Strona główna > Wspomnienia > Rozdział V

Wacław Mauberg

 

SAGA  ZWYKŁEJ  RODZINY

 

WSPOMNIENIA

nie  zawsze  sielskie  i  apolityczne

 

 

 

 

Rozdział V

 

I  ZNÓW  OD  POCZĄTKU

 

D

o domu w Gliwicach dobrnąłem o północy, kompletnie wypompowany z sił długą jazdą i stresującymi przejściami na granicy. Nasze mieszkanie zastałem puste – Helenka z dziećmi była wszak u Rawskich w Makowie.

Przespałem się cztery godziny i wyruszyłem do Makowa. Zajechałem pod podany mi przez Helenkę adres pensjonatu. Był piękny, słoneczny, wczesny majowy poranek i bezchmurne niebo. Wszyscy tam jeszcze chyba spali, bo żadnego ruchu nie zauważyłem. Przed domem bawił się tylko jakiś malutki chłopczyk. Byłem niewyspany, zestresowany wczo­rajszymi przejściami na granicy i mózg nie pracował mi należycie – zupełnie nie przyszło mi do głowy, że to może być mój własny, osobisty i wytęskniony jedyny syn. Wysiadłem z samochodu, minąłem go obojętnie i posze­dłem szukać rodziny. Kątem oka zauważyłem, że dziecko z ciekawością i jakby z oczekiwaniem patrzy na mnie.

Wpadłem jak burza do środka i dość bezceremonialnie postawiłem wszystkich na nogi. Helenka i dziewczynki, jeszcze nieubrane, jadły akurat śniadanie w kuchni u właścicielki pani Jadwigi Rawskiej. Zaskoczenie było kompletne i radość powitania olbrzymia, choć zgaszona pretensją o tak długie zwlekanie z powrotem i żalem tak długotrwałego rozstania.

W tym całym zamieszaniu zapomnieliśmy o Andrzejku. W końcu Helenka spytała:

 Poznałeś się już ze swoim synem?

  Nie, właśnie rozglądam się ciągle za nim ciągle. Gdzież on jest?

  Jak to – przecież bawi się na dworze! Nie mogłeś go nie zauważyć!

Wybiegłem zaraz przed dom aby uściskać Andrzejka i zapoznać się nim. Ale hardy chło­pak obraził się, chyba za to że go zlekceważyłem i nie zwróciłem na niego uwagi natychmiast po przyjeździe. Wykazał większą intuicję niż ja i domyślił się pewnie, że to w końcu przyjechał jego tata o którym tyle słyszał, którego nigdy nie widział, a na którego ciągle czekał. A ten tata przy­jechawszy nareszcie, mija go obojętnie! Wyrywał mi się z rąk, nie dawał pocałować i uciekał z płaczem do swej mamy. Wiele czasu musiało upłynąć, zanim nie zatarło się w nim wspomnienie tego pierwszego niezbyt udanego naszego spotkania.

Andrzej w 1965 roku

Niewiele było czasu na powitania i zajęcie się rodziną. Dzieci i Helenka zostały obdaro­wane na razie tylko tym, co udało mi się uratować przed zachłannymi celnikami. Nazajutrz rano wyruszyliśmy do Urzędu Celnego w Katowicach, by tam próbować załatwić zwolnie­nie z opłat.

W Katowicach nic nie udało się załatwić. Urzędnicy zasłaniali się brakiem kompe­tencji. Jedynie Główny Urząd Ceł w Warszawie mógłby zwolnić mnie z nałożonego cła. Pojechali­śmy więc natychmiast, nie wracając już do Makowa, dalej do Warszawy.

Chciałem zaimponować Helence, więc w Warszawie poszliśmy zanocować do Hotelu Bristol. Recepcjonista zażądał ode mnie opłaty w dolarach, gdyż wylegitymowałem się nie do­wodem osobistym, lecz paszportem. To, że byłem obywatelem polskim i paszport był polski, nie miało żadnego znaczenia. Byłem traktowany jak cudzoziemiec gdyż nie miałem polskiego dowodu osobistego. Jedynie Helenka, posiadająca swój dowód osobisty, mogłaby zapłacić w złotówkach. Musiałaby jednak wziąć osobny pokój. Opłata, którą zapłaciłem była znacznie wyższa niżbym zapłacił w Paryżu za pokój w hotelu podobnej klasy. Aberracja socjalistycznych przepisów da­wała znać o sobie. Już więcej nie chodziliśmy spać do hoteli, nocowaliśmy w kwaterach prywat­nych.

W Głównym Urzędzie Ceł nic od ręki nie dało się załatwić. Rozpoczęła się procedura urzędnicza. Moje podanie obiecano rozpatrzyć w ciągu trzech tygodni, może wcześniej. Na ten czas Taunus miał zostać zaplombowany i pozostać w Warszawie. Na razie uzyskałem tylko tyle, że celnik zgodził się, aby samochód przez czas oczekiwania na decyzję nie stał na płatnym par­kingu, lecz na zamkniętym placyku przed domem, gdzie mieszkali Grocholscy na Krakowskim Przedmieściu. Celnik był znajomym Anny Grocholskiej i zrobił to na jej specjalną prośbę. Smutne to było, gdy musiałem mojego kremowego Taunusa zamknąć na klucz, a celnik oplótł go dookoła specjalnym drutem, którego końce zaplombował. Samochód, który miał nam umożliwić turystykę po Polsce i spędzenie po tak długim czasie wspólnych wakacji, stał bezczynnie na nie wiadomo jak długi okres czasu. Wróciliśmy do Makowa pociągiem aby tam czekać na decy­zję.

Kilka dni potem pojechałem do Katowic, by jego koleg Biurze Paszportowym oddać paszport i odebrać mój dowód osobisty, bez którego jak się okazało w hotelu w Warszawie, Polak nie jest w Polsce polskim obywatelem. Jak zwykle kłębił się tam dziki tłum zdenerwowanych petentów i trzeba było odczekać długi czas w kolejce przed drzwiami właściwego pokoju. Gdy w końcu stanąłem przed obliczem urzędnika i oddałem mu paszport, ten powiedział: a, to pan! Następ­nie podszedł do olbrzymiej szafy z szufladami i otworzył jedną z nich. Poprosił mnie, żebym podszedł bliżej i pokazał wnętrze. Leżał tam tylko jeden jedyny dowód osobisty. Wręczył mi go ze słowami: czekał tu na pana cierpliwie prawie trzy lata wiedząc, że się na pana na pewno doczeka. Pracownik ludowej administracji nie miał najmniejszych wątpliwości, że obywatel tego kraju nie ma możności wyrwania się z klatki i tak jak murzyński niewolnik w cza­sach niewolnictwa w Ameryce, prędzej czy później powróci na farmę swego pana.

Po dwóch tygodniach pojechałem znów do Warszawy by dowiedzieć się, czy może decy­zja w sprawie Taunusa już zapadła. Na miejscu okazało się że decyzja nie tylko jeszcze nie za­padła, ale oświadczono mi, że ze względu na nawał pracy nie należy jej oczekiwać przed koń­cem lipca. Byłem zdruzgotany! Piękne plany wakacyjne, jakie snułem dla mej rodziny waliły się w gruzy. Zacząłem intensywnie szukać jakichś znajomości, poprzez które można by przyspieszyć wydanie decyzji, ale wszystko na próżno. Nikogo takiego nie znalazłem. Wtedy przypomniałem sobie, że gdy celnik plombował Taunusa zauważyłem, że drut jakiego do tego celu używał musiał być w jednym miejscu przerwany, bo jego końce były po prostu zwyczajnie w tym miejscu skrę­cone razem. Pomyślałem sobie, że być może jest to furtka, którą zostawił mi specjalnie ten celnik, znajomy Anny Grocholskiej. Dzięki tej furtce będę mógł przecież dostać się do samochodu i wykorzystać go dla spędzenia wakacji z rodziną w tym czasie, gdy urzędnicy Urzędu Ceł nie bę­dą załatwiali mojej sprawy, bo sami będą beztrosko spędzali z rodzinami swe urlopy. Po urlopie odstawię z powrotem samochód na placyk, oplotę go drutem, końce skręcę i wszystko wróci do stanu po­przedniego. Rozkręciłem więc węzeł, odwinąłem delikatnie drut z Taunusa nie naru­szając plomby, drut zwinąłem i troskliwie schowałem. Następnie wsiadłem do samochodu i wy­ruszyłem w drogę do Makowa, aby zabrać rodzinę na wymarzone wakacje. Po drodze uzmysło­wiłem sobie, że bagażnik jest pełny prezentów. Na czas naszego urlopu będę więc musiał go opróżnić, abyśmy mieli gdzie pomieścić nasze bagaże, a zamknięte w nim prezenty gdzieś ulo­kować, aby po wakacjach włożyć je tam znowu i razem z samochodem odstawić z powrotem do Warszawy. Nie pojechałem więc prosto do Makowa, lecz w Siewierzu skręciłem w prawo na Gliwice, by w naszym mieszkaniu zdeponować tę kłopotliwą zawartość bagażnika.

Zrobiło się już ciemno i zaczął mżyć lekki deszcz. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjechał samochód i częstym zwyczajem ówczesnych polskich kierowców nie zniżył świateł. Zostałem na chwilę oślepiony. Gdy znowu zacząłem widzieć, znajdowałem się w połowie ostrego zakrętu. Nie zdołałem już z niego wyjść i wpadłem do rowu, a stamtąd przekoziołkowałem na pole. Samochód leżał na boku. Wydostałem się przez drzwi, które musiałem otworzyć w górę, do nie­ba. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem była otwarta klapa bagażnika i rozsypane szeroko po polu prezenty dla rodziny. W pierwszym odruchu szoku myślałem tylko o tym, że muszę je w kom­plecie odstawić do Warszawy, bo celnik będzie przecież sprawdzał zawartość bagażnika według listy. Zacząłem je zbierać. Zjawili się ludzie z pobliskiego gospodarstwa, do których pole nale­żało. Pomogli mi pozbierać resztę rzeczy i postawić samochód na kołach. Nieszczęsny Taunus był jednak tak mocno rozbity, że nie było mowy o dalszej jeździe. Nie mogło także być już mo­wy o jakimkolwiek wyjeździe na upragnione wakacje z rodziną.

Gospodarze zaprosili mnie na nocleg i nakarmili. Na drugi dzień musiałem im się zre­wanżować za pomoc. Nie mogły to być tylko pieniądze, bo dokładnie poznali zawartość bagaż­nika w Taunusie pełnego zagranicznych rzeczy, niespotykanych w Polsce w tym czasie. Przymawiali się niedwuznacznie, a ponieważ nie mógłbym im wytłumaczyć skomplikowanych pro­blemów, jakie miałem z Urzędem Celnym, musiałem im dać w prezencie coś z tych nieoclonych jeszcze rzeczy.

Zaczęła się gehenna naprawy. Odholowałem Taunusa do warsztatu naprawczego w Gli­wicach. Lokalne złote rączki zapewniły, że wyprostują skrzywione zawieszenie, wyklepią po­gniecione blachy, a cały samochód polakierują tak, że kremowy Taunus będzie wyglądał jak no­wy. Tego ostatniego właśnie akurat nie bardzo chciałem bo obawiałem się, że celnika w Warsza­wie mógłby zdziwić zbyt świeży, jeszcze pachnący nowością lakier na starym samochodzie. Ze zrozumiałych względów nie mogłem jednak o tym złotym rączkom powiedzieć. Najgorzej było z częściami. W Polsce żadnych części do zagranicznych samochodów nie było. Musiałem telegraficznie prosić Stacha Rey’a o ich przysłanie. Trwało to długo. Zarówno prace przy samochodzie, jak i wysyłka oraz odprawa celna części w Polsce. Zacząłem się oba­wiać, że Urząd Celny może okazać się szybszy od mechaników i wyda decyzję celną zanim auto będzie gotowe.

Muszę pochylić czoło przed gliwickimi złotymi rączkami. Zrobili wszystko, jak obie­cywali i rzeczywiście samochód był jak nowy. A trzeba powiedzieć, że nie mogli mieć wielkiego doświadczenia. Polska nie była jeszcze zmotoryzowana. W Gliwicach, przeszło stuty­sięcznym wówczas mieście, było wtedy tylko jedno skrzyżowanie ze światłami (w dziesięcio­tysięcznym Chauny było ich pięć!), a samochodów na ulicach widziało się niewiele. Odpowiadało to mniej więcej ówczesnej różnicy w rozwoju ekonomicznym pomiędzy Polską a Francją.

Niedługo potem przyszło wezwanie, abym w oznaczonym dniu i godzinie stawił się w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Katowicach. Pojechałem tam z drżeniem serca. Woźny wprowadził mnie do pustego pokoju z biurkiem i posadził na krześle. Po dłuższym cze­kaniu ktoś w końcu wszedł. Podniosłem wzrok i ze zdumieniem poznałem, że jest to tatrzański turysta, przypadkowy lokator mej Mamy w Zakopanem, usłużny pracownik Handlu Zagranicznego – ten sam pan Kowalski, który odwiedził mnie swego czasu w Chauny. Kowalski trzymał w ręku kartonową teczkę z aktami. Położył ją na biurku, otworzył i zaczął kartkować. Były w niej różne papiery. Ze zdumieniem zobaczyłem wśród nich moje własne pisane maczkiem nie­bieskim długopisem listy do panów I-go Sekretarza Władysława Gomułki, Cyrankiewicza i pozostałych prominentów PRL-u. Kowalski wyjął z teczki jeden z papierów, napisany na maszynie i posiadający elegancki kolorowy nagłówek wydrukowany dużymi niebieskimi literami:

U n i t e d  N a t i o n s

Office of the High Commissioner for Human Rights

i powiedział:

— To bardzo nieładnie, że naskarżył pan na nas w ONZ-ecie. To, że pan pisał do towarzysza Gomułki i innych jest bez znaczenia, bo pozostało to między swymi u nas, w Polsce. O to nie mamy do pana pretensji. Jak pan widzi, adresaci nawet nie czytali tych listów, bo trafiły one bezpośrednio do nas. Ale za to, że wywlekł pan sprawę na forum międzynarodowe i skom­promitował pan Polskę Ludową, za to mamy do pana pretensje.

Pan Kowalski  nie dodał, że to iż wyciągnąłem sprawę na forum międzynarodowe, prawdopodobnie uratowało mi obecnie skórę. Urząd Bezpieczeństwa zrozumiał, że nie jestem całkowicie bezbronny, że w razie czego mogę się skutecznie bronić i że nie może czuć się ze mną tak zupełnie bezkarny. Musiał liczyć się z tym, że gdyby postąpił ze mną brutalnie, mógłby zrobić się hałas, a tego jak widać, chcieli jednak uniknąć. Kowalski nie zauważył też jakoś, że to Polska Ludowa sama się skompromito­wała traktując swego obywatela jak niewolnika, dla którego ceną za wolność miało być szpiego­wanie tych, którzy wykazali mu najwyższą życzliwość.

— Trzeba było skorzystać z mojej rady, to nie widzielibyśmy się dzisiaj tu w zadymionych Katowicach, a spotykalibyśmy się w pięknej, słonecznej Francji – dorzucił Kowalski. Jako bywały w świecie turysta wiedział zapewne, co mówi. Widocznie nie w smak mu było, że stracił jeden z powodów do delegacji służbowych na Zachód.

Kowalski poprosił mnie abym siadł za biurkiem i napisał sprawozdanie z mego pobytu we Francji. Był to, o czym wówczas jeszcze nie wiedziałem, rutynowy sowiecki zwyczaj, szczegółowo opisany potem, gdy wydawnictwa w Polsce nie podlegały już cenzurze, w licznych wspomnie­niach Polaków więzionych i przesłuchiwanych przez NKWD. W sprawozdaniu napisałem to, co opowiedziałem już kiedyś Kowalskiemu w czasie jego pobytu w Chauny oraz przebieg mych dalszych użerań z polskimi władzami o paszport konsularny dla mnie i paszporty na wy­jazd z Polski dla Helenki i dzieci. O tajemniczej cewce którą opracowałem w Chauny nie napi­sałem. Gdybym wspomniał o niej chociaż słowem, przypuszczalnie w krótkim czasie potem ja­kiś kolega Kowalskiego zjawiłby się w moim mieszkaniu z propozycją wydania całej na­szej rodzinie paszportów konsularnych i jak najszybszego wyjazdu z powrotem do pracy w To­warzystwie Thomson-Houston – na wiadomych warunkach.

¬ ¬ ¬

Naprawa Taunusa trwała prawie dwa miesiące. W końcu lipca Urząd Celny przysłał za­wiadomienie o podtrzymaniu obowiązku zapłacenia cła za auto. W drodze wyjątku zwolniono mnie jedynie, na całe szczęście, z cła za pozostałe rzeczy. Nie mógłbym się przecież z nich wyli­czyć, bo większość już została rozdarowana. W pierwszych dniach sierpnia mogłem w końcu od­stawić kremowego Taunusa z powrotem do Warszawy na podwórko u Grocholskich i po zapłaceniu niemałej opłaty wejść w końcu w posiadanie mego własnego samochodu. Przyszedł celnik, niczego podejrzanego nie zauważył i zdjął plombę z samochodu. Wszystko wróciło nareszcie do stanu poprzedniego, tyle że kosztem wielu napięć nerwowych i wydatkowania dużej ilości pieniędzy na naprawę i cło. Było już jednak zbyt późno na wyjazd na wakacje. Cały sierpień zużyliśmy na for­malności związane z zapisaniem dziewczynek do szkoły i na szukaniu dla mnie pracy. Ania i Kasia zostały umieszczone w tej samej szkole w Nowym Sączu prowadzonej przez Siostry Niepokalanki, do której chodziła swego czasu Helenka – i z tym nie było większych trudności, choć Helenka miała mnóstwo pracy z przygotowaniem im szkolnej wyprawki.

Gorzej było ze znalezieniem pracy. Z Instytutu Farb i Lakierów, w którym pracowałem przed wyjazdem zostałem zwolniony za porzucenie pracy i nie powrócenie do niej po urlopie. Dyrektor Instytutu bał się przyjąć mnie z powrotem. Niektórzy moi znajomi, widząc mnie w owym czasie na ulicy, przechodzili na drugą stronę i udawali, że mnie nie widzą. Nie bardzo wiedzieli jak się odnieść do osobnika, który ni z tego ni z owego wyjechał na trzy lata na Zachód zostawiwszy tu rodzinę, a wróciwszy nie ma jakichś widocznych kłopotów z UB-ecją i spaceruje sobie spokojnie po ulicy. Było to dla nich podejrzane i na wszelki wypadek woleli nie przyznawać się do znajomości ze mną. Szukałem pracy w wielu gliwickich przedsiębiorstwach, ale wszędzie było to samo: byłem jakby zapowietrzony i mimo że w PRL praca była konstytu­cyjnym zaszczytnym obowiązkiem obywatela, mnie to nie dotyczyło – dyrektorzy bali się mnie zatrudnić. Rozpuści­łem wici wśród kolegów i przyjaciół, bo oni byli jedynymi, którzy mnie w owym czasie nie opuścili. Ale to też nie dawało rezultatu. Pojechałem więc, właściwie już bez większej nadziei, do Fabryki Drutów i Kabli w Ożarowie pod Warszawą, aby tam zaoferować me usługi jako fachowiec posiadający zagraniczną praktykę w tej rzadkiej specjalności. Dyrektor z którym rozmawiałem zupełnie nie był zaintereso­wany moim doświadczeniem. Twierdził, że oni tu w Ożarowie potrafią robić kable lepiej niż Francuzi w jakimś tam Chauny. Podobnie było w Przedsiębiorstwie Automatyki Przemysłowej w Falenicy pod Warszawą. Tam też jakoby umieli robić wszystko lepiej niż we Francji. Wró­ciłem jak niepyszny do Gliwic. Zaczynało być krucho, bo pieniądze topniały szybko.

Zawieźliśmy dziewczynki do Nowego Sącza, bo od 1-go września zaczynał się rok szkolny. Ania i Kasia zostały umieszczone w przyklasztornym internacie Sióstr Niepokalanek i chodziły z tamtąd do szkoły powszechnej w mieście. My z Andrzejkiem wróciliśmy do Gliwic do naszego mieszkania przy ulicy Mielęckiego i zabraliśmy się do odtwarzania życia rodzinnego, przerwanego prawie trzyletnią rozłąką. Trzeba było od nowa się dotrzeć, co nie było ani proste, ani łatwe. Trzeba było wyjaśnić sobie wiele wzajemnych oskarżeń, pretensji i żalów. Niezliczo­ne obowiązki i stresy na jakie naraził Helenkę mój ambitny cel przeniesienia rodziny do Francji który postawiłem przed nami, przerósł chyba jej siły fizyczne i odporność psychiczną. Obecnie należało więc od nowa zorganizować życie rodzinne, odwiedzać i zaopatrywać dziewczynki w Nowym Sączu, a także przyzwyczaić Andrzejka do obecności ojca w domu. Do tej pory był jedynakiem wyrastającym w otoczeniu samych kobiet – mamy i sióstr. W pensjonacie w Makowie też panował matriarchat i tam też był na prawach jedynaka. Z początku trudno mu było, nieszczęsnemu, pogodzić się z utratą swej uprzywilejowanej pozycji i jego ambicja mocno cier­piała z tego powodu. Ja musiałem dalej kontynuować energiczne poszukiwanie pracy, a możli­wości w Gliwicach wydawały się być wyczerpane.

¬ ¬ ¬

Dopiero w październiku znalazłem pracę i to bardzo korzystną, na miejscu w Gliwi­cach. Stało się to dzięki memu koledze klasowemu z gimnazjum, Januszowi Marquardt’owi. Anglicy mówią a friend in need, is a friend indeed. Jeszcze raz potwierdziła się słuszność powiedzenia, że człowiek w dużej części jest tym, czym uczynią go jego przyjaciele.

Janusz, podobnie jak ja, skończył Wydział Chemiczny Politechniki Śląskiej, tyle że rok po mnie. Jego kolegą z tego samego semestru był Mieczysław Dróżdż, obecnie dyrektor dużego Biura Projektów BIPROKWAS w centrum Gliwic. Janusz Marquardt, znając me kłopoty w znale­zieniu pracy, polecił mnie swemu znajomemu koledze dyrektorowi. Dróżdż był studentem z niższego rocznika i w czasach gdy byłem asystentem w katedrze u profesora Wasilewskiego, prowadzi­łem ćwiczenia z elektrochemii z jego grupą. Dróżdż pamiętał mnie z tego czasu. Jak się to wów­czas mówiło, był on bardzo ciężko partyjny (dzięki czemu w tak młodym wieku został dyrek­torem poważnej instytucji) i dzięki temu nie był tak strachliwy jak inni, mniej ciężko partyjni dyrektorzy. Przyjął mnie do pracy w swym Biurze Projektów mówiąc: gdyby z panem było coś nie w porządku, to nie siedziałby pan w tej chwili w moim gabinecie, a zupełnie gdzie indziej. Mimo swej partyjności (właściwie należałoby powiedzieć: niezależnie od niej), Mieczysław Dróżdż był bardzo porządnym i skromnym człowiekiem oraz dobrym dyrektorem, dbającym o swe Biuro i o zarobki swych pracowników. Przychodziło mu to właśnie tym łatwiej, że był tak ciężko partyjny. Jego przełożeni w Ministerstwie i różne organy administracji państwowej bardzo się z nim musiały liczyć. W owych czasach mocno partyjny dyrektor i równocześnie po­rządny człowiek był dla swego przedsiębiorstwa prawdziwym dobrodziejstwem, w przeci­wieństwie do najlepszego nawet dyrektora ale słabego partyjnie, bo z takim żadne władze się nie liczyły i nie mógł on wiele dobrego wywalczyć dla przedsiębiorstwa, któ­rym kierował.

