1985 roku Andrzej ukończył swój pierwszy próbny rok nauki jako wolny słuchacz w Institut National d’Agriculture. Jego postępy okazały się tak dobre, że bez kłopotów został wpisany na listę studentów zwyczajnych. Andrzej był bardzo dumny, chciał poka­zać nam swą szkołę i prosił, abyśmy go odwiedzili w szkolnym campusie. Do dobrych zwycza­jów w tej uczelni należało także, by rodzice studenta poznali profesora – opiekuna jego grupy i vice versa. W drodze powrotnej ze ślubu Kasi wstąpiliśmy więc do Paryża by przedstawić się profesorowi Andrzeja, zapytać o opinię o jego postępach i prosić o dalszą opiekę nad naszym synem.

Do domu wiozłem kilka podarowanych mi w ostatniej chwili numerów francuskiego ty­godnika ekonomicznego l’Express. Położyłem je w bagażniku na walizkach. Nie oglądałem ich dokładnie. Zauważyłem jedynie, że na okładce pierwszego widnieje mapa Euro­py, a na niej rozrzucone w nieładzie prostokątne kawałki jakichś brązowych czekoladek. Gdy dojechałem wreszcie do granicy polskiej w Zgorzelcu, jedyną rzeczą na którą celnicy zwrócili uwagę były numery Express’u, a pierwszy jaki wzięli do ręki był ten z mapą Europy i czekoladkami. Został natychmiast komisyjnie zarekwirowany. Na moje protesty jeden z celników wymownie wskazał palcem na okładkę. Nałożyłem okulary i przyjrzałem się jej wówczas bliżej. Zobaczyłem mapę Europy z zaznaczo­nymi na niej granicami krajów obozu socjalistycznego. Między krajami tymi były duże szczeliny, a cał­kowitemu rozsypaniu się obozu zapobiegały jedynie kawałki brązowych, zardzewiałych i spęka­nych sztab żelaznych, skuwających razem poszczególne kraje przy pomocy równie zardzewia­łych śrub. To co wziąłem początkowo za kawałki czekolady rozsypane na mapie, w istocie było owymi zardzewiałymi pękającymi okowami. Aluzja była przejrzysta. Wewnątrz numeru znaj­dował się rzeczowy artykuł wykazujący coraz większe zacofanie ekonomiczne bloku socjali­stycznego w stosunku do Zachodu, wzrastające zróżnicowanie tych krajów i ich tendencje od­środkowe.

W uzasadnieniu sporządzonego protokołu orzekającego rekwizycję celnicy napisali ze śmiertelną powagą, że powyższy egzemplarz pisma l’Express jest zakazany do przywozu na polski obszar celny ze względu na treść sprzeczną z dobrem i interesami PRL. Gorliwi celnicy nie znali wszakże języka francuskiego. Gdyby go znali, to by zarekwirowali cały plik Express’ów. W każdym z nich znajdowała się bowiem jakaś analiza ekonomiczna gospodarki państw socjalistycz­nych i każdy z nich zawierał podobne treści sprzeczne z dobrem i interesami nie tylko PRL, ale także i samego przodującego we wszystkim Związku Radzieckiego.

A działo się to już w czasie, gdy od marca 1985 r. Gorbaczow zasiadał na Kremlu; gdy podejmując próby ratowania rozkładającego się systemu sowieckiego, ogłosił głasnost’, czyli jawność życia publicznego, pierestrojkę – przebudowę systemu i uskarienie – przyspieszenie przemian. Gdy polskie władze także zadeklarowały wolę normalizacji i nastąpiło pewne roz­luźnienie. Mimo to większość przepisów, tak w PRL, jak i w pozostałych krajach bloku nadal była podporządkowana samooszukańczej strusiej filozofii: to, czego nie pozwalamy zobaczyć ani usłyszeć, nie istnieje. Audycje Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki dalej były w najlepsze zagłuszane.

I wtedy to nagle, gdy stałem tam na granicy pełen buntu, uczucia niemocy i porażenia wobec tej trwogi przed słowem pisanym i przejawu tak niebotycznej głupoty ustroju, spłynęło na mnie objawienie, a w ślad za nim jakiś wielki wewnętrzny spokój. Uświadomiłem sobie bowiem, że komunistyczne władze mego kraju już żadnej krzywdy nie mogą mi właściwie uczynić: dzieci są odcho­wane, samodzielne i znajdują się bezpieczne za granicą, poza imperium absurdu. Moim dzieciom głupota władz polskich nie może już zaszkodzić. Mnie samego władze te mogą najwyżej wsa­dzić do więzienia – ale przecież już w nim w jakimś sensie cały czas byłem i nadal jestem – wolność mam wszakże ograniczoną.

¬ ¬ ¬

W kwietniu 1986 jak grom z jasnego nieba spadła na cały świat wiadomość o katastrofie, do jakiej w nocy z 25 na 26 doszło w elektrowni atomowej w Czarnobylu na Ukrainie. Choć europejskie stacje pomiarowe odnotowały niewytłumaczalny wzrost poziomu radioaktyw­nego promieniowania już 27 kwietnia, to swym tradycyjnym zwyczajem władze Związku Sowieckiego powiadomiły świat o awarii dopiero 29 kwietnia, gdy ogromu katastrofy nie dało się już ukryć. Chmura radioaktywnych gazów niesionych przypadkowymi prądami powietrza płynęła przez Europę już od trzech dni, a rządy krajów nią dotkniętych nie zostały ostrzeżone i nie miały możności zorganizowania na czas prewencyjnej akcji ochrony swej ludności. Świat raz jeszcze miał okazję przekonać się, jak wygląda głasnost’ w sowieckim wykonaniu.

Nie jest wykluczone, że nasilenie dolegliwości związanych z chorobą tarczycy, które od tej pory wystąpiło u mej córki Ani mieszkającej już wówczas w Atenach, spowodowane były tą częścią radioaktywnej chmury, która w następnych dniach zawędrowała nad Grecję.

¬ ¬ ¬

Dochody z Wytwórni Farb powoli, ale systematycznie rosły. Pozwoliło mi to na powrót do myśli o zakupie starego dworku i przeniesieniu się z miasta na sielską polską wieś. Taką, o której poeta pisał:

Wsi spokojna, wsi wesoła, któryż głos twej chwale zdoła?

Kto twe sławy i pożytki zdolen sławić naraz wszytki?

Dzieci mieszkały bezpiecznie zagranicą, wnuków przybywało. Dworek mógłby dosko­nale spełnić swą rolę jako miejsce, gdzie małe dzieci mogłyby spędzać zdrowe wakacje na wsi u dziadków. Helenka taką rolę przypisywała raczej gospodarstwu w Kręsku. Było to jednak zupeł­ne odludzie. Do najbliższego sklepu trzeba było iść polną drogą trzy kilometry. Dom mieszkalny był pozbawiony ogrzewania, wody bieżącej i kanalizacji. W czasie pierwszej zimy po zakupie, gdy stał pusty i nieogrzewany, istniejąca tam prymitywna instalacja wodna i kanalizacyjna po­pękała na mrozie. Nie nadawał się więc do zamieszkania w zimie, a w lecie mogli tam mieszkać jedynie tacy zapaleńcy, którzy by przedkładali prymityw i uroki malowniczego krajobrazu Warmii nad wymagania higieniczne. Spędzenie tam wakacji z małymi dziećmi wymagałoby wyjątkowego samozaparcia. Niezwykle dzielna Ania wykazała je dwukrotnie, spędziwszy tam z czwórką malutkich dzieci dwa miesiące w lecie 1987 roku, a potem z piątką w 1989 r.

