Strona główna > Spis Treści > Rozdział III

Wacław Mauberg

 

SAGA  ZWYKŁEJ  RODZINY

 

WSPOMNIENIA

nie  zawsze  sielskie  i  apolityczne

 

 

Gopar grafika

 

Nagłówek 01

 

 

Rozdział III

 

GLIWICE

 

O

d nowego 1946 roku zostałem zapisany do I-go Państwowego Gimnazjum Męskiego w Gliwicach, do klasy drugiej „B”. Do klasy tej chodzili prawie wyłącznie synowie przesiedleń­ców ze Wschodu, było może dwóch Ślązaków, ja byłem chyba jedynym przybyszem z Zagłębia. Prym w klasie wiedli oczywiście lwowiacy, tak ze względu na liczebną przewagę, jak i nieokiełznaną energię. Trzymali się razem, mieli swoją gwarę i byli w przeważającej ilości niemiłosiernymi rozrabiakami, rozzuchwalonymi dodatkowo swymi bogatymi doświadczeniami wojennymi z dwóch okupacji – sowieckiej i niemieckiej. Aby nie zostać zepchnięty na daleki klasowy margi­nes, musiałem się szybko zasymilować, to znaczy nauczyć lwowskiego akcentu oraz lwowskiego bałaku i zacząć rozrabiać podobnie jak oni. Nie miałem zresztą większych trudności ani w jednym ani w drugim i pod koniec roku szkolnego nie różniłem się od nich wiele. Zapisałem się też do harcerstwa, miałem piękny mundu­rek i dwukolorową chustę, chodziłem na zbiórki, zdobywałem sprawności i poznałem wielu nowych kolegów.

Gliwice nie były miastem tak zniszczonym jak Wrocław, ale było tu jednak sporo ruin oraz zburzonych i wypalonych budynków. Nie było to wynikiem działań wojennych, lecz rozpasania pijanych żołnierzy sowieckich. Zniszczony był cały zabytkowy rynek Starego Miasta łącz­nie z ratuszem. Nasze zabawy w tym czasie polegały na penetrowaniu ruin, opuszczonych bu­dynków i mieszkań w poszukiwaniu różnych ciekawych przedmiotów, przegapionych przez po­przedników. Na początku chodziło głównie o rowery i części do nich, bo posiadanie roweru było marzeniem każdego z nas, a poza tym były one artykułem sprzedażnym, poszukiwanym przez ro­syjskich żołnierzy. Od czasu jednak, gdy któryś ze starszych chłopców znalazł w ruinach rewol­wer, celem naszych poszukiwań stała się broń i amunicja do niej.

Dopisało mi wielkie szczę­ście – w ruinach, które odgruzowaliśmy przy ulicy Kozielskiej z przeznaczeniem na siedzibę Hufca Harcerskiego, znalazłem spalony flobert, czyli małokalibrowy karabinek sportowy. Był on wprawdzie zupeł­nie zardzewiały, a drewniana kolba spaliła się w pożarze, ale pozostały wszystkie elementy z me­talu. Odczyściłem je pieczołowicie z rdzy, rozebrałem na części i nasmarowałem, a znajomy mechanik rowerowy dorobił zniszczoną sprężynę zamka. Kolbę i inne części drewniane w za­mian za obietnicę dopuszczenia do strzelania dorobił mi kolega z klasy Staszek Dworzak i w ten sposób stałem się posiadaczem sportowej broni strzeleckiej. Zdobycie do niej amunicji było w tamtych czasach już zupełną fraszką. Przynosili ją koledzy jako artykuł w handlu wymiennym: dwa naboje do wystrzelenia z mojego floberta, trzeci dla mnie. Dzięki temu w niedługim cza­sie zdobyłem spory zapas amunicji.

Strzelać chodziliśmy do lasu na peryferiach miasta przy szosie do Brzezinki. Przy okazji odkryliśmy tam, w piwnicach bażanciarni, ukryte niemieckie magazyny detonatorów do przeciwlotni­czych pocisków artyleryjskich. Po rozkręceniu można było z nich wydobyć bardzo interesujące mechanizmy zegarowe. Były to cacka sztuki zegarmistrzowskiej, pełne kół zębatych, przekładni i sprężyn. Wprawdzie poza spłonkami nie było w nich żadnych silnych materiałów wybucho­wych, ale zapoczątkowały one moją fascynację mechaniką precyzyjną a poza tym były cennym arty­kułem w handlu wymiennym z innymi klasami. Penetrowaliśmy też teren lotniska, gdzie były niemieckie warsztaty remontowe. Walało się tam mnóstwo na­rzędzi, części do różnych silników, a były też i całe silniki. Powstał nawet projekt aby jeden z nich, bardzo długi, przeciąć na dwie części i użyć je do zrobienia dwóch samochodów, którymi mieliśmy w lecie wybrać się na wakacje.

Nie zdążyliśmy przed wakacjami zrobić samochodów, ani zresztą nigdy. Szkoła urzą­dziła nam natomiast kolonie letnie nad morzem. Zanim jednak tam pojechałem, odbyłem długo planowaną i odkładaną z powodu nadmiaru innych zajęć, wycieczkę sentymentalną. Ubrałem się w świeżo wyprany i wyprasowany mundurek harcerski, włożyłem czapkę z lilijką, a pasek przełożyłem pod brodę, jak to się robi będąc na służbie. Na szyi miałem chustę z kolorami Hufca Gli­wickiego, a szary sznur z gwizdkiem na końcu przełożyłem przez naramiennik. Na plecy zało­żyłem plecak, do którego zapakowałem drugie śniadanie i amunicję do floberta, a na ramię za­rzuciłem mój karabin. Na rękawie miałem przyszyte wszystkie zdobyte sprawności, a było ich kilka. Tak wyposażony wybrałem się w podróż do Wojkowic. Do Bytomia dojechałem pocią­giem, do Piekar autobusem, a pozostałe 8 kilometrów drogi zrobiłem na piechotę. Do dziś pozo­staje dla mnie zupełnie niepojęte, jak ta podróż mogła się udać i jak to się stało, że po drodze nie zatrzymał mnie żaden patrol milicji, nie odebrał karabinka i nie zamknął w areszcie. Nad zako­chanymi niebiosa czuwają! Celem wyprawy była chęć pokazania się mym dawnym kolegom oraz cicha nadzieja spotkania Halinki. Byłem absolutnie przekonany, że gdy Halinka zobaczy mnie w tym stroju i z takim wyposażeniem, od razu zrozumie jak wiele dotychczas traciła i na­tychmiast się we mnie zakocha, tak jak ja w niej byłem niezmiennie przez cały ten czas.

W Wojkowicach niewiele się zmieniło. Złożyłem wizyty znajomym, do których miałem polecenie żeby im przekazać pozdrowienia od rodziców, odwiedziłem kolegów, pokręciłem się po górce, wsi i po mojej dawnej szkole, która była teraz zamknięta na okres wakacji. Było dla mnie dużym zawodem, że żadnej sensacji nie wzbudziłem, ani u kolegów, ani u dorosłych. Ha­linki, o którą przepytywałem energicznie wiernego przyjaciela Henia Ciuka, w Wojkowicach nie było – wyjechała na wakacje ze swymi rodzicami. Na każdym polu spotkał mnie całkowity za­wód, a wyprawa do Wojkowic nie spełniła swego zadania i okazała się być zupełnym fiaskiem. Wieczorem zabrałem się więc jak niepyszny w drogę powrotną, a ponieważ w Piekarach nie było już o tej porze autobusu, zrobiłem całe 15 kilometrów do Bytomia na piechotę, z trudem dźwigając coraz bardziej ciążący mi ołowiem na ramieniu flobert. Do domu dobrnąłem o pół­nocy ledwie włócząc nogami, nieludzko głodny i całkowicie wypompowany z sił. Z samego mojego wyglądu Mama zrozumiała, że sentymentalna wyprawa nie była udana – przez delikat­ność nie spytała o nic i nie zrobiła mi wymówek za tak późny powrót do domu. Odłożyła karabin do kąta za szafę, nakarmiła i położyła spać do łóżka. Spałem jak zabity całą noc i przez cały na­stępny dzień, a wieczorem obudziłem się rześki i głodny jak wilk.

Po kolacji byłem już całkowi­cie wyleczony z miłości do Halinki. Jak długo w końcu można kochać się platonicznie i bez wzajemności? Postanowiłem przestać wzdychać do Halinki, a myśli moje przerzucić odtąd na chemię i materiały wybuchowe. Tak też i zrobiłem. Halinki więcej w życiu już nie zobaczyłem. Jednakże Francuzi mówią on s'en souvient toujours de son premier amour. Mają rację. W wiele lat później, nie oparłszy się ciekawości, skorzystałem z okazji by dowiedzieć się, co się z nią działo. Po maturze zapisała się na studia górnicze w Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Po studiach pracowała jako inżynier górniczy w kopalni Jowisz w Wojkowicach. Wyszła za mąż za swego kolegę, też inżyniera górniczego. W roku 2001 mieszkała w Korbielowie, jednej z bardziej znanych żywieckich miejscowości wypoczynkowych w Beskidzie. Była tam radną w gminnej radzie. Halinkę, chociaż jej wspomnienie wyblakło, pamiętam do dziś.

¬ ¬ ¬

W lipcu 1946 roku dyrekcja naszego gimnazjum zorganizowała nam kolonie letnie w Sztutowie na wybrzeżu Bałtyku. Miejscowość ta była znana z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, a prawie cały otaczający Sztutowo pas wybrzeża pokryty był na długości kilkunastu kilometrów wojskowym sprzętem, który porzuciły tu w zimie 1944/45 wycofujące się armie niemieckie. Od czerwca byli tam już na obozie harcerze z naszego gliwickiego hufca i bardzo sobie chwalili tę sytuację. Cały swój obóz w sąsiedniej wsi Stegna mieli opleciony siecią telefoniczną i wszystkie namioty miały łączność utworzoną z odnalezionych w lesie niemieckich wojskowych telefonów polowych. My przyjechaliśmy tam w miesiąc później, a przedsmak wspaniałej przygody, jaka nas czeka mieliśmy patrząc z okien wio­zącego nas autobusu na stojące w lesie i na poboczach drogi bezpańskie samochody, czołgi, transportery opancerzone i działka przeciwlotnicze. Nieszczęśni pedagodzy zupełnie nie prze­czuwali, w co nas i siebie pakują.

Zamieszkaliśmy w klasach miejscowej szkoły, opróżnionych z ławek i przeznaczonych na okres wakacji na kolonie letnie dla młodzieży ze Śląska. Spaliśmy na podłodze na siennikach. Na miejscu urzędowały też panie z Komitetu Rodzicielskiego i prowadziły kuchnię z całodziennym wyżywieniem. Pierwsze dni przeznaczone były na zagospodarowanie się, aklimatyzację, dydaktyczne zwiedzenie obozu koncentracyjnego i wycieczki nad morze. Zobaczyłem je po raz pierwszy w życiu, a jego ogrom wywarł na mnie niezatarte wrażenie. Wycieczki nad morze były uwarunkowane wieloma ograniczeniami: morza pilnowała straż graniczna, a dojście do wody możliwe było tylko wąskim, ściśle wytyczonym przejściem. Cała reszta plaży była przez żołnie­rzy starannie zagrabiona specjalnymi szerokimi grabiami i wstęp był tam surowo wzbroniony. Żołnierze ze swych gęsto rozstawionych wież strażniczych bez przerwy obserwowali plaże przez lornetki i gdy za­uważyli na zagrabionej plaży ślad ludzkiej nogi, podnosili natychmiast alarm i szukali winnego przekroczenia zakazu. Mógł to być bowiem albo amerykański szpieg, który przybywał do Polski aby ją zgubić, albo uciekający z Polski w tym samym niecnym celu zdrajca Ludowej Ojczyzny. Tak nam tłumaczył pan podporucznik, dowódca żołnierzy, a my nie mieliśmy wówczas żadnego powodu, aby mu nie wierzyć. Z tej przyczyny, po pierwszym zachłyśnięciu się morzem i kąpielami, wy­prawy na plażę, możliwe tylko w zorganizowanych i stale obserwowanych grupach, straciły dla nas cały swój urok.

Zaczęliśmy więc robić wyprawy do lasu, o wiele łatwiej dostępnego i bliższego od naszej kolonii. Wystarczyło wyskoczyć przez okno z pokoju, wyjść przez furtkę i po kilku krokach było się już w lesie. Tam zaczynał się świat jak z bajki – wykopane w piasku zygzakowate okopy i ziemianki oraz jeszcze nierozszabrowane nieprawdopodobne zmasowanie wszelkiego rodzaju materiałów i sprzętów wojskowego wyposażenia. Znajdowaliśmy tam samochody, do których wystarczyłoby chyba tylko nalać benzyny i wstawić naładowany akumulator, by można było ni­mi odjechać. Nie mieliśmy niestety ani jednego, ani drugiego. Były tam kuchnie polowe z kotłami, talerzami i gotowymi do podania jedzenia stołami. Z tyłu nietknięte zapasy zepsutych artykułów żywnościowych, a obok wisiały jeszcze na hakach wysuszone na kość, obdziobane przez ptaki i śmierdzące końskie tusze. Z niektórych ziemianek dowodzenia sterczały peryskopy, wewnątrz stały pordzewiałe radiostacje, a wszystko oplecione siecią drutów telefonicznych, których nie zdążyli jeszcze zabrać harcerze z naszego hufca, mający swój obóz w sąsiedniej wiosce.

Wszystko to wyglądało tak, jakby niemiecka armada była tu przed kilkoma zaledwie dniami i nagle, z dnia na dzień, zostawiwszy tu absolutnie wszystko co posiadała, znikła z po­wierzchni ziemi. I tak właściwie to się odbyło, tyle że przed siedemnastoma miesiącami, bo w lutym 1945 roku. Wtedy to cofające się armie niemieckie, zapędzone przez wojska sowieckie w ślepy zaułek Mierzei Wiślanej, ratowały się ucieczką po lodzie zamarzniętego zalewu na ląd stały. W tym celu żołnierze musieli pozostawić wszystko, by bez niepotrzebnego obciążenia pieszo przedostać się po kruchym już lodzie. Nie na wiele jednak im się to zdało, bo w trakcie przeprawy nadleciały rosyjskie samoloty, zbombardowały lód i większość z uciekających uto­piła się.