Biuro to miało zresztą szczęście do dyrektorów. Zarówno poprzedni dyrektor przed Dróżdżem,  którego nie znałem, jak i następny, pochodzący z ziemiańskiej rodziny z okolic Ży­tomierza na Ukrainie Jan Woźniakowski, cieszyli się wśród pracowników dużą estymą. Byli dyrektorami wyróżniającymi się swą troską o zakład pracy, dbającymi o zarobki za­trudnionych i otaczającymi ich ochronną tarczą przed zbytnią aktywnością czynników politycz­nych.

Zacząłem pracę w Biurze Projektów Przemysłu Nieorganicznego BIPROKWAS jako szary pracownik w pracowni projektowej. Moim zadaniem było wykonywanie skompliko­wanych i wyjątkowo nudnych obliczeń dla fabryk kwasu siar­kowego, które biuro projektowało na zamówienie Związku Sowieckiego. Kalkulatorów elektronicznych jeszcze wówczas w Polsce nie było, a o komputerach czytało się jedynie w ame­rykańskich czasopismach fachowych jako o najnowszych, nadzwyczaj skomplikowanych urzą­dzeniach, wymagających budowy specjalnych klimatyzowanych budynków. Wszystkie oblicze­nia wykonywało się na piechotę, przy pomocy suwaka logarytmicznego lub na kręciołku mecha­nicznym.

Po paru miesiącach tej nieciekawej pracy wypatrzył mnie i zabrał do swego zespołu Zenon Kacuga, Generalny Projektant budowy jednej z ówczesnych sztandarowych pol­skich budów socjalizmu. Był to Kombinat Chemiczny w Policach koło Szczecina, mający produkować nawozy sztuczne dla potrzeb rolnictwa. Powodem była moja znajomość języka francuskiego, potrzebna przy negocjacjach licencyjnych z francuskimi firmami, od których BIPROKWAS kupował technologie i urządzenia dla polickiego Kombinatu. Był to dla mnie za­wrotny awans, bo ze zwykłego szeregowego pracownika wykonującego nudne obliczenia przeszedłem do znajdującego się na szczycie hierarchii biurowej, pracującego koncepcyjnie Zespołu Generalne­go Projektanta. Inwestycja ta była oczkiem w głowie nie tylko naszego Biura Projektów i Ministerstwa Przemysłu Chemicznego, ale również rządu polskiego. Chodziło przecież o aspekt poli­tyczny – produkcję nawozów mających zwiększyć produkcję żywności i doprowadzić do popra­wy wyżywienia narodu. A w kraju socjalistycznym naród musiał być przecież żywiony lepiej niż na zgniłym kapitalistycznym Zachodzie. Choćby tylko statystycznie, w postaci wyższego wskaź­nika produkcji nawozów na jednego mieszkańca.

W zespole zastałem znajomą osobę – pracowała tam już pani Hanna Wnukowa, która w czasie swych studiów na Wydziale Chemicznym Politechniki Śląskiej, jeszcze jako panna Waligórska, dorabiała sobie ucząc chemii w gimnazjum, do którego chodziłem. Zrobiła wówczas na naszej klasie piorunujące wrażenie, gdyż była wyjątkowo hożą i dorodną panną. Aby zwrócić na siebie jej uwagę prześcigaliśmy się w sztubackich wybrykach. Nie robiło to na niej większego wrażenia. Patrzała na nas wzrokiem będącym mieszaniną strachu, politowania, niesmaku, odrazy i bezbrzeżnej pogardy. Trudno jej się było dziwić gdyż była studentką, podczas gdy my – zaledwie nieopierzonymi gimnazjalistami. Była wymagającą nauczycielką. Po­zostało mi jeszcze w pamięci, jak skutecznie zgasiła moją pychę, bezlitośnie wlepiając mi pew­nego dnia zasłużoną dwóję z chemii, przedmiotu w którym dzięki laboratorium urządzonemu w garażu ojca uważałem się za bardzo mocnego. Byłem być może dobry w gazowych i pi­rotechnicznych wyczynach, niestety w ślad za tym nie szła wystarczająca znajomość teorii.

Praca w zespole Generalnego Projektanta była nadzwyczaj odpowiedzialna. Naszym zadaniem było za­projektowanie, dokonanie niezbędnych uzgodnień z wszelkimi władzami tej inwestycji, a na­stępnie jej realizacja – wybudowanie od początku, na zielonej trawie. Miał to być olbrzymi kombinat chemiczny, składający się z wielu fabryk pracujących wspólnie dla osiągnię­cia finalnych produktów – całej gamy różnych gatunków nawozów sztucznych.

Zenon Kacuga należał oczywiście do PZPR. Częściowo zapewne z przekonania, pochodził z biednej rodziny z Zagłębia, które dla swych komunistycznych sympatii nosiło prze­cież nazwę Czerwonego Zagłębia. Częściowo także i z oportunizmu, bo przynależność do partii gwarantowała mu dostęp do stanowisk nieosiągalnych dla bezpartyjnych. Był jednak, po­dobnie jak dyrektor Biura Dróżdż, porządnym człowiekiem. Miał podobnie jak rasowi szachiści, bardzo cenny w jego pracy i nadzwyczaj rzadki u ludzi dar strategicznego myślenia i przewidywania rozwoju sytuacji na kil­ka ruchów naprzód, a do tego o wiele wcześniej niż kojarzyli to inni. Była to umiejętność wcze­śniejszego odkrywania tych stron rzeczywistości, które dla innych są w danej chwili jeszcze niewidoczne. Dzięki temu do­skonale dawał sobie radę jako Generalny Projektant tak olbrzymiej inwestycji, gdzie trzeba było przewidzieć różne przyszłe ludzkie zachowania oraz ewentualności z pogranicza techniki, eko­nomii, dyplomacji i polityki. Nauczyłem się od niego rzeczywiście bardzo wiele, szczególnie w dziedzinie wczuwania się w psychikę ludzi i przewidywania ich posunięć.

Generalny Projektant Polic miał tylko jedną słabość – lubił napoje wyskokowe. Odreagowywał zapewne w ten sposób stresy, jakie powodowała jego nadzwyczaj odpowie­dzialna, skomplikowana i wyjątkowo stresująca praca. Wszyscy nowo przyjęci pracownicy zaczynali swe terminowanie w jego zespole od tego, że swe rzeczywiste lub domniemane błędy w pracy musieli odkupywać u szefa zakupem butelki wódki. Piło się ją potem wspólnie w biurze po godzinach pracy, a słu­żyło to wyjaśnianiu popełnionych błędów, rozładowaniu napięć w zespole oraz regulowaniu wszelkich wzajemnych ewentualnych żalów i pretensji. Musiałem też oczywiście przejść przez ten chrzest i przyniosłem do Biura wiele butelek alkoho­lu, zanim nie zostałem w tym zastąpiony przez przyjętego do naszego zespołu nowego pracow­nika. Helenka była niezadowolona z tych zwyczajów, gdyż w takich dniach wracałem na obiad później i w stanie nieco podchmielonym.

W tym, że znalazłem się w tak elitarnym zespole projektantów, zadziałać musiała znowu niewidzialna ręka z zaświatów. Okazało się mianowicie, że Kacuga pochodził z wiejskiej rodziny spod Wojkowic Komornych. Pod koniec okupacji niemieckiej osiągnął już ten wiek, w któ­rym grozić mu mogło wywiezienie na przymusowe roboty do Niemiec. Aby tego uniknąć, mu­siał szybko znaleźć pracę w jakiejś poważnej miejscowej firmie. Młody Zenek zgłosił się więc do elektrow­ni Jowisz gdyż jego rodzina słyszała, że zastępcą niemieckiego dyrektora jest tam Polak, który podobno pomaga rodakom będącym w potrzebie. Tym zastępcą był mój ojciec. Po wysłuchaniu problemu, z jakim przyszedł do niego młody wiejski chłopak, Tata załatwił u Treuhendera Heczki zgodę na zatrudnienie go w elektrowni. W ten sposób Zenon uchronił się od wysyłki na roboty do Niemiec, a po wojnie skończył studia inżynierskie na Politechnice w Gliwicach. Mnie przyjął do swego Zespołu Generalnego Projektanta kombinatu w Policach jako swego ro­dzaju spłatę długu wdzięczności, zaciągniętego kiedyś wobec mego ojca. Opowiedział mi o tym sam Kacuga w czasie jednej z alkoholowych godzin szczerości w zespole.

Biuro BIPROKWAS, podobnie jak i wszystkie inne Biura Projektów w PRL, grupowało elitę lokalnej inteligencji technicznej. Projektanci, z racji swego dostępu do najgłębszych i praw­dziwych źródeł informacji o ekonomicznym stanie państwa, nie mieli najmniejszych złudzeń na temat nieżyciowych założeń teoretycznych ustroju socjalistycznego, w jakim przyszło nam żyć. Należeli do tej nielicznej w kraju grupy ludzi, którzy byli w pełni zorientowani co do faktycznej sytuacji kraju i byli świadomi rozbieżności pomiędzy pompatyczną propagandą sukcesu upra­wianą przez media a tragiczną rzeczywistością ekonomiczną. Byli więc tego ustroju zdecydo­wanymi, choć biernymi jak na razie, przeciwnikami. W przyszłości to oni, obok robotników, niemal w stu procentach wstąpili do Związku Zawodowego SOLIDARNOŚĆ i mieli duży udział w demontażu komunizmu w Polsce.

Generalny Projektant polickiego kombinatu był człowiekiem o którym się mówiło, że wprawdzie zapisał się do PZPR, ale potem zwrócił, czyli jak się to nazywało, rzucił legityma­cję partyjną. Z tego powodu chodził w Biprokwasie w glorii niemalże bohatera. Nadzwyczaj rzadkie przypadki wystąpienia z PZPR, jakie zdarzyły się w Polsce do tej pory, były wyrazem buntu i braku zgody na totalitarne metody jej rządów. Wymagały więc wielkiej odwagi i cha­rakteru. Na gest taki pozwolić sobie mogły jedynie osoby o ugruntowanej, mocnej pozycji w społeczeństwie. W proteście przeciwko karnemu usunięciu z PZPR profesorów Uniwersytetu Warszawskiego Leszka Kołakowskiego i Krzysztofa Pomiana, jesienią 1966 roku uczyniło to kilkunastu znanych pisarzy, m.in. Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, późniejsza laureatka na­grody Nobla – Wisława Szymborska, Igor Newerly czy Julian Stryjkowski.

Dopiero po latach, gdy byłem już wieloletnim i zaufanym pracownikiem Zespołu, dowie­działem się, w jaki sposób odbyło się rzucenie legitymacji partyjnej przez Generalnego Pro­jektanta Polic. Kacuga musiał jeździć ze swymi współpracownikami bardzo często do Warszawy na narady w sprawie kombinatu do Zjednoczenia, Ministerstwa i Komisji Planowania. Projektanci byli ludźmi stosunkowo dobrze zarabiającymi, wracając więc pociągiem z nerwowych i ciągnących się dłu­go zebrań w Warszawie, mogli pozwolić sobie na spożycie w wagonie restauracyjnym spóźnio­nego, ale za to obficie zakrapianego alkoholem obiadu. Przy jedzeniu dyskutowano oczywiście zawzięcie o szczegółowych problemach zawodowych oraz ogólnych krajowych, a kończyło się to zwykle na polityce, jako że to w niej znajdowało się przecież źródło wszystkich problemów. Pracownicy Biur Projektów byli ludźmi potrzebnymi reżimowi – zdając sobie sprawę ze swej względnej bezkarności, nie mieli większych hamulców w głośnej i szczerej wymianie poglądów na tematy polityczne i bez żenady obwiniali PZPR za opłakany stan państwa. W czasie jednego z takich suto zakrapianych obiadów w wagonie restauracyjnym i jednej z takich gorących dyskusji o polityce i PZPR, Zenon Kacuga wyciągnął z kieszeni swą legitymację partyjną i zaczął nią, dla poparcia swych argumentów, wymachiwać przed nosem współbiesiadników. Zdenerwowany kontrargumentami dyskutantów, cisnął ją w końcu z pasją na stół. Jego czerwona legi­tymacja odbiła się od blatu i podskoczyła wysoko. Okno przy ich stoliku w wagonie restauracyjnym było otwarte i los chciał, że pęd powietrza porwał legitymację i wywiał na zewnątrz pędzącego po­ciągu ekspresowego. Legitymacja była już nie do odzyskania. W ten oto sposób Generalny Pro­jektant sztandarowej inwestycji PRL zdobył nimb człowieka, który wprawdzie zapisał się kiedyś w młodości do PZPR, zapewne pod wpływem młodzieńczej fascynacji komunizmem, ale przej­rzawszy na oczy, odważył się rzucić legitymację partyjną.

¬ ¬ ¬

Pracownicy Biura Paszportowego w Gliwicach dotrzymali słowa co do tego, że wyje­dzie pani na kurację do Vichy jak mąż wróci z zagranicy i Helenka na wiosnę 1966 roku dostała paszport na wyjazd do Francji. Była bardzo wyczerpana nerwowo trzyletnimi stresami i wy­łączną odpowiedzialnością za dzieci. Wymagała odreagowania w tym sensie, że czuła się skrzywdzona i uważała, że jej także należą się wakacje zagranicą i pobyt u własnej siostry w Montrésor. Dostała paszport dla siebie i Andrzejka, a ja oraz dziewczynki pozostaliśmy w Polsce jako zakładnicy. Po drodze zajechali do Chauny. Odwiedzili tam mych kolegów z pracy w Towarzystwie Thomson-Houston. Byli przyjmowani przez nich nadzwyczaj ciepło. Dla mych przyjaciół z Chauny byli oni jakby znanymi już dobrze osobami, bo w staraniach o ich przyjazd tutaj uczestniczyli przecież przez niemalże trzy lata.

Nie miałem pojęcia, co zrobić z dziewczynkami w lecie i jak zorganizować im wakacje. Wprawdzie zapraszała nas moja Mama do siebie do Zakopanego, ale dwumiesięczny nasz pobyt u niej byłby dla starszej pani już zbyt męczący. Któryś z kolegów w biurze zachwycał się Jugo­sławią, jej klimatem, tanimi owocami i czystym ciepłym morzem. Postanowiłem więc spróbo­wać, czy uda mi się dostać w Biurze Paszportowym pozwolenie na wyjazd by tam spędzić z dziećmi wakacje. Jugosławia była dziwnym krajem: była socjalistyczna i Polacy aby tam wyje­chać nie potrzebowali wiz wjazdowych ani paszportu, lecz jedynie wkładkę paszportową. Równocześnie była na tyle prozachodnia, że utrzymywała intensywne stosunki ekonomiczne z Zachodem i było tam w bród wszelkich zachodnich towarów. Granica z Włochami czy Grecją nie stanowiła tam żelaznej kurtyny i nie była tak przesadnie strzeżona jak pomiędzy Niemcami Wschodnimi i Zachodnimi. Na niektórych przejściach granicznych, w okresie nasilonego ruchu, samochody turystów z zachodu były podobno przepuszczane nawet bez kontroli paszportowej. Mając samochód zachodniej produkcji, do którego można było przykręcić tablice rejestracyjne któregoś z państw zachodnich, pożyczone na przykład od znajomego z Zachodu, można było ponoć stosunkowo łatwo przekroczyć nielegalnie granicę i w ten sposób znaleźć się w wolnym świecie. Rzekomo zdarzyło się szereg takich przypadków.

Ku własnemu zaskoczeniu dostałem bez przeszkód w Biurze Paszportowym w Gliwicach wkładki paszportowe dla siebie i dziewczynek. Zaopatrzyłem się więc w potrzebne wyposażenie kempingowe, wziąłem urlop w Biurze i na początku lipca wyruszyłem z dziewczynkami Taunusem przez Czechosłowację i Węgry do Jugosławii. Koledzy w Biurze poinstruowali mnie, że w miejscowości o nazwie Opatija na półwyspie Istria znajduje się duży nadmorski kemping, na któ­rym zatrzymują się głównie Włosi, Niemcy i Francuzi. Po głowie chodziła mi nieśmiało myśl próby wydostania się z Jugosławii do Włoch, a stamtąd do Francji i z powrotem do Chauny. Może na kempingu dogadam się z jakimś Francuzem, który zechce pożyczyć mi tablice rejestra­cyjne swego samochodu i uda mi się przejechać przez przeładowane i niezbyt dokładnie spraw­dzane przejście graniczne do Włoch? Jedynymi powodami, które przemawiały przeciwko takie­mu rozwiązaniu, powodującemu spalenie wszystkich mostów za sobą, były troska o moją Mamę – gdyby mi się udało, pozostałaby w Polsce zupełnie sama i nigdy by już więcej w życiu nie zo­baczyła ani swego syna ani swych wnuków (a to by ją niewątpliwie zabiło) oraz obawa, że krok ten wywołałby bez wątpienia szykany UB-ecji także i wobec rodziców Helenki – nie dostaliby więcej paszportów dla odwiedzin swych dzieci na Zachodzie. Chciałem uprzednio skonsultować sprawę z Helenką. Przed wyjazdem wysłałem jej więc telegram, że wyjeżdżamy na wakacje do Jugosła­wii i że począwszy od takiego dnia będziemy na kempingu w Opatiji. Proszę, żeby tam przyje­chała, a o terminie przyjazdu poinformowała mnie telegraficznie na Poste Restante w Opatiji.

Wszystko odbyło się, jak zaplanowałem. Rozbiliśmy namiot na polu namiotowym, dziewczynki znalazły koleżanki, z którymi razem bawiły się w piasku i pławiły w ciepłym mo­rzu, a ja dwa razy dziennie sprawdzałem na poczcie w Opatiji, czy jest dla mnie jakiś telegram. W tydzień po zainstalowaniu się na kempingu telegram przyszedł – Helenka podawała dzień i godzinę przyjazdu pociągiem na dworzec w najbliższym mieście, którym była duża portowa Rijeka.

Do przyjazdu Helenki pozostało jeszcze kilka dni, więc wypoczywałem spokojnie kąpiąc się w morzu i opalając leniwie na plaży. Było tak przyjemnie, że straciłem zupełnie rachubę cza­su. Któregoś dnia po południu, tknięty dziwnym niepokojem, spytałem sąsiadów, którego to dzi­siaj jest? Był to właśnie dzień przyjazdu Helenki, a godzina przyjścia pociągu na dworzec w Rijece właśnie akurat mijała. Zebrałem w dzikim pędzie Anię i Kasię z plaży tak jak były w mokrych kostiumach kąpielowych i runęliśmy Taunusem krętą nadmorską szosą, nie zważając na żadne znaki drogowe, do odległej o 15 kilometrów Rijeki. Na dworcu Helenki i Andrzejka oczywiście już nie było, a pociąg przyszedł punktualnie. Pojechałem więc na pocztę. Może tam była jakaś od niej wiadomość. Na poczcie też nic nie było. Zupełnie już załamany wróciłem na dworzec. Nikogo tam nie zastałem. Wróciłem jeszcze raz na pocztę – i tu spotka­łem Helenkę z Andrzejkiem, jak zostawiała właśnie dla nas wiadomość, że zatrzymali się w po­bliskim hotelu. Niewiele brakowało, a wracalibyśmy do domu osobno! Radości powitania nie było końca. Helenka zrobiła długą, dwudniową i męczącą podróż pociągiem od cioci Marjózi z Caldany pod Cannes przez Turyn, Mediolan, Wenecję i Triest. Ale Helenka bardzo lubiła dale­kie podróże. Ciekawiło ją poznawanie nowych krajów i ludzi. Była otwarta na to co nowe, a z nieznajomymi nawiązywała natychmiast łatwy kontakt.

Wróciliśmy na kemping i po kilku dniach odpoczynku odbyli naradę wojenną. Helenka nie była zwolenniczką ryzykownych działań zagrażających bezpieczeństwu dzieci i utratą tego, co już posiadaliśmy. Pomysł z szukaniem sposobów na nielegalne przekroczenie granicy do Włoch nie spodobał się jej z tych samych powodów dla jakich i ja miałem wątpliwości. Nie chcieliśmy zdobywać wolności cudzym kosztem, kosztem bólu naszych rodziców. Dalszego po­zostawania na kempingu Helenka również nie zaakceptowała – Niemcy wokół żłopali bez prze­rwy piwo i w nocy zachowywali się hałaśliwie, a po morzu pływały plamy oleju i podejrzane brudy pochodzące z portu w Rijece. Dzieci wychodziły z kąpieli w morzu brudne i mogły złapać jakąś chorobę.

Helence zostało jeszcze kilkaset franków francuskich z pieniędzy, które dostała od swej ma­my na drogę. Na jugosłowiańskie ceny było to wówczas stosunkowo dużo. Przeznaczyła te pie­niądze na to, abyśmy się przenieśli w inne, lepsze miejsce. Od poznanego na kempingu Czecha dowiedzieliśmy się, że na niedalekiej wyspie Rab znajduje się mało uczęszczane pole kempin­gowe, morze jest tam czyste, a na plaży piasek drobny jak muka, czyli mąka. Na kempingu w Opatiji na plaży był dosyć gruby żwir. Wyspa Rab leżała bardziej na południu, a dostać się tam można było promem.

Pojechaliśmy więc na wyspę Rab. Kemping, chociaż piasek był tam istotnie jak muka, nie okazał się nadzwyczajny. Był brudny i też opanowany przez hałaśliwych Niemców. Nie spodobał się Helence która stwierdziła, że swe otrzymane w prezencie pieniądze chce przezna­czyć na spędzenie wakacji w takim miejscu, które jej się podoba. Spodobała się jej łąka w okoli­cy pobliskiej wsi. Mimo że tabliczki umieszczone wokół kempingu informowały, iż nie wolno rozkładać namiotów poza jego terenem, rozłożyliśmy się na tej łące, uzyskawszy przedtem zgo­dę gospodarza. Łąka miała lekki stok i rosło na niej samotne mocno pochylone drzewo, którego wykrzywiony pień nadawał się wyśmienicie jako podręczny stolik, a niskie gałęzie jako wieszaki na ubranie. Rozłożyliśmy się pod drzewem. Już następnego dnia rano obudzili nas dwaj poli­cjanci nakazując, abyśmy przenieśli się na kemping. Żadne prośby ani perswazje nie pomagały. Helenka długo i wszelkimi racjonalnymi argumentami usiłowała ich przekonać tłumacząc, że na kempingu są Niemcy, jest brudno, tłoczno, nieczynne sanitariaty i że dzieci tam zachorują – wszystko na próżno. W ostatecznej desperacji, bardziej do siebie niż do nich powiedziała, że całą okupację musiała znosić Niemców w Polsce, a teraz tu w Jugosławii, znowu będzie musiała cierpieć na kempingu z powodu towarzystwa hałaśliwych i gruboskórnych Szwabów. Zupełnie niespodziewanie ten argument podziałał – policjanci uznali jego wagę i pozwo­lili nam pozostać na łące.