Znajomi nasi wiedzieli o mych poszukiwaniach i zawiadamiali mnie, gdy dowia­dywali się o czymś do kupienia. W lecie 1986 roku zatelefonowała do mnie matka Piotra, Ewa Jeglińska z wiadomością, że znalazła w gazecie ogłoszenie o sprzedaży dworku koło Mińska Mazowieckiego pod Warszawą. Umówiłem się z właścicielami i pojechałem tam przy najbliższej okazji.

Dworek w miejscowości Grzebowilk był mocno zniszczony, ale leżał w pełnym uroku parku ze starodrzewem. Sąsiedztwo tylko w niewielkim stopniu było popsute bliską nowoczesną zabudową. Od starej bramy z kutego żelaza, której lewe skrzydło zwisało smętnie na jednym tyl­ko zawiasie, prowadziła przez park aleja zakończona okrągłym podjazdem z klombem przed ty­powy ganek z drewnianymi kolumienkami. Z tyłu duża oszklona weranda wychodziła na położony niżej ogród graniczący z potokiem. Swym podłużnym kształtem i harmonijnymi pro­porcjami dworek od razu chwycił mnie za serce. Zbudowany był pod koniec XVIII-go wieku, według tradycji jako dworek myśliwski księcia Józefa Poniatowskiego. Wiedziałem już, że to jest właśnie to, czego szukałem.

Ku mojemu wielkiemu żalowi właściciele wycofali się niestety z transakcji. Kilka lat później sprzedali dworek komuś ze swej rodziny. Nowy posiadacz nakładem olbrzymich kosz­tów przeprowadził generalny remont i doprowadził dworek do świetnego stanu – zapewne lep­szego niż ten, w jakim był przed wojną. W sumie więc dobrze się dla dworku stało, bo na tak wielkie inwestycje nie byłoby mnie stać.

Dworek w Grzebowilku,  po restauracji

¬ ¬ ¬

Benzyna w Polsce była w dalszym ciągu na kartki, a każdy następny polski Fiat 125, któ­ry kupowałem, coraz gorszej jakości. Nie było tygodnia, aby mój samochód nie mu­siał spędzić kilku godzin w warsztacie naprawczym. Tymczasem zaopatrzenie Wytwórni MALWA w su­rowce wymagało częstych jazd do państwowych Central Zbytu, a te były rozrzucone po całej Polsce. Te wszystkie względy spowodowały, że kupiłem pierwszy w życiu nowy zagraniczny samo­chód, japońskiej produkcji, firmy Nissan. Miał on przede wszystkim tę zaletę, że był to diesel, a olej napędowy był w Polsce dostępny bez ograniczeń. Kupiłem go zupełnie oficjalnie za dolary u półoficjalnego przedstawiciela belgijskiego dystrybutora, przemiłego pana Mazura z Katowic. Pan Mazur na telefoniczne wezwanie przyjechał do naszego domu by z Helenką uzgodnić kolor samochodu, a ze mną jego wyposażenie. Powiało wielkim światem, a perypetie związane z odbiorem Nissana na nabrzeżu portu w Szczecinie mogłyby stanowić materiał do osob­nej historii.

Pan Mazur należał do tej samej rzadkiej kategorii romantyków, co Franek Honzyk i taksówkarz holujący nas swego czasu z NRD do Polski. Ludzi, mających we krwi mieszaninę chęci przygód, żyłki do hazardu i ryzyka oraz uczynności dla bliźnich. Te właściwości jego charakteru spowodowały, że w rok później, przy okazji wyjazdu do Francji na urlop, bez wahania spełnił moją prośbę i przeszmuglował do Paryża nasz prezent ślubny dla Kasi i Piotra – z wielkim trudem zdobyty w wytwórni Gerlacha w Warszawie komplet srebrnych sztućców Księstwa Warszawskiego. Prawie cała produkcja tej fabryki przeznaczona była wówczas na eksport.

Nissan okazał się być wyjątkowo poczciwym samochodem. Jeździł wytrwale nie psując się. Było to dla mnie absolutnie niepojęte. Na podstawie mego dotychczasowego do­świadczenia z polskimi Fiatami nabrałem bowiem głębokiego i niewzruszonego przekonania że samochód, będąc skomplikowanym urządzeniem mechanicznym, nie może się nie psuć. Nissan udowodnił, że w Japonii jest zupełnie inaczej. Miał tylko jedną słabość – nie tolerował krajowych smarów, olejów i płynów hamulcowych, lecz wyłącznie zachodnie, a te były dostępne w Polsce jedynie za drogie dewizy.

¬ ¬ ¬

W kraju w dalszym ciągu sytuacja daleka była od normalizacji. Powszechny brak pod­stawowych towarów, kartki na wiele artykułów i brak perspektyw poprawy czyniły życie szarym i smutnym. Bierny opór społeczeństwa wobec niechcianej władzy tężał, a zniechęceni ludzie zamykali się w sobie – nazywane to było emigracją wewnętrzną.

W czerwcu 1987 r. papież Jan Paweł II po raz trzeci odwiedził swą ojczyznę. Znów mi­liony rodaków witały go na całej trasie podróży. Na Westerplatte papież spotkał się z młodzieżą. Zachęcał ją do wytrwałości i cierpliwości. W rezydencji biskupa gdańskiego Ojciec Święty przyjął Lecha Wałęsę i jego rodzinę. Na mszy św. celebrowanej na Placu Defilad w Warszawie powitał go transparent z proroczym napisem: „Czwarta pielgrzymka już do wolnej Ojczyzny”.

W ludowej ojczyźnie obowiązywały w dalszym ciągu w najlepsze obłędnie głupie, nieraz wręcz nieludzkie przepisy krępujące swobody obywatelskie. Gdy w październiku 1987 roku przyszła z Montrésor telegraficzna wiadomość o śmierci mej teściowej, złożyliśmy na milicji podania o ekspresowe wydanie nam paszportów by zdążyć na pogrzeb. Obiecano je w ciągu dwu dni. W takich przypadkach wszyscy szli rodzinie na rękę – konsulat francuski natychmiast wydał niezbędne zaświadczenia i promesy wiz, a biuro Air France w Warszawie zarezerwowało bilety na telefon. Kiedy w wyznaczonym dniu zgłosiliśmy się rankiem do Biura Paszportowego i odstaliśmy w kolejce wśród podobnych do nas zestreso­wanych petentów wyjeżdżających w nagłych rodzinnych wypadkach – urzędnik wywołał w końcu Helenkę i wydał jej paszport. Czekaliśmy dalej cierpliwie na wywołanie mnie. Gdy zniecierpli­wiony przedłużającym się czekaniem ośmieliłem się zapytać jak długo jeszcze będę czekać, szczerze zdziwiony urzędnik odpowiedział:

    — Niepotrzebnie pan czeka – dla pana paszportu nie ma.

    — Dlaczego? Jedziemy przecież na pogrzeb teściowej!

    — Paszport zagraniczny na pogrzeb przysługuje tylko najbliższej rodzinie osoby zmarłej: rodzicom lub dzieciom. Według przepisów zięć nie jest najbliższą rodziną swej te­ściowej i panu paszport nie należy się.

Nie pomogły żadne prośby ani tłumaczenia, że w takiej ciężkiej chwili jest oczy­wiste, że małżonkowie występują razem i że żonie byłoby lżej gdyby towarzyszył jej mąż. Przepisy so­cjalistycznego, opiekuńczego i humanitarnego PRL nie przewidywały wspólnego uczest­nictwa małżonków w zagranicznym pogrzebie rodziców. Nie było czasu na ewentualne inter­wencje we władzach wojewódzkich. Odwiozłem Helenkę do Warszawy i odprowadziłem na lot­nisko. Pojechała sama.