Dla nas jednak te wszystkie napotykane rzeczy nie były specjalnie atrakcyjne, bo my szukaliśmy mocniejszych wrażeń – nade wszystko chcieliśmy strzelać! Szukaliśmy więc broni i amunicji do niej. Amunicji było pod dostatkiem – wystarczyło trochę poszperać lub po­grzebać w piasku. Głównie była to amunicja artyleryjska, mniej było amunicji do karabinów, a do broni krótkiej było jej najmniej. Największy kłopot mieliśmy z karabinami – harcerze prawie wszystkie już znaleźli i pozabierali sobie. Powoli jednak odnajdywaliśmy jakąś niezauważoną przez innych sztukę i po dwóch tygodniach w naszym pokoju prawie każdy miał już swój własny karabin schowany pod siennikiem. Aby nikt z nauczycieli nie widział, wnosiliśmy je do sypialni i wynosili na zewnątrz wsunięte do nogawki spodni dzięki temu, że były krótkie. Niemcy przed ucieczką poułamywali im końce drewnianych kolb. Nam to nie przeszkadzało, jedynie nieco trudniej było celować. W lesie urządzaliśmy zawody strzeleckie – strzelaliśmy do każdego celu, jaki nam przyszedł do głowy. Cud że nikogo nie zastrzeliliśmy! Po jakimś czasie znaleźli­śmy karabin maszynowy, potem taśmy z amunicją, a na końcu ktoś tryumfalnie przyniósł ostatni brakujący element – zamek do niego. Wtedy zabawa była już na całego – puszczaliśmy długie serie dookoła, w drzewa i w niebo, a widok był imponujący, bo w taśmach co jakiś czas jest po­cisk smugowy, zostawiający za sobą świetlny kolorowy ślad. Odgłosy strzelaniny szły na całą okolicę! Zaniepokojonym wychowawcom mówiliśmy, że to pewnie żołnierze ćwiczą gdzieś na strzelnicy. Po dwóch dniach takiej zabawy przygalopował do nas konny oddział straży granicz­nej i zrobił rewizję. Była wielka awantura, cały nasz arsenał został skonfiskowany, a kolonia o mało nie zamknięta. Pod groźbą natychmiastowego odesłania do domu musieliśmy z żalem so­lennie obiecać, że żadnego strzelania już więcej nie będziemy robić.

W tej sytuacji zabraliśmy się za urządzenia łączności. Mnie fascynowały induktory tele­foniczne. Były to te urządzenia w wojskowych telefonach polowych, które kręciło się korbką dla wytworzenia prądu powodującego dzwonienie w drugim telefonie. Ze znale­zionych telefonów wykręciłem kilka induktorów i przyniosłem do naszego pokoju. Początkowo miały służyć do wytwarzania prądu, przy pomocy którego chcieliśmy świecić w nocy małymi żaróweczkami i dawać w ten sposób sygnały z jednego pokoju do drugiego. Nie bardzo to jakoś nam wychodziło – żaróweczki albo nie chciały świecić, albo się przepalały, gdy się mocniej kręciło korbką. Przy okazji kilku z nas prąd z induktora mocno kopnął. Dało mi to pomysł, który zrealizowałem następnej nocy. Leszkowi Balawenderowi, który był znany z tego, że kładł się wcześnie spać i natychmiast zapa­dał w kamienny sen, przywiązaliśmy delikatnie po zaśnięciu druty z induktora do obu nóg. Ze­brał się cały pokój i zaczęliśmy eksperyment, który powiódł się nad podziw. W takt kręcenia korbą induktora Leszek przez sen wierzgał nogami! Ustawiła się cała kolejka chętnych do kręce­nia korbką. Gdy kręciło się powoli, Leszek wierzgał nogami powoli. Gdy kręciło się szybciej, Leszek wierzgał szybciej. Zabawa była nadzwyczajna i mogłaby trwać długo, gdyby któryś z kolegów nie przesadził i nie zakręcił korbą tak mocno, że Leszka zbudziło jego własne wierzga­nie! Nieszczęśnik obraził się na nas śmiertelnie i trudno się dziwić, że zażądał przeniesienia do innego, spokojniejszego pokoju.

Kilka dni później, buszując po lesie, odkryliśmy odosobnioną ziemiankę, w której na pod­łodze leżały w nieładzie poprzewracane szklane słoiki, różne dziwne naczynia i zardzewiałe ma­ski gazowe. Na półce za stosem innych rupieci odkryliśmy małe metalowe skrzyneczki zamyka­ne na zatrzaski. Wewnątrz skrzynek były jakieś fiolki i malutkie, zapieczętowane buteleczki, ta­kie w jakich obecnie sprzedają w aptekach penicylinę. Na buteleczkach były etykietki z trupimi główkami i niezrozumiałe dla nas napisy w rodzaju: Chloropikrin, Zyclon, Fosgen, Yperit i wiele innych. W buteleczkach były jakieś proszki, płyny lub kryształki. Zaczęliśmy je otwierać po kolei i oglądać zawartość. Przeważnie miały duszące i bardzo ostre chemiczne zapachy. Za­braliśmy wszystko do naszej kolonii by tam zbadać to dokładniej. Niestety, a właściwie na szczęście, na otwieraniu i badaniu zawartości buteleczek nakrył nas opiekun, profesor chemii, zwabiony dziwnym zapachem wydobywającym się z naszego pokoju. Okazało się wtedy, że na­szym znaleziskiem były próbki trujących gazów bojowych, służące zapewne do przeciwgazowego szkolenia żołnierzy. Gdyby nasz opiekun nie zabrał nam tego natychmiast, mogliśmy byli po­ważnie się poparzyć lub nawet zatruć, bo były to przecież bojowe gazy trujące.

Ponieważ chemia interesowała mnie od dawna, więc osamotniona ziemianka w lesie bar­dzo mnie korciła. Następnego dnia poszedłem tam znowu w nadziei znalezienia jeszcze czegoś interesującego. I istotnie – w rogu ziemianki, pod zwałem obsuniętego piasku, znalazłem drew­nianą, średniej wielkości skrzynkę, zamkniętą na zamek. Po wyważeniu zamka otwarłem wieko i moim oczom ukazały się ułożone równo rzędy szklanych fiolek, każda z nich opakowana staran­nie w falisty papier zabezpieczający ją przed stłuczeniem. Fiolki napełnione były przezroczy­stym płynem. Wyciągnąłem jedną z nich aby obejrzeć dokładniej. Nie miała żadnego napisu ani korka i wyglądała jak olbrzymia ampułka z zastrzykiem. Żeby się przekonać co jest w środku, położyłem ją na ziemi i stłukłem kamieniem. Bezbarwna ciecz wylała się, wsiąkła w piasek i nic się nie stało – nic nie zasyczało, nie wybuchło ani nie zrobiła się żadna zasłona dymna, tak jak mógłbym się tego spodziewać. Zniechęcony zabrałem się do dalszego przeszukiwania ziemianki, gdy nagle okropnie zapiekły mnie oczy. Łzy poczęły mi lecieć ciurkiem, zamrugałem więc oczami i zacząłem je trzeć, ale powodowało to jeszcze większe łzawienie. Jedyne co pomagało, to zamknięcie oczu. Przestraszyłem się bardzo i po omacku szukając drogi rękami wydostałem się na zewnątrz. Tu, na świeżym powietrzu, łzawienie powoli ustąpiło i po pewnym czasie mogłem już otworzyć oczy i zacząłem widzieć. Wtedy przyszło olśnienie. Zrozumiałem, jak ogromny skarb wpadł mi w ręce! Były to najwidoczniej ampułki z płynem, który uwolniony z ampułki szybko parował, wytwarzając gaz łzawiący!! Przed mymi, widzącymi już oczyma, zaczął się natychmiast przewijać film z przebogatymi możliwościami kawałów, jakie będzie można zrobić przy ich pomocy! Wyjąłem trzy ampułki ze skrzyni i schowałem do kieszeni, a resztę zakopałem w ziemiance z powrotem w piasku.

Wróciłem szybko do naszej kolonii i po drodze opracowałem sobie plan działania. Cho­dziło o to, by wypróbować działanie gazu na możliwie największej ilości osób, ale nie dać się złapać. Pierwszą ampułkę wrzuciłem natychmiast przez okno do kuchni naszej stołówki, gdzie właśnie przygotowywano nam obiad. Nie stłukła się jednak i musiałem jakiś czas cier­pliwie czekać, aż ktoś ją nadepnie i rozgniecie. Usiadłem więc na płocie naprzeciw drzwi do kuchni i czekałem cierpliwie. Nie upłynęło wiele czasu, gdy z kuchni zaczęły wybiegać z krzy­kiem i płaczem przerażone kucharki, tłocząc się po omacku i blokując nawzajem w drzwiach. Zrobiła się wielka awantura, kuchnię trzeba było długo wietrzyć, obiad był spóźniony, a niektóre dania przypalone. Nauczyciele poszukiwali sprawcy tego kawału, ale się nie przyznałem do jego autorstwa, bo miałem jeszcze dwie ampułki do wykorzystania. Następną ampułkę wrzuciłem po obiedzie do ubikacji, gdyż było to miejsce bardzo tłumnie uczęszczane o tej porze. Znowu wy­buchła panika, chłopcy uciekali z niezapiętymi spodniami, a toaleta została unieruchomiona na dłuższy czas. Zrobiła się jeszcze większa awantura niż przed obiadem i teraz już wszyscy zgod­nie, i młodzież i dorośli odgrażali się, że jak złapią tego żartownisia, to mu kości porachują. W tej sytuacji musiałem wstrzymać użycie trzeciej ampułki, przy pomocy której chciałem zagazo­wać salę jadalną podczas kolacji. Żeby odwrócić od siebie wszelkie podejrzenia, zagazowałem natomiast przed snem naszą własną sypialnię z bardzo dobrym skutkiem, bo kierownik kolonii zebrał wszystkich razem i kazał nam szukać sprawcy oznajmiając, że jak go znajdziemy, to zo­stanie za karę odesłany do domu. Dalszych gazowań już więc nie robiłem, bo stało się to zbyt niebezpieczne, ale przed wyjazdem z kolonii wyjąłem ze schowka w ziemiance kilkadziesiąt ampułek z gazem i zabrałem do domu do Gliwic.

Następnym cennym znaleziskiem, na które natrafiliśmy w lesie była inna ziemianka w której był widocznie węzeł łączności, bo było tam mnóstwo drutów, telefonów i radiostacji. Wszystko niestety zawilgocone, zardzewiałe i nieczynne. Mieliśmy tam jednak wspaniałą zabawę w udawanie nadawania i odbierania komunikatów radiowych. W piasku na zewnątrz ziemianki znaleźliśmy zakopane przez Niemców setki miniaturowych lamp radiowych do wojskowych stacji nadawczych, ostatni cud ówczesnej techniki radiowej. Miejsce to nazwaliśmy polem lamponośnym w analogii do znajdujących się w Teksasie pól roponośnych. Każdy z nas wygrze­bał tam co najmniej kilkanaście lamp radiowych. Były one doskonałym artykułem w handlu wymiennym z kolegami, a po przywiezieniu do Gliwic niektóre z nich okazały się być jeszcze sprawne i były chętnie kupowane przez właścicieli warsztatów napraw radiowych.

Po miesiącu pobytu opuszczaliśmy kolonię w Sztutowie, a każdy z nas zabierał stamtąd niezapomniane przeżycia, a w swym bagażu przebogate zdobycze. Ja wiozłem do domu dwie niekompletne lornetki, rozmontowaną na elementy radiostację wojskową, kilkanaście lamp ra­diowych i zapas ampułek z gazem łzawiącym, z których przyszłym zastosowaniem w Gliwicach wiązałem duże plany. Wyjeżdżaliśmy z wielkim żalem w przeciwieństwie do naszych opieku­nów, którzy zapewne odczuwali ogromną ulgę, że w tych wyjątkowych warunkach udało im się taką zgraję niesfornych chłopaków uchronić przed nieszczęściem i doprowadzić kolonię do koń­ca bez żadnego wypadku.

¬ ¬ ¬

Największym kinem w Gliwicach było kino Bajka. Wyświetlano tam głównie zachod­nie bestsellery filmowe, toteż na seansach były zawsze komplety widzów, a w westybulu przed kasa­mi stały w tłoku długie kolejki. Postanowiłem więc właśnie tam wypróbować działanie przywiezionych z kolonii ampułek z gazem. Przed najbliższym seansem ciekawego filmu, gdy foyer wypełnione było szczelnie ludźmi oczekującymi na otwarcie drzwi do sali kinowej, wypuściłem przez dziurę w kieszeni i nogawkę spodni ampułkę z gazem, roz­gniotłem ją nogą i spokojnie wyszedłem na ulicę by obserwować, co się będzie działo. Nie musiałem długo czekać. Za chwilę przez drzwi zaczął wylewać się tłum płaczących i wście­kłych ludzi, pomstujących głośno na autora tego kawału. Ludzie tłoczyli się i blokowali nawza­jem w ciasnych drzwiach i powtórzyła się scena z kuchni na kolonii w Sztutowie, tyle że zwielo­krotniona poprzez dużą ilość uczestników. Bardzo mi się ta zabawa spodobała, zagazowałem więc hall Bajki jeszcze kilka razy z podobnym skutkiem. Potem pomyślałem sobie, że dobrze by było zwiększyć skalę i zagazować jeszcze większe zgromadzenie ludzi. Zagazowałem więc kilkakrotnie całą salę kinową z pełnym kompletem widzów. Technika była stale taka sama – przez dziurę w kieszeni i nogawkę spodni spuszczałem na podłogę ampułkę z gazem, rozgniata­łem ją nogą i następnie wraz ze wszystkimi wybiegałem płacząc z kina. Za każdym razem po­wtarzały się dantejskie sceny, gdy wszyscy widzowie naraz tłoczyli się i blokowali w ciasnych drzwiach wyjściowych, a z tyłu napierał na nich tłum złorzeczących i płaczących ludzi z za­mkniętymi oczami. Seans filmowy musiał być za każdym razem na dłuższy czas przerywany dla wywietrzenia sali.