Spędziliśmy na Rabie trzy wspaniale tygodnie. Każdego dnia rano po obudzeniu zasta­waliśmy powieszoną na gałęzi torbę z figami, a pod drzewem butelkę mleka. To nasz gospodarz przysyłał zamówione wiktuały przez swego syna o imieniu Vinko. Tutejsza miejscowość nazywała się Lopar. Początkowo mieszkańcy pa­trzyli na nas trochę nieufnie, ale stosunki wyraźnie pocieplały, gdy zaczęliśmy kupować w miej­scowym sklepiku, a w niedzielę pojawiliśmy się w kościele na mszy. W sklepie na początku do­chodziło do nieporozumień. Helenka wywiedziawszy się już, że chleb po jugosłowiańsku nazy­wa się kruch, przychodziła do sklepu pytając z dumą jak stara bywalczyni: mate kruch? Ekspedientka z promiennym uśmiechem przecząco kręcąc głową odpowiadała ima. Rozumie­liśmy z tego, że odpowiada iż chleba nie ma, a przecież widać go było wyraźnie jak leżał na pół­ce. Helenka wyciągnęła z tego wniosek, że chleba mają tak mało, że nie chcą go nam sprzedać, bo go zachowują dla swoich. Ponieważ o cokolwiek byśmy się nie pytali, zawsze było ima i przeczący ruch głową, myśleliśmy początkowo, że nas bojkotują i niczego nie chcą nam sprzedać. Dopiero po kilku wizytach w sklepie okazało się, że ima znaczy jest, a głową Jugosłowianie kręcą odwrotnie niż my.

Po wypoczynku na Rabie i kilku dniach spędzonych w Budapeszcie w drodze powrotnej, wróciliśmy do domu. W obowiązkowym terminie siedmiu dni wybraliśmy się z Helenką do Biura Paszportowego. Helenka – by oddać paszport i odebrać swój dowód osobisty, a ja – by oddać wkładkę paszportową. Pracownik Biura, prostacki UB-ek o adekwatnym do swego wyglądu nazwisku Byczek rozpromienił się na nasz widok, a Helenkę powitał słowami: byłem pewien, że pani na pewno wróci do swego starego. Oznaczało to, że musiał dostać przypuszczalnie wielką reprymendę od swych przełożonych za to, że nie skojarzył faktu iż Helenka z Andrzejem są za żelazną kurtyną we Francji i wbrew regule o zakładnikach wydał mężowi i pozostałym dzieciom wkładki paszportowe na wyjazd do Jugosławii.

Po wakacjach dziewczynki wróciły do szkoły w Nowym Sączu, a my w Gliwicach po­nownie zabraliśmy się do łatania naszego życia rodzinnego. Nie było to proste zadanie, bo przez trzy prawie lata rozłąki nawarstwiło się wiele wzajemnych uraz i pretensji. Nie było jednak innej alternatywy – musieliśmy podjąć wysiłek i dogadać się. Dla naszego własnego dobra, ale przede wszystkim dla dobra dzieci – nie mogą one prawidłowo rozwijać się bez poczucia bezpieczeń­stwa jakie daje im posiadanie domowego ogniska i zgoda pomiędzy rodzicami.

 

Ania i Kasia. Budapeszt 1966 r.

W głębi gmach Parlamentu.

Problemy te udało nam się rozwiązać. Ujarzmienie miotających nami emocji zawdzię­czamy niewątpliwie dobroczynnej pomocy rąk kierujących naszymi losami z zaświatów oraz spajającej sile tego uniwersalnego cementu, którego najbardziej doskonałą definicję podał święty Paweł w swym pierwszym liście do Koryntian:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego,

nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje ...

¬ ¬ ¬

W listopadzie 1966 roku konsulat francuski w Krakowie zawiadomił mnie, że otrzymał z Office National d’Immigration w Paryżu tak zwaną demande d’admission, wystawioną przez Towarzystwo Thomson-Houston. Było to dossier składające się z kontraktu pracy dla mnie w fabryce w Chauny oraz bonów na pokrycie naszych kosztów przejazdu. W dokumencie tym wymienieni byli członkowie całej mojej rodziny, a więc Helenka i wszystkie nasze dzieci – Mr André oraz Mlles Anne et Catherine. Konsulat zawiadamiał, że na podstawie tego doku­mentu zostanie nam udzielona francuska stała wiza wjazdowa, pod warunkiem jednakże, że przedsta­wimy konsulatowi zaświadczenie z milicji, iż paszporty na wyjazd do Francji zostaną nam udzielone. Towarzystwo Thomson-Houston wykazało niespotykane zaangażowanie oraz dało wyraz niezwykle dobrej woli. Zrobiło rzeczywiście wszystko co było w jego mocy, aby umożli­wić mi powrót do Francji wraz z całą rodziną. Ja ze swej strony nie mogłem niestety przedstawić żadnego zaświadczenia z milicji, iż paszporty zostaną nam wydane. Sprawa musiała więc oczy­wiście automatycznie upaść, gdyż termin ważności demande d’admission upływał w końcu lipca 1967 roku.

¬ ¬ ¬

Od Nowego Roku 1967 dziewczynki wróciły już na stałe do domu i poszły do szkoły powszechnej w Gliwicach. Helenka wróciła do pracy w Instytucie Spawalnictwa. Ja pracowałem w Biurze Projektów. Po czterech i pół latach perturbacji nasze życie wróciło do stanu właściwie wyjściowego, tego z lipca roku 1962, gdy wyjeżdżałem do Francji. Jaki był bilans tego okresu czasu? W największym skrócie wyglądał on tak:

- po stronie strat były niewątpliwe rozdźwięki w rodzinie i rzutująca na nasze życie przez wiele dalszych lat uraza, jaką moja żona odczuwała do mnie za pozostawienie jej samej w tak trudnym dla niej momencie na tak długi okres czasu;

- po stronie zysków było moje nauczenie się języka francuskiego, zdobycie otwarcia na świat, uzyskanie możliwości sprawdzenia się w trudnych warunkach i przywiezienie do domu samochodu, będącego w PRL-u synonimem sukcesu, oraz pewnej ilości nadzwyczaj cennych w owym czasie zagranicznych dewiz.

Czy były to rzeczy porównywalne? Czy można na jednej szali położyć ból rozstania, tru­dy samotności i ciężar wyłącznej odpowiedzialności za dzieci, a na drugiej posadę, naukę języ­ka, pieniądze i samochód? Oczywiście, że nie. Ale gdyby nam się powiodło i gdyby rodzina moja została przez komunistyczne władze wypuszczona do Francji, to na tej drugiej szali znalazłyby się: możliwość normalnego życia w wolnym świecie do czego tak bardzo oboje tęskniliśmy i świetna pozycja w potężnej, przyjaznej nam firmie. Dodatkowo znalazłoby się tam także zapewnione do­skonałe wykształcenie i przyszłość naszych dzieci w dobrze zorganizowanym, bogatym społe­czeństwie francuskim. W takim przypadku waga korzyści byłaby znacząco większa niż strat, a olbrzymie poświęcenie Helenki w Polsce i moje wysiłki we Francji przyniosłyby naszej rodzinie zamierzony efekt. Gra była warta świeczki. Naszym wspólnym obowiązkiem wobec rodziny było podjęcie próby.

Wielką przegraną tego naszego francuskiego okresu czasu, od roku 1962 do 1965, stała się niewątpliwie moja żona. To na niej spoczywały wówczas obowiązki zajmowania się domem i opieki nad dziećmi. Wygranym pozornie byłem tylko ja, choć ja też musiałem dokonać w tym czasie niemałych wysiłków, zarówno fizycznych jak i intelektualnych, nie mówiąc o traumach psychicznych. Ja też żyłem wówczas w bezustannym stresie i wbrew pozorom wcale nie było mi ani lekko, ani przyjemnie. Teraz należało to wszystko sobie wzajemnie wyjaśnić, podsumować i zbilansować. Tylko od nas obojga zależało jak się z tym uporamy i czy się wygrzebiemy z błędnego koła wzajemnych żalów. Jedynie przyszłość, a była ona tylko w naszych rękach, mogła pokazać czy bilans tego okresu okaże się być dla naszej rodziny jako całości pozytywny, czy negatywny.

A może odrzucenie propozycji Kowalskiego w Chauny było po prostu z mojej strony przejawem zwykłego tchórzostwa? Może powinienem był pójść na całość? Zamiast postępo­wać zgodnie z podszeptem sumienia, może należało posłuchać głosu zimnej kalkulacji i skorzystać z tej propozycji, tak jak zapewne zrobiło to wielu innych w takiej jak moja sytuacji, tyle że bardziej ode mnie odważnych i zdeterminowanych? W takim przypadku żylibyśmy sobie we Francji bogato i szczęśliwie, a pod koniec życia cieszyłbym się zapewne z wysokiej, „dobrze za­służonej” francuskiej emerytury. Może zamiast prowadzić moje wnuki, które kocham całym sercem i którym nieba chciałbym przychylić, na spacer do niepozornego la­sku w Trachach koło Gliwic tak jak to robiłem później przez lata, mógłbym je zabierać na luksusowe waka­cje na Majorce lub Bermudach?

Co jest w życiu ważniejsze? Czy słuchanie sumienia i trzymanie się swych zasad, czy moralna elastyczność? Uparte trzymanie się zasad ogranicza pole manewru. Moralna elastycz­ność umożliwia chwytanie każdej okazji dla zdobycia lepszej sytuacji finansowej, czyli większej operatywności w działaniu. Kto i kiedy dokonuje oceny czy okazje które pojawiły się w życiu należało odrzucić czy złapać w lot? Kiedy następuje ostateczne podsumowanie dokonanych w życiu wyborów? Gdzie leży granica do której jeszcze można posunąć się w sprzeniewierzaniu się ideałom, a powyżej której już nie? Czy granica ta jest stale taka sama, czy zmienia się w zależności od czasu i aktualnej sytuacji? Czy zasady należy posiadać, czy też je odrzucać jako zbędny i krępujący ruchy balast? Czy odrzucenie w Chauny propozycji Kowalskiego było przejawem odwagi czy tchórzostwa? Siły czy słabości? Mądrości czy głupoty? Czy postępowa­nie zgodne z podszeptem sumienia, lecz wbrew oczywistej korzyści materialnej dla rodziny jest przejawem inteligencji, czy zacofania? Żadne przecież z dziesięciu przykazań nie zabraniało mi przyjęcia tej propozycji. Czy aby być szczęśliwym trzeba mieć sztywny, czy elastyczny kręgo­słup moralny? Doświadczenie wyraźnie wskazuje, że na ogół większe sukcesy osiągają w życiu ci ludzie, którzy są pozbawieni skrupułów. A co jest istotą sukcesu i spełnionego życia? Czy to, by je przeżyć bezproblemowo, czy też to, aby toczyło się ono w zgodzie z wyznawanymi przez siebie zasadami moralnymi? Obie alternatywy przeważnie wykluczają się nawzajem. Zresztą samo pojęcie sukcesu jest już przecież wysoce względne: to, co dla jednego jest osiągnięciem, dla in­nego stanowiłoby być może porażkę. I vice versa.

A może nie należało tak lekkomyślnie rezygnować z pozycji zdobytej z takim trudem, a wzorem wielu innych mężów i ojców rodzin siedzieć dalej uparcie zagranicą, pozostawiwszy żonę i dzieci ich losowi? Może należało odczekać spokojnie owe pięć lat, po których miałbym prawo do wszczęcia starań o francuskie obywatelstwo, co w dalszej perspektywie mogłoby zmu­sić polskie władze do wydania mej rodzinie zgody na wyjazd z kraju? Czy dla poprawy mate­rialnego bytu miałem prawo wyprzeć się przynależności do kraju, w którym przyszedłem na świat, a moją żonę i dzieci narazić na stresy dalszego rozstania?

Był to zestaw trudnych pytań, nad którymi należało się zastanowić i wspólnie próbować znaleźć na nie odpowiedź. Nie było to łatwe. Jednoznacznej odpowiedzi na niektóre z nich bez­skutecznie szukam do dziś. Jakże szczęśliwe są te osoby, którym ich psychika pozwala żyć w komforcie nie zadawania sobie takich pytań! Jeszcze więcej szczęścia mają ci, którym życie oszczędziło trudnych wyborów, powodujących powstawanie tego rodzaju pytań.

Jest dla mnie oczywiste, że te trzy prawie lata mego pobytu we Francji zdeterminowały przyszłość naszej rodziny w taki właśnie sposób, w jaki ona się potem potoczyła. Gdyby tych trzech francuskich lat rozłąki nie było, losy naszej rodziny byłyby bez wątpienia diametralnie inne. Jakie? Nie wiadomo. Lepsze czy gorsze? Tego nie wie nikt, poza Bogiem. A może w tym wszystkim co się z nami działo, ciągle miała jakiś swój udział owa niewidzialna ręka z zaświatów, ta która już tyle razy dała znać o sobie swą niewątpliwą pozytywną interwencją w moje i mojej rodziny losy? Jeśli chodzi o mnie, to nie mam do Przeznaczenia żadnych pretensji za to, że pokrzyżowało mi plany i pokierowało mymi losami w sposób inny niż to sobie wyobra­żałem. Rekompensatą za niepowodzenie moich zamiarów przeniesienia rodziny do Francji są dla mnie moje liczne urocze wnuki.

¬ ¬ ¬

Z początku lata 1967 roku zupełnie niespodziewanie odwiedził nas w Gliwicach nieza­pomniany Jean Vicard – ten który w Chauny tak mocno zaangażował się w pomoc przy sprowadzaniu mojej rodziny do Francji. Przyjechał wraz z żoną i małym synkiem Pierre na wycieczkę turystyczną do egzotycznego dla nich, socjalistycznego kraju. Był to z jego strony dowód wielkiej odwagi i oddania – mogąc spędzić urlop w luksusowych warunkach gdzieś na południu Europy, zdecydował się na daleką jazdę i niewygody pobytu w zimnym pół­nocnym kraju, zupełnie w owym czasie nieprzystosowanym do przyjmowania zachodnich tury­stów. Pokazałem im słynną gliwicką radiostację z anteną w kształcie wieży Eiffel’a, w której Niemcy zorganizowali w sierpniu 1939 roku prowokację służącą za pretekst do napadu na Polskę i rozpętania II-giej wojny światowej. Potem zrobiliśmy wypad na weekend do Krakowa i Zakopanego. Na dalszą krajoznawczą podróż po Polsce Vicardowie wyruszyli już sami. Nie zobaczyłem już nigdy więcej tego zacnego i tak życzliwego mi człowieka.

Rok 1967 został ogłoszony w obozie socjalistycznym Rokiem Powszechnej Turystyki. Rządy krajów bloku sowieckiego zostały zmuszone, ze względu na coraz większy nacisk swych społeczeństw, do rozluźnienia utrudnień w podróżach. Dotyczyć to miało jednak tylko turystyki wewnątrz krajów bloku socjalistycznego. Dzięki temu można było tego roku bez większych kło­potów uzyskać na milicji wkładkę paszportową do dowolnego kraju socjalistycznego i zakupić po oficjalnym, korzystnym kursie sporą ilość tamtych pieniędzy.

Postanowiliśmy więc w tym roku spędzić wakacje nad Morzem Czarnym w Bułgarii, a ja przy okazji chciałem spenetrować możliwość przedostania się do Jugosławii, a stamtąd dalej na Zachód. Chodziło mi o to, aby ewentualnie udało się nam przedostać do Francji przed upływem terminu ważności demande d’admission która czekała na nas w konsulacie w Krakowie. He­lenka bardzo sceptycznie odnosiła się do tych planów.

W drodze do Bułgarii

Do Bułgarii pojechaliśmy przez Lwów i Czerniowce leżące już w Związku Sowieckim, a dalej przez Rumunię. Mimo że granica polsko-sowiecka była granicą pomiędzy dwoma krajami bloku socjalistycznego, jej przejście przypominało do złudzenia granicę w Berlinie Wschodnim, którą przekraczałem w 1962 roku w drodze do Francji. Kontrole były długie i drobiazgowe: otwierano walizki, kazano wjechać na kanał i zaglądano pod samochód. Już kilka kilometrów za granicą zaczęły się dziwne historie. Po obu stronach drogi stali ludzie i machali rękami by nas zatrzymać. Myśleliśmy że są to autostopowicze, ale okazało się, że chcą od nas coś kupić. Co chcą kupić? Cokolwiek, wszystko, byle by to było zapadne. Może być pol­skie, ale lepiej niemieckie lub amerykańskie. Nie mieliśmy jednak nic do sprzedania. Chcieli kupić przywiezione z Francji dżinsy które Helenka miała na sobie, ale nie były przecież do sprzedania. Byli bardzo zawiedzeni. Widząc ładne, bujne i gęste włosy He­lenki, myśleli że to peruka, a wówczas były one w wielkiej modzie. Też chcieli ją koniecznie kupić. Nie wierząc zaprzeczeniom Helenki, szarpali ją za włosy by się przekonać, że rzeczywiście to nie jest peruka. W trakcie rozmowy ludzie ci nagle, zupełnie niespodziewanie rozpierzchli się i dosłownie zapadli pod ziemię ukrywszy się w otaczających szosę chaszczach. Staliśmy da­lej obok samochodu zupełnie zdezorientowani, aż spostrzegliśmy w oddali zbliżający się pędem do nas łazik. Była to milicja drogowa. Po wylegitymowaniu i wypytaniu gdzie jedziemy po­uczyli nas ostro, że nie wolno nam zatrzymywać się na szosie i handlować z ludnością. Nie wol­no nam zjeżdżać w bok z głównej szosy. Jedziemy tranzytem przez Kraj Rad i mamy jechać pro­sto do granicy rumuńskiej. Dalej już ludzi przy szosie nie było, za to co kilka kilometrów stała na wysokiej stalowej konstrukcji szklana budka strażnicza z napisem ГАИ . Siedział w niej milicjant i przez lornetkę patrolował swój odcinek pilnując, aby nikt na szosie nie zatrzymywał się ani z niej nie zbaczał.

Dojechaliśmy do Lwowa i przenocowaliśmy w hotelu. Zostaliśmy tam w zamian za pew­ną ilość niewiele wartych rubli ogołoceni przez etażną ze zbędnych ubrań. Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku na Tarnopol a potem dalej szosą zaleszczycką, słynną z ewakuacji pol­skiego rządu w 1939 roku, na przejście graniczne z Rumunią w Czerniowcach. Wcześniej jed­nak, niedaleko za Złoczowem Helenka zauważyła drogowskaz z napisem Пoморянu wska­zujący małą boczną drogę w prawo i powiedziała:

— To jest chyba droga do Pomorzan, przedwojennego majątku i pałacu stryja Jerzego, brata Al­freda Potockiego z Łańcuta. Pojedźmy zobaczyć co tam teraz jest.

Skręciłem w małą, źle utrzymaną boczną drogę i pojechaliśmy tam ze strachem, bo wie­dzieliśmy już, że jest to surowo zabronione. Niedawno minęliśmy akurat posterunek ГАИ i wcale nie było pewne, czy nas w tej chwili nie obserwują przez lornetkę. Krajobraz stał się księ­życowy: wokół kołchozowe bezkresne puste pola a wśród nich z rzadka biedne, jakby bezludne wsie z drewnianymi, pokrytymi słomą chatynkami tak wrośniętymi w ziemię, że przypominały raczej ziemianki. Ich malutkie okna były prawie na poziomie gruntu. Przez jedną z wsi astmatycznie pyrkając jechał powoli traktor ciągnąc przyczepę wyładowaną po brzegi sianem. W miarę jak się posuwał, z chałup wybiegały małe dzieci i błyskawicznie wdrapując się na przy­czepę, wykradały z niej pełne naręcza siana. Potem wracały pędem do domów ze swą zdobyczą. Znudzony traktorzysta udawał, że nic nie widzi – wśród tych dzieci były zapewne i jego własne.

W Pomorzanach znaleźliśmy duży, zaniedbany i zarośnięty park, a w nim resztki okazałe­go pałacu z częściowo spalonym jednym ze skrzydeł. Kręciło się przy nim kilku podpitych Ukraińców wykonujących roboty budowlane. Zaczęliśmy z nimi rozmowę. Ukraińcy patrzeli na nas bykiem i wyraźnie nieufnie. Poczęstowałem ich papierosami i lody zostały nieco przełama­ne. Jeden z nich mówił po polsku bo okazało się, że ma w Polsce rodzinę pod Krasnymstawem, która go czasem odwiedza. Nie chciałem zdradzać się przed nimi, że wiemy co tu było przed wojną, więc chcąc okazać się nadzwyczaj chytry, zapytałem

— Widzę, że robicie remont. Co tu się znajduje?

— Tu jest szkoła rolnicza. W tym skrzydle był internat, ale był pożar i spalił się.

— A co tu było przedtem?

— Przedtem był tu ośrodek remontu maszyn rolniczych. Też się spalił i wtedy założyli tu szko­łę.

— No dobrze, ale mnie chodzi o to, co tu było jeszcze wcześniej?

— Na samym początku była tu siedziba Rejkomu .

Nie mogliśmy się dogadać. Kiedy w końcu Ukrainiec zrozumiał, że chodzi mi o to, co tu było jeszcze dużo, dużo wcześniej, przed wojną za czasów dawnej Polski, powiedział:

— Wtedy podobno mieszkał tu jakiś bardzo bogaty polski pamieszczik. Ludzie opowiadają, że w zeszłym roku przyjechał tu jego syn, chodził wszędzie i oglądał. Może chce tu wrócić i odebrać nam internat?

Ukrainiec robił się coraz bardziej rozmowny. Na pożegnanie ofiarowałem mu paczkę polskich papierosów. Był szalenie uradowany i trzymając mnie za guzik marynarki w bełkotliwy pijacki sposób zadawał sobie i mnie pytanie, czemu Polacy ich nie lubią i czemu w czasie wojny Ukraińcy mordowali Polaków?

Z trudem odczepiliśmy się od podpitego Ukraińca. Robił się coraz bardziej obcesowy i nachalny. Chciał aby dać mu jeszcze coś, najchętniej polską wódkę albo dolara. Wróciliśmy na główny trakt, szczęśliwie niezauważeni przez strażników z ГАИ.

Do Bułgarii przyjechaliśmy ze sporą ilością pieniędzy dzięki temu, że w Polsce wykupi­łem pełny limit bułgarskich lewów przysługujący każdemu z członków rodziny (mieliśmy przecież już do niej nie wrócić!). Spędziliśmy wyśmienite dziesięć dni nad Morzem Czarnym w małej miejscowości koło Złotych Piasków i zostało nam jeszcze sporo gotówki. Potem wyruszyliśmy w dalszą drogę, przez Sofię w kierunku na granicę z Jugosławią. Na przejściu granicznym panował okropny tłok i bałagan, bo tłumy za­chodnich turystów wyjeżdżały z Jugosławii by spędzić urlop w Bułgarii, gdzie ceny były o wiele niższe. Przejechaliśmy bez problemu bułgarską kontrolę graniczną i zatrzymaliśmy się w pasie ziemi niczyjej. Stanąłem w kolejce do kasy by wymienić posiadane lewy bułgarskie na jugo­słowiańskie dinary. Zauważyłem, że wymiana lewów na dinary wcale nie byłaby dla nas ko­rzystna – lewy były tanie, a dinary drogie. Kolejka składała się głównie z Niemców i Francuzów, wymieniających swe twarde dewizy na pieniądze bułgarskie po kursie wyjątkowo niekorzyst­nym dla nich, a wielce korzystnym dla bułgarskiego banku. Chwyciłem nadarzającą się okazję w lot i zaproponowałem stojącym w kolejce, że wymienię im ich marki i franki na pieniądze buł­garskie od ręki, bez potrzeby stania w kolejce i po nieco korzystniejszym kursie niż oficjalny. W ten sposób w krótkim czasie wymieniłem wszystkie niewiele warte lewy na twarde zachodnie waluty. Było to oczywiście nielegalne i gdyby mnie na tym złapano, zamiast do Jugosławii tra­fiłbym do bułgarskiego więzienia za niedozwolony handel dewizami. Skorzystałem widocznie z ulgowej taryfy w Roku Powszechnej Turystyki.