Jednakże erozja sowieckiego bloku, niezauważalna jeszcze dla jego mieszkańców, trwała już od jakiegoś czasu. Prezydent USA Ronald Reagan konsekwentnie nie chciał zrezygnować z tworzenia systemu obrony strategicznej SDI, polegającego na niszczeniu wrogich rakiet jeszcze w przestrzeni kosmicznej, daleko od własnych granic. Związek Sowiecki tracił oddech – nie był w stanie ani finansowo ani technologicznie sprostać takiemu wyzwaniu i wdrożyć podobny sys­tem u siebie. Musiał powoli iść na ustępstwa.

W tym czasie w Polsce zaczął utrwalać się zwyczaj, że przebywający tu zachodni polity­cy, po oficjalnych rozmowach z władzami PRL, odbywali półoficjalne spotkania z Lechem Wa­łęsą i grupą jego współpracowników z opozycji demokratycznej. We wrześniu z Wałęsą spotkał się przebywający w Polsce z oficjalną wizytą wiceprezydent USA, George Bush, a w listopadzie następnego roku – premier Wielkiej Brytanii, pani Margaret Thatcher.

¬ ¬ ¬

Tradycyjnym miejscem, gdzie uciśnieni mogli znaleźć azyl, a wolna myśl być głośno wypowiedziana w sposób nieskrępowany, były w Polsce od dawna kościoły. W Gliwicach rolę tę pełniły prawie wszystkie parafie. Wyróżniał się wśród nich kościół ojców redemptorystów dzięki działalności proboszcza parafii, energicznego ojca Jana Siemińskiego. Ten pobożny duszpasterz i żarliwy patriota, mimo szykan ze strony Służby Bezpieczeństwa, odważnie głosił w swych kazaniach prawdę, wskazując niedwuznacznie wiernym źródło zła. Ojciec Jan był inicjatorem pierwszego w Gliwicach stowarzyszenia opozycyjnego, które stało się potem oddziałem warszawskiej Dziekanii . Szczególnie bliskimi byli mu ludzie pracy, których stał się z czasem zaufanym duszpasterzem, za zalety swego ducha darzonym przez nich wielkim szacunkiem. Organizowane przez niego czwartkowe spotkania ludzi pracy z opozycyjnymi działaczami i dziennikarzami, wybitnymi ludźmi kultury czy relegowanymi za swe antykomunistyczne poglądy profesorami wyższych uczelni od wielu lat cieszyły się wielką popularnością. Spełniały rolę forum dyskusyjnego, wypełniały lukę w cenzurowanych informacjach, dawały możność zapoznania się z najnowszymi kierunkami myśli filozoficznej i uzupełniały naszą wiedzę o świecie współczesnym. Spotkania te, z uwagi na swą popularność i dużą frekwencję, kontynuowane były przez długi czas, aż do odzyskania niepodległości.

To w takich właśnie, bardzo zresztą licznych w kraju miejscach spotykali się wówczas, nabierali sił i nawiązywali kontakty ci ludzie, którym w niedalekiej przyszłości Historia powierzyć miała rolę bezkrwawego obalenia w Polsce starego i wprowadzenia nowego ładu. Czy uczestnicy owych czwartkowych spotkań w klasztornej salce przy kościele redemptorystów w Gliwicach wywiązali się z niej potem uczciwie, rzetelnie i z honorem? Niestety, nie wszyscy okazali się być ulepieni ze szlachetnej, patriotycznej gliny. Ale to już zupełnie inna historia.

Wiele osób, w tym także i uważający się za gorliwych chrześcijan, zarzuca Kościołowi i poszczególnym księżom mieszanie się do polityki. Twierdzą oni, że powołaniem Kościoła nie są sprawy życia doczesnego, lecz wyłącznie troska o życie duchowe i zbawienie parafian. Jest to pogląd co najmniej dyskusyjny. Człowiek jest wszak istotą materialną, obdarzoną pierwiastkiem duchowym. Tak jak nie da się uwolnić życia ludzkiego od polityki, tak i nie da się oddzielić go od religii. Te trzy elementy ludzkiego bytu – materia – duch – polityka – przeplatają się, tworząc nierozdzielną całość. Najlepszym przykładem na uzasadnienie tej tezy jest sam Jezus Chrystus, założyciel religii chrześcijańskiej. Na śmierć na krzyżu został skazany nie za głoszoną przez siebie rewolucyjną filozofię miłości między ludźmi, lecz za politykę. Ten, kto twierdził, że jest królem żydowskim, dla rzymskiego prokuratora Judei, Poncjusza Piłata, musiał być spiskowcem politycznym, przygotowującym zamach stanu i nawołującym do oderwania tej prowincji od Cesarstwa Rzymskiego. To polityczne, ludzkie rozumowanie urzędnika wykorzystał właśnie Chrystus dla spełnienia misji, z jaką pojawił się na ziemi. Polityka pojawiła się już u zarania istnienia Kościoła i od dwóch tysięcy lat towarzyszy mu nieustannie. 

¬ ¬ ¬

Pod koniec 1987 roku ZSRR ogłosił wiadomość o wycofaniu swych wojsk z Afganista­nu. W Polsce od pierwszego stycznia 1988 r. zaniechano wreszcie, po 43 latach, zagłuszania radia Wolna Europa. La­wina zmian wiodących nas do niepodległości zaczynała leniwie ruszać.

Wiosną i latem 1988 roku przez Polskę znów przelewała się fala strajków i demon­stracji. Władze właściwie były bezsilne, choć pokojowe manifestacje były nadal przez milicję brutalnie pacyfikowane. Szczególnie silne były protesty na Śląsku i Wybrzeżu. W sierpniu na kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu znów, podobnie jak w sierpniu 1980 roku, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Znów sformułowano listę 21 postulatów, a na poczesnym miejscu znalazło się żądanie legalizacji związku zawodowego Solidarność.

Władze nie miały już politycznej możności powtórzenia scenariusza z 1981 ro­ku i zdławienia protestów społecznych siłą. Minister spraw wewnętrznych PRL Czesław Kiszczak wystą­pił z ofertą odbycia spotkania z przedstawicielami środowisk społecznych i pracowniczych. W ten sposób rozpoczęły się trudne, delikatne i powolne przygotowania do bezprecedensowych w kraju realnego socjalizmu rozmów Okrągłego Stołu pomiędzy rządzącą partią komunistyczną a stroną społeczną – opozycją reprezentowaną przez Lecha Wałęsę i jego doradców.

O sierpniowych strajkach na Śląsku dowiedziałem się z radia we Francji. Byliśmy w tym czasie z Helenką w Barbizon, w domu, który wynajęli na lato Jeglińscy. Kasia spodziewała się rozwią­zania. Helenka na sierpień przyjechała do Barbizon by zająć się dziećmi, gdy Kasia będzie w szpitalu. Ja dojechałem samochodem z Gliwic prosto do Barbizon by być w pogotowiu i gdy pora nadejdzie, odwieźć Kasię do szpitala w Fontainebleau. Piotr musiał dojeżdżać codziennie pociągiem do Paryża do pracy. Wszystko poszło sprawnie – Jaś urodził się bez problemów pod koniec sierpnia.