Wyczyny moje zostały z oburzeniem napiętnowane w miejscowej gazecie Nowiny Gli­wickie. Ponieważ jednego z gazowań dokonałem zupełnie przypadkowo na seansie filmu sowieckiego, zostało to dodatkowo zinterpretowane jako akt wrogiej dywersji wobec przodującej radzieckiej kinematografii. Moje sztubackie kawały w kinie miały też jed­nak zupełnie niespodziewany, pozytywny skutek. Nowiny Gliwickie, opisując łobuzerskie wybryki w kinie Bajka, zwróciły przy okazji uwagę na zbyt małą ilość drzwi ewakuacyjnych i ich zbyt małe wymiary, mogące doprowadzić do tragedii w kinie w przypadku popłochu pu­bliczności w razie większego zagrożenia, na przykład pożaru. Po tym artykule zrozumiałem, na jak wielkie niebezpieczeństwo narażałem nieszczęsnych widzów przez moje głupie wybryki i zaprzestałem tej zabawy, zaś dyrekcja kina w ciągu następnych trzech miesięcy poszerzyła wszystkie drzwi wyjściowe oraz podwoiła ich ilość. Mogę więc powiedzieć, że w sposób wprawdzie zupełnie niezamierzony, przyczyniłem się jednak pośrednio do zwiększenia bez­pieczeństwa widzów w kinie Bajka.

Ostatnim moim wyczynem z gazem było zagazowanie profesorki od łaciny w naszym gimnazjum. Była to bardzo oddana młodzieży nauczycielka, nazywaliśmy ją z łacińska Puella. Mimo że nie lubiliśmy przedmiotu którego uczyła, to ją darzyliśmy wielką sympatią. Fakt, że została przez klasę wybrana jako przedmiot żartu należy więc potraktować raczej jako dowód naszego dla niej uznania. Tuż przed lekcją łaciny wylałem zawartość ampułki na profesorskie krzesło. Do klasy weszła łacinniczka i jak zwykle usiadła spokojnie za katedrą, niczego nie za­uważywszy. Wylany płyn wsiąkł w jej spódniczkę i zaczął natychmiast parować, otaczając ją stężonym obłokiem gazu łzawiącego. Puella domyśliła się natychmiast, że padła ofiarą jakiegoś sztubackiego żartu. Pragnąc nie dać nam satysfakcji z widoku płaczącej profesorki oraz chcąc zapewne poskarżyć się dyrektorowi, wybiegła z klasy i poszła do pokoju nauczycielskiego, cią­gnąc po drodze za sobą gęstą smugę gazu. Jej spódnica była nadal nasiąknięta gazotwórczym płynem, więc oczywiście zagazowała natychmiast cały pokój nauczycielski i wykurzyła na ko­rytarz wszystkich profesorów. Ponieważ korytarz został już uprzednio przez nią też zagazowany, więc nieszczęśni pedagodzy musieli ratować się ucieczką na dwór, na szkolne boisko. Tego było już za wiele i miarka się przebrała. W naszej klasie zjawił się sam Pan Dyrektor i zażądał, aby sprawca przyznał się sam, bo jak nie, to cała klasa zostanie rozwiązana i wszyscy będą wyrzuceni ze szkoły z wilczym biletem. Ponieważ klasa była solidarna i mnie nie wydała, więc nie było in­nej rady i sam się zgłosiłem. Zostałem odesłany do domu z poleceniem przekazania rodzicom, że mają się zgłosić do szkoły na rozmowę.

Nie wiem, jaki przebieg miała rozmowa moich rodziców z dyrektorem szkoły. Wrócili z niej do domu z niewesołymi minami. W domu też się miarka przebrała. Mama zabrała mi wszystkie pozostałe ampułki z gazem, nie udało mi się utargować ani jednej. Cały mój zapas ga­zu oraz dodatkowo za karę moją dumę – karabinek flobert, Mama zaniosła na milicję i oddała im te moje bezcenne skarby. Rozmowy z dyrektorem na mój temat musiały widocznie trwać jeszcze długo, bo do gimnazjum nie chodziłem przez kilka następnych dni. Kiedy w końcu wy­słano mnie do szkoły okazało się, że zostałem przeniesiony do innej, równoległej klasy „A”. Do klasy tej chodzili w większości chłopcy z tak zwanych dobrych domów i miała ona w związku z tym opinię spokojnej, nastawionej na naukę i niepodatnej na niemądre pomysły. Pedagodzy i moi rodzice liczyli na to, że w tym nowym środowisku duch współzawodnictwa w nauce odwró­ci moją uwagę od dotychczasowych szatańskich pomysłów, jakie mi stale przychodziły do gło­wy. Jakże się naiwnie łudzili! Na razie jednak położyłem uszy po sobie, przycichłem i rzeczywi­ście zabrałem się ostro do nauki by nie okazać się gorszym od tych kujonów z klasy „A”, sta­wianych mi przez rodziców za wzór do naśladowania!

Z moimi dotychczasowymi kolegami z klasy „B” nie straciłem jednak całkowicie kon­taktu. Nie można przecież zerwać przyjaźni z dnia na dzień, a łączyły mnie z nimi także różne projekty, które zaplanowaliśmy jeszcze przed wakacjami. Chodziło głównie o trzy bomby lotni­cze, które znaleźliśmy tuż przed końcem roku szkolnego w gęstych krzakach w rowie przy lotni­sku, a z których mieliśmy zamiar wykręcić zapalniki. Podobno były w nich ciekawe mechani­zmy i materiały wybuchowe. Któregoś dnia po południu wybrałem się więc z dwoma dawnymi kolegami z klasy „B” na lotnisko by dobrać się do tych bomb. Mieliśmy do tego celu odpowiednie w na­szym przekonaniu narzędzia, to znaczy młotek i przecinak do metalu. Waląc młotkiem i przeci­nakiem w nacięcia na pierścieniach, przy pomocy których przykręcone były zapalniki do korpusu bomb, wy­kręciliśmy po kolei trzy zapalniki i w ciągu pół godziny rozbroiliśmy trzy bomby! Przy pomocy młotka wykonaliśmy pracę, na którą oddział saperów wyposażony w specjalistyczne urządzenia zużyłby pewnie pół dnia! Ciarki przechodzą mi po skórze nawet teraz, gdy to opisuję przeszło 60 lat po tym szaleńczym wyczynie bezmyślnych piętnastolatków bez wyobraźni!! To, że żadna z trzech bomb, w które waliliśmy młotkiem bez opamiętania nie wybuchła, możemy za­wdzięczać chyba jedynie zbiorowej prośbie, z jaką zwrócili się nasi Aniołowie Stróże do Pana Boga, aby zechciał oszczędzić te głupie dzieci. W wykręconych zapalnikach istotnie znaleźliśmy bardzo ciekawe precyzyjne mechanizmy zegarowe i obwody elektryczne oraz materiał wybuchowy w postaci ko­stek sprasowanego żółtego proszku. Dokonaliśmy uczciwego podziału zdobyczy i każdy z nas zabrał z dumą do domu jeden zapalnik.

¬ ¬ ¬

Na jesieni następnego 1947 roku rodzice przenieśli się do nowego mieszkania w dwurodzin­nej willi znajdującej się pod numerem 5 przy małej, spokojnej ślepej uliczce o miłej nazwie Na Skarpie. Był tam, podobnie jak w naszym domu w Wojkowicach przed wojną, spory ogród, a sama willa była bardzo wygodna. Miała parter, piętro i poddasze, a na poziomie piwnicy duży garaż. Dostałem mały pokoik na poddaszu, skąd w lecie mogłem łatwo wydostawać się na lekko po­chylony ku słońcu płaski daszek i opalać się na nim. Obok kuchni była służbówka. Mama, wy­korzystując swój dyplom ukończonej jeszcze za panieńskich czasów szkoły pielęgniarskiej w Warszawie, zaczęła pracować w Służbie Zdrowia, by wzorem innych żon wspomóc domowy budżet. Mówiło się wtedy, że żony wolą pracować zawodowo, by za zarobione pieniądze utrzymać pomoc domową i w ten sposób zamienić niewdzięczną pracę domową na bardziej atrakcyjną pracę za­wodową. W służbówce po pewnym czasie zamieszkała więc pomoc domowa – poczciwa 18-to letnia Ślązaczka Jadzia Ciborowius z Czerwionki niedaleko Gliwic. Ponieważ rodzice nie mieli samochodu i garaż stał pusty, Tata pozwolił mi urządzić w nim laboratorium chemiczne. Urzą­dziliśmy je wspólnie z kolegami z nowej klasy – każdy wniósł do niego w udziale jakieś urzą­dzenie, odczynnik chemiczny, książkę techniczną czy szklane naczynie laboratoryjne. W krót­kim czasie dysponowaliśmy zupełnie dobrze wyposażonym laboratorium. Mieliśmy tam wodę bieżącą, gdyż garaż był wyposażony w kran i zlew, a nawet gaz, bo ojciec kazał nam go doprowa­dzić. Do naszego laboratorium przychodził nawet profesor chemii z gimnazjum i robiliśmy tam wspólnie niektóre eksperymenty.

Kilku moich nowych kolegów z klasy „A” uczyło się gry na fortepianie w gliwickiej Szkole Mu­zycznej. Rodzice, chcąc mi maksymalnie wypełnić dzień abym nie miał już czasu na niemą­dre pomysły, kupili pianino i zapisali mnie na popołudniowe lekcje do klasy nauki gry na forte­pianie. Tata mojej Mamy był pianistą i rodzice liczyli, że może jakieś zdolności do gry na forte­pianie odziedziczyłem po dziadku Stefanie Dąbrowskim. Chyba się przeliczyli. Uczyłem się pil­nie ale głównie po to, by dorównać Tadkowi Pfütznerowi czy Januszowi Marquardtowi, którzy uczyli się już dłużej i grali całkiem dobrze. Chciałem umieć tak jak oni zagrać modne wówczas melodie, jak Chattanooga Cho-Cho i I know why z amerykańskiego filmu Serenada w do­linie słońca czy przebój How high is the moon, który śpiewała Ella Fitzgerald. Jednakże moja nauczycielka w Szkole Muzycznej, mama mego klasowego kolegi Staszka Neumanna, wcale tych aspiracji nie pochwalała. Wymagała ode mnie opanowania gam chromatycznych i nudnych ćwiczeń palcowych. Nie było mowy o żadnych kawałkach jazzowych ani utworach synkopowanych, a na popisie na koniec drugiego roku nauki mogłem zagrać jedynie Claire de lune Claude Debussy’ego, w bardzo trudnej zresztą tonacji z pięcioma bemolami. Oprócz me­lodii filmowych podobał mi się Chopin, a w szczególności mazurek B-dur Nr 1 z opusu 7-go. Ćwiczyłem go z zapałem w domu gdy nikt nie słyszał, bo był nadzwyczaj trudny i kaleczyłem go niemiłosiernie. W sumie gra na fortepianie nie okazała się być moim mocnym punktem a szkoda, bo jest to umiejętność, którą każdy kulturalny młody człowiek powinien posiadać. Po latach uczenia się w Szkole Muzycznej osiągnąłem jednak pewną minimalną umiejętność gry na fortepianie i byłem nawet czasami dopuszczany przez Tadzika czy Janusza do udziału we wspólnych domowych jazz jamboree. Ale żaden z nas, niestety, nie dorastał nawet do pięt ta­kim kolegom z naszej szkoły, jak Wiktor Kolankowski, późniejszy wielki odtwórca jazzu i zało­życiel własnej orkiestry, czy obdarzony słuchem absolutnym nasz szkolny kolega Andrzej Kurylewicz, późniejszy kompozytor muzyki do wielu filmów.

Mauberg Irena+Wac

Śladami Cudzoziemca Zofii Urbanowskiej. Z mamą na wakacjach w Lądku w 1948 r.

¬ ¬ ¬

Książka, którą przyniósł Romek Śledziewski, późniejszy pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiel­lońskiego w Krakowie jako swój wkład do laboratorium w garażu, nazywała się Technologia Chemiczna. Była wprawdzie wydana w 1922 roku, ale przedstawiała stan wiedzy chemicznej z poprzedniego, XIX wieku. Dla mnie była ona jednakże objawieniem. Znajdował się tam duży rozdział poświęcony materiałom wybuchowym. Dowiedziałem się z niego, że żółty proszek, którego spra­sowaną kostkę wykręciłem wraz z zapalnikiem z bomby na lotnisku, nazywa się kwas pikrynowy i jest silnym materiałem wybuchowym. Nie potrafiłem go jednak, na szczęście, doprowa­dzić do wybuchu. Robiłem więc z nim inne doświadczenia. Proszek rozpuszczał się bardzo po­woli w wodzie, tworząc żółtawy roztwór. Na razie wykorzystywałem go więc jedynie w sposób pacyfistyczny, wsypując do spłuczek klozetowych w domu, gdzie rozpuszczając się powoli, zabarwiał bez przerwy wodę na żółto. Mama ciągle gniewała się na domowników że nie spuszczają wody, a podejrzenia zwykle padały na Jadzię, jako ostatnio zamieszkałą w naszym domu i przybyłą ze wsi.

W książce Romka było opisane, że kwas pikrynowy ma bardzo silny gorzki smak. Ja dodatkowo odkryłem, że gdy ten proszek dostanie się do nosa, powoduje napad straszliwego ki­chania. Zabawiałem się więc i dmuchałem w szkole odrobiną proszku kolegom w nos. Wywo­ływało to ataki kichania, a w ustach robiło się okropnie gorzko. Zabawy te tak nam się podobały, że kolega z klasy, z tej spokojnej, Tadzik Pfützner – późniejszy profesor Politechniki Śląskiej, poprosił mnie o trochę proszku, by jego efekt wypróbować w domu na swym młod­szym bracie, Janku. Próba na Janku powiodła się na tyle dobrze, że obaj bracia wspólnie posta­nowili wypróbować proszek na ich ojcu. Janek dmuchnął mu więc w nos dosyć dużą porcję i skutek był zgodny z oczekiwaniami – starszy pan Pfützner kichał z całych sił jakby zażył tabaki, która w owym czasie już dawno wyszła przecież z mody. Niestety na próbę tę Janek wybrał niezbyt for­tunny moment, a mianowicie gdy rodzice ich wychodzili wieczorem na wizytę. Ojciec Tadka i Janka miał na sobie z olbrzymim trudem zdobyty najnowszy krzyk ówczesnej mody – śnieżno­białą koszulę nylonową. Żółty proszek zrobił na nylonie plamy nie do usunięcia, koszula była do wyrzucenia, pan Pfützner musiał przebrać się w zwykłą koszulę, a Janek dostał lanie.