Wróciwszy cały spocony ze strachu i z duszą na ramieniu chyłkiem do naszego samo­chodu, zastałem Helenkę i dziewczynki spokojnie udzielające do mikrofonu wywiadu reporte­rom radia bułgarskiego. Chodziło o nasze wrażenia z pobytu w Bułgarii w Roku Powszechnej Tu­rystyki. Pożegnaliśmy szybko rozmownych dziennikarzy, wsiedliśmy spiesznie do Taunusa i pojechaliśmy dalej – przez Belgrad w kierunku granicy austriackiej. Była to mordercza jazda w straszliwym upale. Musieliśmy przejechać wzdłuż z południa na północ przez całą Jugosławię. Pokonywaliśmy bez odpoczynku duże odległości i gdy w końcu dobrnęliśmy do rejonu nadgra­nicznego, mieliśmy już na tyle dosyć turystyki, że właściwie przeszła mi cała ochota do przeży­wania następnych emocji związanych z próbami nielegalnego przekroczenia granicy. Helenka ochoty na to nie miała zresztą od początku. Spróbowaliśmy jednak, bez większego przekonania, przedostać się do Austrii na dwóch małych przejściach granicznych. Przypuszczałem że tam mo­że strażnicy nie będą tak dokładnie sprawdzać naszych dokumentów. Myliłem się jednak – ruch był tam mały, Jugosłowianie nie mieli wiele zajęcia, sprawdzali dokładnie i nie przepuścili nas. Wtedy zatęskniliśmy nagle za naszym skromnym mieszkaniem w Gliwicach i postanowiliśmy wracać do niego czym prędzej.

Do najbliższego przejścia granicznego z Węgrami dobrnęliśmy pod wieczór, zupełnie wyczerpani długą jazdą i emocjami na austriackiej granicy. Na kilka metrów przed szlabanem granicznym silnik Taunusa nagle odmówił dalszej pracy. Zupełnie tak jak koń, który zatrzymuje się raptownie przed przeszkodą. Pewno nie chciał wracać do obozu socjalistycznego. Musieliśmy po jugosłowiańskiej stronie szukać noclegu, a na drugi dzień warsztatu naprawczego. Naprawa była dosyć skomplikowana i mechanik musiał po­starać się o oryginalne części do silnika. Dwa dni przemieszkaliśmy u gościnnego mechanika i dopiero trzeciego mogliśmy wyruszyć w drogę do domu. W Jugosławii prawie wszystko nale­żało opłacać w dolarach. Także i nasz pobyt u mechanika oraz niebagatelne koszty naprawy sa­mochodu. Dzięki dewizom zdobytym na bułgarskiej granicy szczęśliwie wystarczyło na wszyst­ko.

Niewidzialna ręka, która kierowała naszymi losami, dobrze wiedziała co robi. Gdyby Taunus zepsuł się 10 metrów dalej, już za granicznym szlabanem po stronie węgierskiej, gdzie nie było możliwości tak łatwego dostępu do części dla zachodnich samochodów jak w Jugosławii, naprawa ciągnęłaby się tygodniami albo trzeba by wieźć Taunusa do domu koleją.

Mieliśmy jednak szczęście i wróciliśmy do domu samochodem, a nie koleją. Zawiesiłem na razie na kołku plany przenosin zagranicę, choć w przyszłości próbowałem jeszcze kilka razy wyrwać rodzinę z socjalistycznego obozu. Prowadziłem korespondencję w tej sprawie z pracownikiem Thomsona Grandclémentem, próbowałem znaleźć zatrudnienie w firmach francuskich, z którymi moje Biuro Projektów prowadziło rozmowy na temat zakupu urządzeń dla Kombinatu Chemicznego w Poli­cach, a także usiłowałem zdobyć poprzez Ministerstwo Przemysłu Chemicznego skierowanie na kilkuletni kontrakt do Lomé, stolicy Togo w Afryce Równikowej, w zespole ekspertów ONZ dla budowy w tym kraju fabryki nawozów. Wszystkie te usiłowania okazały się jednak z tych czy innych względów bezowocne. Po pewnym czasie, w miarę jak dzieci rosły i zapuszczały korzenie w swej szkole, zrezygnowałem z marzeń i zaprze­stałem ostatecznie dalszych starań w tym kierunku. Był to pierwszy z licznych kroków, które odtąd musiałem stawiać na trudnej drodze rezygnacji z własnych marzeń i ambicji oraz godzenia się ze zrządzeniami przeznaczenia w imię dobra mych najbliższych.

Nasze nieszczęście polegało przypuszczalnie na tym, że zachowaliśmy w pamięci, i He­lenka i ja, obrazy z przedwojennego życia w domach naszych rodziców. W przeciwnym wypad­ku nie tęsknilibyśmy tak bardzo ani za abstrakcją wolności, ani nie mielibyśmy motywacji do odtworzenia, choćby w drobnym jedynie ułamku, tamtych warunków. Nasze trzy pokoje z kuch­nią w bloku przy ulicy Mielęckiego uważalibyśmy zapewne za wystarczającą życiową zdobycz. Ileż to młodych małżeństw nie miało nawet przecież i tego, zazdrościło nam naszego mieszkania, niezagospodarowanego podwórka i trzepaka stanowiącego centrum zabaw dla dzieci. My byliśmy na tyle „ze­psuci” wspomnieniami z naszego dzieciństwa, że wprawdzie doceniając w pełni błogosławień­stwo posiadania własnego mieszkania, wzdychaliśmy w naszym „zdemoralizowaniu” do czegoś jeszcze więcej.

¬ ¬ ¬

W marcu 1968 roku wybraliśmy się do Wisły na odpoczynek i aby dać dzieciom zastrzyk świeżego powietrza. Właśnie tam doszły nas niejasne słuchy o rozruchach w Warszawie i o buncie studentów, a wszystko to podlane absurdalnie antysemickim sosem. Bunt studentów został szybko spacyfikowany rękami wiernych sług systemu, występujących w charakterze oburzo­nych robotników warszawskich zakładów pracy. Pozostała jednak niesmaczna nagonka antysemicka, dla której ów bunt stanowił widocznie pretekst. Było wszakże niewątpliwie ogólnie znaną prawdą, że żona Gomułki była Żydówką. Mąż jej ciotecznej siostry – wiceminister Przemysłu Che­micznego towarzysz Bronisław Taban, którego widywałem na naradach w Ministerstwie, samym wyglądem pozbawiał interlokutorów wszelkich wątpliwości co do swej przynależności rasowej. Na szczy­tach władzy było wiele, podobnych do tej, koligacji rodzinnych. Jednakże w Polsce, kraju od wieków znanym z tolerancji, tego rodzaju zorganizowana, szyta grubymi nićmi nagonka budziła zdziwienie i niesmak. W jej wyniku zmuszeni zostali do opuszczenia Polski nie ci właśnie cy­niczni prominenci na szczytach władzy, lecz całe rzesze uczciwych i szczerych patriotów pol­skich pochodzenia żydowskiego, głównie niewygodnych intelektualistów. Władze PRL-u, posłusznego wasala sowieckiego, upiekły w ten sposób dwie pieczenie przy jednym ogniu: wykonały polecenie ZSRR i rozprawiły się równocześnie z własnymi intelektualistami. Antyse­mickie czystki były Moskwie potrzebne dla propagandowego poparcia budowanych w tym cza­sie sojuszy z państwami arabskimi. Jak zwykle, ofiarami padli zwykli prywatni ludzie, a cho­dziło po prostu o brudną politykę – o przechwycenie Zachodowi jego potencjalnych sojuszni­ków.

W marcu zaczęły do nas również dochodzić słuchy o dziwnych przemianach w sąsied­niej Czechosłowacji. Komuniści czescy zapoczątkowali tam uzdrawianie dotychczasowego syste­mu władzy poprzez usiłowanie zmniejszenia jego zależności od dyktatu Moskwy. Próba ta, na­zwana później Praską Wiosną, skończyła się niepowodzeniem. W dniu 20 sierpnia nastąpiła zmasowana interwencja wojsk Paktu Warszawskiego, w tym także niestety i polskich, i brutalne zdła­wienie tego wolnościowego zrywu. Znajomi z biura, którzy wracali w tym czasie przez Czecho­słowację z urlopu na Węgrzech lub Bułgarii opowiadali o zablokowanych drogach i niezliczo­nych kolumnach pancernych wojsk sowieckich wlewających się od wschodu i północy do tego odważnego kraju. Podobnie działo się zresztą i od zachodu, skąd ciągnęły interwencyjne wojska niemieckie – bratniej Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

W radiu mogliśmy słyszeć nadawane przez Czechów w różnych językach, również i po polsku, apele do bratnich narodów o wycofanie interwencji i nie przeszkadzanie im w urządza­niu sobie życia według swej woli. Propaganda sowiecka, a jej wzorem również i pozostałych in­terweniujących krajów, przedstawiały wydarzenia w Czechosłowacji jako kontrrewolucję, a brutalną interwencję w wewnętrzne sprawy drugiego kraju jako realizację prośby o pomoc ze strony samych Czechów. Znowu dawały znać o sobie charakterystyczne cechy narzuconego nam sowieckiego systemu, który rozwinął jeszcze przejęte od carskiej Rosji wszystkie jej nieprawo­ści: imperialne ciągoty, dławienie ruchów wolnościowych, rosyjską arogancję i potworną me­galomanię, absolutny brak liczenia się z wolą innych i ludzkim życiem, ale przede wszystkim niesłychane zakłamanie na niespotykaną dotąd skalę.

¬ ¬ ¬

Pani Lola, starsza wiekiem i zapewne także partyjnym stażem pracownica działu personalnego naszego biura, aktywistka PZPR, zapałała do mnie nagłym, matczynym gorącym uczuciem. Z przyjaźni chciała­by mi nieba przychylić. Uważała, że nie jestem wystarczająco w biurze doceniany. Od pewnego czasu przy każdej nadarzającej się okazji wszczynała ze mną rozmowy polityczne, w których za­chwalała wspaniały rozwój kraju i wielką mądrość rządzącej partii, która tym rozwojem tak do­skonale kieruje. Namawiała mnie gorąco, abym włączył się do współtworzenia tej świetlanej rzeczywistości nie tylko poprzez codzienną pracę przy biurku, ale także i przez jej poparcie działaniami natury politycznej. W tym celu powinienem, jak twierdziła z całym przekonaniem, zapisać się do PZPR aby moim doświadczeniem i inteligencją wzmocnić zbiorową mądrość partii. Swe wywody uzasadniała twierdzeniem, że taki zdolny, z szerokimi horyzontami energiczny człowiek jak ja, powinien zajmować bardziej eksponowane i odpowiedzialne stanowisko kierownicze. Jako bezpartyjny mam, delikatnie mówiąc, mniejsze szansę wybicia się i zajęcia takiego wpływowego stanowiska. W tym ostatnim zgadzałem się z nią w zupełności. Jeżeli chcę dla Polski coś pozytywnego zdziałać, to moim patriotycznym obowiązkiem jest zapi­sanie się do partii. Robiła aluzje, że dodatkowym, choć oczywiście ubocznym dla mnie skutkiem takiego posunięcia byłby awans w pracy i większe zarobki. A któż ich nie potrzebuje? Jeśli cho­dzi o potrzebę pieniędzy, też przyznawałem jej rację.

Brzmiało to wszystko bardzo pozytywnie, było rzeczowe, konkretne, logiczne i podlane patriotycznym sosem. Wyobrażam sobie jak wielu szczerych patriotów i uczciwych Polaków ta­kiemu rozumowaniu uległo i w dobrej wierze zapisało się do PZPR. Wielu z nich niewątpliwie uczyniło to dodatkowo z romantycznym zamiarem stania się Wallenrodem i wywołania pozytyw­nych przemian w partii od wewnątrz. Zostali potem, prawie bez wyjątku, wessani w partyjną magmę utworzoną przez cyniczną większość karierowiczów bez moralnego kręgosłupa i ubez­własnowolnieni niezawodnymi metodami, wypracowanymi przez długie lata sowieckiego do­świadczenia w łamaniu charakterów.

Poczciwa pani Lola nie mogła wiedzieć, że w temacie tym nie byłem początkującym. Wyrosłem w rodzinie niepokornych, której woli naciski władzy nie paraliżowały obezwładniającym strachem, w rodzinie która miała to szczęście, że zachowała dar odwagi nie pójścia na łatwiznę. Sprawy te miałem już wcześniej przetrenowane na przykładzie mego ojca – gdy podczas okupacji próbo­wano przerobić go na Niemca za cenę bezpieczeństwa, większego przydziału żywności i lepszej płacy. Gdy po wyzwoleniu, podobnymi argumentami próbowano go nakłonić do wstąpienia do partii komunistycznej. Temat ten przećwiczyłem później także i na własnej skórze, kiedy to Kowalski fatygował się przyjeżdżając specjalnie w celu zwerbowania mnie aż do Chauny we Francji. By­łem więc całkowicie uodporniony na tego rodzaju argumenty, a moje własne przeżycia i prze­myślenia z okresu walki z komunistycznymi władzami PRL o przyjazd rodziny do Francji skłaniały mnie do działań wręcz przeciwnych niż wzmacnianie szeregów PZPR.

Nie mogłem jednak tego wszystkiego pani Loli opowiedzieć. Wymigiwałem się więc jak mogłem i robiłem przeróżne uniki. W końcu postanowiłem sprowadzić sprawę do absurdu – po kolejnej namowie powiedziałem: Czekam na powrót generała Andersa do Polski. Jakże mógł­bym go witać, wjeżdżającego tu na białym koniu, należąc do PZPR? Ówczesna PRL-owska prasa satyryczna, wyśmiewając się z AK i szydząc z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przedstawiała naszego ostatniego Wodza Naczelnego, generała Władysława Andersa, jak na swym słynnym białym koniu bezskutecznie szykuje się wciąż do powrotu do kraju na czele ma­łej garstki żołnierzy złożonej z kilku kalekich emerytów. Działo się to jeszcze przed przyjęciem do pracy w naszym Biurze Jurka Zielińskiego. Po jego pojawieniu i rozgłoszeniu przez niego hi­storii o wyrzuceniu mnie z ZMP i ladze kolegi Mauberga, pani Lola już więcej do tego tematu nie wracała.

Inny z moich znajomych, znany biurowy wesołek, zapytany kiedyś przez nią czemu jesz­cze nie zapisał się do PZPR mimo oczywistych korzyści, jakie by mu to przyniosło, odpowiedział że to jedynie z tego powodu, że nie lubi brody. Pani Lola dała się złapać na haczyk i naiwnie za­pytała, co ma do tego broda? Na to właśnie czekał nasz dowcipniś. Odpowiedział natychmiast, że ponieważ nie chce mieć brody, więc musi codziennie się golić. Gdyby wstąpił do partii komunistyczne, nie mógłby się golić, bo nie mógłby w lustrze spojrzeć sobie w twarz.

W gruncie rzeczy były to jednakże bardzo niebezpieczne i ryzykowne igraszki. Mogły one ujść na sucho tylko nielicznym specjalistom, takim bez których Biuru Projektów trudno by­łoby się obyć. Było zupełnie nie do pomyślenia, aby zwykły pracownik w zwykłym państwo­wym zakładzie pracy mógł sobie na takie żarty bezkarnie pozwolić. Zostałby zaraz przywołany do porządku – napiętnowany jako wróg ludu, wyrzucony z pracy i oskarżony o szkalowanie socjalizmu, a za to mogło grozić więzienie.

¬ ¬ ¬

W domu starałem się nadrobić okres rozłąki i poświęcić maksimum czasu i wysiłku na­szym dzieciom. Zabrałem się do uczenia dziewczynek języka francuskiego i do pilnowania ich postępów w nauce. Helenka zaś w wolne wieczory urządzała dzieciom przebieranki. O ile pierw­sze szło opornie, to przebieranki miały nieodmiennie olbrzymie powodzenie.

Ania

Andrzej

Kasia

Zabawa w przebieranki

Nie mogąc zamieszkać we Francji, zaczęliśmy snuć marzenia o cichym spokojnym życiu w Polsce we własnym domu z ogródkiem, gdzie nasze dzieci mogłyby bawić się bezpiecznie i z poczuciem, że są u siebie. Motorem tego, a także i wielu innych śmiałych pomysłów, była w tym czasie Helenka. Po trzech latach rozłąki przyzwyczaiła się do wyłączności w inicjatywach, sa­modzielnego decydowania o sprawach domowych i braku konieczności ich konsultowania z mę­żem.

Helenka z trudem znosiła życie w dużym bloku mieszkalnym. Kupno własnego domu, wbrew pozorom, leżało w moich możliwościach finansowych. Trzeba by jednak sprzedać samochód. Relacje cenowe były wówczas tak dalece zniekształcone, że za stary zachodni samochód można było kupić nie­wielki dom z parcelą. Zaczęliśmy powolne działania w tym kierunku. Należało sprzedać samo­chód i znaleźć odpowiedni obiekt do kupna. O ile pierwsze było łatwe i kremowy Taunus został szybko i stosunkowo dobrze sprzedany, to znalezienie odpowiedniego domu, wskutek nikłej po­daży, było trudne i trwało bardzo długo. Nie byliśmy wówczas jeszcze świadomi faktu, że wła­śnie rozpoczynamy stawianie pierwszych kroków na nadzwyczaj kamienistej i pełnej wyrzeczeń drodze posiadacza nieruchomości w PRL. Los takiego człowieka jest zresztą nie do pozazdroszczenia bez względu na system ekonomiczny – równie niewdzięczny w socjali­zmie jak i w ustroju o gospodarce rynkowej.

Poczciwy Taunus został sprzedany w 1968, a wymarzony domek jednorodzinny zakupio­ny za tę samą ilość pieniędzy na wiosnę 1969 roku. Była to położona przy ulicy Puszkina w Gliwicach ćwiartka czterorodzinnego domu z własnym malutkim ogródkiem. Ulica Puszkina wraz z przyległymi ulicami tworzyły dzielnicę niewielkich domków, jakie Niemcy w latach 30-tych wybudowali dla robotników gliwickiej huty. Nasza ćwiartka była nieremontowana od koń­ca wojny i dodatkowo kompletnie zdewastowana przez dotychczasowych lokatorów. Byliśmy jednak w siódmym niebie – zrealizowaliśmy marzenie, zdobyliśmy swój własny dach nad głową i teoretycznie lepszy standard życiowy. Mogliśmy ją kupić jedynie dzięki temu, że nabyliśmy ją razem z lokatorami i była własnością prywatną – dostał ją jako odszkodowanie za dużą kamieni­cę pozostawioną we Lwowie przedwojenny dyrektor lwowskiego banku PKO. Formalności i kłopoty z wykwate­rowaniem dotychczasowych lokatorów ciągnęły się długo. Dopiero 1-go września, dokładnie w trzydziestą rocznicę wybuchu II-giej wojny światowej, mogliśmy opuścić blokowe mieszkanie kwaterunkowe i przeprowadzić się do naszego własnego domu. Już następnego dnia Andrzej po­szedł po raz pierwszy do szkoły – do pierwszej klasy pobliskiej szkoły powszechnej.

Dom nasz wymagał kapitalnego, gruntownego remontu od piwnic po dach, nowego ogrodzenia w miejsce starego rozsypującego się płotu, wymiany wszystkich wyeksploatowanych poniemieckich instalacji oraz zastąpienia dotychczasowych pieców kaflowych współczesną in­stalacją centralnego ogrzewania. Był to, jak na nasze możliwości finansowe oraz ówczesne moż­liwości zdobycia materiałów budowlanych, olbrzymi zakres robót. Ciągnął się latami, pochłaniał całe nasze bieżące zarobki i w krótkim czasie wyczerpał także wszystkie moje francuskie oszczędności. Znów przez długie lata musieliśmy wyjątkowo ograniczać się w wydatkach i pro­wadzić bardzo skromne życie. W czasie, gdy nasi znajomi bawili się, podróżowali lub odpoczywali na urlopie, my mieszkaliśmy pośród cegieł, piasku i wapna, dyskutowaliśmy z maj­strami problemy techniczne i wśród ogólnych braków dokonywaliśmy cudów zaradności w wynajdowaniu materiałów budowlanych. W so­cjalistycznej gospodarce były to towary szczególnie na rynku deficytowe.

Parasol ochronny mego ojca nad nami zadziałał w tym czasie ponownie. Nasze osiedle położone było na terenie szkód górniczych. Kopalnia Gliwice miała obowiązek przeprowadzać prace remontowe w uszkodzonych przez nią budynkach. Helenka poszła więc do dyrekcji ko­palni aby spróbować spowodować jak najszybszy remont naszego domu przy ulicy Puszkina. Se­kretarka dyrektora, sprawdziwszy jej personalia i adres, skierowywała ją właśnie do Działu Ad­ministracyjnego, gdy otworzyły się uchylone drzwi od gabinetu dyrektora. Stanął w nich starszy jowialny człowiek, dyrektor kopalni i przyjaciel mego Taty, Stanisław Mieszczak. Usły­szawszy rozmowę swej sekretarki zapytał: czyżby to synowa pana Konstantego Mauberga? Gdy zaskoczona Helenka potwierdziła, zaprosił ją do siebie i spytał: a czegóż to synowa pana Konstantego potrzebuje? Po wyjaśnieniach Helenki wezwał do siebie kierownika Administracji i wydał mu polecenie, aby ekipa remontowa kopalni w pierwszej kolejności zabrała się do prac przy naszym domu. Dzięki temu prace ruszyły w tempie ekspresowym, a przy okazji brygada remontowa, z którą Helenka weszła w znakomitą komitywę, wykonała nam wiele innych dodatkowych robót.

Andrzej

Kasia

Ania

Gliwice, rok 1972. Mieszkamy już przy ulicy

Puszkina we własnym domu.

 

Ostateczny bilans tych naszych działań był w sumie pozytywny – wysiłki i wyrzeczenia trzyletniej rozłąki zmaterializowały się w postaci własnego domu i uzyskania możliwości wy­godnego mieszkania dla całej naszej pięcioosobowej rodziny. Nasze dzieci przestały mieć syn­drom podwórkowy i po pewnym czasie nabrały odruchów, jakie daje poczucie własnego domu i swojego ogrodzonego terenu. Dziewczynki miały swój własny pokój, a Andrzej osobny malutki. Helenka mogła mieć nareszcie ogród, posiać trawę, zasadzić kwiaty i pielęgnować je. Była to upragniona realizacja jej gorących marzeń, a ja miałem satysfakcję, że moje trzy lata pra­cy we Francji zmaterializowały się teraz w postaci naszego własnego domu, by jej to umożliwić.