¬ ¬ ¬

W Stanach Zjednoczonych wdrażany był w tym czasie nowatorski system partnerskiego współdziałania pomiędzy właścicielem a pracownikami, zwany akcjonariatem pracowniczym. Jego zasada polegała na materialnym zainteresowaniu pracowników wynikami finansowymi przedsiębiorstwa. Chodziło o maksymalnie powszechne uczynienie pracowników firmy jej udziałowcami, poprzez odsprzedanie im części akcji przedsiębiorstwa. Zauważono, że pracownicy będący akcjonariuszami pracowali z większym zaangażowaniem i o wiele wydajniej. Tego rodzaju układ przynosił więc bezpośrednią korzyść nie tylko przedsiębiorstwu, ale pośrednio i owym pracownikom. Powstały różne ośrodki zajmujące się propagowaniem tego modelu współwłasności oraz wiele naukowych opracowań na ten temat. Jednym z założycieli i dyrektorów powstałego w USA Centrum Sprawiedliwości Ekonomicznej i Społecznej zajmującego się tą problematyką, był mieszkający i pracujący w Stanach emigrant z Polski, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, Krzysztof Ludwiniak.

Piotr Jegliński wydał w swej paryskiej oficynie Editions Spotkania opracowaną i przetłumaczoną przez Ludwiniaka na polski antologię Pracownik właścicielem, stanowiącą kompendium aktualnego stanu wiedzy na temat akcjonariatu w Stanach Zjednoczonych. Ludwiniak był także czynnie zaangażowany w USA w polonijną działalność – w 1981 roku zorganizował w Waszyngtonie Towarzystwo Przyjaciół Solidarności. Obaj ci panowie, w poczuciu patriotycznego obowiązku czynnego przeciwstawienia się PRL-owskiemu reżimowi, postanowili przeszczepić ideę akcjonariatu pracowniczego na polski grunt. W ich zamierzeniu byłaby to postępowa alternatywa wobec dotychczasowego zacofanego monopolu komunistycznie rozumianej własności państwowej. W tym celu zamierzali przeprowadzić szereg szkoleń na ten temat dla aktywistów Solidarności.

Jednakże ani Piotr Jegliński ani Krzysztof Ludwiniak, jako dobrze znani władzom polskim dysydenci i wrogowie PRL, nie mogliby przyjechać w tym celu do kraju. Z kolei działacze podziemnej Solidarności nie dostaliby paszportów na wyjazd na Zachód. Jako miejsce szkolenia został więc wybrany Berlin Zachodni. Piotr Jegliński, będąc z zamiłowania historykiem, odkrył bowiem, studiując dokumenty dotyczące konferencji pokojowej w Poczdamie, że porozumienia zawarte w 1945 roku pomiędzy zwycięskimi mocarstwami na temat podziału Trzeciej Rzeszy na strefy stanowią, iż obywatele państw koalicji antyhitlerowskiej mają prawo do bezwizowego wjazdu do Berlina Zachodniego. Przepis ten, nieznany szerszemu ogółowi, stosował się także oczywiście i do Polaków. Należało sprawdzić w praktyce tę możliwość. Umówiłem się więc z Piotrem, że przyjadę do Berlina na spotkanie by przetrzeć ten szlak i zebrać doświadczenia.

Po powrocie do Polski, na umówiony sygnał od Piotra z Paryża, wsiadłem do Nissana i wybrałem się w drogę. Do przekroczenia granicy NRD wystarczył mój dowód osobisty. Na pytanie strażników o cel podróży odpowiedziałem, że jadę do Berlina, stolicy NRD, w celu zakupu części elektronicznych do majsterkowania. Pokazałem im zabrany z domu w tym celu zepsuty NRD-owski element radiowy. Nie wzbudziło to specjalnego podejrzenia, gdyż w tym czasie wielu Polaków jeździło na zakupy do NRD, a polscy majsterkowicze masowo wyprawiali się tam po zaopatrzenie. Strażnicy niemieccy wskazali mi drogę i przykazali jedynie, abym nigdzie nie zbaczając jechał prosto do stolicy.

Nie w pełni zastosowałem się jednakże do tego polecenia – wprawdzie pojechałem w kierunku na Berlin, ale na jego obwodnicy minąłem olbrzymie tablice wskazujące zjazd na Berlin - Hauptstadt der DDR i zgodnie ze wskazówkami Piotra, choć z duszą na ramieniu, pojechałem dalej.

Berlińska obwodnica patrolowana była gęsto przez samochody NRD-owskiej milicji i w każdej chwili mogłem być zatrzymany. Zjechałem z niej dopiero na wysokości Poczdamu i gąszczem uliczek posuwałem się w kierunku wskazywanym przez skromne tabliczki z napisem Berlin West. U wylotu jednej z ulic znajdowały się zwyczajowe zasieki, potem pas terenu „niczyjego”, szlaban i barak z napisem Allied Checkpoint Charlie. Był to amerykański punkt graniczny, przez znawców zalecany do przekraczania granicy z tego względu, że Anglicy i Francuzi mniej rygorystycznie stosowali się do postanowień konferencji pokojowej i na swych punktach nie przepuszczali podobno Polaków tak łatwo jak Amerykanie.

Kontrola graniczna była wspólna – amerykańsko-niemiecka, a NRD-owski strażnik prawie uprzejmy.

Czarnoskóry, uśmiechnięty olbrzym w amerykańskim mundurze z opaską MP na rękawie sprawdził mój dowód osobisty i otworzył szlaban. W ten sposób, bez konieczności długich i upokarzających starań o paszport, znalazłem się w zachodniej enklawie, otoczonej ze wszystkich stron socjalistyczną NRD.

Nie oznaczało to niestety wcale, że stamtąd mógłbym przedostać się dalej na Zachód. Kolega uśmiechniętego amerykańskiego strażnika pełniący służbę na zachodnio-berlińskim lotnisku Tegel nie przepuściłby mnie bez paszportu i ważnej wizy do żadnego samolotu lecącego do krajów wolnego świata. Wymagały tego postanowienia tej samej Konferencji Poczdamskiej, która zobowiązywała Aliantów do bezwizowego wpuszczenia mnie do Berlina Zachodniego

Allied Checkpoint Charlie 1989, widok od strony RFN

Pojechałem do wskazanego hotelu na spotkanie z Piotrem Jeglińskim i Krzysztofem Ludwiniakiem. Większość czasu spędziłem jednak nie na związkowym szkoleniu, lecz głównie na zwiedzaniu tego nadzwyczaj bogatego, kolorowego i nowocześnie odbudowanego z gruzów miasta. Przespacerowałem się po słynnej Unter den Linden, obejrzałem Bramę Brandenburską, a potem niechlubny mur berliński od strony wolnego świata.

Na jednym z placów odbywało się Święto Piwa. Piotr Jegliński zaprosił nas tam wieczorem, by to obejrzeć i coś zjeść. Przy długich stołach rozstawionych na wolnym powietrzu siedziały tłumy rozbawionych, śmiejących się ludzi. Rozmawiali głośno, pili piwo i jedli gorące kiełbaski z musztardą. Co jakiś czas siedzący odkładali swe olbrzymie kufle, brali się pod ręce i śpiewając piwną pieśń biesiadną, kiwali się w prawo i lewo. Dosiedliśmy się do jednej z ław i chcąc nie chcąc wzięliśmy w tym udział, gdyż cała ława kiwała się obowiązkowo od jednego krańca do drugiego. Było to tak komiczne, że dostaliśmy fou rire’u. Jednocześnie ogarnęło mnie paskudne uczucie zazdrości że ci, którzy wywołali wojnę, siedzą sobie tu oto tak beztrosko, podczas gdy my, ich teoretyczni zwycięzcy, jesteśmy do tej pory ofiarami tego zwycięstwa. Święta Piwa w Polsce nie istniały – z bardzo prostego powodu – piwo w sklepach było rzadkością.