¬ ¬ ¬

Profesorami w naszym gimnazjum byli przeważnie doświadczeni lwowscy pedagodzy, potrafiący utrzymać tę rozbrykaną młodzież w dyscyplinie przy pomocy metod, wypracowanych doświadczalnie przez liczne pokolenia galicyjskich belfrów. Wyjątkiem wśród nich był wykładowca literatury i języka polskiego. Ten wymagający człowiek, wysoki, chudy, nadzwyczaj rzadko uśmiechający się śledziennik, samym swym wyglądem wzbudzał respekt, a u niektórych nawet tak paniczny strach, że powodował jąkanie się przy odpowiedzi. Baliśmy się go jak ognia i uczyli polskiego gorliwie nie tyle dla dobrych stopni, ile przede wszystkim po to, aby uchronić się przed jego uszczypliwymi i kąśliwymi uwagami, którymi hojnie obdarzał mniej pilnych uczniów. To dzięki niemu, mimo że nie mam zacięcia humanistycznego, umiem obecnie wysławiać się i pisać w języku polskim na tyle dobrze, że moje opowiadanie jest, mam nadzieję, dla Czytelnika zrozumiałe.

W gliwickim gimnazjum nie było lekcji języka francuskiego tak jak u Kopernika w Będzinie, a jedynie angielski. Musiałem więc od początku zacząć uczyć się tego języka i nadgonić braki. Nie szło mi to najlepiej tym bardziej, że do szkoły naszej przyszedł nowy profesor angielskiego. Był to świeżo przybyły z Anglii polski oficer, władający świetnie językiem angielskim, dosyć wymagający i po wojskowemu obcesowy w postępowaniu oraz wypowiedziach. Nie przypadli­śmy sobie jakoś nawzajem do serca. Miałem kłopoty z nadgonieniem materiału i nadążaniem w lekcjach, a profesor nie ułatwiał mi życia i punktował, gdzie się dało. Ja widocznie broniłem się być może zbyt energicznie, bo któregoś dnia profesor nie wytrzymał i zganił mnie, zrobiwszy kalambur z mego nazwiska. Nie było to powiedzenie zbyt pedagogiczne. Było właściwie zupełnie niepedagogiczne, niegodne profesora szkoły średniej, raczej na poziomie sierżanta, tresującego swych podkomendnych. Nie poskarżyłem się rodzicom w domu, zaciąłem się i postanowiłem nadgonić braki w angielskim, co mi się po pewnym czasie częściowo nawet udało. Natomiast profesor jako człowiek przestał dla mnie ist­nieć. Opadł z niego mit Człowieka Zachodu, jaki miał w mych oczach. Straciłem dla niego cały dotychczasowy szacunek, czego skądinąd bardzo żałowałem, bo był to wesoły i na ogół lubiany przez uczniów człowiek. Został potem, kiedy już zdałem maturę i byłem na studiach, dyrektorem tego gimnazjum.

Dopiero w wiele lat później, nabrawszy dystansu do tego wydarzenia, zrozumiałem, że było to potknięcie człowieka, który nie będąc zawodowym nauczycielem, nie miał anielskiej cierpliwości koniecznej w tym zawodzie i nie miał wykształcenia ani zmysłu pedagogicznego. Każdy może mieć swój zły dzień, w którym może mu się zdarzyć, iż popełni jakiś błąd. Uzmy­słowiłem sobie, że przecież tylko Bóg jest doskonały i nie myli się, a człowiek ma swe ludz­kie prawo do błędów. Pod warunkiem wszakże, że nie popełni ich więcej niż kilka takich sa­mych pod rząd, bo wtedy przestają to być już tylko błędy i potknięcia, a stają się przejawem trwałej cechy jego charakteru. Należy więc wybaczać i nie zachowywać urazy w nieskończoność, bo to jest wysoce nieracjonalne – człowiek nie tylko zatruwa sam sobie duszę, a poza tym, wobec braku możliwości odwrócenia tego co się stało, i tak nie przynosi to niczego pozytywnego. Tak też i ja w końcu zrobiłem.

¬ ¬ ¬

Od nowego roku szkolnego 1948/49 mieliśmy w klasie nowy przedmiot o nazwie Nauka o Polsce i świecie współczesnym. Uczyliśmy się na lekcjach, że Polska nie jest już taka, jak przed wojną, a więc obca bo pańsko-obszarnicza, ale obecnie jest tu nasza władza ludowa, czyli robotniczo-chłopska. Nasz kraj nie nazywa się już Rzeczpospolita Polska (niektórzy z nas pa­miętali jeszcze, że mówiło się Serenissima Republica – Najjaśniejsza Rzeczpospolita), lecz Polska Rzeczpospolita Lu­dowa, w skrócie PRL. Naszym prawdziwym przyjacielem wcale nie jest Anglia, Francja czy daleka Ameryka, która przy pomocy specjalnych samolotów zrzuca nam na złość szkodliwą stonkę ziemniaczaną, ale opiekujący się nami Związek Radziecki, który chce wyłącznie naszego dobra. Moi rodzice śmiali się z opowiadań o stonce. Mówili, że plaga ta jest wynikiem wytrzebienia pogłowia bażantów, które żywiły się stonką, przez stacjonujące wojska sowieckie. Rodzice moich kolegów przybyłych tu ze Lwowa i wschodnich województw Polski byli bardzo zaskoczeni rewelacjami o dobroci Związ­ku Radzieckiego – mieli na ten temat całkowicie odmienne zdanie, wyrobione na podstawie wła­snych przeżyć. Twierdzili bowiem, że zostali wyrzuceni ze swych domów i ze swojej ziemi nie przez naszych zachodnich aliantów, a właśnie przez alianta wschodniego, naszego najlepszego przyjaciela!

Na lekcjach tych dowiedzieliśmy się też o czerwcowym kryzysie berlińskim w 1948 ro­ku. Z powodu wprowadzenia przez zachodnich aliantów jednej wspólnej twardej waluty w Trizonii (powstałej z połączenia trzech zachodnich stref okupacyjnych Niemiec) oraz w Berlinie Zachodnim, Związek Radziecki poczuł się zagrożony w swych interesach. Zmuszony więc został do kroków odwetowych – ukarał zachodnich kapitalistów przez zastosowanie blokady Berlina Zachodniego, zarządzanego przez swych dotychczasowych aliantów.

W naszych domach dowiedzieliśmy się jednak dodatkowo, że Rosjanie od dawna szukali pretekstu do zlikwidowania tej zachodniej enklawy w swej strefie. Śmierć głodowa, która zaj­rzała wówczas do oczu kilkuset tysiącom mieszkańców zachodniego sektora miasta, stanowiącego trzy czwarte powierzchni całego Berlina, nie miała dla nich najmniejszego znaczenia, stanowiła jedynie środek szantażu. W tej sytuacji Amerykanie zdecydowali się na utworzenie gigantycznego mostu powietrznego w celu jego aprowizacji. Była to operacja o bezprecedensowej skali i za­kresie, ujawniła olbrzymi potencjał techniczny i organizacyjny krajów Zachodu, trwała przeszło 10 miesięcy, utrwaliła podział Europy na dwa przeciwstawne bloki i rozpoczęła wieloletni okres zwany zimną wojną.

Rozpoczęła się wówczas obłędna spirala wzajemnie nieprzyjaznych posunięć. W styczniu 1949 r. w Moskwie powołana została do życia Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, jako odpowiedź na Plan Marshalla i powstanie zachodnioeuropejskiej Organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej. Ta wschodnioeuropejska organizacja zrzeszająca wyłącznie kraje socjalistyczne miała w założeniu sterować centralnie i koordynować produkcję przemysłową w poszczególnych krajach bloku. W teorii miało to służyć bardziej sku­tecznemu rozłożeniu wysiłków, w praktyce zaś chodziło o umożliwienie Rosjanom daleko idą­cej penetracji w gospodarki podbitych krajów w celu przestawienia ich na produkcję zbrojenio­wą. W czerwcu państwa zachodnie utworzyły w Waszyngtonie obronny Pakt Atlantycki o skró­cie NATO. Prozachodnia Republika Federalna Niemiec powstała we wrześniu, a związana z blokiem sowieckim Niemiecka Republika Demokratyczna w październiku. W tej sytuacji utrwalenie podziału Niemiec i utworzenie dwóch państw niemieckich było w zasadzie logiczną konsekwencją podziału świata. W tym roku został też przełamany amerykański monopol nukle­arny i ZSRR wszedł w posiadanie broni atomowej. Od tego momentu oba supermocarstwa zdy­namizowały wyścig zbrojeń, a świat przez długie lata miał żyć w zagrożeniu wojną atomową.

Ojciec żalił się, że podczas rewolucji bolszewickiej z trudem udało mu się uciec przed ko­munistami z Rosji do Polski, a teraz oni tu za nim przyszli i w Polsce go ponownie dopadli. Moi rodzice mówili mi, że wprawdzie w PRL jest obecnie władza polska, ale w rzeczywistości rzą­dzą Rosjanie poprzez zaprzedanych im polskich komunistów. Podobnie uważała także duża część polskiego społeczeństwa, która wprawdzie cieszyła się ogromnie z odzyskanej niepodle­głości, ale zaczynała spostrzegać że nasza wolność nie jest pełna. Że nowa powojenna Polska nie jest w pełni suwerenna, gdyż wykonuje polecenia płynące nie z Warszawy, a z Moskwy. Wszy­scy dorośli pamiętali też o odkrytych w Katyniu grobach ze zwłokami polskich oficerów i mó­wili o tym po cichu w swych domach, bo oficjalnie tej sowieckiej zbrodni ludobójstwa w ogóle nie było. Opowiadano też szeptem o podstępnym porwaniu przez Rosjan do Moskwy 16-tu przywódców Polski podziemnej i wytoczeniu im tam pokazowego procesu za to, że byli patrio­tami chcącymi aby Polska była suwerenna, a nie pod sowiecką dominacją. Był wśród nich ostat­ni dowódca AK – generał Leopold Okulicki-Niedźwiadek, był Kazimierz Pużak z lewicowej przecież PPS, był także Zbigniew Stypułkowski – najmłodszy poseł na Sejm Rzeczypospolitej w 1939 roku. Za słuchanie radia zagranicznego można było być wezwanym na tłumaczenie się do Urzędu Bezpieczeństwa. Musieliśmy więc na lekcjach w szkole mówić zupełnie co innego niż słyszeliśmy w naszych domach. Pobieraliśmy w ten sposób pierwszą podstawową, intensywną i nie ostatnią zresztą lekcję przetrwania w totalitaryzmie – lekcję umiejętności bycia zakłamanym. Lekcję dwójmowy i dwójmyślenia, wszechwładzy Policji Myśli i tylu innych znanych nam z codziennego życia atrybutów życia pod przewodem jedynej Partii, będącej wyrazicielką jedynej słusznej linii, opisanych w wydanej na Zachodzie w 1949 roku przez Georga Orwella książce Rok 1984. Ale o istnieniu tej publikacji nie mieliśmy wówczas jeszcze pojęcia.

Właśnie rozpoczynała się intensywna sowietyzacja kraju, a w szczególności polskiej młodzieży. W lutym 1948 roku powołano do życia paramilitarne młodzieżowe hufce pracy pod nazwą Służba Polsce, a latem scalono wszystkie dotychczasowe organizacje młodzieżowe w jedną komunistyczną, o nazwie Związek Młodzieży Polskiej.

W dziedzinie sztuki i kultury obowiązującym kanonem stał się realizm socjalistyczny, czyli socrealizm. Kultura miała być teraz podporządkowana polityce, obowiązkowo socjali­styczna w treści i narodowa w formie. Miała walczyć o pokój, o wyzwolenie społeczne i nawią­zywać jedynie do wzorów radzieckich. Sztuki plastyczne miały odciąć się od dekadenckiej twór­czości burżuazyjnej i gloryfikować pracę i walkę klas symbolizowane przez monumentalne rzeźby ludzi z marmuru, przypominające dziwnie kanony obowiązujące w sztuce niemieckiej okresu hitlerowskiego. Ale o tym nikt głośno nie odważał się mówić.

Polska władza ludowa, nie mając legitymacji do jej pełnienia w postaci demo­kratycznie wygranych wyborów, nie czuła się pewnie i podobnie jak Niemcy w czasie okupacji, wszędzie węszyła opór społeczny, amerykańską dywersję i kapitalistyczny sabotaż. Mój Tata, będąc dyrektorem od spraw energomaszynowych gliwickiego Zjednoczenia Węglowego, był odpo­wiedzialny za prawidłowe działanie wszystkich maszyn i urządzeń energetycznych pracujących na kopalniach w rejonie gliwickim. Cały czas był spięty i obawiał się każdego dzwonka telefonu w domu, bo mógł on być zwiastunem awarii i wielkich kłopotów z nią związanych, łącznie z za­rzutem o udział w sabotażu. Każdy telefon mógł być wezwaniem do tłumaczenia się w Urzędzie Bezpieczeństwa, zwanym w skrócie UB lub pogardliwie UB-ecja. Powtarzała się więc identycz­nie ta sama sytuacja co w Wojkowicach podczas okupacji – wówczas niemieckiej. Czyżby obec­nie też była okupacja, tyle że inna?