¬ ¬ ¬

Budowa pierwszego etapu Zakładów Chemicznych w Policach dobiegła końca. Wytwórnia kwasu siarkowego, podstawowego półproduktu kombinatu, zwyczajem panującym w PRL, miała zostać uroczyście uruchomiona w odgórnie ustalonym terminie 22 lipca 1969 r. – w rocznicę Święta Odrodzenia Polski – najważniejszego święta PRL. Przewidziany był przyjazd delegacji rządowej, a sam wicepremier miał nacisnąć zielony przycisk, który puszczał prąd do silnika elektrycznego napędzającego olbrzymią dmuchawę powietrza, potrzebnego do spalania siarki.

Niestety, jak to zwykle działo się na wielkich socjalistycznych budowach, nie wszystko udało się zapiąć na ostatni guzik. Nie dostarczono na czas rozrusznika, regulującego dopływ prądu do silnika dmuchawy. Bez tego elementu nie można było uruchomić wytwórni. Groziła wielka kompromitacja. W ostatnim momencie jeden ze sprytnych budowniczych zauważył, że podobnych, choć o wiele mniejszych rozruszników używają motorniczy w tramwajach przy ruszaniu z miejsca. Ich korba wystaje wszak z pulpitu motorniczego. Wypożyczono więc błyskawicznie w zajezdni tramwajowej w Szczecinie takie urządzenie i rankiem lipcowego święta podłączono go prowizorycznie na tyłach rozdzielni elektrycznej do odpowiednich zacisków. Była to dosyć duża skrzynka i nie mieściła się w wąskiej szafie rozdzielni. Nie było czasu na zmontowanie na zewnątrz odpowiedniego podestu. Ale i na to znalazła się rada. Wezwano dwóch krzepkich robotników, którzy w czasie rozruchu mieli po prostu trzymać tę metalową skrzynkę w rękach.

I tak też się to odbyło. Wicepremier, wraz ze swą świtą, podprowadzony przez ministra przemysłu, podszedł do pulpitu i nacisnął zielony guzik. Dmuchawa ruszyła i pulpity sterowni zamigotały różnokolorowymi lampkami. Rozległy się burzliwe oklaski obecnych na uroczystości, a wśród nich moje i Helenki. Jednakże na tyłach rozdzielni działy się rzeczy, których nikt nie przewidział. Tramwajowy rozrusznik, nieprzystosowany do tak dużego obciążenia zaczął się tak rozgrzewać, jakby był solidnym piekarnikiem elektrycznym. Robotników zaczęło parzyć i gdy nie mogli już wytrzymać, wypuścili skrzynię z rąk. Przewody wyrwały się z prowizorycznych zacisków i wszystko stanęło. Na szczęście, rządowej delegacji już wówczas w sterowni nie było.

Tego rodzaju przygody były na budowach w PRL-u częstym zjawiskiem. To też nikt się nimi nie przejmował, a bohaterscy robotnicy z poparzonymi rękami dostali nagrodę przyznawaną Przodownikom Pracy Socjalistycznej.

¬ ¬ ¬

Na początku 1970 roku odwiedził mnie Jurek Wojciechowski. Zastał nas w pełnym remoncie naszego domu przy ulicy Puszkina, wśród piasku i cegieł rozłożonych na podłodze. Jurek pracował ciągle w Instytucie Syntezy Chemicznej w niedalekiej Blachowni Śląskiej. Jako technolog zaj­mował się tam różnymi aspektami przemysłowego zastosowania etylenu, gazu używanego głównie do produkcji tworzywa sztucznego o nazwie polietylen. Studiując fachową literaturę na ten temat, miał możność wszechstronnego zapoznania się z problematyką związaną z etylenem. Jurek w dalszym ciągu był człowiekiem błyskawicznie kojarzącym różne, zdawałoby się luźno powiązane fakty. A fakty, które zwróciły jego uwagę, były takie:

— oprócz zastosowania w charakterze surowca do produkcji tworzyw sztucznych, etylen był także na całym świecie używany w przemysłowych dojrzewalniach owoców cytrusowych jako czynnik przyspieszający ich dojrzewanie.

Instytut Sadownictwa i Warzywnictwa w Skierniewicach zaadaptował ten sposób do pol­skich płodów rolnych – do sztucznego przyspieszania dojrzewania owoców i warzyw wystę­pujących w naszym klimacie.

badylarze , którzy zajmowali się produkcją pomidorów, zwietrzyli w tym duży interes. Mianowicie pierwsze pomidory pojawiające się na rynku, miały jako nowalijki bardzo wyso­ką cenę. Potem, w miarę pojawiania się dalszych dostaw i nasycenia rynku, cena ich gwał­townie spadała. Ci producenci, którzy potrafili jako pierwsi dostarczyć pomidory na rynek, osiągnąć mogli wysokie ceny, a więc i wysokie zyski.

W ten sposób powstało duże zapotrzebowanie na etylen, produkowany wprawdzie przez polski przemysł chemiczny, ale w postaci detalicznej zupełnie niedostępny na reglamentowanym przez państwo rynku. Do Jurka, jako specjalisty zajmującego się w Instytucie zagadnieniami etylenu, coraz częściej zaczynali zgłaszać się badylarze z prośbą o pomoc w pokątnym naby­ciu etylenu, produkowanego na wielką skalę w pobliskich Zakładach Chemicznych w Kędzie­rzynie.

Jurek Wojciechowski bezbłędnie skojarzył te wszystkie informacje i pomyślał sobie, że zamiast ułatwiać nielegalny zakup etylenu, należy raczej wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu. Trzeba skonstruować małe przenośne urządzenie wytwarzające ten gaz, produkować je samemu i na­stępnie sprzedawać badylarzom. Ponieważ znał moje zdolności konstruktorskie jeszcze z cza­sów naszej pracy w VERITAS oraz talent do majsterkowania, przyjechał z propozycją zawarcia spółki dla takiej działalności. Moim zadaniem byłoby skonstruowanie i montaż wytwornic ety­lenu, a Jurek miałby zająć się ich dystrybucją. Dodatkowym argumentem było to, że dysponowałem własnym dogodnym mieszkaniem, a w nim piwnicą w której można będzie w przyszłości mon­tować owe urządzenia. Ponieważ tego rodzaju ambitne wyzwanie konstruktorskie bardzo mi od­powiadało, a ponadto zapowiadało możliwość dodatkowych zarobków, tak potrzebnych dla re­montu domu, propozycję Jurka przyjąłem z wielką ochotą.

Laboratoryjna metoda wytwarzania etylenu na małą skalę w szklanej aparaturze opisana jest w większości podręczników preparatyki organicznej. Należało ją jednak przetworzyć w postać przenośnego zwartego aparatu, którego konstrukcja byłaby na tyle prosta i mechanicznie wy­trzymała, aby mógł on być obsługiwany przez rolników, ludzi niemających che­micznego ani technicznego wykształcenia. Aparat musiał także umożliwiać wytworzenie precy­zyjnie określonej ilości gazu, zależnej od indywidualnej wielkości komory, w której odbywało się dojrzewanie. Proces dojrzewania owoców jest bardzo delikatny i wymagał ścisłego dozowania ilości etylenu. Nie miałem w domu niestety zaplecza warsztatowego i moje zadanie nie było tak ułatwione jak to miało miejsce swego czasu w fabryce w Chauny. Przy konstruowaniu aparatu postanowiłem więc w maksymalnym stopniu wykorzystać typowe, istniejące na rynku elementy mechaniczne i elektryczne. Między innymi, jako element regulujący temperaturę wykorzystałem termoregulator od żelazka elektrycznego, a lampą kontrolną było światło „stop” samochodu dostawczego ŻUK. Większość zasadniczych elementów składowych musiała jednak być zaprojektowana i wyprodukowana we własnym zakresie. Dla tych części nietypowych, do wykonania we własnym zakresie, musiałem wykonać rysunki warsztatowe, zdobyć materiały i wyszukać rzemieślników potrafiących odczytać rysunek techniczny oraz posiadających oprzyrządowanie do wykonania takiej roboty. Było to dosyć skomplikowane, trwało długo i w tamtych czasach wymagało wielu zachodów i pomysłowości. Było jednak zadaniem ambitnym i dawało dodatkowy doping do ła­mania sobie głowy.

Po paru miesiącach zmontowałem kilka pierwszych aparatów. Zostały sprzedane na pniu z wyjątkowo dobrym zyskiem, bo po cenie znacznie przekraczającej poniesione koszty. Naszego czasu i pracy na razie do kosztów nie wliczaliśmy. Kolejka dalszych oczekujących, mimo tej wysokiej według naszego mniemania ceny, była już bardzo długa. Dla badylarzy były to jednak, jak się okazało, niewielkie wydatki wobec zysków, jakie dzięki tym aparatom osiągali.

Próbowaliśmy wielokrotnie, i Jurek i ja, uzyskać w Urzędzie Miasta pozwolenie na ofi­cjalną produkcję i sprzedaż wytwornic etylenu. Chcieliśmy, tak jak to się dzieje w każdym nor­malnym kraju, zarejestrować firmę, prowadzić działalność gospodarczą, legalnie zarabiać i pła­cić podatki . Nie mieliśmy jednak żadnych szans. Socjalistyczne państwo było zorganizowane zupełnie inaczej. Nie potrzebowało naszych podatków, lecz naszej niewolniczej pracy. Pieniądze zasilające jego budżet nie pochodziły przecież z podatków, lecz z drukarni. Urzędnicy, realizując progra­mowe wytyczne ustrojowe, odmawiali nam zdecydowanie takiego pozwolenia. Twierdzili, że nie możemy go otrzymać, ponieważ jako ludzie z wyższym wykształceniem i pracownicy ważnych państwowych instytucji, mamy obowiązek pracować dla państwa, a nie zajmować się prywat­nymi inicjatywami. Przypominało to dokładnie sytuację z mojej rozmowy z towarzyszem Bańbułą, polskim konsulem w Paryżu, gdy ten przekonywał mnie, że mam wracać do kraju by od­pracować sfinansowane przez państwo moje studia wyższe. Dawała znowu znać o sobie niebo­tyczna głupota i dławiąca za gardło, wszechobecna ingerencja ustroju politycznego w prywatne życie obywatela. Sytuację tę wytłumaczył dokładnie George Orwell w swej książce Rok 1984, w której proroczo obnażył mechanizmy systemu sowieckiego.

W tej sytuacji cała nasza działalność produkcyjno-handlowa musiała więc oczywiście pozostać nielegalna. Stresowało to wielce Helenkę,  która początkowo bardzo niechętnie odnosiła się do pomysłu ulokowania tej produkcji w naszym domu. Helenka jako matka i żona, rozpatru­jąca sprawy z punktu widzenia dobra dzieci oraz domu, była lojalistką – przeciwna była wszyst­kiemu, co było niezgodne z obowiązującym prawem. Nie bez racji obawiała się, że jeżeli sprawa się wyda, to możemy z tego powodu wpaść w wielkie kłopoty, a przede wszystkim narazić na niebezpieczeństwo dzieci i nasz dom. Jurek był ciągle jeszcze kawalerem, mieszkał w mieszka­niu służbowym i nie ryzykował tak wiele. W naszym przypadku zagrożenie było o wiele więk­sze. Były bowiem przypadki, że kontrole wszechpotężnego Wydziału Finansowego po ujawnie­niu pokątnej działalności handlowej, nakładały według swego widzimisię niewspółmiernie wy­sokie kary lub doprowadzały nawet do konfiskaty domu, traktowanego wtedy jako narzędzie służące do uzyskiwania nielegalnych dochodów.

Trzeba było więc całą tę sprawę utrzymywać w głębokiej tajemnicy. Także i przed wła­snymi dziećmi, które w swej naiwności mogłyby pochwalić się w szkole innym dzieciom. A nasze dzieci bardzo były zaintrygowane aparatami, które ich Tata robił wieczorami w piwnicy i o któ­rych stale mówiło się w domu. Bez przerwy domagały się od nas szczegółowych wyjaśnień co to jest i do czego to służy? Trudno byłoby im to zresztą wytłumaczyć, nie wdając się w zawiłości reglamentacji socjalistycznego rynku. Zniecierpliwiony Jurek Wojciechowski, indagowany przez nie po raz kolejny, odpowiedział kiedyś na odczepnego, swoim zwyczajem ze śmiertelną powa­gą: te aparaty nazywają się magle. A do czego one służą? – służą oczywiście do maglowania. O dziwo, to proste wyjaśnienie całkowicie zaspokoiło ciekawość naszych dzieci. Od tej pory wytwornice etylenu występowały już we wszystkich rozmowach, i w domu i na zewnątrz, pod niewinnie brzmiącym kryptonimem magiel.

Pieniądze zarobione na sprzedaży pierwszych kilku magli natychmiast zainwestowali­śmy z Jurkiem w kupno części i materiałów dla wyprodukowania serii dalszych 20-tu aparatów. One też rozeszły się w krótkim czasie. W tej sytuacji postanowiliśmy na przyszły sezon wypro­dukować olbrzymią jak na nasze możliwości serię 50 sztuk. Było to o tyle skomplikowane, że trzeba było kupić w sklepach po 50 sztuk każdego elementu składowego. Tak dużych ilości, w dobie powszechnych braków wszystkiego, sklepy przeważnie nie posiadały. Trzeba było kupo­wać po trochu, w wielu sklepach i częstokroć w różnych miastach. Zaopatrzenie zajmowało nam bardzo wiele czasu i zachodu.

Problemy mieli także i rzemieślnicy, moi podwykonawcy wykonujący elementy niety­powe. Prywatnych zakładów dysponujących dobrym oprzyrządowaniem już wtedy w Polsce dawno nie było. Moimi podwykonawcami byli mechanicy zatrudnieni na państwowych posa­dach i wykonujący te części w godzinach pracy na państwowych urządzeniach. Musieli więc tę pracę robić po kryjomu i ukrywać przed przełożonymi.

¬ ¬ ¬

Na jesieni tego roku moja Mama przeniosła się z Zakopanego z powrotem do Gliwic. Na sąsiedniej działce wybudowano duży budynek, zasłaniający słońce i widok na góry. Mały domek Mamy stracił cały ten swój urok który przed laty tak zachwycił mego Tatę. Sprzedała więc swój dom w Zakopanem i kupiła podobną do naszej ćwiartkę domu przy ulicy Mickiewicza. W Zakopa­nem czuła się coraz bardziej samotna, a nie mając już tyle sił co poprzednio, chciała być blisko swych jedynych na świecie bliskich. Poza mną, Helenką i naszymi dziećmi, Mama nie miała na całym świecie nikogo innego. Jej mieszkający w Warszawie brat Adam Dąbrowski już wtedy nie żył, a jego córka Krystyna, mieszkała w USA. Tu w Gliwicach, blisko syna, czuła się bardziej bezpieczna.

¬ ¬ ¬

W grudniu 1970 roku patrzeliśmy ze zgrozą z okien naszego Biura Projektów, położone­go przy jednej z głównych ulic w mieście, na przejeżdżającą co pewien czas ulicą długą kolumnę czołgów z jednostki wojsk zmechanizowanych gliwickiego garnizonu. Bardziej spostrzegawczy zauważyli, że były to wciąż te same czołgi z tymi samymi numerami, jeżdżące widocznie w koło po Gliwicach i innych miastach Śląska. Była to demonstracja siły – subtelna reakcja lokal­nych władz śląskich na robotnicze zamieszki w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie. W ten sposób lu­dowa władza chciała sterroryzować górników i zapobiec rozprzestrzenieniu się zamieszek z Wy­brzeża na Śląsk. Udało jej się to i górnicy jeszcze tym razem pozostali bierni.

Robotnicy stocz­niowi zaprotestowali wówczas na Wybrzeżu przeciwko podwyżkom cen podstawowych artyku­łów żywnościowych ogłoszonych przez ekipę Gomułki. Wyszli w proteście na uliczne demon­stracje. W Szczecinie splądrowali, a w Gdańsku spalili budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR – rzą­dzącej, swojej przecież, robotniczej partii. Robotnicza władza ludowa kazała ludowemu wojsku polskiemu strzelać do robotników. Byli ranni i zabici co spowodowało, że ekipa komunisty Go­mułki musiała przekazać władzę ekipie komunisty Edwarda Gierka. Gierek natychmiast odwołał podwyżki cen żywności, pojechał na Wybrzeże i wyjaśniając złą sytuację ekonomiczną kraju, zadawał tam stoczniowcom słynne pytanie: Pomożecie? Robotnicy odpowiadali mu chórem Pomożemy! Za cenę życia wielu ofiar wszystko pozornie powróciło do stanu poprzedniego. Jednakże w wielu ludzkich umysłach zakiełkowała wtedy świadomość, że można i należy wywierać nacisk na komunistyczną władzę. Że droga do zmian, do lepszego, prowadzi wąskim przesmykiem pomiędzy naciskiem a dyplomacją, między karabinami maszynowymi a kapitulacją. Pojawili się wówczas autentyczni, samorodni robotniczy przywódcy, a wśród nich elektryk Lech Wałęsa, przyszły leader Solidarności, laureat pokojowej nagrody Nobla i wybrany w pierwszych wolnych wyborach 1990 roku prezydent III-ciej Rzeczypospolitej, znowu niepodległej i wolnej od obecności sowieckich wojsk okupacyjnych. Ale na to trzeba było poczekać jeszcze całe 16 lat.

W tym czasie coraz wyraźniej zaczynałem odczuwać wewnętrzny bunt z powodu do­browolnego przymusu chodzenia na pochody 1-majowe i na oszukańcze wybory, które były pa­rodią demokracji. Przyczyniła się do tego powszechnie opowiadana historia, gdy w czasie kolej­nych wyborów, w pewnej Dzielnicowej Komisji Wyborczej ciągle nie zgadzała się ilość odda­nych głosów i jej sumienny kierownik zarządzał wielokrotne powtórne ich liczenie. Po pewnym czasie przyjechał tam ktoś z Obwodowej Komisji Wyborczej i zastawszy ich na pracowitym li­czeniu głosów wybuchnął śmiechem mówiąc: wy tu jeszcze się męczycie, a radio pół godziny temu podało już przecież oficjalne wyniki dzisiejszego głosowania.

Helenka chodziła na wybory w obawie, że jej odnotowana nieobecność może spowodo­wać szykany wobec dzieci w przyszłości, gdy będą szły do gimnazjum lub na studia. By być konsekwentnym wobec tego, co mówiliśmy naszym dzieciom o wyborczych farsach w PRL, przy kolejnych wyborach, nie bez strachu, sprzeciwiłem się temu abyśmy poszli głosować. He­lenka mimo to poszła. Przewodnicząca komisji wyborczej z czarującym uśmiechem i porozu­miewawczym mrugnięciem oka, odnotowała na liście obecność nas obojga. Helenka nie miała odwagi zaprotestować, co ją bardzo sfrustrowało. Moja heroiczna odwaga poszła na marne.

¬ ¬ ¬

Seria 50-ciu magli została w 1971 roku sprzedana w krótkim czasie, a zapotrzebowanie rosło dalej. Dało nam to spory zastrzyk gotówki. Za większą część mojego udziału kupi­łem mój Pierwszy-W-Życiu-Zupełnie-Nowy-Samochód. Był to kremowy polski Fiat 125, produ­kowany w Polsce na licencji włoskiej dopiero od bardzo niedawna. Dzięki niemu spędziliśmy letnie wakacje w Sobieszewie nad morzem.

Jurek Wojciechowski awansował w tym czasie – w 1972 roku został dyrektorem technicznym Insty­tutu Syntezy w Blachowni. Z tego względu miał już nie tylko mniej czasu na zajmowanie się dystrybucją aparatów, ale przede wszystkim nie wypadało mu zajmować się tym zajęciem pia­stując dyrektorskie stanowisko. Zarobki jego również wzrosły znacząco. Z tych powodów wyco­fał się z dalszej działalności przy maglach. Moje potrzeby finansowe ciągle były olbrzymie – tak na utrzymanie rodziny, jak i na remont domu. Musiałem więc produkcję kontynuować sam i wszystkie związane z tym obowiązki przejąć na siebie.

W ten sposób rozpoczęła się mordercza praca. Częste wyjazdy służbowe na narady do Zjednoczenia, Ministerstwa i Komisji Planowania w Warszawie. Dłuższe delegacje na plac bu­dowy w Policach na drugim końcu Polski. Penetrowanie przy tej okazji tamtejszych sklepów i przywożenie potrzebnych materiałów budowlanych dla domu oraz części do magli. Rozwożenie klientom wytwornic etylenu po całej Polsce. Po powro­cie do domu – własnoręczne poprawianie tego co niezbyt dokładnie zrobili robotnicy budowlani, zakładanie boazerii, malowanie okien i drzwi oraz dziesiątki innych napraw domowych, których nie jest w stanie solidnie zrobić wynajęty robotnik. Wieczorami i po nocach – montaż magli w zimnej, wilgotnej piwnicy. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że nabawiam się właśnie reumatyzmu – dokuczliwe bóle z tego powodu dają mi się na stare lata coraz bardziej we znaki. Robiłem to jednak z ochotą, ze świadomością, że wysiłki te przyczyniają się do poprawy warun­ków życia mej rodziny. Okazało się jednak, że było tego zbyt wiele jak na możliwości jed­nego człowieka. W efekcie doprowadziłem się tą pracą ponad siły do stanu krańcowego wyczer­pania – zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Napięcie nerwowe w jakim żyłem w tym okresie, spowodowane zresztą nie tylko tą bardzo ryzykowną nielegalną produkcją ale również i innymi stresami którym w owym czasie musiałem stawić czoła, doprowadziły mnie w końcu do skraju rozstroju nerwowego. Mój stan psychiczny musiałem ukrywać przed rodziną, gdyż nie mogłem dopuścić do tego, aby i oni zostali poddani takim napięciom, stracili równowagę duchową i poczucie bezpieczeństwa, jakie udało mi się im zapewnić. To też wzmacniało napięcie w jakim żyłem. Pewnego dnia puściły mi nerwy w sposób, który położył się cieniem na naszej rodzinie na długie lata. Ogarnęła mnie niepohamowana Maubergowska szewska furia nad którą nie potrafiłem zapanować.

¬ ¬ ¬

We wrześniu 1971 roku zmarł mój teść Roman, dożywszy w dobrej formie wieku 78 lat. W przeciwieństwie do swego ojca Józefa Potockiego, dumnego pana na Antoninach i przed rewolucją bolszewicką posiadacza 65 000 ha ziemi na Ukrainie, był w 1939 r. właścicielem skromnego pałacu w Derażnem i już tylko 4 000 hektarów lasu na Wołyniu. Druga wojna światowa i PRL pozbawiły go absolutnie wszystkiego. Mimo to do końca zachował pogodę ducha. Uważał bowiem szczerze, że zmierzch wielkich latyfundiów jest nieuchronnym procesem historycznym. Zo­stał pochowany w rodzinnej krypcie w podziemiach kościoła parafialnego w Łańcucie. Jego trumna stanęła tuż obok trumny jego dziadka Alfreda II Potockiego ordynata na Łańcucie, ministra rolnictwa i premiera CK Austrii, późniejszego namiestnika Galicji. Na uroczystości pogrzebowe przyjechało wiele osób z tej wyjątkowo rozgałęzionej i szeroko skoligaconej rodziny.

Po pogrzebie poszliśmy zwiedzić Muzeum na zamku. Tuż za główną bramą wjazdową do parku, przygnębioną po smutnej uroczystości rodzinę Potockich powitała tablica z czarnego granitu z napisem, znamiennym dla ustroju w którym żyliśmy.