¬ ¬ ¬

W grudniu 1988 roku powstał Komitet Obywatelski przy przewodniczącym NSZZ Solidarność. W ten sposób opozycja demokratyczna skupiona wokół Lecha Wałęsy uzyskała nową instytucję, będącą zbiorowym partnerem strony rządowej w rozmowach okrągłego stołu. Rozpoczęły się one w gmachu Rady Ministrów w Warszawie w poniedziałek 6 lutego 1989 ro­ku. Uroczyste otwarcie rozmów transmitowane było przez telewizję. Cała Polska, podobnie jak to miało miejsce w sierpniu 1980 roku gdy podpisywano Porozumienie Gdańskie, śledziła to wydarzenie z zapartym tchem. Ustalenia dokonane w trakcie tych rozmów stały się podstawą do bezkrwawego upadku komunizmu w Polsce.

17 kwietniu 1989 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie ponownie wpisał do rejestru NSZZ Solidarność z siedzibą w Gdańsku. Pierwszego maja odbyły się w wielu miastach legalne po­chody Solidarności. W Warszawie na czele liczącego podobno prawie sto tysięcy osób pocho­du kroczyli kandydaci Solidarności na posłów i senatorów ze stolicy. W zupełnie niezwykłej atmosferze pogodni i uśmiechnięci ludzie skandowali „Koniec wojny!” .

Koło Historii znów zatoczyło jeden pełny obrót.

¬ ¬ ¬

Pewnego dnia postanowiłem zrealizować pomysł, który drążył mnie od dłuższego czasu. Chciałem odbyć, tym razem z Helenką, ponowną podróż sentymentalną do Wojkowic Komornych i okolicy. Miejsca, gdzie spędziło się swe lata młodości, zaczynają stawać się nieodpartym magnesem w pewnym okresie życia. Wybraliśmy się w drogę w słoneczną wrześniową niedzielę 1989 roku.

Zaczęliśmy od mojej szkoły powszechnej. Budynek stał niezmieniony, taki, jaki zachował się w mej pamięci. Było to wzruszające przeżycie – poczułem się, jakby czas nagle cofnął się o 50 lat wstecz. Zdawało mi się że widzę siebie, małego siedmioletniego chłopca, który wybiega ze szkoły i pędzi przez plac szkolny w kierunku ulicy, by przyjrzeć się raz jeszcze pomnikowi Żołnierza Polskiego, ufundowanego przez Wojkowiczan w 1938 roku, zniszczonego przez Niemców w 1939 i ponownie odbudowanego po wojnie.

Niedaleki kościół w Wojkowicach przy ulicy Jana III Sobieskiego wyglądał tak samo, jak go zapamiętałem. W otoczeniu nie zmieniło się wiele. Niklowany błyszczący zegar, który moi rodzice ufundowali kościołowi przed wojną, wisiał nad amboną w tym samym miejscu. W mojej pamięci był jednak okrągły. Ten, który zobaczyłem, był kwadratowy. Ciekawe, czy to moja pamięć była zawodna, czy też był to już jego młodszy następca?

Przy topolowej alei, obecnie ulicy Gustawa Morcinka, nie znalazłem już ogródka jordanowskiego w którym bawiłem się w piasku i na stalowej konstrukcji ćwiczyłem wspinaczkę wysokogórską. Na jego miejscu postawiono olbrzymi budynek. Poniżej poprowadzono po wojnie dużymi nakładami bardzo pożyteczną linię tramwajową z Będzina do Piekar, która obecnie, wobec rozwoju prywatnej motoryzacji, stała się nierentowna i została zlikwidowana. Kolonia familoków istnieje dalej, chociaż ulega już widocznej transformacji i rozbudowie.

Kopalnia i elektrownia Jowisz oraz cementownia Saturn były w stadium likwidacji. Kopalnia (a w konsekwencji i elektrownia) z powodu wyczerpania złoża węgla, a cementownia ze względu na nierentowną produkcję, gdyż przestarzała technologia nie wytrzymywała konkurencji ze zbudowanymi po wojnie nowoczesnymi cementowniami, jak Nowiny pod Kielcami czy Odra w Opolu. Większość mieszkańców górki i familoków zatrudnionych na kopalni i cementowni dostała wypowiedzenia, nieliczni tylko mieli zapewnione zatrudnienie jedynie do czasu całkowitej ich likwidacji. Wszyscy byli w trakcie rozpaczliwego poszukiwania nowego miejsca pracy.

Willi, w której mieszkaliśmy przed wojną, też już nie zastałem. Na jej miejscu stał przy obecnej ulicy Gustawa Morcinka nijaki prostokątny zdewastowany domek jednorodzinny ze śladami półokrągłego wejścia i schodów, którymi wchodziło się kiedyś do ogrodu i na nasz ganek z kolumnami. Co spowodowało, że wyburzono stylową, ładną willę z kolumnami na wejściu, by na jej miejscu postawić coś tak odbiegającego od dobrego smaku, w jakim wybudowana była cała kolonia na górce? Czy chodziło o celową klasową zemstę nowego nad starym, czy była to tylko zwykła ludzka bezmyślność jakiegoś urzędnika? Wolnego terenu było wszak wokół do woli. Willi w której mieszkali Kwapiszewscy również już nie było. Na jej miejscu stał brudno-beżowy niszczejący budynek, również z wyrażnymi śladami dewastacji, który okazał się być byłą kopalnianą Przychodnią Lekarską.

Na szczycie górki ocalała jednak narożna dworkowa willa, w której przed wojną mieszkali Michalewscy, a także i wszystkie budynki przy ostatniej, najwyżej położonej ulicy o obecnej nazwie majora Henryka Sucharskiego. Wśród nich i dwurodzinny bliźniak w którego lewej połówce mieszkaliśmy podczas okupacji, po wyrzuceniu nas przez Niemców z willi, a przed przenosinami do familoka.

Nasz ostatni dom

na kolonii – rok 1940

Tak wyglądał w roku 2012

(Źródło - mapa Google)

Poszliśmy dalej przez pola, aby zejść nad Brynicę. Tu krajobraz był już zupełnie księżycowy i nie do poznania. Koryto rzeki zostało przez kopalnię przesunięte na południe, aby odzyskać jeszcze kilkadziesiąt metrów pokładów węgla, które się pod nim znajdowały. Obecnie ta czysta, rybna, zielona łachami tataraku, z żółtym piaszczystym brzegiem rzeka mych wspomnień z dzieciństwa jest już tylko ohydnym cuchnącym kanałem ściekowym dla Piekar Śląskich, pozbawionym wszelkie­go śladu życia.

W smętnym nastroju pojechaliśmy następnie do Czeladzi, drogą na której nie było już topól policzonych swego czasu dokładnie przez pana Zakrzewskiego, ani dziwnych tablic z napisem MИH HET.

Chciałem obejrzeć dyrektorską willę Przedpełskich i okazały budynek dyrekcji Towarzystwa SATURN. Po spustoszeniach w Wojkowicach, nie spodziewaliśmy się tam wiele dobrego.

Spotkało nas jednak miłe zaskoczenie. Dyrektorska willa, wprawdzie pozbawiona już wspaniałego ogrodzenia z kutego żelaza, była zamieniona na Ośrodek Zdrowia, odnowiona i dobrze utrzymana. A od 2009 roku ma tam siedzibę instytucja bardziej adekwatna do funkcji budynku – Muzeum SATURN w Czeladzi.

Czeladź, willa Przedpełskich w roku 2011.

Źródło: Internet.