Wiele na to zaczynało wskazywać, gdyż socjalistyczna władza odmówiła społeczeństwu polskiemu podstawowych wolności ludzkich i swobód obywatelskich. Nie było wolności słowa, bo cała prasa i wszystkie publikacje podlegały cenzurze. Nie można było głośno mówić tego co się myśli, bo za krytykowanie władzy można było trafić do więzienia jako wróg ludu. Nie było też wolności zrzeszania, bo poza organizacjami koncesjonowanymi i kontrolowanymi przez pań­stwo, innych, niezależnych, nie wolno było zakładać. Wszelka opozycja polityczna była brutal­nie tępiona a wyborów albo w ogóle nie było, a te które się odbywały, jak powszechnie twier­dzono, były fałszowane. Tak stało się z wynikami referendum z czerwca 1946 roku, w którym społeczeństwo miało odpowiedzieć między innymi na pytanie: Czy jesteś za zniesieniem Se­natu?, tak było również i z wyborami do Sejmu w styczniu 1947 r. Ich wyniki w tak miażdżącej przewadze były zgodne z życzeniem władzy, że nie mogły być wiarygodne w tak zróżnicowa­nym politycznie społeczeństwie, jak polskie. Od tego czasu Polacy przestali już traktować po­ważnie jakiekolwiek wybory organizowane w PRL-u przez komunistów. Nie mogliśmy też bez po­zwolenia posiadać zagranicznych pieniędzy ani wyjeżdżać swobodnie za granicę. Do 1956 roku prywatne paszporty na wyjazd zagraniczny były wydawane tylko w wyjątkowych przypadkach. Dopiero po 1956 r. zaczęły być przez władze wydawane niechętnie, po skomplikowanych i upokarzających staraniach na milicji. Nawet słuchanie zagranicznego radia mogło sprowadzić nieprzyjemności i zainteresowanie policji politycznej. Chociaż zniesiono już kartki na żywność, to zaopatrzenie w sklepach było bardzo skromne i przypominało właściwie czasy okupacyjne. O kawie czy owocach cytrusowych w dalszym ciągu nie było mowy. Jedyne bardziej atrakcyjne artykuły żywnościowe pochodziły z dostaw amerykańskiej organizacji pomocy UNRRA. Było to całkowicie niezrozumiałe – jak to jest możliwe, że dożywiają nas złośliwi, zasypujący nas szkodliwą stonką wstrętni Amerykanie, a nie nasi ukochani sowieccy przyjaciele?

Po śmierci Prymasa Polski kardynała Hlonda w październiku 1948 roku, jego następcą został biskup lubelski Stefan Wyszyński. Zadanie jego było bardzo utrudnione, gdyż stosunki pomiędzy Kościołem a państwem zaczęły pogarszać się niemalże z tygodnia na tydzień i w nie­długim czasie we wzajemnych relacjach dojść miało do głębokiego kryzysu. Podobnie było i w innych krajach Demokracji Ludowych. Na Węgrzech aresztowany został Prymas kardynał Józef Mindszenty i po pokazowym procesie skazany na dożywotnie więzienie.

Zaczynało się teraz ujawniać w całej rozciągłości, że metody działania i sposób myślenia każdej władzy totalitarnej, która jest siłą narzucona społeczeństwu, są zawsze takie same: nieuf­ność i podejrzliwość wobec ludzi oraz zmuszanie społeczeństwa do uległości przy pomocy terro­ru. Oba reżimy totalitarne – hitlerowski i komunistyczny były właściwie identyczne. Miały swoją służącą do tego celu policję polityczną – w czasie okupacji niemieckiej było to Gestapo, a obecnie było to sowieckie NKWD i polski Urząd Bezpieczeństwa. Każdy z nich miał też swą rządzącą, jedyną partię polityczną z jedynie słusznym programem politycznym. Partie te – u Niemców była to NSDAP, w Sowietach KPZR, a w Polsce Ludowej nazywała się PZPR za­zdrośnie strzegły swego monopolu i eliminowały w bezwzględny, kryminalny często sposób swoich przeciwników politycznych. Sposób myślenia i metody działania też pozostawały takie same, bo członkowie tych partii, nieliczni zauroczeni ideowo, a w przeważającej większości absolutnie cynicznie dla niskich korzyści materialnych, byli gotowi bez najmniejszych skrupułów wykonać najbardziej podłe polecenie partyjne. Każdy totalitaryzm miał swe obozy zagłady dla przeciwników politycznych – w hitlerowskich Niemczech były to wśród wielu innych w Nimczech, położone w Polsce Majdanek koło Lublina i Auschwitz w Oświęcimiu, w Polsce Ludowej – Łambinowice, Rawicz, Wronki i inne, a w Rosji Sowieckiej – cały olbrzymi archipelag niezliczonych gułagów.

Postępowanie hitlerowców i komunistów było do tego stopnia podobne do siebie, że obecnie władza ludowa w PRL-u rozpoczęła żałosną akcję polonizacji niemieckich nazwisk. W ramach tej akcji osoby, które miały niemiecko-brzmiące nazwiska były wzywane do stawienia się w Zarządzie Miasta, gdzie żądano od nich zmiany swych nazwisk na brzmiące po polsku. Mój przybyły ze Lwowa klasowy kolega Staszek Neumann od pewnego dnia zaczął się nazywać Ołpiński. Jego ojciec, który był radcą prawnym, pod groźbą utraty uprawnień do pełnienia swego zawodu został zmuszony do zaniechania używania swego niemieckiego nazwiska. Przyjął więc nazwisko panieńskie swej żony. Neumannowie byli znaną, od pokoleń osiadłą we Lwowie polską rodziną, która dała lwowskim wyższym uczelniom kilku profesorów. Jak wielu innych lwowiaków byli pochodzenia austriackiego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien był od nich żądać udowadniania swej polskości.

Mój ojciec oczywiście też był tam wezwany i z polskimi władzami komunistycznymi po­wtórzyła się, z wszystkimi humorystycznymi szczegółami ta sama poniżająca rozmowa co z hi­tlerowcem Kurz’em w Wojkowicach podczas okupacji niemieckiej. Nie byli to jednakże teraz obcy okupanci, lecz przecież niby swoi. Tata musiał pisać upokarzające podania do Obywatela Prezy­denta Miasta Gliwice z prośbą, aby ten wyraził łaskawą zgodę na to, że ojciec pozostanie przy swym na­zwisku, gdyż nie jest ono niemieckie, ale (tym razem) szwajcarsko-francuskie. Tata powoływał się w podaniu na fakt, że Niemcy z tego samego powodu bezskutecznie chcieli zrobić z niego Niemca i że skoro wówczas nie ugiął się on pod naciskiem niemieckich okupantów i nie wyparł swej polskości, to obecnie też nie ma najmniejszego powodu aby udowadniać swą polskość przez wyparcie się swego niemieckiego nazwiska. Argumenty były trudne do odparcia i zostały w końcu łaskawie uznane. Zrozumiałe jest jednak, że po tym incydencie ojciec jeszcze bardziej nie kochał komunistów i uważał ich za taką samą, jak się wyrażał z rosyjska swołocz, jak okupantów niemieckich. Wprawdzie panieńskie nazwisko mej Mamy jest historyczne i w jej ro­dzinie opowiadało się o jakimś niezbyt sprecyzowanym powinowactwie z generałem Henrykiem Dąbrowskim, to jednak wcale nie musiało to oznaczać, że na skutek komunistycznego widzimi­się, mielibyśmy od jutra posługiwać się nazwiskiem panieńskim Mamy. Mój Tata miał rogatą duszę i wcale nie lubił, by go ktokolwiek zmuszał do robienia tego, na co on nie miał ochoty. Pozostaliśmy więc przy naszym nazwisku, podobnie zresztą jak rodzice wielu innych moich kolegów o niemieckich na­zwiskach.

Szantaż o utracie pracy jaki wywarli komuniści na starym panu Neumann’ie, by uczynić z niego pana Ołpińskiego był wyjątkowo podły. Poparty był groźną aluzją, że jego córka Ewa, która była tuż przed maturą i chciała studiować architekturę na Politechnice w Krakowie, nie ma szans dostania się tam z takim nazwiskiem. Pozostali nasi ojcowie mieli widocznie więcej szczę­ścia, bo udało im się groźbom nie ulec i pozostać przy swych nazwiskach.

¬ ¬ ¬

Po jakimś czasie zgadało się w szkole, że dwaj moi nowi koledzy z klasy „A” – Janusz Marquardt i Jerzy Stobiński ukończyli w ubiegłym roku teoretyczny kurs szybowcowy, a w cza­sie ubiegłych letnich wakacji byli na kursie praktycznym i latali na szybowcach! Jurek po kursie tak zapalił się do lotnictwa, że postanowił zbudować duży model samolotu. W tym celu na ga­zowej kuchence w domu topił w puszce po amerykańskiej konserwie z UNRRA zawierającej przedtem Horse Meat kawałki aluminium i odlewał z nich wręgi kadłuba do swego modelu. Nie mogłem przecież okazać się od nich gorszy. Zaraz poprosiłem więc rodziców o zapisanie mnie też na takie szkolenie. Było z tym trochę kłopotów, bo tamten kurs już się skończył, ale na szczęście uru­chomiono drugi, na który natychmiast się zapisałem. Było to pasjonujące – poznawałem tam bu­dowę samolotów oraz aerodynamikę, nową nieznaną mi dotychczas, fascynującą wiedzę o po­wietrzu.

Jurek Stobiński mieszkał tuż obok i dzięki temu często korzystał z laboratorium w gara­żu. Okna naszych mieszkań dzieliła tylko wąska ścieżka i podwórko domu Jurka. Ponieważ mieliśmy sobie wiele do powiedzenia na temat przeprowadzanych eksperymentów, założyliśmy telefon pomiędzy naszymi domami. Składał się on z dwóch wieczek od pudełek po paście do butów marki ERDAL i cienkiego drutu przeciągniętego pomiędzy naszymi oknami. Gdy bardzo krzyczeliśmy do tych wieczek a okna były otwarte, to nawet słyszeliśmy się – nie jestem całkiem pewien czy przez ten telefon, czy może bezpośrednio?

Mimo innych zajęć nie zaniedbywałem jednakże eksperymentów z materiałami wybu­chowymi. W książce Romka Śledziewskiego znalazłem bardzo prosty opis produkcji materiału wybuchowego, który można było wykonać w warunkach niemalże domowych, a w każdym razie w takim laboratorium, jakim dysponowałem w garażu. Ta wybuchowa substancja nazywała się acetylenek srebra i według książki Romka, była nadzwyczaj silna i czuła, a wybuchać miała przy najmniejszym dotyku lub potarciu. Było to dokładnie to, czego poszukiwałem, gdyż moje do­tychczasowe usiłowania zrobienia nitrogliceryny i dynamitu ciągle nie udawały się z powodu braku właściwych aparatów i surowców. Zabrałem się więc ochoczo do kompletowania nie­zbędnych składników. Po kilku dniach miałem już je zebrane w wystarczającej ilości i pewnego popołudnia zabrałem się do eksperymentu. Rozpuściłem w wodzie, co było trzeba i zmieszałem w szklanym słoiku po kompocie z czereśni wszystkie wymagane składniki we właściwej kolej­ności, tak jak to było napisane w książce. Po pewnym czasie w słoiku zrobił się nagle biały, gę­sty, serowaty osad, który osiadł na dnie. Wylałem ostrożnie wodę z górnej części słoika i na dnie pozostał gęsty mokry szlam, który powinien był być owym acetylenkiem, a z którym nie bardzo wiedziałem co zrobić. Wybrałem go więc łyżką i postanowiłem wysuszyć na słońcu. Do tego celu nadawały się doskonale ceglane schody wejściowe do naszego domu, tuż obok garażu. Posmarowałem tym błotkiem kilka stopni licząc na to, że po wyschnięciu zeskrobię powstały proszek i zbiorę go do torebki. Po pewnym czasie istotnie szlam podeschnął na tyle, że stał się proszkiem, który już można było zebrać do jakiegoś naczynia. Właśnie miałem się do tego zabrać gdy Gopar, który był w ogrodzie, został zawołany do domu i wbiegł na schody. Rzuciłem się, aby uratować moje dzieło i obronić je przed rozdeptaniem, ale nie zdążyłem: Gopar w pełnym pędzie wdepnął w sam środek rozsmarowanego placka. Rozległ się głośny wybuch i spod jego nogi buchnął płomień ognia. Przerażony pies dal susa na wyższy stopień schodów i znowu trafił na suszący się placek, który znów wybuchł mu pod nogą z czerwonym płomieniem. Nieszczę­sne psisko które nigdy nie lubiło huku, o mało nie oszalało ze strachu: tak się pechowo przyda­rzyło, że wszędzie gdzie postawiło łapy, tam trafiało na proszek i powodowało wybuch.

Książka nie kłamała, acetylenek był istotnie nadzwyczaj czułym materiałem wybucho­wym, eksperyment udał się nadzwyczajnie, ale ja musiałem się gęsto tłumaczyć przed Mamą. Rodzice w sumie nie bardzo wiedzieli jak potraktować to wydarzenie: czy się na mnie gniewać – bo tak właściwie to nie bardzo było za co, czy też mnie chwalić za studiowanie chemii.

Jeszcze kilka razy zrobiłem porcję tego szlamu i posmarowałem nim schody wejściowe do domu, z takim samym skutkiem. Zabawa była za każdym razem wspaniała, a go­ście, którzy nas w tym czasie odwiedzali nie byli zbyt zachwyceni. Po wypróbowaniu proszku na domownikach pomyślałem sobie, że byłoby nieładnie, gdybym bawił się dalej tylko sam w domu i że nadszedł już czas, by podzielić się przyjemnością także i z kolegami w szkole. Z ostatniej porcji składników, jaka mi została mogłem zrobić już tylko niewielką porcję acetylenku. Podsuszywszy trochę błotko aż przybrało postać wilgotnych bryłek, wsypałem je do szklanej ampułki po esencji waniliowej do ciasta, zakorkowałem i na drugi dzień zabrałem ze sobą do szkoły, aby obmyślić z kolegami w klasie, jaki najlepszy użytek z nich zrobić. Pierwszą lekcją była geografia. Profesor opowiadał ciekawie o Chinach, o żółtej rzece, która nazywała się Jang-Tse-Kiang i o dżonkach po niej pływających, a my słuchaliśmy uważnie, oglądając odpowiednie mapki w atlasie. Moim kolegą w ławce był siedzący po prawej stronie Rysio Eisler, który był ta­kim krótkowidzem, że aby czytać, musiał być pochylony i trzymać nos niemalże w książce. Ja też słuchałem uważnie profesora i wyobrażałem sobie że płynę po rzece. W prawej ręce, której łokieć miałem oparty na blacie ławki, kręciłem machinalnie wyciągniętą z kieszeni ampułkę trzymając ją w palcach na poziomie skroni.