REZYDENCJA  TA  PRZEZ  CAŁE  STULECIA

BYŁA SYMBOLEM NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNEJ

I  CHŁOPSKIEJ  KRZYWDY

 

W XX ROCZNICĘ ZAMIENIENIA JEJ NA MUZEUM

I PRZEPROWADZENIA REFORMY ROLNEJ

W HOŁDZIE BOJOWNIKOM O POLSKĘ LUDOWĄ

1944    1964

 

SPOŁECZEŃSTWO POWIATU ŁAŃCUCKIEGO

Nie była to, jak się wiele lat później dowiedziałem, wyrażona uchwałą Rady Narodowej wola społeczeństwa, lecz prywatna inicjatywa lokalnego aktywisty PZPR. Pracownicy Muzeum wstydzili się tablicy przez cały czas jej istnienia . Dyrekcja Muzeum odważyła się zlikwidować ją w roku 1989, jednakże dopiero w dniu ogłoszenia wyników pierwszych wolnych wyborów do parlamentu wolnej już Rzeczypospolitej.

¬ ¬ ¬

W 1972 roku zostałem wydelegowany przez moje Biuro Projektów, aby wraz z drugim projektantem Adamem Kubarkiem towarzyszyć dyrektorowi naszego Zjednoczenia w służbo­wym wyjeździe do Związku Sowieckiego. Chodziło o rozeznanie przydatności produkowanych tam pomp ze stali kwasoodpornej dla potrzeb polickiego Kombinatu i o ewentualny ich zakup. Wyjechaliśmy do Moskwy pociągiem z Warszawy. Większość podróżnych stanowili wracający do ZSRR z odwiedzin u swych rodzin w Polsce byli obywatele polscy, mieszkańcy naszych przedwojennych wschodnich województw, obecnie przymusowi obywatele Związku Radziec­kiego. Wracali obładowani tobołami i walizami pełnymi żywności i prezentów otrzymanych od swych polskich krewnych. Opowiadali z przejęciem o swych wrażeniach z pobytu w Polsce, cie­szyli się z możliwości pójścia do kościoła na msze i byli zachwyceni prezentami. W przedziałach pano­wał wesoły gwar i doskonały nastrój. Zauważyliśmy ze zdumieniem, że w miarę jak pociąg po­suwał się na wschód i zbliżał do granicy w Terespolu, gwar w przedziałach zanikał, wesołość gasła, a w oczach podróżnych pojawił się wyraz dziwnej paniki. Gdy przejechaliśmy na drugi brzeg granicznego Bugu i pociąg zatrzymał się na stacji po rosyjskiej stronie, wagony otoczył ciasny kordon krasnoarmiejców z wycelowanymi w nas automatami. Twarze naszych sąsiadów zrobiły się szare ze strachu. Do wagonu wsiadła cała grupa sowieckich strażników granicznych i celników. Po sprawdzeniu paszportów wyproszono wszystkich obcokrajowców z wagonu na pe­ron. Wewnątrz pozostali tylko obywatele sowieccy. Musiały się tam odbywać jakieś osobliwe i dramatyczne dla nich czynności, bo gdy dostaliśmy po dłuższym czasie pozwolenie powrotu do naszego przedziału, zastaliśmy tam ponurych mężczyzn i spłakane kobiety, pakujących w milczeniu z powrotem do walizek rozłożone w nieładzie na siedzeniach rzeczy. W wagonie wisiała jakaś groza, a ponury nastrój panował potem w pociągu już przez całą dalszą drogę.

W Moskwie mieliśmy przeprowadzić szereg rozmów z pracownikami tamtejszego Mini­sterstwa Przemysłu. Zwykłe rozeznanie parametrów pomp i ich przydatności wymagało jak wi­dać, kilkudniowych rozmów na szczeblu ministe­rialnym pomiędzy bratnimi krajami socjalistycznymi. Rozmowy odbywały się w budynku Biura Konstrukcji Pomp, a na obiady i kolacje z obowiązkową potężną ilością alkoholu zapraszali nas gospodarze. Moskiewskie Biuro Radcy Handlowego PRL, które z ramienia polskiego Ministerstwa Przemysłu Chemicznego było organizato­rem naszego wyjazdu, umieściło nas w hotelu o nazwie Ярославская Госминница, czyli Hotel Jarosławski. Był to właściwie cały kwartał ulic, obejmujący prymitywnie wyposażone zwykłe bloki mieszkalne, stanowiące razem olbrzymi hotel o niskim standardzie. W pokojach nie było radia, lecz zawieszone na ścianie kołchoźniki z których płynął bezustanny potok jakichś informacji, z rzadka przerywanych muzyką w rytmie czastuszek. Na każdym piętrze tuż przy klatce schodowej, w strategicznym punkcie dającym jej najlepszy wgląd w obie strony korytarza, urzędowała obowiązkowa etażnaja, czyli OKO I UCHO dyrekcji hotelu. Nasza etażnaja była grubą, promieniującą życzliwym uśmiechem, czterdziestoletnią kobietą. Już na drugi dzień była z nami serdecznie zaprzyjaźniona.

Ostatniego dnia pobytu w Moskwie, przed dalszym wyjazdem na południe Rosji do fabryki pomp, nie było już oficjal­nej kolacji. Wróciliśmy więc wieczorem do hotelu z zakupionym chlebem i śledziami, bo tylko tyle udało się po drodze kupić. Zakupy w moskiewskich sklepach nie były pakowane i trzeba było mieć na to swój własny papier. Ponieważ papieru też nie było, moskwiczanie powszechnie używali do tego celu gazety o pełnej cynicznej obłudy nazwie ПРАВДА - PRAWDA. Ona była w kioskach zawsze dostępna i dzięki temu miała tak niewyobrażalnie wysoki nakład. Nasza etażnaja, widząc nas wracających z zakupami, zagadała do nas wskazując z dumą palcem na wystający z PRAWDY bochenek chleba:

— O, widzę że kupiliście nasz piękny, biały rosyjski chleb! – Adam Kubarek odpowiedział jej z natychmiastowym refleksem, nieco zgryźliwie

— Tak, kupiliśmy ten wasz chleb, który wy robicie z pszenicy kupowanej w Kanadzie.

Akurat kilka dni przed naszym wyjazdem do Moskwy prasa polska podała informację o zakupie przez ZSRR w Kanadzie kolejnych 6-ciu milionów ton zboża. Nasza etażnaja w jed­nej chwili z przyjaznej istoty przemieniła się w zaperzoną wiedźmę. Zamachnęła się na Adama trzymaną w ręku mokrą ścierką i wykrzyczała nam w twarz:

— To jest podłe kłamstwo, to jest niemożliwe! Kupujemy być może na Zachodzie maszyny i niektóre surowce, ale swojego zboża i żywności mamy pod dostatkiem. Was, Polaków, też przecież żywimy naszym zbożem.

Nie było sensu z nią dyskutować. Poszliśmy do naszego pokoju zadumani nad potęgą propagandy, ale także i ogromem rosyjskiej megalomanii. Była to jakby dokładna scena z Roku 1984 Orwell’a.

Spacerując wieczorem po Moskwie zobaczyliśmy na ulicy długą kolejkę. To do sklepu obuwniczego „rzucono” transport butów. Podobne obrazki, w nieco mniejszej skali, znaliśmy i z Polski. Tu jednak była o wiele lepsza organizacja dystrybucji: aby do kolejki nie przedostawali się ludzie, którzy w niej uprzednio nie stali, kierownik sklepu, śliniąc obficie kopiowy ołówek, wypisywał każdemu na wierzchu dłoni kolejny numer. Zastępca kierownika wpuszczał do skle­pu według kolejności numerów. O żadnym oszustwie nie mogło być mowy: zastępca dobrze znał charakter pisma swego szefa. W sklepie, dla uproszczenia, sprzedawano obuwie jak leci – nie zawracając sobie głowy takimi drobiazgami jak numer buta, rodzaj i płeć. Dopiero po wyjściu ze sklepu klienci dokonywali w okolicznych bramach przymiarek i odpowiednich wy­mian.

Na drugi dzień wewnętrznymi liniami lotniczymi odlecieliśmy z lotniska Wnukowo do Kiszyniowa. Zarówno na lotnisku, w drodze do samolotu, jak i w samym jego wnętrzu nie mogli­śmy mieć styczności z podróżnymi narodowości ZSRR. Byliśmy traktowani jako obywatele zapadnych stran czyli krajów zachodnich i z tego powodu starannie izolowani od możliwo­ści wszelkich kontaktów z Rosjanami. W samolocie umieszczono nas razem z innymi obcokra­jowcami komfortowo w osobnej przedniej jego części, podczas gdy obywatele radzieccy gnieździli się stłoczeni z tyłu. Na południu, w fabryce pomp w Odessie prowadzone były dalsze rozmowy na temat ich ewentualnego zamówienia dla Polic.

Potem musieliśmy wrócić na powtórne rozmowy do Moskwy. Nie wyobrażałem sobie, że ewentualny zakup tak banalnych urządzeń jak pompy, może wymagać tak wielu rozmów. Była to, jak się okazało, specyfika wyłącznie radziecka. W kilka lat potem, gdy kupowałem w Pa­ryżu wyposażenie dla kombinatu w Policach, sprawy toczyły się szybciej, mimo że chodziło wówczas o dużo bardziej skomplikowane urządzenia, a w grę wchodziły o wiele większe pienią­dze.

Podczas całego naszego pobytu w ZSRR, tak w Moskwie, jak i w Odessie, wszędzie byli­śmy przyjmowani nadzwyczaj gościnnie i z szerokim gestem. Braki w wyszukanej jakości po­traw gospodarze rekompensowali przeogromną ilością różnych rodzajów alkoholi, którymi za­stawione były stoły. Zawsze jednakże wisiała w powietrzu jakaś trudna do zdefiniowania, ma­skowana alkoholem, atmosfera stanowiąca mieszaninę sztucznej wesołości, nieszczerości, stra­chu i dziwnego napięcia w stosunkach między ludźmi. Pod koniec przyjęć stale powtarzał się ten sam rytuał: gospodarze mniej lub bardziej dyskretnie chowali do kieszeni lub swych teczek wszystkie pozostałe butelki alkoholi – dyrektorzy całe, a zwykli pracownicy napoczęte i wyno­sili, pewnie do domu. Czyżby alkohol, który stał na stołach nie był służbowy lecz prywatny – składkowy i właściciele w ten sposób rekuperowali swą własność?

Na lotnisku Szeremietiewo, skąd mieliśmy odlecieć do Warszawy, uczucie psychicznego stłamszenia, które zaczęło się na granicy w Terespolu przy wjeździe do ZSRR osiągnęło swój szczyt. Liczne kontrole paszportowe i celne, podejrzliwe spojrzenia strażników, celników i tajniaków, bebeszenie bagaży, powtarzające się w koło wypytywania skąd, gdzie, po co i dlaczego powodowały, że napięcie rosło i tworzyła się coraz bardziej trudna do zniesienia atmosfera grozy. Było to zwielokrotnienie tej porażającej atmosfery, która panowała na dworcu kolejowym w Berlinie Wschodnim, gdy znalazłem się tam 10 lat wcześniej w drodze do Francji. Kiedy prze­brnęliśmy w końcu przez wszystkie kontrole i po długim czekaniu w osobnym pomieszczeniu przeznaczonym tylko dla obywateli państw zachodnich weszliśmy wreszcie na pokład polskiego samolotu, napięcie opadło i odetchnęliśmy z ulgą. Właściwie nie wiem, dlaczego. Chyba dlatego, że samolot ten, choć był to sowieckiej produkcji Ił-62, należał do Polskich Linii Lotniczych, nazywał się „Mikołaj Kopernik”, że byliśmy już za granicą imperium zła i mimo iż zna­leźliśmy się z powrotem w PRL-u, byliśmy jednak w zupełnie innym świecie. Nie było tu na­piętej, przygniatającej atmosfery, panował spokój, stewardessy były uśmiechnięte i odprężone, a z głośników płynął dyskretnie szmer hiszpańskiej muzyki Granadosa i Albéniza tak różnej od prostego rytmu rubasznych czastuszek, którymi dotąd byliśmy otoczeni.

¬ ¬ ¬

Choć dalsza budowa Zakładów Chemicznych w Policach nie posuwała się w tempie błyska­wicznym, to jednak coraz częściej musiałem spędzać po kilka dni na placu budowy. Trzeba było wraz z innymi projektantami rozwiązywać problemy na miejscu, sprawdzać zgodność wykona­nia z dokumentacją i odbierać od wykonawców ukończone fragmenty robót. Równolegle, w domu przystąpiłem do ambitnego planu – rozpocząłem montaż serii 100 sztuk magli. Popyt na nie ciągle był bardzo duży, a producenci pomidorów zamawiali je z wyprzedzeniem, wpłacając znaczne zaliczki. Musiałem więc, gdziekolwiek byłem na delegacji, chodzić popołudniami po skle­pach i kupować w dużych ilościach potrzebne części. Było to w tamtych czasach dosyć podejrzliwie odbierane w sklepach oraz wywoływało niezdrową ciekawość moich kolegów z pracy. Ciekawości tej nie mogłem zaspakajać z oczywistych względów.

W domu po pracy wieczorami i po nocach siedziałem w piwnicy i montowałem magle. Popołudniami – goniłem dzieci do odrabiania lekcji i sprawdzałem ich stopnie w zeszytach. Od dziewczynek wymagałem pomocy przy montażu magli – nakładały koraliki izolacyjne na spiralki grzejne. Musiałem w tym okresie pewnie bardzo zatruwać im życie i dać im się moc­no we znaki, gdyż wymagałem od nich wyłącznie pilnej nauki, samych dobrych stopni i ewentualnie pomocy przy maglach. Były to jeszcze dzieci, a stawiałem im zadania jak ludziom dorosłym. Nie rozumiałem jeszcze wówczas, że dzieci potrzebują także, a może nawet głównie, zabawy. Powodowała mną oczywiście fałszywie pojęta miłość do nich i skrajna pycha – uważałem bo­wiem, że skoro są to moje dzieci, to muszą uczyć się lepiej od innych i we wszystkim być najlep­sze. Mając ciągle w pamięci duży wysiłek fizyczny i psychiczny jaki sam niedawno zrobiłem we Francji, a obecnie kontynuuję pracując po kilkanaście godzin na dobę, uważałem że i one także powinny zajmować się wyłącznie swymi obowiązkami i dawać z siebie wszystko, tak jak ja to robiłem dla nich od dawna. Każde ich szkolne niepowodzenie i każdy ich zły stopień traktowałem jak osobi­stą zniewagę i jako przejaw braku szacunku dla moich własnych wysiłków, które przecież nie dla siebie, a dla nich robiłem. Wymagałem od nich zbyt wiele – domagałem się tego, czego od nor­malnych, zdrowych, zwykłych dzieci nie można wymagać. Zrozumiałem to jednak dopiero poniewczasie dużo później, wtedy gdy moje dzieci obdarzyły mnie wnukami. Unikania obowiązków, pędu do za­bawy czy szkolnych niepowodzeń mych wnuków już zupełnie nie traktuję ambicjonalnie, lecz z pełną wyrozumiałością. Cieszy mnie i wprawia w zachwyt sam fakt, że są na świecie, a nie ich dobre stopnie w szkole. Jednakże na taką pobłażliwość mogą pozwolić sobie jedynie dziadkowie – rodziców trawi bowiem bakcyl ambicji, który w znacznym stopniu odbiera im tolerancję wobec słabostek swych dzieci.

W czasie jednego z dłuższych pobytów na placu budowy w Policach Helenka zatelefonowała z prośbą, żebym natychmiast wracał do domu. Moja Mama po­czuła się źle i została wzięta do szpitala. Wsiadłem w Szczecinie na pierwszy samolot do Kato­wic. Przed odlotem zdążyłem zatelefonować do domu, aby Helenka przyjechała po mnie na ka­towickie lotnisko w Pyrzowicach – to samo, wokół którego kopałem z rodzicami w czerwcu 1939 roku tuż przed wojną rowy przeciwczołgowe. Był to jedyny sposób na jak najszybsze dostanie się do Gliwic.

Była późna jesień i na Śląsku spadł już pierwszy śnieg. Helenka miała wprawdzie prawo jazdy, ale dotąd prowadziła samochód tylko w moim towarzystwie, a na dalsze odległości samodziel­nie nigdy nie jeździła. Wykazała wielką odwagę – wzięła ze sobą Kasię i dziesięcioletniego wówczas Andrzeja i z duszą na ramieniu wyruszyła w drogę na odległe o 20 kilometrów lotnisko. Było ślisko, a po drodze sypnęła zadymka. Samochód prowadzili więc wspólnie: Kasia była pilotem, Helenka kręciła kierownicą i naciskała na pe­dały, a Andrzej obsługiwał włączanie świateł, kierunkowskazów i wycieraczek.

Prosto z lotniska pojechałem do szpitala. Mama nie poznawała już nikogo. W kilkanaście dni później zmarła nie odzyskawszy przytom­ności. Żyła 68 lat i do samego końca była samodzielna. Jej ambicją była troska, aby innym nie przysparzać sobą kłopotu. Udało jej się to w zupełności. Po śmierci Ojca zamieszkała samotnie w Zakopanem, by umożliwić mnie, jej synowi, posiadanie samodzielnego mieszkania dla mej rozwojowej rodziny. Motorem jej postępowania nigdy nie była chęć wyeksponowania własnej osoby, lecz przeciwnie: wielką zaletą jej charakteru była umiejętność usuwania się w cień oraz zdolność do wysłuchania racji innych. Potrafiła zro­bić wysiłek by nie odrzucać à priori możliwości spojrzenia na sprawę z innego punktu widzenia. Dbała o harmonię w rodzinie – gdy sytuacja tego wymagała, umiała być tolerancyjna, ustępować innym i nie upierać się przy swoim zdaniu, chociaż mogła być przekonana o słuszności swego stanowiska. Posiadała także cenną dla swych bliskich i siebie samej zaletę wielkoduszności: umiała wybaczać i zapominać urazy. Dzięki temu rodzicom moim los dał cenny dar: żyli i starzeli się będąc ze sobą w przyjaźni – nie zdołały jej zniszczyć żadne burze, nieuniknione w każdym mał­żeństwie.

Każdy człowiek będący dorosłym z racji ilości przeżytych lat, staje się prawdziwie dorosły dopiero wtedy, gdy nie ma już osób, do których może zwrócić się: Tato lub Mamo. Tak stało się owego dnia także i w moim przypadku.

Moja Mama nazywała się z domu Dąbrowska. Nazwisko to jest w Polsce bardzo popularne. Dąbrowscy występują w każdym prawie zakątku kraju. O rodzinie Dąbrowskich, tych z których pochodzi moja Mama, tak pisze ksiądz Adam Boniecki  w swym Herbarzu Polskim:

DĄBROWSCY h. DĄBROWA prawdopodobnie pocho­dzą z Dąbrowy, leżącej w dawnym powiecie szreńskim, skąd się po całem Mazowszu rozeszli. Do nich zaliczyć należy i Dą­browskich, właścicieli Dąbrowy-Szostaki, w ziemi wiskiej. Piotr, właściciel dóbr Wnory, Wola i Pażochy w 1617 r., pozostawił syna Jana, po którym było dwóch synów: Walen­ty i Mateusz. Walenty miał syna Wojciecha, a ten Adama, po którym: 1) Maciej, żonaty z Maryanną Szepietowską, pozo­stawił syna Ludwika i 2) Ignacy, żonaty z Barbarą Stoko­wską miał syna Ludwika Jakóba, wylegitymowanych ze szla­chectwa w Królestwie...

Pierwszym Dąbrowskm, o którym mówi rodzinny przekaz mej Mamy, był ziemianin Adam Dąbrowski herbu Dąbrowa, syn Wojciecha i praprawnuk Piotra Dąbrowskiego, w 1617 r. właściciela majątku Wnory-Pażochy na Podlasiu, żonaty z Katarzyną Wyszyńską. Miał dwóch synów: Macieja żonatego z Marianną Szepietowską i Walentego, który wybrał stan duchowny. Ksiądz Walenty Dąbrowski był kapelanem 2-go pułku ułanów wojsk Królestwa Polskiego. Po przejściu na emeryturę był „rezydentem” przy kościele parafialnym w Krasnymstawie w ziemi lubelskiej i honorowym kanonikiem kapituły sandomierskiej. Zmarł w Krasnymstawie w 1850 roku, mając 76 lat . Drugim synem Macieja Dąbrowskiego i Marianny Szepietowskiej był pradziadek mej Mamy, Ludwik, urodzony w 1799 r., żonaty z Anną z Emeryków. Autor Herbarza nie wymienia Anny, widocznie materiały, z których czerpał informacje o Ludwiku synu Macieja pochodziły z czasów, gdy Ludwik nie był jeszcze żonaty. Ludwik był podofice­rem wojsk Królestwa Polskiego. Po upadku powstania listopadowego w 1831 roku i zlikwidowaniu przez Carat wojska polskiego, objął urząd Kassyera Kassy Miejskiej w Kra­snymstawie, niewykluczone że dzięki wstawiennictwu swego stryja kanonika. Zmarł w tym mieście w 1868 roku. To od Piotra Dąbrowskiego, w 1617 r. właściciela majątku Wnory-Pażochy zaczyna się, a na Ludwiku synu Macieja kończy rodowód Dąbrowskich herbu Dąbrowa, przodków mej Mamy, podany w Herbarzu Polskim księdza Adama Bonieckiego.

Dalszy ciąg tej gałęzi Dąbrowskich jest następujący: syn Macieja Ludwik Dąbrowski i Anna z Emeryków mieli dwóch synów i dwie córki. Starszym synem był Ignacy-Franciszek, urodzony w 1840 roku, a dwa lata młodszym Alfons, dziadek mej Mamy, pracownik banku w Kielcach, żonaty z posażną obywatelską córką, panną Lucyną Jabłkowską. Portrety rodziców Lucyny zachowały się i wiszą obecnie w moim domu. Jabłkowscy stanowili oryginalną parę ludzi rozmi­łowanych w muzyce. On był właścicielem majątku we wsi Łazy, melomanem jeżdżącym do Włoch na sezony operowe, a ona – po­znaną tam i poślubioną przez niego włoską śpiewaczką operową, osobą o wybitnej urodzie. To do niej jest tak łudząco podobna moja wnuczka Karolina – ma te same oczy i spojrzenie co pani z portretu.

Rodzina Jabłkowskich była prężna, a jej członkowie energicznymi i przedsiębiorczymi ludźmi. Potomkowie prababki mej babki Dąbrowskiej otworzyli w Warszawie pierwszy w Polsce duży dom towarowy o nazwie Bracia Jabłkowscy i Ska. Rozpoczął on działalność 7 listopada 1914. Poprzez bezpośrednie zaopatrywanie się u producentów, spółka wyeliminowała łańcuch pośredników i mogła zaoferować klientom tańszy produkt. Aby uprzyjemnić zakupy, otwarto na trzecim piętrze kawiarnię, a w sezonie letnim, na tarasie na dachu, serwowano kefiry i soki owocowe, propagując idee zdrowego żywienia.

Karolinka pod portretem prababki swej prababki

Dom Jabłkowskich był do 1939 roku jedynym tego typu domem handlowym w Warszawie. Czynny był również podczas niemieckiej okupacji. W czasie Powstania Warszawskiego firma wspierała powstańców, zaopatrując ich w odzież, obuwie i żywność. Produkowano tu także amunicję. Jako jeden z nielicznych budynków w tamtym rejonie Warszawy, Dom Towarowy Braci Jabłkowskich przetrwał szczęśliwie bombardowania miasta. W 1945 roku wznowiono sprzedaż oraz rozdzielano tam towary UNRRA .