Autor „Maciej z Zagłębia”

 

Podobnie uchował się także budynek Dyrekcji Towarzystwa SATURN. Znaleźliśmy go, z niezmienionym od 1939 r. wystrojem wnętrza (zapamiętałem z młodości wahadłowe drzwi wejściowe, które tam jeszcze ciągle były), mieszczący biura różnorakich urzędów i instytucji. Charakterystyczna rzeźba na frontonie budynku, przedstawiająca planetę Saturn z jej pierścieniem była już nadgryziona zębem czasu. Władze miasta musiały jednak energicznie postarać się o bogatego sponsora, gdyż w 2010 roku budynek ten był już wspaniale odnowiony. Nazywa się Pałac Saturna i mieści się w nim hotel z luksusowymi apartamentami, centrum konferencyjne, termy rzymskie, sauna, solarium i ośrodek odnowy biologicznej. Na fontannie przed wejściem króluje bóg Saturn z piorunem w ręce.

Okazało się że w Czeladzi, w odróżnieniu od Wojkowic, potrafiono dla potomności zachować stare, by po renowacji wykorzystać je dla pożytku nowego.

Czeladź, Pałac Saturna w roku 2011.

Dawny budynek dyrekcji Towarzystwa SATURN. Źródło: Internet.

¬ ¬ ¬

Prowadzenie wytwórni farb, jej zaopatrzenie oraz sprawy rodzinne absorbowały mnie tak dalece, że nie miałem czasu nawet na odwiedziny mych dawnych kolegów w Biurze Projek­tów. Straciłem zupełnie z nimi kontakt. Toteż gdy pod koniec kwietnia 1989 roku przypadkowo spotkałem na ulicy Zbigniewa Pańczyka, przewodniczącego Solidarności w Biprokwasie przed stanem wo­jennym, mieliśmy sobie dużo do opowiedzenia. Pańczyk zaangażowany był obecnie w działal­ność Zabrzańsko-Gliwickiego Komitetu Obywatelskiego Solidarność. Był pełnomocnikiem tego Komitetu na Gliwice i szukał zaufanych osób do współpracy przy tworzeniu jego struktur. Zaproponował mi współdziałanie, które przyjąłem z wielką ochotą. Moich porachunków z PRL-em wcale nie uważałem za wyrównane, wręcz przeciwnie. W ten sposób ponownie włączyłem się w nurt pracy w strukturach Solidarności i w dniu 4 maja 1989 r. dostałem od Gliwicko-Zabrzańskiego Komitetu „S” dokument upoważniający mnie do działania i występowania w jego imieniu.

Jednym z ustaleń, zakończonych 5 kwietnia rozmów Okrągłego Stołu, było poro­zumienie co do udziału opozycji w wyborach do Parlamentu. Wybory do Senatu miały być cał­kowicie wolne, natomiast do Sejmu 65% miejsc zagwarantowała sobie strona rządowa, a jedynie o pozostałe 35% ubiegać się mogła opozycja. Termin wyborów ustalony został już na 4 czerwca. Strona rządowa liczyła zapewne na to, że opozycja nie zdoła się zor­ganizować w tak krótkim terminie ani przeprowadzić skutecznej kampanii wyborczej dla swych kandydatów.

Zadaniem gliwickiego Oddziału Komitetu Obywatelskiego „S” była więc jak najbardziej szeroka, głośna i efektywna kampania wyborcza na rzecz kandydatów Solidarności. W naszym okręgu wyborczym byli nimi pracownik Politechniki Śląskiej w Gliwicach Janusz Steinhoff i lekarka z Zabrza Elżbieta Seferowicz. Jeździłem po miejscowościach naszego okręgu wyborczego ze Zbyszkiem Pańczykiem, Markiem Cielińskim, Andrzejem Jarczewskim, Januszem Moszyńskim i innymi by organizować spotkania mieszkańców z kan­dydatami. Rozklejaliśmy afisze wyborcze i tłumaczyliśmy zebranym dlaczego powinni głosować na kandydatów Solidarności. Podobną aktywność wykazywali członkowie Komitetów Oby­watelskich w całej Polsce, a do kampanii na rzecz kandydatów Solidarności włączali się także znani artyści polscy i zagraniczni.

Na spotkaniu z wyborcami, które zorganizowaliśmy 28 maja na Placu Krakowskim w Gliwicach, miał być obecny znany francuski piosenkarz estradowy i aktor filmowy Yves Montand. Montand, komunizujący w młodości, a obecnie starszy i stateczny już pan, na zaproszenie sztabu wyborczego Wałęsy specjalnie przyjechał do Polski by swą obecnością i autorytetem wspomóc demokratyczne przemiany, jakie tu zachodziły. Przewodniczący gliwickiego Komitetu Obywatelskiego Jan Mazurkiewicz zwrócił się do mnie z prośbą, abyśmy ze względu na naszą znajomość języka francuskiego, przyjęli z Helenką Montanda w naszym domu, udostępnili mu pokój dla odpo­czynku przed występem i nakarmili. W dniu tym w Piekarach Śląskich koło Bytomia, na dorocznej pielgrzymce mężczyzn do otaczanego wyjątkową czcią obrazu Matki Boskiej Piekarskiej przebywało około ćwierć miliona ludzi. Przyjechał tam także i Lech Wałęsa który wykorzystał tę okazję, aby przemówić do tak wielkiego zgromadzenia . Montand liczył, że przyda się jego publicity, jeżeli spotka się też z przewodniczącym Solidarności i zarazem leaderem polskiej opozycji. Z uwagi na dłuższy niż przewidywano pobyt Wałęsy w Piekarach, do spotkania tego jednak nie doszło. Montand miał więc jedynie pokazać się na zebraniach wyborczych w Gliwicach i Zabrzu.

Pewnego więc majowego przedpołudnia wzdłuż cichej i wąskiej ulicy Puszkina zaparkowały samochody telewizji francuskiej oraz polskiej, które wspólnie relacjonowały podróż Montanda po Polsce. Nasz mały dom zalał tłum ludzi z jego świty oraz warszawskich działaczy solidarnościowych z pracownikiem MSZ, Iwo Byczewskim na czele. Wielu miejscowych wielbicieli talentu Montanda zwabiło do naszego domu pragnienie zdobycia autografu słynnego artysty.

Helenka wskazała Yves Montandowi jego pokój na piętrze. Nasz gość poprosił o coś do czytania dla relaksu. Dałem mu L’Aveu – te same dwa tomy, które swego czasu dostarczyły mi tyle emocji, gdy samolot którym wracałem do Warszawy wylądował niespodziewanie w Pradze czeskiej. Montand, mile zaskoczony obecnością tej książki w Gliwicach i wy­raźnie rozczulony widokiem swej twarzy na okładkach, zamknął się w pokoju by przy lekturze odpocząć po podróży.

Organizatorzy jednakże pilnowali, by wykonać program – jeszcze wieczorem tego dnia przewidziany był jego następny występ w Domu Muzyki w Zabrzu. Nie wypocząwszy chyba wiele Montand wpisał się do licznie przygotowanych ksiąg pamiątkowych i pojechał na Plac Krakowski, a razem z nim cała jego świta. Wymiotło wszystkich błyskawicznie, a Helenka została ze stosami kanapek i dużą ilością jedzenia przygo­towanego na tę okazję.

Po zebraniu na placu Krakowskim, Montand miał zarezerwowany czas na ewentualne spotkanie z Wałęsą. Ponieważ do spotkania tego nie doszło, Yves Montand wraz z całą swą grupą nieoczekiwanie pojawił się znów w naszym domu. Do występu w Zabrzu było jeszcze sporo czasu. Siedliśmy do podwieczorku. Montand od­prężył się. Opowiadał chętnie o swej byłej żonie Simone Signoret, również znanej aktorce filmowej oraz bardzo tkliwie i z uczuciem o swym malutkim synku. Skorzystałem z okazji i podsuną­łem mu książkę L’Aveu z prośbą o autograf. Dzięki temu mam teraz w bibliotece książkę z jego odręczną dedykacją: Pour vous Monsieur Mauberg avec mon amical souvenir – Y. Montand, mai 1989.