W pewnej chwili oślepił mnie jaskrawy błysk i ogłuszył potężny huk – to ze straszliwą siłą wybuchł proszek w trzymanej tuż przy oku ampułce, rozpryskując szklane odłamki na wszystkie strony. Większa ich część posiekała mi prawą skroń, policzek i brew, reszta poszła w szyję i odsłonięty kark Rysia, nisko pochylonego nad książką. Obaj zalaliśmy się zaraz krwią. Mój Anioł Stróż znowu musiał dokonać prawdziwego cudu – mimo, że zrobiłem właściwie wszystko co tylko mogłem aby stracić oko, On jednak do tego nie dopuścił. Profesor od geogra­fii, kierowany samozachowawczym odruchem, który zapewne wyrobił sobie w partyzantce pod­czas niemieckiej okupacji, schronił się błyskawicznie uskoczywszy za katedrę. Opanował się jednak natych­miast, wyskoczył z powrotem i zapytał krótko: który kretyn to zrobił? Nie było sensu udawać Greka, bo lejąca się po twarzy krew i tak wskazywała niedwuznacznie na sprawcę. Wstałem i powiedziałem drżącym głosem: – to ja, panie profesorze. Rysio wycierał chusteczką krew ciek­nącą mu obficie z karku na plecy i był tak przestraszony, że zupełnie zaniemówił. Profesor już opanował sytuację – sprowadził szkolną pielęgniarkę oraz wychowawcę klasy. Pielęgniarka za­łożyła nam prowizoryczne opatrunki, a wychowawca wysłał obu nas do domu – Ryśka, aby od­począł po emocjach, a mnie z poleceniem zawiadomienia rodziców, żeby przyszli do szkoły na rozmowę z dyrektorem.

Wróciłem do domu i opowiedziałem co się stało. Mama wzięła mnie do łazienki, zdjęła opatrunek, obejrzała moje oko i stwierdziwszy że jest w porządku, zauważyła wbite głęboko pod spaloną wybuchem skórę pokłady czarnego pyłu. Była to sadza i rozpylone srebro pochodzące ze spalone­go acetylenku srebra. Moja Mama, dobrze wyszkolona pielęgniarka, w chwilach krytycznych odznaczała się błyskawicznym i zdecydowanym działaniem. Nie zastanawiając się wiele, wzięła twardą szczoteczkę do paznokci, która była akurat pod ręką i zaczęła szorować nią po gołej, ży­wej i krwawiącej ranie by usunąć z jej głębi te czarne pyły. Wyłem jak opętany i pewnie Mamie udałoby się wyszorować ranę całkiem do czysta, ale nie wytrzymałem bólu i wyrwałem się jej. Powinienem był siedzieć spokojnie i podziękować, bo gdyby nie to szorowanie na żywo, miał­bym na całe życie na twarzy brzydką czarną bliznę. Ponieważ nie wytrzymałem, jeszcze do dziś mam pod skórą nad prawą brwią już tylko pozostałości czarnych, nie wyszorowanych wówczas do końca śladów.

Nieszczęśni moi rodzice znów musieli udać się do szkoły na nieprzyjemną rozmowę. Do­stałem stanowcze ultimatum: jeszcze jeden jakikolwiek wybryk, a zostanę relegowany ze szkoły, czyli mówiąc po prostu – wyrzucony z gimnazjum z wilczym biletem na całe Gliwice. Wobec takiej alternatywy musiałem się definitywnie uspokoić i był to rzeczywiście ostatni mój „wy­czyn” w gimnazjum. Zostawszy w ten sposób pozbawiony innych możliwości zabłyśnięcia przed kolegami, zabrałem się więc nolens-volens do nauki. W stosunkowo krótkim czasie doszlusowałem do piątki najlepszych uczniów w klasie i stałem się członkiem klasowej czołówki. Obecnie, bogatszy o doświadczenia z własnymi dziećmi i wnukami widzę wyraźnie, jak bardzo moi rodzice mu­sieli być obdarzeni niewyczerpanymi pokładami świętej cierpliwości i wyrozumiałości oraz jak wy­jątkowo kochać swego syna. Przeciętnie wyrozumiali rodzice, takiego niesfornego i rozrabiają­cego wyrostka jak ja, dawno by już przecież umieścili gdzieś w szkole z internatem o ostrym ry­gorze dla utemperowania jego wybujałego temperamentu!

Ponad pięćdziesiąt lat po owych wydarzeniach, przeglądając stare rodzinne papiery, na­tknąłem się na świadectwa szkolne mego ojca z Korpusu Kadetów w Tyflisie. Będąc ciekaw, jakich przedmiotów uczył się w szkole, przeglądałem je z zainteresowaniem. Doskonałe stopnie z większości przedmiotów, rzadko schodzące poniżej 10 w 12-to stopniowej skali ocen, wpra­wiły mnie w podziw pomieszany z kompleksem niższości. Na końcu każdego ze świadectw była specjalna rubryka zatytułowana: Opinia o zachowaniu, postępach i pilności kadeta. Na świa­dectwie za wrzesień i październik 1908 roku porucznik – wychowawca klasy napisał dziesięcio­letniemu wówczas chłopcu:

Na lekcjach siedzi często nieuważnie z powodu swojej swawolności, dlatego i postępy mogłyby być lepsze, jeśliby ta swawolność była mniejsza.

W dwa lata później, na świadectwie za te same miesiące 1910-go roku napisano:

Wykazując w ogóle niezłe postępy w nauce, kadet Mauberg czasami martwi mnie swoim zacho­waniem, naruszając nierzadko regulamin Korpusu spóźnia się do szeregu i stoi w szeregu nie­spokojnie, źle zachowuje się na lekcjach itp.                   Sztabs Kapitan Michelson

Na świadectwie za rok szkolny 1911/1912 wychowawca klasy napisał:

22/III/1912  Zachowanie złe: często dostaje uwagi za zakłócanie porządku w czasie lekcji, na zajęciach wieczornych, w sypialni. Nie jest zbyt staranny. Pilny, ale nie zawsze jednakowo. Źle zachowuje się w szeregu, w klasie.

17/VI/1912  Byłoby pożądane w roku szkolnym 1912/13 widzieć kadeta Mauberga, przy jego świetnych zdolnościach i dobrej nauce, zachowującego się poważniej. Ma możliwość ubiegania się o dodatkowy punkt za zachowanie.                  Sztabs Kapitan Michelson

Na następnym świadectwie w roku 1912/1913 nie było niestety lepiej:

18/XI/1912 Zachowanie w klasie nie do zaakceptowania. Pilność – nierówna. Postępy dobre, ale przy zdolnościach kadeta Mauberga mam prawo oczekiwać lepszych rezultatów w nauce.

24/XII/1912 Postanowieniem komitetu pedagogicznego odjęto 2 punkty za zachowanie z 6 na 4, za bójkę na pięści z młodszymi kolegami. Przy powtórzeniu podobnego wykroczenia będzie przedstawiony do skreślenia. Pozbawiony urlopu na Święta Bożego Narodzenia: oprócz 3-ch dni Bożego Narodzenia, 1 stycznia i 6 stycznia.

(bez daty) Zachowanie poprawiło się.                 Kapitan Michelson

Podobnie na świadectwie za rok 1913/1914, kiedy to sztabs-kapitan Michelson, zapewne za swe własne nienaganne sprawowanie, został awansowany na podpułkownika:

Na wieczornych i porannych zajęciach czasami zakłóca porządek.

16/XII/I913 W szeregu popchnął kolegę.

28/I/1914 W klasie zakłóca porządek. Niesumiennie dyżuruje w klasie.

17/III/1914 Głośno śmiał się w szeregu.             Podpułk. Michelson

Szczególnego smaczku tym krytycznym wpisom dodaje spostrzeżenie, że świadectwa szkolne wraz z uwagami o zachowaniu w nich zawartymi musiał przyjmować do wiadomości i podpisywać ojciec kadeta – mój dziadek, też w owym czasie będący w randze podpuł­kownika.

Dopiero w następnym roku szkolnym mój Tata pokazał, że potrafi być także i doskonałym pod każ­dym względem uczniem, gdyż na świadectwie z siódmej klasy w roku szkolnym 1914/1915 podpułkownik Michelson napisał:

Nader pilny. Zachowanie bardzo dobre. Awansowany na młodszego podoficera.

Lektura tych świadectw uświadomiła mi jak miażdżącemu rygorowi w Korpusie Kade­tów musiał być poddawany mój Tata, pełen w tym chłopięcym i młodzieńczym okresie swego życia rozsadzającej go energii. Pozwoliła mi ona zrozumieć też źródło jego aniel­skiej cierpliwości i wyjątkowej wyrozumiałości w stosunku do moich, iście szatańskich wybry­ków – pamiętając swoje własne dzieciństwo, był wyrozumiały dla mnie. Pojąłem także, skąd u mnie samego wziął się ten wybujały temperament i moje nieprawdopodobne pomysły. Mogę również domyślać się, skąd takie cechy charakteru mogłyby się wziąć się u moich dzieci i wnu­ków.

Mauberg Konst1914

Konstanty Mauberg w Korpusie Kadetów w 1914 r.

¬ ¬ ¬

Na wakacje w 1949 roku pojechałem na obóz szybowcowy do Goleszowa koło Cieszyna. Rodzice, świadomi różnorakich niebezpiecznych pomysłów kłębiących się bez ustanku w mej głowie, nie byli zbyt pewni, czy robią dobrze pozwalając mi tam jechać. Mama przestrzegała mnie usilnie, abym był bardzo ostrożny oraz latał nisko i powoli. Było to, z czego oczywiście nie zdawała sobie zupełnie sprawy, akurat dokładne przeciwieństwo tego, co należało robić, aby lata­nie było bezpieczne. Na kursie nie latałem jednak ani nisko, ani powoli – latałem na szczęście dokładnie tak jak mnie uczyli, dzięki czemu obyło się bez wypadku, a ja ukończyłem kurs z nie­złymi wynikami. Poznałem tam wielu ciekawych chłopców, podobnie jak ja zafascynowanych lataniem i szybownictwem. Kilku z nich zrobiło później karierę w lotnictwie sportowym, jak na przykład Edward Makula – światowy mistrz szybowcowy, zdobywca wielu pierwszych nagród w zawodach międzynarodowych, a później kapitan – pilot samolotów komunikacyjnych w pol­skich liniach lotniczych LOT czy Zbyszek Rawicz, który jako pilot LOT-u zginął w katastrofie lotniczej pod Zawoją w Beskidzie Żywieckim. Marian Kępka i Jurek Skrzydlewski zabili się w katastrofach szybowcowych, a Jurek Kulesza dokonał wielkiego wyczynu – uciekł na szybowcu z komunistycznego PRL do Austrii w wolnym świecie.

Obóz szybowcowy był zorganizowany przez Służbę Polsce – paramilitarną organizację młodzieżową, której programowym zadaniem było wykorzystanie darmowej siły roboczej mło­dzieży dla różnych celów związanych z linią partii komunistycznej i potrzebami propagandy so­cjalistycznej. Odbycie wakacyjnego miesięcznego turnusu w SP nie było wprawdzie obowiąz­kowe, ale umożliwiało zdobycie dodatkowych punktów potrzebnych ewentualnie potem przy staraniu się o wstęp na wyższe studia. Kto nie był synem robotnika lub chłopa, ten nie miał punktów za pochodzenie i musiał je zdobywać w inny sposób. Był to jeden z przejawów owego dobrowolnego przymusu, tak charakterystycznego dla systemu komunistycznego i chętnie stosowanego przez władze przy każdej okazji. Młodzi chłopcy i dziewczęta z SP od­gruzowywali więc Warszawę, wykonywali pomocnicze prace przy budowie Nowej Huty pod Krakowem oraz pomagali przy żniwach na wsi w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, a nie­raz i górnikom w kopalniach. Uczestniczyli także niestety, u boku oddziałów Milicji Obywatel­skiej, w odbieraniu bogatym gospodarzom na wsi zapasów mięsa i zboża oraz w innych podob­nych haniebnych akcjach konfiskaty na wsiach, nazywanych eufemistycznie rozkułaczaniem . Dzięki zainteresowaniom lotniczym i zrobionemu wcześniej teoretycznemu kursowi szybowco­wemu, moi dwaj koledzy z klasy i ja mieliśmy możność odbycia naszego turnusu SP na szybowisku i w ten sposób uniknęliśmy ciężkiej pracy na budowie lub paskudnych wypraw na or­ganizowany przez władze rabunek wiejskich gospodarstw. Niewielu naszym szkolnym kolegom tak się udało, większość wróciła po wakacjach do szkoły z niegroźnymi pęcherzami na rękach, ale niektórzy także z nieuleczalnymi ranami na psychice. Ci ostatni stanowili potem narybek dla kadry przyszłych działaczy ZMP – będącego na usługach komunistycznej partii Związku Mło­dzieży Polskiej.

Ja w owym czasie byłem prawie zupełnie apolityczny. Wprawdzie rodzice moi i domy moich kolegów były negatywnie nastawione do zaprowadzanej w PRL socjalistycznej rzeczy­wistości, a słuszność ich krytyki znajdywała na każdym kroku potwierdzenie w życiu codzien­nym, to odbywało się to jakby nieco z boku i nie dotyczyło mnie bezpośrednio. Do organizacji Służba Polsce odnosiłem się przyjaźnie, bo dzięki niej przeżyłem wspaniałe wakacje na szybowisku, a do ZMP, mimo jego powszechnej krytyki w naszym środowisku, miałem stosunek całkowicie obojętny. To dopiero sami komuniści – ich pełne pychy i niebywałego zakłamania postępowanie oraz niewyobrażalne dla ludzi żyjących w wolnym świecie zniewolenie fizyczne i psychiczne, jakie ich system narzucał opanowanym przez nich narodom, uczyniło ze mnie póź­niej, w dorosłym już życiu, zdeklarowanego antykomunistę.