W maju 1950 roku odebrano budynek rodzinie Jabłkowskich i dom towarowy upaństwowiono. Od 1951 do 1970 roku w budynku mieścił się Centralny Dom Dziecka, następnie Dom Obuwia oraz siedziby różnych biur, a od 1992 roku dom handlowy "Arka". W czerwcu 1996 roku reaktywowano firmę Bracia Jabłkowscy i zwrócono jej budynek handlowy przy Brackiej 25. (Wikipedia)

Alfons Dąbrowski miał dwie córki oraz syna Stefana, człowieka o duszy artysty i rozmiłowanego w muzyce, podobnie jak jego dziadkowie Jabłkowscy. Alfons roztrwonił jakoby cały majątek – swój, swojej żony a także zapis, jaki żona zrobiła dla ich syna z przeznaczeniem na jego kształcenie muzyczne. W ten sposób Stefan Dąbrowski, ojciec mojej Mamy, nie miał już żadnego zaplecza finansowego. Pieniądze na naukę w Konserwatorium Warszawskim zdobywał pracując w biurze zarządu Kolei Nadwiślańskiej. Praca ta zupełnie nie była po linii jego artystycznych zainteresowań. Marzył o karierze muzycznej – pragnął jeździć po świecie i dawać koncerty fortepianowe. Brak pieniędzy i słabe zdrowie uniemożliwiły mu ukończenie studiów.

Alfons Dąbrowski, pracownik banku

Kielce, ok.l880

Stefan Dąbrowski, muzyk

Warszawa, 1899

Stefan Dąbrowski pojął za żonę Kazimierę Buszek, protegowaną żony dyrektora Kolei Nadwiślańskiej, którą poznał w ich domu. Miał z nią dwoje dzieci – Adama i Irenę – moją Mamę. Stefan Dąbrowski zrealizował w końcu swe marzenie i w 1914 roku wyjechał do Rosji na tournée. Wybuch I-ej wojny światowej niestety przekreślił wszystkie jego plany. Zmarł w Humaniu w 1918 roku na gruźlicę w zupełnej nędzy pod­czas swego pierwszego i ostatniego, nieudanego tournée artystycznego. W czasie długiej choro­by pielęgnowała go głównie córka – żona musiała przejąć trudy utrzymania rodziny.

W rodzinie mojej Mamy mówiło się o jakimś bliżej nie sprecyzowanym powinowactwie z generałem Henrykiem Dąbrowskim, wodzem Legionów Polskich, naczelnym wodzem wojsk Księstwa Warszawskiego a potem generałem wojsk Królestwa Polskiego. Tablica genealogiczna generała  tego nie potwierdza. Żaden z przod­ków generała nie mógł być krewnym przodków mej Mamy. Jedyne możliwe wytłumaczenie tej famy może pochodzić z faktu że syn generała, trojga imion Jan Michał Henryk Dąbrowski, był żonaty kolejno z Zofią i Wiktorią, dwoma pannami Dąbrowskimi, córkami pułkownika Pawła Dąbrowskiego posiadającego majątek w Biskupim w Koneckim powiecie. Jest możliwe, że przodkowie mojej Mamy – Dąbrowscy z Łomżyńskiego byli w jakiś sposób spowinowaceni z Dąbrowskimi z powiatu Koneckiego. Ten szczegół z biografii syna generała Dąbrowskiego wy­nalazła Helenka. Zależało jej na znalezieniu wiarygodnego wytłumaczenia opowieści zasłysza­nych kiedyś od swej teściowej.

W wieku ok. 20 lat

Warszawa, 1912 rok

Kazimiera Dąbrowska, z domu Buszek

¬ ¬ ¬

Sprzedaż magli rosła bez przerwy. Opory Helenki, wobec oczywistych korzyści, jakie ich produkcja nam przynosiła, topniały w tempie proporcjonalnym do ilości wpływów. Stopnio­wo obsprawialiśmy się we wszystkie potrzebne rzeczy. Żyliśmy jednak nadal skromnie – zupeł­nie nie miałem skłonności do afiszowania się pieniędzmi – tak ze względów dydaktycznych wo­bec dzieci, jak i naszego bezpieczeństwa, jeśli idzie o fiskusa. Wiedząc, z jak wielkim trudem one przychodziły, nie miałem także zamiaru szastać nimi bez zastanowienia. Chciałem zgromadzić ich zapas, przeznaczony bądź na czarną godzinę, bądź do wykorzystania, gdyby jakaś korzyst­na okazja ewentualnie się nadarzyła.

Powstał w ten sposób problem, co zrobić z nadmiarem przybywającej ciągle gotówki. Trzymanie jej w słabnących stale złotówkach nie miało sensu tym bardziej, że za złotówki nie­wiele można było kupić – w sklepach i tak nie było wiele towaru. Sowieckim wzorem coraz więcej pojawiało się natomiast państwowych sklepów dewizowych. W założeniu miały to być sklepy, w których można by było kupić jedynie zagraniczne towary za zagraniczne pieniądze. Jednakże z biegiem czasu pojawiły się w nich także te wszystkie deficytowe towary produkcji krajowej, których w normalnych sklepach nie można było kupić za złotówki. Jeżeli więc chciało się kupić jakiś bardziej wyszukany towar, na przykład produkowany już wówczas w Polsce ko­lorowy telewizor, można go było kupić jedynie w takim sklepie, ale płacąc w dolarach.

Absurd PRL-owskiej rzeczywistości polegał na tym, że legalnie dolarów nie można było posiadać, chyba że zostały one oficjalnie przywiezione z zagranicy. Niewielu ludzi mogło się jednak tym wykazać. Ponieważ już antyczni Rzymianie stwierdzili, że natura nie lubi próżni, utwo­rzył się więc natychmiast olbrzymi czarny rynek handlu zagranicznymi dewizami. Każdy, kto miał jakieś nadwyżki pieniędzy, lokował je zaraz w dolarach. Ja też musiałem to robić, narażając siebie i innych na poważne ryzyko. Ry­zykować trzeba było jednak stale i wszędzie – samo życie wszak jest już przecież wielkim ryzykiem. Gromadziłem więc i złotówki i dolary z myślą, że przydadzą się w przyszłości na rozruch własnej firmy. Marzyło mi się bowiem ciągle, że może uda mi się w końcu przezwyciężyć urzędnicze opory i otworzyć legalną firmę produkującą magle w sposób oficjalny. Znów, za­miast twardo chodzić nogami po ziemi, wykazywałem wyjątkową naiwność – życie w PRL-u oparte było przecież na zorganizowanym przez państwo wyzysku swych obywateli. Ten, kto był bardziej rzutki i chciał zdobyć więcej niż państwo pozwalało, nie mógł tego robić legalnie – był skazany na działanie w podziemiu gospodarczym i oszustwa podatkowe.

Seria 100 sztuk magli została sprzedana w ciągu dwóch lat, a zapotrzebowanie dalej rosło. Po aparaty te przyjeżdżali nie tylko wielcy producenci pomidorów z podwarszawskiego, sandomierskiego i kieleckiego zagłębia warzywniczego, ale i pomniejsi ogrodnicy z całej Polski. Idąc za ciosem, w 1974 roku uruchomiłem produkcję serii 200 sztuk. Pieniądze dalej wpływały tak szerokim strumieniem, że można było zacząć myśleć o jakiś większym celu, na który można by je przeznaczyć.

Wpadł mi wtedy do głowy szalony pomysł, zakodowany pewnie w genach odziedziczonych po Dąbrowskich, Chmielikowskich i Staszewskich, aby spróbować kupić jakiś niszczejący dworek szlachecki i w ten sposób uratować go od zupełnej zagłady. Takich zdewastowanych rozpadających się dworków, pochodzących z upaństwowionych prywatnych majątków przejętych przez Państwowe Gospodarstwa Rolne, było w owych czasach bardzo wiele. PGR-y czasem pozbywały się ich i to za stosunkowo niskie ceny, zaczynające być w zasięgu mych możliwości. Rozpocząłem wtedy przeprowadzać rozeznanie, przeglądać ogłoszenia w prasie i przepytywać znajomych. Helenka również i tym razem nie była zachwycona mym pomysłem. Nie widziała się w roli gospodyni prowadzącej gospodarstwo wiejskie. Twierdziła może i słusznie, że ze względu na przyszłą szkołę średnią dla dzieci, trzeba trzymać się mieszkania w dużym mieście, a nie sterować w kierunku przenosin na wieś. Mimo to zaczęliśmy jeździć po całej Polsce aby oglądać obiekty do sprzedaży. Zwiedziliśmy ich chyba ze dwadzieścia. Większość była w takiej ruinie, że nie byłoby mnie stać na ich uratowanie. Część była właśnie kupiona przez podobnych do mnie zapaleńców. Moda na nabywanie dworków i ich ratowanie od zagłady właśnie rozpoczynała się w Polsce. Inne nie wchodziły w rachubę ze względu na zepsute otoczenie – wycięty park lub wybudowane potem w bliskim sąsiedztwie bloki mieszkalne, szosę czy linię kolejową. Jeszcze inne były za duże lub za drogie.

Podróże po Polsce w poszukiwaniu dworku trwały wiele, wiele lat. Uczestniczyły w nich i entuzjazmowały się nimi również i nasze dzieci. Nabraliśmy wówczas zwyczaju, że gdziekolwiek jadąc, rozglądaliśmy się po okolicy. Jeżeli gdzieś w bok od głównej szosy widać było wieś, a na jej skraju rozległą kępę wysokich drzew, wiedzieliśmy już że mógł to być albo cmentarz, albo park z dworkiem jak rodzynkiem w środku. Zjeżdżaliśmy wtedy z szosy by stwierdzić, czy jest to dworek oraz dowiedzieć się do kogo należy i czy jest do kupienia. Jeżeli nie był to cmentarz a rzeczywiście dworek, to przeważnie zastawaliśmy tam albo kompletną już ruinę, albo nowego, świeżo upieczonego właściciela, krzątającego się z obłędem w oczach osobiście, często wraz z całą rodziną przy odbudowie zabytku własnymi rękami.

Z tej olbrzymiej ilości obejrzanych dworków tylko ostatni, we wsi Grzebowilk koło Mińska Mazowieckiego, spełniał wszystkie moje wymarzone kryteria. Był on w moich oczach idealnym przykładem typowej siedziby ziemiańskiej. Widziałem się już w myślach jak z podobnym samozaparciem jak inni poświęcam każdą wolną chwilę i każde zarobione pieniądze dla przywrócenia dworkowi jego poprzedniej świetności. Ku memu wielkiemu żalowi transakcja nie doszła niestety do skutku. Właścicielka wycofała się z niej.

Z czasem na skutek dużego popytu ceny dworków wzrosły tak znacznie, że tego rodzaju zakup przestał już być w zasięgu mych możliwości finansowych. Pociechę i wielką satysfakcję stanowi dla mnie obecnie fakt że mój syn Andrzej przejął po mnie, i to z pełnym sukcesem, tę szlachetną pasję.

¬ ¬ ¬

Stosunki mojej córki Ani, odznaczającej się już wówczas wyjątkowo niezależną i pełną fantazji naturą, z jej dosyć przyziemną lecz wpływową w szkole wychowawczynią klasową stały się w tym czasie bardzo napięte. Ania miała trudny do zaakceptowania przez przeciętnych pedagogów zwyczaj uczenia się tylko tych przedmiotów, które tolerowała. Na lekcjach z pozostałych przedmiotów była obecna tylko ciałem. Duch jej przebywał wtedy z bohaterami książek, czyta­nych sobie cicho i niewzruszenie pod pulpitem. Doszło do tego, że groziło jej usunięcie z liceum. Znałem tę sytuację z własnego doświadczenia, choć w moim przypadku powodem groźby usunięcia ze szkoły był nadmiar aktywności na lekcjach, a nie jej brak.

Helenka uruchomiła swe klasztorne znajomości, w wyniku czego pojechaliśmy do Pobiedzisk pod Poznaniem, gdzie sio­stry z zakonu Sacré Coeur prowadziły dla dziewcząt szkołę z internatem. Siostry miały komplet uczennic, lecz Helence udało się ubłagać przełożoną, aby zechciała przyjąć jeszcze jedno, tak obiecujące, a niedocenione na Śląsku dziewczę. Od nowego roku szkolnego 1974/75 Ania została więc przeniesiona do tej dosyć odległej od Gliwic miejscowości. Znalazła tam podobną atmosfe­rę, jaką już znała z nowosądeckiego internatu sióstr Niepokalanek. Ze względu na odległość, na­sze odwiedziny w Pobiedziskach nie mogły być już tak częste, jak byśmy chcieli.

W czasie wakacji 1975 roku Helenka zorganizowała obiecany od dawna dzieciom spływ kajakowy na Mazurach. Z myślą o nawiązaniu ewentualnej wymiany językowej z francuskimi rodzinami, zaprosiliśmy na wakacje do Polski córkę Maryńci, Karolinkę Rey i jej koleżankę Simone de Montalembert. Dla towarzystwa pannom zaproszeni zostali także koledzy naszych có­rek – Rolf Stanek oraz Janusz Moszyński. Organizacja tej wyprawy wymagała wielu przygotowań, toteż Helenka wyjechała z Kasią i Andrzejem już kilka dni wcześniej do Augustowa, gdzie dzięki poleceniu do znajomego Burka Gromnickiego, znanego miejscowego lekarza doktora Mateuszuka, miała od ręki załatwić wypożyczenie kajaków, namiotów i rezer­wację miejsc w wodnych stanicach. Ja miałem dowieźć tam Karolinkę i Simone, które w między­czasie powinny były dojechać z Francji do Gliwic, oraz Anię. Obaj chłopcy mieli doszlusować do Augustowa we własnym zakresie pociągiem i cały komplet uczestników miał się tam spotkać w oznaczonym dniu na przystani kajakowej.

Wszystko odbyło się zgodnie z ustalonym planem i po kilku dniach w sobotnie popołu­dnie wiozłem trzy młode dziewczęta z Gliwic przez Warszawę na Mazury nowo wybudowaną warszawską szosą szybkiego ruchu. Jechało nam się doskonale, bo ruch był jak zwykle niewiel­ki, a szosa gładka jak stół i aż po horyzont prawie pusta. Karolinka i Simone, które były w Pol­sce po raz pierwszy, rozglądały się ciekawie dookoła, podziwiały polskie sielskie krajobrazy za oknami samochodu i szczebiotały z Anią mimo niejakich kłopotów językowych. W pewnej chwili usłyszałem jak Karolinka Rey wskazując na drogę przed nami powiedziała do swej przy­jaciółki: regarde bien, c’est le samedi après-midi. Była to uwaga, która dla człowieka nie znającego Francji i nie mieszkającego tam nigdy, znaczyłaby tylko to, co zostało powiedziane, czyli: popatrz, jest sobota po południu. Ja jednak znałem Francję i stosunki tam panujące. Zrozumiałem dobrze, co Karolinka miała na myśli mówiąc: popatrz, jest sobota po południu, a w domyśle: a tu szosa jest właściwie pusta! Rzeczywiście, sieć dróg w Polsce w tym czasie była już nienajgorsza, ale ze względu na małą ilość samochodów prywatnych, wyprzedzała wówczas znacznie możliwość jej nasycenia ruchem samochodowym. We Francji w sobotę o tej porze, po szosach i autostradach wychodzących gwiaździście ze stolicy na zewnątrz, płynęła nieprzerwana, niewyobrażalna dla ówczesnego Polaka, wielopasmowa rzeka samochodów wy­wożących zmęczonych życiem w dusznym miejskim molochu Paryżan na upragniony weekend do ich maison secondaire na prowincji.

Dwutygodniowy spływ kajakowy udał się wyjątkowo i pozostał w naszej pamięci jako wielki organizacyjny sukces Helenki. Wspomnienia z rannych grzybobrań w prawie dziewiczych jeszcze wówczas mazurskich lasach, puszczańskich biwaków gdzie Helenka dawała popisy swych kulinarnych improwizacji, wieczornych ognisk nad brzegiem wody pod rozgwieżdżonym niebem oraz mrożące krew w żyłach, mogące skończyć się tragicznie perypetie na rozszalałych burzą wodach jeziora Wigry stały się przez szereg następnych lat przedmiotem wielu opowieści w rodzinach uczestników tej wycieczki. Młodzi wrócili do swych domów ogorzali, zmężniali, w doskonałej kondycji, zachwyceni Mazurami i Helenką.

Uczestnicy spływu na Mazurach

Rząd górny: Simone de Montalembert, Ania Mauberg, Janusz Moszyński,

Rolf Stanek, Karolinka Rey.

Rząd dolny: Helena Mauberg, Kasia Mauberg, Andrzej Mauberg.

¬ ¬ ¬

Budowa kombinatu w Policach weszła w nową fazę. Po wybudowaniu części zaprojek­towanej w kraju, przyszła kolej na budowę instalacji licencyjnych. Zaczęliśmy wówczas finalizować rozmowy z zagranicznymi firmami na temat zakupu licencji na produkcję na­wozów kompleksowych, o potrzebnym rolnictwu specjalnym składzie. Zaczęły się służbowe wyjazdy zagra­niczne mające na celu zwiedzanie istniejących już i pracujących podobnych kombinatów che­micznych na Zachodzie.

Jedną z firm, z którą prowadziliśmy rozmowy na temat zakupu licencji, było duże francu­skie konsorcjum Creusot Loire Entreprises, w skrócie zwane CLE. Na zaproszenie tej firmy wyjechałem jesienią 1975 roku w składzie delegacji polskich ekspertów do Hiszpanii, aby tam w Barcelonie, Sewilli i Madrycie obejrzeć jak pracują takie fabryki nawozów, których licencję chcieliśmy kupić dla kombinatu w Policach. W skład delegacji wchodzili wyżsi pracownicy Mi­nisterstwa i Zjednoczenia, dyrektor techniczny Zakładów w Policach Jerzy N., a szefem całej delegacji był dyrektor techniczny naszego biura projektów, Adam Minc. Pan Jerzy N. był mło­dym jeszcze człowiekiem, a swe bardzo odpowiedzialne stanowisko dyrektora Kombinatu za­wdzięczał doskonałemu pochodzeniu robotniczo-chłopskiemu, przynależności do PZPR oraz wyższym studiom inżynierskim na jakie partyjnymi kanałami został skierowany do Instytutu Technologicznego w Moskwie.

Oprócz części oficjalnej polegającej na zwiedzaniu fabryk nawozów sztucz­nych, hiszpańscy gospodarze wraz z Creusot-Loire zorganizowali bogaty pro­gram turystyczny. Wozili nas mi­krobusem w różne ciekawe turystycznie miejsca. Robiliśmy długie wypady. Byli­śmy w Grenadzie i oglądaliśmy pełni po­dziwu zespół Alhambry ze słynnym, jakby utkanym z koronki dziedzińcem Mirtów oraz Alcazar, czyli zamek. W Toledo zwie­dzaliśmy katedrę i dziesiątki innych ko­ściołów a także muzeum El Greca. W Se­willi spędziliśmy weekend. Zwiedziliśmy imponującą katedrę La Giralda, a wieczo­rem w tawernie jedliśmy frutti di mare, słuchając ognistego flamenca.

Barcelona

kościół Św. Rodziny

W czasie jazdy samochodem gospodarze, jak to południowcy, weselili się i śpiewali. Kiedy już pękły pierwsze lody i nawiązała się komitywa, Hiszpanie poprosili, abyśmy my też za­śpiewali jakieś polskie piosenki. Zaczęliśmy więc śpiewać nasze. Po wyczerpaniu repertuaru aktualnych popularnych przebojów radiowych sięgnęliśmy do pokładów starych pieśni harcer­skich, a potem do przedwojennych wojskowych i legionowych. Ze zdziwieniem zauważyłem, że wszyscy wysocy przedstawiciele Ministerstwa i Zjednoczenia a także i młody mocno partyjny dyrektor Polic doskonale znali zarówno melodie jak i słowa tych wszystkich legionowych przedwojennych, pomijanych milczeniem przez oficjalną cenzurę kapitalistyczno-burżuazyjnych pieśni, mających zostać wymazane z narodowej pamięci. Bez najmniejszych oporów, a raczej z wyraźną nawet przyjemnością wyśpiewywali je na całe gardło.

W Madrycie życzliwi gospodarze zaprosili nas na walkę byków odbywającą się na spe­cjalnym stadionie Corrida de los Torros. Chcieli podzielić się z nami tym, co mieli najlepszego. Cały spektakl trwał przeszło dwie godziny. Dokładnie co dwadzieścia minut wjeż­dżał na stadion ciągnik i liną zaczepioną o tylne nogi ściągał z zalanej krwią areny nieżywe zwierzę, bezlitośnie zakłute przez dumnego torreadora wspomaganego przez dzielnych piccadores i banderilleros. W odróżnieniu od szalejących z zachwytu i zemocjonowanych do ostateczności Iberyjczyków, nam, Słowianom, na ten widok publicznego uśmiercania zaczęło robić się dziwnie i słabo. Każde efektowne pchnięcie szpadą i każdy unik torreadora przed ata­kiem oszalałego z bólu, przerażenia i zalanego krwią byka publiczność kwitowała oklaskami i fanatycznym zbiorowym przeciągłym okrzykiem ooollééé. Po pierwszej godzinie i trzecim zaszlachtowanym byku byliśmy bladzi, bliscy wymiotów i całkowicie po stronie tych nieszczę­snych zwierząt. W tym barbarzyńskim spektaklu byki pozbawione były najmniejszych szans, a z ich nieuniknionej śmierci publiczność robiła sobie podniecające widowisko.

Madryt – arena corridy

Po przerwie emocje sięgnęły zenitu. Pojawił się jakiś nowy, sławny podobno torreador. Pierwszy byk był wyjątkowo okazały, duży i groźny. Przez megafony ogłoszono, że ważył 460 kilogramów. Torreador kilka razy musiał chronić się przed jego rogami za specjalną drewnianą ścianę, a raz został nawet przez niego lekko potrącony. Publiczność zamarła z przerażenia, a my patrzeli­śmy z nadzieją, że może w końcu bykowi uda się zniechęcić swego prześladowcę. Po kolejnej po­spiesznej rejteradzie torreadora za osłonę, publiczność wstała z miejsc i zwróciła się z jakimś wyraźnym żądaniem w kierunku centralnie położonej loży w której zasiadał mistrz ceremonii. Odczytaliśmy to jako zbiorową prośbę o ułaskawienie tego odważnego zwierzęcia i darowanie mu życia za tak dzielną postawę. Naiwność nasza była jednak bezgraniczna. Widownia prosiła w ten sposób o przyznanie torreadorowi specjalnego trofeum za to, iż wykazał błyskawiczny refleks i przed ucieczką zdążył jeszcze zadać bykowi cios szpadą w zadek. Chodziło jakoby o to, aby mistrz ceremonii udzielił pozwolenia na wręczenie torreadorowi specjalnej nagrody od publiczności – stanowić ją miało ucho, obcięte na koniec martwemu bykowi. Nikt nie miał przecież najmniejszych wątpliwości, jaki będzie jego koniec. W słonecznej Hiszpanii, niedawno przyjętej do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, powiało na nas nagle mrocznym średniowieczem.