Yves Montand.

Okładka książki L’Aveu – kadr z filmu.

Kampania wyborcza prowadzona przez Komitety Obywatelskie była na tyle skuteczna, że w wyborach 4 czerwca 1989 r. wszystkie 35% przyznanych w Sejmie miejsc objęli kandydaci wystawieni przez Solidarność, a w stuosobowym Senacie objęli aż 99 foteli. Był to miażdżący sukces opozycji, a jego skala przekroczyła chyba przewidywania wszystkich biorą­cych udział w wyborach. Nie była to oczywiście jedynie zasługa sprawnej kampanii wyborczej, lecz przede wszystkim sprzeciwu społeczeństwa polskiego wobec totalitarnych rządów PZPR oraz wielkich nadziei, jakie wiązało ono z opozycją demokratyczną.

Przypuszczalnie za cichym przyzwoleniem opozycji, Zgromadzenie Narodowe przewagą jednego głosu wybrało na prezydenta PRL twórcę stanu wojennego, generała Jaruzelskiego. Energiczne zakulisowe zabiegi Wałęsy spowodowały jednak, że ZSL i SD, dotychczasowi koalicjanci PZPR, w ciągu kilku dni przeszli na stronę opozycji. Tak ukształtowany Sejm, w którym komuniści utracili większość, powierzył funkcję utworzenia rządu Tadeuszowi Mazowieckiemu, jednemu z doradców Solidarności. Jego rząd cieszył się ogromnym poparciem i autorytetem, a społeczeństwo wiązało z nim wielkie nadzieje. Sejm przywrócił tradycyjną nazwę państwa Rzeczypospolita Polska i orła w koronie jako jego godło oraz wprowadził zasadnicze zmiany ustrojowe – począwszy od zniesienia cenzury i rozwiązania policji politycznej, po otwarcie granic, likwidację centralnego sterowania gospodarką i reformę samorządową.

Inicjatywa społeczna i gospodarcza wyzwoliła się teraz na niespotykaną dotychczas skalę. Polacy po raz pierwszy od zakończenia II-giej wojny światowej poczuli się we własnym domu i odetchnąć mogli pełną piersią. Wyraziła to dobitnie popularna aktorka Joanna Szczepkowska, oświadczając w Dzienniku Telewizyjnym z rozbrajającym uśmiechem: Oto proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm. Stało się to, o czym od dziesięcioleci marzyły miliony Polaków nie mając nadziei wierzyć, że nastąpić to może jeszcze za ich życia. Powtórzył się cud z 1918 roku. Nie było jednak tak, jak żartowali sobie wówczas poeci, że ni z tego, ni z owego, będzie Polska na pierwszego. I wtedy, i obecnie, demokratyczną Rzeczpospolitą trzeba było, i będzie trzeba nadal, ciężko wypracować.

Rozpoczął się żmudny proces naprawy państwa. Ci z nas, którzy byli prostoduszni i bezkrytyczni, byli przekonani, że za kilka najwyżej miesięcy Polska stanie się krajem normalnej demokracji, a relikty socjalizmu znikną bez śladu.

Istotnie, wraz z likwidacją RWPG  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w sklepach pojawiły się w dużych ilościach towary, nawet tak dotychczas trudno dostępne jak mięso, czy „luksusowe” jak papier toaletowy. Wystarczyło zadekretować koniec komunistycznego ustroju i wprowadzić zasady wolnego rynku. Okazało się teraz wyraźnie, że to nie osławione przejściowe trudności obiektywne socjalizmu, lecz sam system so­cjalistyczny był przyczyną przeszło 40-to letniej nędzy i zapaści państwa, jakie przeżyliśmy w PRL. W ten sposób przedstawiały się sprawy w dziedzinie materialnej.

W sferze psychicznej było niestety inaczej – tu PRL wyrządził nam o wiele większe szkody. Okazało się z biegiem czasu, że socjalistyczna mentalność i komunistyczny sposób widzenia świata pozostawione nam w spadku po PRL, sączone niezauważalnie przez 40 przeszło lat, są już właściwie nie do usunięcia z umysłów pokoleń urodzonych i wychowanych w PRL. Znikną dopiero wraz z ich odejściem. Podobnie jak Mojżesz prowadzący Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej, Polska też musi odczekać owe biblijne 40 lat, potrzebne do wymiany pokoleń. Dopiero pokolenie naszych prawnuków, urodzone i wychowane przez ludzi nieposiadających w umyśle spuścizny po socjalizmie, ma szanse nie być nim skażone.

¬ ¬ ¬

Na lokalnym gliwickim forum politycznym zaszły podobnie głębokie zmiany. Komitet Obywatelski Solidarność w skrócie zwany KO”S” został zarejestrowany w Sądzie. Uzyskali­śmy prawo oficjalnego działania. Otrzymaliśmy do naszej dyspozycji lokal biurowy w budynku Urzędu Miejskiego. Pod naciskiem sytuacji oraz KO”S”-u, Miejska Rada Narodowa złożona z radnych jeszcze z komunistycznego nadania, wybrała Zbigniewa Pańczyka na zwolnione właśnie stanowisko Prezydenta Miasta. Stał się on w ten sposób, po prezydencie Łodzi, drugim nie-komunistycznym prezydentem miasta w Polsce. Efektem jego energicznego działania na tym stanowisku stało się między innymi odebranie PZPR wybudowanego głównie za miejskie pieniądze olbrzymiego luksusowego budynku ich siedziby i przeznaczenie go na szpital położniczy. Mieszkanki Gliwic mogły odtąd rodzić w komfortowych warunkach.

Przedstawiciele KO”S” uzyskali prawo biernego uczestnictwa w posiedzeniach komisji Miejskiej Rady Narodowej. Ze względu na to, że prowadziłem firmę prywatną, uczestniczyłem jako obserwator w obradach Komisji do spraw zaopatrzenia ludności, drobnej wytwórczości i usług. Dało mi to możność zapoznania się od kulis ze sposobem myślenia i działania ówczesnych radnych miejskich w socjalistycznych warunkach.

Po wyborze Zbigniewa Pańczyka na stanowisko prezydenta miasta Gliwice, szefem gliwic­kiego KO”S” został Andrzej Gałażewski, inżynier pracujący w Biurze Projektów Biprokwas. Zostałem wybrany jego zastępcą. Komitety Obywatelskie „S” w całej Polsce przygotowywały się w tym czasie do selekcji swych kandydatów w wyborach do Rad Gmin, pierwszych demokratycznych i niefałszowanych od ukończenia wojny, mają­cych odbyć się w dniu 27 maja 1990 r. Urzędowaliśmy więc popołudniami w naszym lokalu w Urzędzie Miasta, przyjmowaliśmy zgłoszenia i wery­fikowaliśmy kandydatów. Członkami komisji kwalifikacyjnych byli wówczas również nasi do­radcy Ryszard Kuszłeyko i Jerzy Buzek, trzymający się jednak raczej na uboczu spektakularnego nurtu działania Komitetów Obywatelskich.