Trzeba jednakże uczciwie przyznać, że jako wnuk człowieka zamęczonego w sowieckim łagrze i syn tego, który będąc 22 letnim młodzieńcem musiał ratować życie dramatyczną ucieczką przed bolszewikami z Rosji do Polski przeszło 3000 kilometrów, byłem naznaczony niechęcią do bolszewii już od kołyski.

A przecież filozofia komunistyczna, głosząca zasady wolności, sprawiedliwości społecznej, postulująca równość ludzi, wymagająca poszanowania godności człowieka i uważająca spełnianie jego potrzeb kulturalnych oraz materialnych za swój imperatyw, wydaje się być wzniosłym światopoglądem. Jest filozofią tak piękną, że w praktyce stanowi niestety jedynie czystą, abstrakcyjną teorię – może mieć zastosowanie tylko w raju, tam gdzie realizowałyby ją istoty o naturach doskonałych, pozbawionych ludzkich ułomności. W ziemskim wykonaniu jest niewykonalną i nader kosztowną, zarówno finansowo jak i społecznie utopią, dokładnym przeciwieństwem głoszonych haseł. Taką niesprawiedliwość, wyzysk, zakłamanie, ograniczenie swobód obywatelskich, sponiewieranie ludzkiej godności, psychiczne zniewolenie oraz fizyczną eksterminację opornych, jaką komuniści masowo zastosowali na opanowanych przez siebie terenach, w słabym jedynie stopniu oddać może porównanie z okresem niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, tak powszechnie uznanym przecież za haniebny.

¬ ¬ ¬

Pewnego jesiennego dnia 1949 roku mój młodszy brat Gopar, który w tym czasie miał 16 lat, co na ludzkie życie znaczyło co najmniej 80, był więc dobrze zakonserwowanym, ale już bardzo wiekowym psim staruszkiem, zniknął z domu. Szukaliśmy go wszędzie, pytaliśmy sąsia­dów, a ojciec zgłosił jego zniknięcie na milicji. Wszystko było nadaremne. Gopar znikł jak ka­mień w wodzie i nigdy więcej już go nie zobaczyliśmy. Cała rodzina zastanawiała się bezsku­tecznie, co mogło mu się przytrafić. Czy złapał go hycel (ale takiej instytucji w Gliwicach nie było), czy ktoś go ukradł (ale po co kraść takiego staruszka), czy wpadł pod samochód (ale w tym czasie w Gliwicach nie było ich wiele), a może zabili go dla zabawy rosyjscy żołnierze?

Jestem pewien że Gopar, zwyczajem rannych zwierząt, które zaszywają się w jakiś niedostępny kąt by tam w samotności wylizać swe rany, czując nadciągający swój koniec, zaszył się w taki właśnie ukryty kąt by tam umrzeć w spokoju. Gopar był przecież szlachetną istotą, miał bardzo subtelną duszę i na pewno w tych ostatnich chwilach chciał być sam i nie sprawiać sobą kłopotu. Żałoba w domu była wielka i długo nie mogliśmy pogodzić się z myślą, że już nigdy nie pojawi się rano w sy­pialnym pokoju brązowa postać z uśmiechniętym przyjaźnie trójkątnym pyskiem, by na powita­nie wsadzić głowę pod kołdrę i dotknąć nogę wilgotnym nosem, albo polizać zwisającą z łóżka rękę.

Gopar portret

Gopar

¬ ¬ ¬

W końcu maja 1950 roku zdałem bez większych emocji egzamin maturalny. Fakt ten po­stanowiliśmy z kolegami z naszej paczki uczcić przez zorganizowanie pikniku na świeżym po­wietrzu. Każdy miał przynieść butelkę wina i jakieś kanapki. Było nas chyba sześciu, a każdy – tak jak się zobowiązał – przyniósł butelkę taniego wina. Nieszczęście polegało na tym, że każde było inne. Nie było dwóch identycznych butelek! Nie wie­dzieliśmy jeszcze wówczas, że nie wolno mieszać różnych gatunków podłego wina, była więc to mieszan­ka piekielna, najgorsza z możliwych. Nie można się dziwić, że struliśmy się przepotężnie. Dowlokłem się do domu późnym wieczorem przy pomocy kolegów i chorowa­łem przez dwa następne dni. Będę je pamiętał do końca życia. W ten sposób zostałem na całe życie wyleczony z wszelkich ciągot do nadużywania napojów alkoholowych. Dzięki temu do­świadczeniu poznałem zdradziecką właściwość alkoholu oraz dowiedziałem się gdzie jest grani­ca, której mi przekroczyć nie wolno. Od tego czasu, jeszcze całe mnóstwo razy w życiu piłem przy różnych okazjach więcej lub mniej alkoholu, ale znając swą miarę, zawsze już wiedziałem kiedy należy się zatrzymać, by nie być chory.

Być może doświadczenie takie przydałoby się każ­demu młodemu człowiekowi by uchronić go na przyszłość przed nałogiem lub wymykającym się spod kontroli pociągiem do napojów wyskokowych?

W czerwcu wybuchła wojna na półwyspie koreańskim. Korei Południowej pomagały Stany Zjednoczone, a komunistycznej Korei Północnej chińscy ochotnicy, czyli w praktyce Związek Sowiecki. Trwająca od jakiegoś czasu zimna wojna pomiędzy Wschodem i Zacho­dem mogła w każdej chwili przekształcić się w światową wojnę prawdziwą. Zaostrzenie sytuacji międzynarodowej spowodowało w Polsce intensyfikację produkcji zbrojeniowej i rozwój prze­mysłu ciężkiego kosztem przemysłów lekkiego i przetwórczego, pracujących na rzecz ludności. Wywołało to dalsze zubożenie rynku i pauperyzację społeczeństwa, na co nałożyła się jeszcze wymiana pieniędzy, przeprowadzona na złodziejskich zasadach.

Na następny obóz szybowcowy na szybowisko do Pińczowa pojechałem w lipcu, uod­porniony całkowicie na ewentualne propozycje alkoholowe ze strony kolegów. Był to już kurs zaawansowany, uczyliśmy się tam długotrwałego samodzielnego szybowania z wykorzystaniem prądów termicznych, latania na holu za ciągnącym nas samolotem oraz techniki skoków spado­chronowych, czyli tych wszystkich umiejętności, jakie są potrzebne pilotowi szybowcowemu dla jego przyszłej kariery sportowej. Lataliśmy z instruktorem na dwumiejscowych Bocianach lub samodzielnie na jednomiejscowych Komarach. Na skraju Pińczowa znajduje się długa, wielo­kilometrowa wysoka skarpa górująca nad rozlewiskiem Nidy. Przy czołowym wietrze nad skarpą powstaje front wznoszącego się powietrza. Wystarczyło wtedy nadlecieć nad skarpę, by móc latać w tym froncie bez opadania, tak długo, jak długo wiał wiatr. Było to niezapomnia­ne uczucie samotności w szybowcu, który majestatycznie płynąc w powietrzu leniwie poddawał się ruchom sterów. Słychać było tylko świst powietrza na owiewce kabiny, a oglądana z tej wy­sokości panorama Pińczowa i prawie płaska okolica, po której wiła się szerokimi zakolami srebrzysta wstęga leni­wie płynącej Nidy były urzekające. Po ukończonym pomyślnie kursie uzyskałem licencję pilota szybowcowego oraz miałem prawo do noszenia najniższej, brązowej odznaki Lilienthala, która w kółku z liści laurowych miała jedną mewkę.

Po powrocie z szybowiska zastałem mieszkające w naszym domu rodzeństwo Tarkowskich. Byli to 13-to letni Tomek i 16-to letnia Krysia. Ich matka, znajoma mojej Mamy z pracy w Przychodni Lekarskiej, dostała skierowanie na leczenie do sanatorium. Jej mąż zginął na wojnie w 1939 roku, a ona była samotną wdową, wychowującą dwójkę dzieci. W Gliwi­cach nie miała żadnej rodziny u której mogłaby zostawić dzieci na czas pobytu w sanatorium. Uzgod­niła więc z rodzicami, że na ten czas jej dzieci zamieszkają u nas.

Rodzeństwo Tarkowskich było sympatyczne, dobrze wychowane, a ich obecność w naszym domu stanowiła miłe urozmaicenie. Krysia była drobną, o lekko piegowatej buzi naiwną romantyczną marzycielką z ciemnymi włosami i natychmiast zauroczyła się moją pomaturalną dziewiętnastoletnią dorosło­ścią oraz nimbem pilota szybowcowego, z jakim pojawiłem się w domu. Wieczorne opowiadania przy kolacji o przeżyciach na szybowisku chłonęła z wbitymi we mnie bałwochwalczo brązo­wymi oczami. Nie trudno się domyślić, że po kilku dniach zakochała się we mnie bez pamięci, swą pierwszą chyba dziewczęcą miłością. Wszyscy w domu to oczywiście zauważyli z wyjątkiem mnie samego, nieczułego na fluidy Amora barana, myślącego wówczas wyłącznie o lataniu na szybowcach i ewentualnie o czekającym go egzaminie wstępnym na Politechnikę. Na usprawiedliwienie mogę jedynie stwierdzić, że moja nieczułość spowodowana była częściowo również i tym, że w tym czasie byłem całkowicie uodporniony na inne dziewczęta, gdyż ja z kolei byłem pod wraże­niem Zosi, uczennicy z o rok niższej klasy Gimnazjum Żeńskiego. Zosia uczyła się śpiewu w tej samej Szkole Muzycznej co ja i musiała być lepsza w śpiewie niż ja w grze na fortepianie, bo na gimnazjalnych akademiach często występowała z trudną, koloraturową francuską ludową piosenką mało znanej kompozytorki Ewy Dell’Acqua pod tytułem l’Hirondelle czyli Jaskółka. Jej polskie, dokonane nieco częstochowskimi rymami tłumaczenie

Kiedyś jaskółkę ujrzałam

w czystym lazurze poranku

słońca gdy wschód podziwiałam

stojąc przed domem na ganku.

Ach jakże ja żałowałam,

że jej skrzydełek nie miałam.......

Zosia tak uroczo śpiewała, że podbiła me serce bez reszty. Sam właściwie nie wiedziałem do­brze, czy zakochałem się bardziej w piosence, czy w Zosi. Wprawdzie koledzy, a w szczegól­ności Tadzik Pfützner cieszący się intergimnazjalną opinią nadzwyczaj biegłego w sprawach serco­wych i eksperta od wyglądu dziewcząt zwracali mi uwagę na fakt, że sylwetka Zosi nie ma kształtu idealnego, to wobec słodkiej koloratury jej głosu nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Dla mnie ważne było wnętrze człowieka – dusza, a nie takie zewnętrzne szczegóły jak nogi. Prawdą jest także, że Zosia nie wiedziała nic o mym dla niej uwielbieniu z tego pro­stego powodu, że jak dotąd nie ośmieliłem się dać jej o tym sygnału w jakikolwiek sposób. Ko­ledzy moi i koleżanki Zosi wiedzieli o tym wszystkim oczywiście doskonale i śmiali się ser­decznie ze mnie i z mojej nieśmiałości, ale mnie to nie przeszkadzało. Liczyłem bowiem skrycie, że dzięki temu wiadomość dojdzie do Zosi i że w ten sposób ominie mnie konieczność osobi­stego wyznania jej mych uczuć. (A trzeba wiedzieć że w owym czasie, przed wypadkiem moto­cyklowym który brzydko zdeformował mi twarz, byłem jeszcze młodzieńcem ładnym, choć bardzo nieśmiałym wobec dziewcząt. Podobno równie nieśmiałym jak przystojnym i zapowiadałem się na atrakcyjnego mężczyznę. Niestety, po wypadku, rokowania te nie miały już szans spełnienia.) Informacja o mych uczuciach musiała chyba w końcu istotnie dotrzeć do Zosi, bo od pewnego momentu zaczęła ona patrzeć na mnie zachęcająco i wyczekująco, potem z zawodem, później z niesma­kiem, a w końcu z wyraźną pogardą i unikać jak ognia. Ale to było już później, w czasie gdy oboje studiowaliśmy w Gliwicach na Politechnice.

Natomiast Krysia, gdy rano rodzice wyszli już z domu do pracy, a ja wylegiwałem się jeszcze w łóżku bo były wakacje, przychodziła w pikowanym szlafroczku narzuconym na piża­mę do mojego pokoju, siadała na łóżku i prosiła, abym jej opowiadał o sobie, o szybowisku i ko­legach, o szkole i nauczycielach. Po kilku dniach zacząłem zapraszać ją, by się koło mnie poło­żyła. Uchylała wtedy kołdrę i wsuwała się pod nią nieśmiało i z ociąganiem. W owych czasach normalnemu chłopakowi żadne inicjatywy miłosne w takiej sytuacji nawet nie przychodziły do głowy. Mnie też nie. Leżeliśmy więc i gawę­dziliśmy tak do czasu aż zniecierpliwiona brakiem możliwości posprzątania ze stołu Jadzia wywo­ływała nas na śniadanie. Traktowałem ją jak siostrę, bo zawsze tęskniłem w domu za rodzeństwem. Mojego brata Gopara już nie było, ale nawet gdy jeszcze był, nie mogłem przecież z nim gawędzić. Wypytywała mnie z wielkim zainteresowaniem jak to jest, gdy się już jest takim dorosłym po maturze, co się wtedy myśli, czy w dalszym ciągu trzeba pytać się rodziców o pozwolenie na wszystko oraz co będę studiować na Politechnice, jakie są moje projekty na przyszłość i gdzie będę potem pracował? Czy je­stem w kimś zakochany? Z perspektywy jej 16-tego roku życia bardzo intrygowały ją i ciekawiły odczucia takiego dorosłego człowieka jak ja. Ja zachowywałem się jak ślepiec i nie przy­chodziło mi w ogóle do głowy, w jakim stanie ducha może znajdować się Krysia. Opowiadałem jej wszystko bardzo chętnie i dokładnie, tak jak wyobrażałem sobie rozmowy z siostrą lub bliskim, oddanym przyjacielem. Bezmyślność swą i okrucieństwo posuwałem do tego stopnia, że opowiadałem także, zadając jej zapewnie nieświadomie dotkliwy ból, o Zosi którą przecież znała, bo Zosia była jej koleżanką ze starszej klasy w tym samym gimnazjum.