Nie wytrzymałem już tych jatek i wraz ze znajomym architektem Jerzym Krajewskim z warszawskiego Biura Projektów PROCHEM wyszliśmy zbrzydzeni okrucieństwem tego przera­żającego widowiska, nie czekając na egzekucję trzech pozostałych byków. Nazajutrz zauważy­łem, że stosunek członków naszej delegacji do Hiszpanów jakby nieco ochłódł.

Indagowani na temat tej masakry gospodarze bagatelizowali sprawę twierdząc, że corrida odzwierciedla walkę Dobra, uosabianego przez torreadora i jego efektowne taneczne ruchy, ze Złem symbolizowanym przez rozjuszonego byka. Nie zauważali jednakże, że na arenie byk nie ma żadnych szans i „dobry” torreador zawsze zwycięża, podczas gdy w życiu nie zawsze tak bywa. Nie zauważali także, że byki na początku spektaklu wcale nie były rozjuszone. To dopiero torreador wraz z pomocnikami, dopingowani przez publiczność zbiorowym okrzykiem olé, prowokowali zwierzę do wściekło­ści i obrony przez atak.

Zupełnie na marginesie zauważyłem przy tej okazji, że hiszpański okrzyk olé, wyraża­jący zadowolenie, radość i satysfakcję, musiał chyba dać początek francuskiemu słowu desolé. Słowo to w dosłownym tłumaczeniu oznacza nie [jestem] olé  i wyraża uczucia zupełnie prze­ciwne niż olé – czyli smutek, żal lub przykrość.

W Barcelonie, gdzie zwiedzaliśmy fabrykę nawozów sztucznych, niewiele brakowało, aby nasza delegacja skompromitowała się doszczętnie. Byliśmy sami w olbrzymim gabinecie dyrektora fabryki i czekaliśmy na jego przyjście. Przeglądając tomy stojące rzędem w bibliotece, dyrektor Zakładów w Policach odkrył tam opasły tom Bilansu Firmy za ubiegły rok. Kierowany zapewne odruchem warunkowym wpojonym mu na odpowiednim kursie jego moskiewskich studiów, wyjął go niepostrzeżenie z szafy i schował do swej teczki. Następnie z dumą zawiadomił o swym wyczynie kierownika naszej delegacji, Adama Minca. Ten o mało nie dostał ataku serca.

— Odstaw to natychmiast na miejsce – powiedział Adam osłupiały ze zdumienia i poruszony do głębi.

— Ależ to jest przecież wspaniała zdobycz, przyda się nam przy opracowaniu analizy ekono­micznej produkcji nawozów w Policach – zdziwił się pan N. Spodziewał się pochwały za swój refleks i zupełnie nie rozumiał tej reakcji potępienia i oburzenia.

— Powtarzam, odłóż to natychmiast na miejsce. Od tego rodzaju roboty, którą ty się zająłeś, są zupełnie inni ludzie i inne, profesjonalne służby – Adam Minc użył jedynego argumentu, któ­ry do tego rodzaju człowieka mógł skutecznie trafić. My pracujemy w innym resorcie. Jeste­śmy oficjalną delegacją ministerialną. Nie jesteśmy tu po to by wykradać dokumenty, lecz by nawiązać przyjazne kontakty i w żadnym wypadku nie kompromitować naszego kraju wo­bec życzliwych nam Hiszpanów.

W tym momencie do gabinetu wszedł uśmiechnięty gospodarz, dyrektor fabryki w Bar­celonie, by nas przywitać u siebie i zaprosić na obiad. Kierownik naszej delegacji wykazał się błyskawicznym refleksem i zmysłem organizacyjnym – polecił kilku z nas zrobić sztuczny tłok wokół szafy by osłonić pana N. przy odkładaniu Bilansu na miejsce. Sam zajął Hiszpana roz­mową by w ten sposób odwrócić jego uwagę w innym kierunku. Ta dosyć nerwowa akcja po­wiodła się i gruba księga wróciła ku naszej uldze na swe miejsce na półce.

Po obiedzie i powrocie do hotelu kierownik naszej delegacji zwołał w swym pokoju od­prawę całej naszej grupy. Tłumaczyliśmy tam długo i cierpliwie nic nie rozumiejącemu panu N. niestosowność jego zachowania. Wcale nie jestem pewien, czy przekonaliśmy go choć w części. Sowiecka filozofia, którą włożono mu w Moskwie do głowy, zobowiązywała przecież każdego wychowanka imperium do stosowania wszelkich sposobów i bezwarunkowego wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji w celu zdobycia przewagi dla swego wspaniałego robotniczo-chłopskiego kraju nad podłym, niezasługującym na żadną litość bogatym, kapitalistycznym krwiopijcą.

Zacząłem zastanawiać się wówczas głębiej nad sowiecką mentalnością i duchem tego na­rodu. Zacząłem porównywać Rosjan z innymi, na przykład Niemcami. Jakie są różnice w ce­chach narodowych pomiędzy tymi naszymi dwoma wielkimi sąsiadami? W warunkach wojny są oni w gruncie rzeczy obaj takimi samymi zbójcami, rabusiami i bezwzględnymi mordercami. Jed­nakże wydaje się że Niemcy, będąc narodem od wieków poddanym rygorom wiary i praworządności, akty nieetyczne wykonują, poza sadystycznymi i zboczonymi wyjątkami, raczej z oporami, będąc pod wpływem jakiejś zbrodniczej, np. faszystowskiej ideologii i na wyraźny rozkaz. Rosjanie nie potrzebują natomiast specjalnego rozkazu do przełamania swych oporów moralnych. Ak­tualnie są ich chyba po prostu zupełnie pozbawieni. Od prawie trzech pokoleń wychowywani byli w społe­czeństwie bolszewickim, programowo ateistycznym, systemowo laickim i pozbawionym wszelkiej praworządności. Wcześniej, jeszcze przed rewolucją bolszewicką, mieli w swej historii wiele pokoleń żyjących w carskim autoryta­ryzmie i byli od wieków zmuszeni w celu przeżycia, do oszukiwania władzy, ciemiężącej ich nad miarę i bez skrupułów. Ostatnie pokolenia, te które żyły w komunizmie, były dodatkowo zmuszone współżyć z monstrualnym ustrojowym i wszechobecnym zakłamaniem totalitaryzmu i same nauczyć się go stosować. Dodatkowo, musiały także nauczyć się egzystencji w porażającym chaosie sowieckiej gospodarki państwowej oraz w niestabilnych warunkach stale zmieniających się dyrektyw i układów politycznych. Żadnej więc stabilności, żadnego pewnika, żadnego oparcia moralnego i żadnej uczciwej instancji, do której można by się w ostateczności odwołać. W swej masie stały się w nieunikniony sposób także cyniczne i amoralne, czego wyrazem stała się między innymi przysłowiowa dla sowieckiego człowieka ucieczka w alkohol. Pokolenia te zostały okale­czone przez pozbawienie hamulców moralnych. Bez większych oporów psychicznych ulegają pokusie czynienia zła, sami będąc od tak dawna poddani jego destrukcyjnemu działaniu. W ten sposób zapewne odreagowują na innych to, co wcześniej spotkało ich samych.

Niemcy są narodem pracowitym, praworządnym, posiadającym głęboko zakorzenioną wewnętrzną potrzebę zorganizowanego życia, łaknącym otrzymywać i sumiennie wykonywać rozkazy. Są posłuszni, uwielbiają pić piwo i chodzić czwórkami w kolumnach w takt muzyki marszowej. Te ich właściwości należy wykorzystać w pozytywnym celu. Dlatego też, aby zabezpieczyć się przed niemieckimi ciągotami hegemonistycznymi i uczynić z nich naród współżyjący z innymi w pokoju, wystarczy stworzyć im ku temu właściwe warunki – zadbać o to, aby na ich czele stanęli pozytywni przywódcy, posiadający konstruktywny program gospodarczy i wyznający pokojowe idee. Wtedy, wykonując ochoczo ich polecenia, pójdą czwórkami nie na podbój innych narodów, lecz do pracy, a potem spokojnie do piwiarni.

Zabezpieczyć się przed imperialnymi ciągotami Rosjan jest nieporównanie trudniej. Rosyjski naród, od pokoleń gwałcony fizycznie i psychicznie przez carskie samodzierżawie a potem przez bolszewicki terror, jest przyzwyczajony do bytu w buncie, wewnętrznym sprzeciwie wobec władzy i w anarchii. Jest z tego rodzaju sytuacją tak oswojony, że uznaje ją za normę. Sowiecka władza nauczyła go dodatkowo donosicielstwa i nieufności wobec bliźnich. Rosjanie są skrzywieni psychicznie przez prawie cztery pokolenia wychowania w bolszewickiej propagandzie i w niewiarygodnie monstrualnym, wszechobecnym zakłamaniu. Zaczynało się ono już w szkole, wraz z nauką pieśni o przepięknej melodii  i wyjątkowo szyderczo obłudnych, cynicznie kłamliwych słowach refrenu: Sziroka strana maja rodnaja. / Mnogo w niej liesow, poliej i riek. / Ja drugoj takoj strany nie znaju / Gdie tak wolno dyszyt czełowiek   Człowiek ukształtowany w taki sposób nie potrafiłby już chyba żyć w zorganizowanym demokratycznie społeczeństwie. W takim, w którym każda jednostka, będąc autonomiczna, jest otwarta na innych, a równocześnie część swej osobistej wolności dobrowolnie ogranicza na rzecz ogółu. Przymusowa kolektywizacja wywołała u nich ponadto odruchową niechęć do wszelkich form wspólnego, zorganizowanego życia. Z tego powodu są wielkimi indywidualistami. Kierowanie tak olbrzymią ilością tak anarchistycznie nastawionych indywidualności, dla których kłamstwo, chaos, pijaństwo, bunt, nieszczerość i nieufność stanowią naturalny żywioł, jest wręcz zupełnie niemożliwe. Co gorsza, wpojona im już w okresie caratu, a pogłębiona w ciągu przeszło 70-ciu lat trwania sowieckiego systemu filozofia usprawiedliwiająca wszelkie kłamstwa i oszustwa dokonane w imię dobra swego kraju wobec podłego, krwiopijczego i bogatego kapitalistycznego Zachodu pozostała w spuściźnie i rozgrzesza, także i obecnie, z każdej nieuczciwości czy nikczemności popełnionej wobec obcokrajowca czy wobec krajów Zachodu jako całości.

Tego rodzaju mentalnością przesiąknięci są siłą rzeczy również i rosyjscy menedżerowie gospodarki oraz członkowie elity władzy politycznej. Nie tylko bolszewiccy, ale i postsowieccy. Przykłady na brak rosyjskiej wiarygodności, na obłudę i na rosyjską przewrotność istniały i istnieją obecnie nadal. Obserwujemy kolejne etapy tej hipokryzji: cyniczne złamanie przez Rosję jej traktatowych gwarancji niepodległości dla Ukrainy, obłudna aneksja Krymu, judzenie i militarne wspieranie separatystów w Donbasie i Doniecku, czynna militarna destabilizacja niepodległego sąsiada i łamanie każdej obietnicy na oczach świata są tego najlepszymi przykładami. Dyplomacja rosyjska na forum ONZ twierdzi obłudnie, podobnie jak robiła to w 1939 roku po napaści na Polskę, że chodzi tu jedynie o obronę ludności rosyjskiej. Przed kim? Tego nie wiadomo. Nie ma powodu przypuszczać, że tego rodzaju zorganizowane działania nie zaistnieją także i w przyszłości. To jest przyczyna, dla której mam powody twierdzić że Rosja, zarówno carska, potem bolszewicka a także i ta obecna pseudodemokratyczna z początku XXI-go wieku, jest w istocie rzeczy obłudną i zakłamaną formą imperializmu. Stanowiła i stanowić będzie nadal wielkie zagrożenie dla reszty wolnego świata. Rosyjska mafia, funkcjonująca obecnie bez ograniczeń w całym wolnym świecie, działająca brutalnie i bez hamulców, jest tego jednym z wielu dowodów. Wystarczy jakakolwiek iskra, aby te nieprzebrane, pozbawione wszelkich hamulców rzesze runęły na Zachód, mając w przebogatym zapleczu prawie niewyczerpane źródła zaopatrzenia materiałowego, a przede wszystkim ludzkiego. Rosyjskie zagrożenie wynika nie tylko z powodów militarnych, ale także i z głębokiej amoralności i cynizmu, w jakie to chore społeczeństwo zostało wpędzone oraz z absolutnego zobojętnienia na zło i jego fatalistyczną akceptację, w której musiało się zaskorupić.

Wydaje się, że Rosjanie ponoszą wciąż jeszcze psychiczne skutki wielowiekowego zatrzymania procesu naturalnego rozwoju swej państwowości. Aby to w pełni zrozumieć, trzeba odwołać się do zawiłej historii tamtego regionu.

Rozdrobnione Księstwa Ruskie, które na prawie trzysta lat dostały się pod panowanie mongolskiej Złotej Ordy (pierwsza połowa XIII w. – początek XVI w.), stały się siłą faktu w tym okresie peryferiami, nie uczestniczącymi w dziejach rozwoju Europy. Rozwój Rusi został zahamowany, a ona sama osłabiona. W tym czasie zachodni sąsiedzi wychodzili ze stadium rozdrobnienia dzielnicowego i formowali silne i scentralizowane państwa. Dopiero od czasu, gdy w 1502 r. Złota Orda upadła ostatecznie pobita przez krymskich Tatarów, Wielkie Księstwo Moskiewskie mogło zacząć odgrywać rolę centralnego państwa narodowego. Stało się tak za sprawą Iwana IV (Groźnego), który dzięki niezwykle agresywnej polityce wobec sąsiadów i energicznym podbojom powiększył swe terytorium, dzięki czemu w 1547 r. ogłosił się pierwszym carem Rusi. Iwan IV zasłynął ze swego okrucieństwa, a represyjną polityką wewnętrzną doprowadził do politycznego i gospodarczego kryzysu państwa. Po jego śmierci nastąpił ponowny okres kryzysu i dalszej stagnacji carstwa Ruskiego w latach 1598-1613, wywołany uzurpacją do tronu carskiego, połączoną z interwencją wojsk szwedzkich oraz polskich oddziałów wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszecha, zwany okresem Wielkiej Smuty. Z zastoju politycznego i psychicznego Rosjanie wydobyli się dopiero dzięki wyjątkowo autorytarnym rządom i kolejnym podbojom terytorialnym Piotra Wielkiego i Katarzyny II. W stosunku do krajów Zachodu stracili jednak cztery wieki prawidłowego rozwoju i przypuszczalnie wszelką szansę na wykształcenie demokratycznych odruchów w swym narodzie.

Samodzierżawie kilku wieków autokratycznych rządów Romanowów, rozciągające się na gigantycznym terytorium ujarzmionym przez Rosję wywołały i utwierdziły w narodzie rosyjskim swoistą megalomanię. W głębi duszy uważają się oni za swego rodzaju naród wybrany, którego posłannictwem jest podbijać cudze ziemie i narzucać dookoła swoją własną wizję świata i stosunków wewnętrznych. Dlatego popierali, popierają i z pewnością nadal będą popierali bez zastrzeżeń wszelkie hegemonistyczne poczynania swych przywódców, gdyż są one w gruncie rzeczy odreagowaniem poniesionych w przeszłości klęsk i realizacją ich obecnych, skrytych marzeń o Wielkiej Matce-Rosji. Legendarne czterdzieści lat, czyli dwa pokolenia konieczne dla zmiany mental­ności narodu, będą w przypadku Rosjan okresem stanowczo niewystarczającym. Jeśli zaś chodzi o koszty uruchomienia w Rosji mechanizmów demokracji, to są one tak niebotyczne, że przekraczają możliwości finansowe całego chyba świata. Ponieważ jest równocześnie bardzo wątpliwe, aby naród rosyjski mógł sam wypracować potrzebne na to środki, demokratyzacja ro­syjskiego imperium jest według mnie nadzwyczaj mało prawdopodobna.

Przekonać Rosjan do demokratycznych zachowań to jak zmusić niedźwiedzia do szacunku wobec pszczelich barci w lesie. Będą na wszelkie możliwe sposoby korzystać z demokracji panującej w innych wolnych krajach i ułatwień które ona im tam oferuje, będą ją bez wahania oszukiwać, ale u siebie w kraju nie będą w stanie tej demokracji zaprowadzić, ani nie będą na nią mieli specjalnej ochoty.

Tragedią narodu rosyjskiego jest także, że Historia nie umożliwiła mu, aby wypracował w sobie potrzebę osobistej wolności jednostki. Te pojęcie jest mu całkowicie obce. Nie czuje tego rodzaju abstrakcji. Odczuwa natomiast, paradoksalnie, nieistniejące zagrożenie zbiorowe z Zachodu, ze strony wolnego świata. W ten sposób te miliony skompleksowanych, zdezinformowanych ludzi, stanowią z kolei śmiertelne zagrożenie dla wszystkich pozostałych wolnych narodów. Tak okaleczone społeczeństwo dało sobie później już bardzo łatwo wmówić absurdalny kompleks domniemanej twierdzy zagrożonej, otoczonej z zewnątrz przez prawie cały, wrogi mu świat kapitalistyczny i antyprawosławny.

Na domiar nieszczęścia naród rosyjski nie dał sobie szansy i nie stworzył warunków, które w tym anachronicznie od wieków myślącym i autorytarnie rządzonym społeczeństwie mogłyby uruchomić zalążki procesów demokratycznych. Stało się to w momencie, gdy prawosławie uzyskało tam status religii panującej, a batiuszka car stał się głową hierarchii cerkiewnej. W ten prosty sposób cała olbrzymia rzesza popów stała się automatycznie urzędnikami administracji cywilnej, podległymi głowie państwa, od niej zależnymi i realizującymi jej interesy. Naród rosyjski pozbawiony został szansy posiadania drugiej hierarchii, niezależnej od administracji państwowej, struktury, która w krytycznych momentach historii mogłaby spełniać rolę opozycji, obrońcy społeczeństwa przed ciągotami władzy świeckiej do absolutyzmu, czy wręcz organizatora jego oporu.

Kolejną próżnię w historii rozwoju społeczeństwa rosyjskiego wywołała całkowita nieobecność etosu rycerskiego w duchowości prawosławnej. Brak tu tego długiego okresu panowania zasad polityczno-socjalnych, które umożliwiły narodom Zachodu na wykształtowanie równoprawnych kryteriów honoru i wierności w obu kierunkach – pomiędzy wasalem a seniorem, ale także i seniorem a wasalem. Stąd w samodzierżawiu prawosławie uznaje, że władcy wolno wszystko, a poddanemu – nic. W takich warunkach szlachetny etos rycerski nie mógł powstać.

Rosję w roku 1839, za panowania cara Mikołaja I, opisał wnikliwie markiz Astolphe de Custine  w swej książce Listy z Rosji, wydanej we Francji w roku 1843. Miała ona wówczas oszałamiające powodzenie w całej Europie, gdyż odkrywała nieznane dotychczas stosunki panujące w Rosji carów. Jej lektura pozwala stwierdzić, że stosunki społeczne i psychika tego narodu w obecnej Rosji XXI wieku nie różnią się wiele od tych, opisanych przez de Custine’a.

¬ ¬ ¬

W jesieni 1975 roku sprzedaż wyprodukowanej przed rokiem serii 200 sztuk magli zbliżała się ku końcowi. Była to już obecnie dobrze zorganizowana produkcja seryjna, w którą zaangażowani byli liczni podwykonawcy elementów składowych. Ostatecznego montażu całości dokonywała wspaniała złota rączka, pan Kajzerek. Zajmowałem się już tylko zaopatrzeniem oraz zbytem, a w tym ostatnim coraz bardziej czynny udział brała Helenka,  która miała dosko­nały kontakt z badylarzami. Ponieważ zapotrzebowanie na magle nie słabło, postanowiłem uruchomić produkcję następnej ambitnej serii, tym razem 400 sztuk. Helenka, dysponująca naj­bardziej aktualnymi informacjami pochodzącymi z jej bezpośrednich rozmów z producentami pomidorów twierdziła jednak, że wraz z pojawieniem się nowego systemu uprawy warzyw pod folią, zapotrzebowanie na moje aparaty będzie malało i że w związku z tym należy zmniejszyć wielkość planowanej serii produkcji. Mnie wydawało się to mało prawdopodobne, uruchomiłem więc przygotowania dla wyprodukowania całej zamierzonej ilości. Moje rachuby opierałem na tym, że ubożejące społeczeństwo polskie coraz bardziej potrzebować będzie tanich warzyw, a takie właśnie można uzyskać dzięki masowemu zastosowaniu magli.

Sytuacja ekonomiczna w Polsce stawała się bowiem coraz gorsza, mimo pożyczek zagra­nicznych i wielkich budów socjalizmu. Jedna trzecia polskiego społeczeństwa żyła w tym cza­sie poniżej minimum socjalnego. Przeciągające się inwestycje, nieraz z powodu braku podstawo­wych, krajowych materiałów budowlanych, zamiast oczekiwanych zysków, ciągle przynosiły straty. Zagraniczne pożyczki w znacznej mierze były zużywane na konserwację anachronicznej struktury polskiej gospodarki oraz na bezpośrednią konsumpcję, czyli sztuczne podniesienie sto­py życiowej ludności. Skutki nie dały długo na siebie czekać: w czerwcu 1976 roku rząd zmu­szony był ogłosić dosyć znaczne podwyżki cen żywności co spowodowało, że już następnego dnia zastrajkowali robotnicy w Radomiu, Ursusie i Płocku. W ślad za tymi pierwszymi, fala strajków ogarnęła całą resztę kraju. Chociaż rozruchy zostały krwawo stłumione, to jednak władze musiały się wycofać z zamierzonych podwyżek, podobnie jak to miało miejsce w grudniu 1970 roku. Duża ilość ro­botników została aresztowana i w więzieniach oczekiwała na procesy za wichrzycielstwo, a jeszcze większa ich liczba została zwolniona z pracy i pozostawała bez środków do życia. W ich obronie podniosły się głosy licznych intelektualistów, co we wrześniu doprowadziło do powoła­nia do życia KOR-u – Komitetu Obrony Robotników. Jego zadaniem było nagłośnienie represji wobec uczestników czerwcowego protestu, zapewnienie im obrony prawnej w czasie procesów sądo­wych oraz materialna pomoc dla ich rodzin.

Fiasko czerwcowej podwyżki cen spowodowało rozchwianie rynku wewnętrznego i ma­sowy wykup towarów. W sierpniu władze wprowadziły racjonowanie cukru, który odtąd był już tylko na kartki. Oznaczało to zupełnie wyraźne załamanie się gierkowskiego programu przyspie­szonego rozwoju gospodarczego.

Letnie wakacje w 1976 roku spędziliśmy całą rodziną na Warmii w miejscowości Mojdy, w wynajętym letnim domku nad brzegiem jeziora Wulpińskiego. Adres tego urokliwe­go letniska zdobyła Helenka poprzez Marka Donimirskiego, syna znajomych BeZetów, usiłującego z mizernym skutkiem prowadzić w Mojdach gospodarstwo rolne na pozostawionej im resztówce. Od czasu tych właśnie wakacji wzięło swój początek zauroczenie Helenki, a także i Ani krajobra­zem tej ziemi, opisanym jeszcze przed wojną 1939-go roku przez Melchiora Wańkowicza w peł­nej wdzięku powieści „Na tropach Smętka”.

 

Powrót do początku strony