Natura nie lubi próżni, toteż w miarę jak słabła pozycja PZPR, Komitety Obywatelskie „S” przejmowały niepostrze­żenie jej rolę interwencyjną. Po prostu mieszkańcy miasta zaczynali przychodzić ze swymi bo­lączkami i skargami na działalność administracji do nas, a przestawali przychodzić do Komitetu Miejskiego PZPR, widząc coraz mniejszą jego skuteczność i znaczenie. Dwoiliśmy się i troili interweniując na rzecz skarżących u dyrektorów różnych urzędów i biur. Kontynuując zapewne proceder istniejący w PZPR, obywatele poczęli przychodzić do nas także i ze zwykłymi donosami. Wielu było także członków Solidarności, którzy przychodzili ze skargami na dyrektorów swych zakładów pracy, oskarżając ich o szykanowanie działaczy związku w zakładzie. Bogaty w wiedzę z okresu internowania na temat jak potrafią zachowywać się moi koledzy związkowi oraz poddając, dzięki Jurkowi Wojciechowskiemu wszystko z zasady w wątpliwość, do tych ostatnich podchodziłem sceptycznie i odruchowo nie bardzo dawałem im wiarę. Upatrywałem tu raczej troskę dyrektorów o dobro zakładu pracy i tępienie warcholstwa związkowców niż celowe działanie na szkodę Solidarności.

Tym wszystkim wyzwaniom trzeba było jednak jakoś sprostać, a żaden z nas nie miał najmniejszego dyplomatycznego ani prawniczego doświadczenia.

Bardzo cennym naszym doradcą prawnym stała się w tym czasie była prokurator opolskiej prokuratury, Ewa Bojarska. Obecnie pracowała w jednym z gliwickich biur jako radca prawny, gdyż ze swego wysokiego stanowiska prokuratorskiego została zwolniona z powodu niepokornej postawy, niezawisłości i braku dyspozycyjności wobec partyjnych przełożonych. Wykazując rzadką wśród prokuratorów PRL niezłomność charakteru, nie ulegała bowiem naciskom lokalnych bonzów partyjnych i nie zgadzała się na stosowanie taryfy ulgowej wobec łamiących prawo członków PZPR ani na tuszowanie ich przestępstw.

Dużym ewenementem stał się w grudniu w Gliwicach przyjazd delegacji Rady Miasta z Valenciennes we Francji ze swym merem, deputowanym do Parlamentu Europejskiego, energicznym Jean-Louis Borloo na czele. Gmina Valenciennes zaproponowała Gminie Gliwice zawarcie poro­zumienia o zbliźniaczeniu miast. Podpisanie tej umowy, której byłem ze stro­ny KO”S” jednym z sygnatariuszy, otworzyło Gliwicom drogę do kontaktów ze światem i następnych podobnych umów z Doncaster w Anglii, Dessau w Niemczech, Salgotárian na Węgrzech i Nacka w Szwecji.

¬ ¬ ¬

Wśród tych wszystkich ewenementów Wytwórnia Farb „Malwa” rozwijała się powoli ale trwale, dając nam wszystkim przez długie lata godziwe utrzymanie oraz możliwość udzielania różnorakiej pomocy młodemu małżeństwu Ani .

Pracownikami moimi byli miejscowi Ślązacy z Łanów Wielkich, emeryci górniczy, po pracy w okolicznych kopalniach węgla kamiennego. Jak to było wówczas regułą, w większości ludzie ci chorowali na pylicę płuc, zawodową chorobę w górnictwie, powodowaną długoletnią pracą w warunkach dużego zapylenia pyłem węglowym. Jeden z moich pracowników, Józef Franik, też miał zaawansowaną pylicę i z tego powodu był co pół roku wzywany na obowiązkową kontrolę lekarską w specjalistycznej Przychodni Leczenia Pylicy w Gliwicach. Przy którymś z kolejnych wezwań Franik, nie chcąc tracić dniówki pracy poprosił mnie, abym pojechał tam i usprawiedliwił jakoś w Przychodni jego niestawiennictwo do kontroli.

 Pojechałem więc do Przychodni i odsiedziałem długo w poczekalni, aż w końcu wywołano nazwisko Józefa Franika. W pokoju lekarskim za stołem siedział znudzony rutyną lekarz ze słuchawkami na szyi. Towarzyszyła mu równie znudzona pielęgniarka. Odbył się tam wtedy taki oto dialog:

Lekarz (sprawdzając na liście chorych do kontroli): –  niech pan położy swoje skierowanie na stole, panie Franik.

Ja    panie doktorze, ja właśnie w sprawie tego skierowania. Chodzi o to, że…  

Lekarz (przerywa mi): –  ja już wszystko dobrze wiem, panie Franik. Niech pan mi wierzy, wiem co panu dolega i o co panu chodzi. Niech pan da swoje skierowanie i zdejmie koszulę, żebym mógł pana obsłuchać!

Ja    ale panie doktorze, ja właśnie w tej sprawie chcę powiedzieć…

Lekarz (przerywając mi ze zniecierpliwieniem): –  niech pan nie przeszkadza mi w pracy, da wreszcie to skierowanie i zdejmie koszulę!

Ja (wyobrażając już sobie z satysfakcją, jak dalej rozwinie się ta absurdalna sytuacja jak z powieści Mrożka, w stylu kawałów, które urządzaliśmy swego czasu z Jurkiem Wojciechowskim)    daję pokornie lekarzowi skierowanie i zdejmuję koszulę.

Lekarz (podchodzi do mnie ze stetoskopem, zakłada oliwki na uszy i przykłada głowicę do mej klatki piersiowej): –  niech pan oddycha głęboko, panie Franik!

Ja    oddycham głęboko.

Lekarz – niech pan oddycha głębiej, panie Franik!

Ja  – oddycham głębiej, jak tylko mogę.

Lekarz (po dłuższym czasie obsłuchiwania): – co to ma znaczyć, panie Franik?  Ja u pana wcale nie znajduję objawów pylicy!!

Ja    oczywiście, że pan nie może ich znaleźć, bo ja nie mam pylicy i nie nazywam się Franik!

Lekarz    a jak się pan nazywa?

Ja    Wacław Mauberg.

Lekarz (sprawdza listę chorych, wezwanych na kontrolę w dniu dzisiejszym)    pana nie ma na liście! Co pan tu wobec tego robi?

Ja    od dłuższego czasu usiłuję właśnie to panu wytłumaczyć. (tłumaczę lekarzowi problem mojego pracownika, emerytowanego górnika Józefa Franika).

Lekarz  – to dlaczego nie powiedział mi pan tego od razu na początku?

Ja    próbowałem wielokrotnie, ale pan zupełnie nie chciał słuchać tego, co mam do powiedzenia. Nie chcąc okazać się źle wychowany, nie miałem innego wyjścia, jak poddać się pana poleceniom…

Lekarz, jak się okazało, miał poczucie humoru. Uśmialiśmy się wszyscy we trójkę serdecznie!!

Po powrocie do domu, przyszła mi do głowy jednak refleksja. Oprócz strony humorystycznej, scena w której wziąłem udział, miała również aspekt symptomatyczny. Była wysoce charakterystyczna dla sytuacji panującej w polskiej Służbie Zdrowia. Nasi lekarze nie zauważają jakby, że chociaż wszyscy jesteśmy ludźmi, to jednak każdy z nas różni się od drugiego nie tylko psychicznie, ale i anatomicznie. W związku z tym może na pewno mieć wiele słusznych rzeczy do opowiedzenia na temat swego własnego, indywidualnego organizmu. Warto je wysłuchać, gdyż mogą stanowić cenną wskazówkę dla prawidłowej diagnozy. Dobitny przykład takiego lekceważącego stosunku lekarzy do słów pacjenta miałem po latach w najbliższym otoczeniu.

 

Powrót do początku strony