Po dwóch tygodniach przyjechała pani Tarkowska i zabrała swe dzieci do domu. Krysię spotykałem potem jeszcze szereg razy przelotnie na ulicy. Przy każdym spotkaniu jej oczy roz­świetlały się promiennie ciepłym radosnym blaskiem na mój widok, a ja, nieczuły baran bez żadnego doświadczenia w sprawach sercowych, w dalszym ciągu niczego nie rozumiałem. A mógłbym w niej mieć swą pannę, oddaną mi przyjazną duszę, której tak przecież łaknąłem. Traktowałem ją jednak jak dziecko. To, aby stała się moją dziewczyną nie wchodziło w ogóle w rachubę, bo dzieliły nas trzy lata, a w owym okresie życia jest to przepaść nie do pokonania. Wszystkie panny moich kolegów były przecież naszymi rówieśniczkami, najwyżej z klasy o rok młodszej. Jakże mógłby pojawić się, na przykład na prywatce, 19-to letni dorosły chłopak w towarzystwie 16-to letniej smarkuli? To było nie do pomyślenia.

O nieodwzajemnionym uczuciu Krysi do mnie dowiedziałem się od mojej mamy dopiero kilka lat później. Obie nasze mamy musiały chyba wymieniać na ten temat poglądy w pracy w Przychodni.

Po maturze Krysia zrobiła studia stomatologiczne i pojechała do pracy w przychodni dentystycznej, gdzieś w dalekich Bieszczadach. Nie wyszła nigdy za mąż. Spotkaliśmy się powtórnie dopiero wiele lat potem.

¬ ¬ ¬

Na początku sierpnia rozpoczął się kurs przygotowawczy do egzaminu wstępnego na Po­litechnikę Śląską w Gliwicach. Trwał przeszło miesiąc i był zakończony we wrześniu egzami­nem konkursowym, gdyż było więcej chętnych, niż miejsc. Dostałem immatrykulację, odśpiewałem wraz innymi nowo przyjętymi Gaudeamus igitur i od pierwsze­go października stałem się studentem Wydziału Chemicznego. Poprzednio, zauroczony lataniem na szybowcach, chciałem zapisać się na Wydział Lotniczy. Był on jednak prowadzony tylko na Politechnice Warszawskiej oraz Wrocławskiej. Rodzice niezbyt chętnie widzieli mój wyjazd z domu i tłumaczyli mi, że nie mam szans na lotnictwo, gdyż przyjmowani są tam głównie ci kan­dydaci, których rodzice są „swoi” i należą do PZPR. Wyperswadowali mi w końcu Wydział Lotniczy i przekonali do chemii, która była na miejscu na Politechnice w Gliwicach. A do che­mii miałem przecież, twierdzili, niewątpliwe zamiłowanie, udowodnione przeze mnie doświad­czalnie w licznych akcjach gazowniczych i pirotechnicznych. Trudno mi było odmówić logiki temu rozumowaniu, zgodziłem się więc ostatecznie na chemię.

Podobnie jak w mym gimnazjum, profesorami na Politechnice byli w większości wybitni, cudem uratowani z pogromów hitlerowskich i stalinowskich profesorowie i doktoranci z Poli­techniki Lwowskiej. Na pierwszym, inauguracyjnym wykładzie z chemii w auli Wydziału Che­micznego, my wszyscy, niedawni uczniowie gimnazjów a obecnie już studenci, w momencie wejścia starego profesora o którym już wiedzieliśmy że jest autorem wielu poważnych prac na­ukowych, książek fachowych i podręczników akademickich, kierowani wieloletnim nawykiem szkolnym, wstaliśmy gremialnie ze swych miejsc. Siedzenia w amfiteatralnej auli Wydziału Chemicznego były składane, powstał więc długotrwały przeraźliwie głośny klekot obracających się drewnianych siedzeń, uderzających o swe oparcia. Stary profesor, ogłuszony tym hałasem, odczekał spokojnie aż wszystko ucichnie i kazał nam natychmiast siadać. Gdy ucichł ponowny grzmot opuszczanych siedzeń profesor oświadczył nam nieco zgryźliwie, że nie jesteśmy już w szkole średniej, lecz na Wyższej Uczelni. A tu, szacunek dla nauczyciela akademickiego wyraża się nie przez czynienie hałasu i stawanie na baczność na jego widok, ale przez wspólne z nim studiowanie wykładanej przez niego dyscypliny naukowej. Na przyszłość mamy więc nie wsta­wać i zachowywać się nie jak sztubacy, lecz jak studenci. To znaczy jak ludzie, którzy wspólnie ze swym profesorem studiują pewną dziedzinę wiedzy.

Było to podejście do stosunków na płaszczyźnie uczeń-nauczyciel tak rewolucyjnie nowatorskie i tak różne od tego do czego byliśmy dotychczas przyzwyczajeni w szkole średniej, że oniemieliśmy kompletnie. Profesor Wiktor Jakób, wykładowca podstawowego na pierwszym roku Wydziału Che­micznego przedmiotu, jakim była Chemia Nieorganiczna, zdobył u nas już na wstępie najwyższy autorytet.

W ten sposób wszedłem w zupełnie inny, nieznany mi dotychczas, fascynujący świat ży­cia akademickiego i akademickiego sposobu myślenia. Niestety, oprócz właściwego dla Wyższej Uczelni nurtu naukowego, Politechnika i jej studenci poddawani byli również presji nurtu poli­tycznego. Komunistyczna partia czuwała, by ta olbrzymia masa młodzieży nie pozostała przy­padkiem poza jej wpływami. Pewnego dnia młodzieżowi działacze nurtu politycznego zwołali zebranie stu­dentów naszego semestru w celu, jak było enigmatycznie napisane na ogłoszeniu, Omówienia problemów organizacji młodzieżowej na Wydziale. Gdy już wszyscy się zebrali, a chodziły szepty, że obecność jest obowiązkowa i będzie sprawdzana według listy, wystąpił jeden z nas, kolega Józef Willert (nomen-omen imiennik wielkiego Ojca narodów, generalissimusa Stali­na). Nigdy bym go nie podejrzewał, że jest działaczem młodzieżowym. Był o kilka lat od nas starszy i jak dotąd niczym szczególnym się nie wyróżnił poza tym, że miał duże kłopoty we wła­daniu językiem polskim – mówił niegramatycznie i z gardłowym niemieckim akcentem. Oświadczył nam, że on jest członek Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Partia poleciła mu założyć na naszym Wydziale koło ZMP, czyli Związku Młodzieży Polskiej. On być przewodniczący tego naszego zebrania i on teraz czekać na nasze zgłoszenia do Związku. Jakoś nikt się nie kwapił ze zgłoszeniem się do ZMP, wszyscy rozglądali się dookoła bezskutecznie czekając na tego pierwszego odważnego. Wobec tego gorliwcy zaczęli zgłaszać różne propozycje – na przykład aby zapisać hurtem wszystkich obecnych w oparciu o listę obecności, lub aby dla uniknięcia skrępowania, jedni koledzy zgła­szali drugich i w przypadku, gdy wskazany nie wyrazi sprzeciwu, miałby on zostać automatycz­nie członkiem. W toku dyskusji zwyciężyła ta druga koncepcja, wobec czego kolega towarzysz Willert zgłosił dwóch upatrzonych już wcześniej przez siebie jako członków koła, tamci w re­wanżu natychmiast zgłosili innych i tak ruszyła cała lawina. Nie minęło piętnaście minut, a wszyscy staliśmy się, bo nikt nie odważył się publicznie powiedzieć NIE, członkami nowego koła ZMP na Wydziale Chemicznym. Następnie członkowie nowego koła wybrali jednogłośnie, w gosowaniu jawnym, kolegę Willerta na przewodniczącego. Pełnia demokratycznych pro­cedur wyborczych została zachowana.

Chwyt o domniemaniu aprobaty wobec braku sprzeciwu osoby publicznie wskazanej jest zresztą starym, od dawna stosowanym z niezawodnym skutkiem sposobem wymuszania zgody, pochodzącym z Katechizmu rewolucjonisty autorstwa gorliwego bolszewika, Siergieja Nieczajewa. Głosił on między innymi, iż w imię rewolucji pozbyć się należy wszelkich zasad moralnych, balastu ludzkich uczuć i postawić na prowokację, szantaż i zbrodnię. Dowiedziałem się o tym jednak dopiero dużo, dużo później. Mnie zgłosił, zapewniał mnie potem że w dowód przyjaźni a nie dla złośliwego kawału, mój nowy kolega Fredzio Lachowicz, z którym zaprzyjaźniłem się jeszcze na kur­sie przedegzaminacyjnym. Fredzio pochodził z Podlasia, mówił śpiew­nym kresowym akcentem i w owym czasie głęboko jeszcze wierzył we wszystko, o czym mó­wiono na młodzieżowych zebraniach. Jest jednakże niewątpliwe, że gdyby nie możliwość bez­płatnej nauki, jaką stworzyła Polska Ludowa, jego rodziców nie byłoby zapewne stać na opłace­nie synowi studiów wyższych i Fredzio nie stałby się doktorem nauk chemicznych i poważnym pracownikiem naukowym Politechniki Śląskiej, którym był do końca życia. W ten więc sposób, pod koniec października 1950 roku zostałem, wobec tchórzliwego braku mego sprzeciwu, członkiem socjalistycznej organizacji młodzieżowej o dumnej nazwie Związek Młodzieży Polskiej. Podobne zebrania, z analogicznym skutkiem, odbyły się także na wszyst­kich pozostałych wydziałach Politechniki Śląskiej.

Przekrój społeczny młodzieży na naszym semestrze odpowiadał państwowym odgórnym wytycznym i był w przygniatającej mierze robotniczo-chłopski. Takie też były i zwyczaje i słownictwo tej młodzieży, a z przystosowaniem się do nich nie miałem większych trud­ności. Jeśli chodzi o słownictwo, to wśród wielu innych zupełnie niecenzuralnych, ulubionym i najłagodniejszym z niezbyt eleganckich i powszechnie używanych, obiegowym zwrotem ozna­czającym nonszalancki brak zainteresowania, było powiedzenie kładę lagę. Gdy ktoś chciał oznajmić koledze, że dziś nie pójdzie na ćwi­czenia na przykład z mineralogii, mówił po prostu dzisiaj kładę lagę na mineralogię. Ozna­czało to deklarację nieobecności na wykładzie czy ćwiczeniach, wyrażoną w syntetycznym stu­denckim żargonie. Naszą zaś ulubioną zabawą, której oddawaliśmy się z zapałem na przerwach między wykładami była znana na całym świecie i niezbyt wyszukana gra w salonowca, zwana także Napoleonem. Graliśmy w nią z takim zapamiętaniem, że niektórzy mieli potem kłopoty z wysiedzeniem na twardym krześle w sali wykładowej tym bardziej, że uczestnikami zabawy byli przecież krzepcy w rękach, nieraz o dłoniach wielkich jak bochny chleba, chłopscy i robot­niczy synowie. Obserwujący nas lwowscy profesorowie, mający jeszcze w pamięci wysoką rangę przedwojennych lwowskich Wyższych Uczelni oraz obraz i powagę ówczesnych studentów, patrzyli na nasze maniery z przerażeniem i głębokim niesmakiem, ubolewając zapewne w duchu nad prostactwem i rozwydrzeniem młodzieży, którą przyszło im teraz uczyć w Ludowej Polsce.

Na którymś z kolejnych zebrań ZMP omawialiśmy jak zwykle wiele spraw, które dla je­go organizatorów były zapewne niezmiernie ważne, natomiast większość, czyli tacy przeciętni członkowie jak ja, była nimi śmiertelnie znudzona. Ożywiliśmy się dopiero przy punkcie, który brzmiał Omówienie problemu socjalistycznej szczerości w stosunkach wzajemnych. Okazało się, że pod tą enigmatyczną nazwą kryła się nagonka, zorganizowana na jednego z naszych kole­gów, Konrada Szydłę. Przewodniczący zarzucił mu, że zataił przy przyjmowaniu go do ZMP fakt, iż jego rodzice w czasie niemieckiej okupacji byli Reichsdeutschami oraz to, że nazywał się wówczas Schydlo i że należał do Hitlerjugend. Towarzysz Willert zgłosił wniosek o wyrzucenie go z ZMP i ze studiów. Oskarżenie było poważne gdyż wynikało z niego, że jakaś niemiecka rodzina umieściła swego syna na darmowych studiach finansowanych przez socjalistyczną Polskę Lu­dową. Rozpętała się straszna burza i wszyscy wyrażaliśmy swe oburzenie takim faktem, bo nie chcieliśmy mieć Niemca wśród nas (jakoś zapomnieliśmy w tym momencie o polszczyźnie towarzysza Willerta). Zanim oskarżony o te zbrodnie Konrad nie został dopuszczony do głosu, omal go nie wyrzucono za drzwi. Konrad załamującym się z emocji i wstydu głosem zaczął się tłumaczyć, że w rzeczywi­stości jest zupełnie inaczej: nie jest z rodziny niemieckiej lecz polskiej, o polskim nazwisku Szydło, że pochodzi z Bydgoszczy, a w czasie okupacji Niemcy całą ludność województwa bydgoskiego, nie pytając wcale o zdanie, uznali za będącą pochodzenia niemieckiego i wszyst­kich wciągnęli na niemiecką listę narodowościową. Mówił także, że Niemcy prowadzili tam sys­tematyczną akcję zniemczania pisowni i że w ten sposób jego polskie nazwisko zostało fonetycznie zapisane po niemiecku. Podobnie było i z jego przynależnością do hitlerowskiej organi­zacji młodzieżowej – nikt go nie pytał o zdanie, cała tamtejsza młodzież została do Hitlerjugend zapisana automatycznie (dziwnie mi się to skojarzyło ze sposobem, w jaki my sami niedawno przystępowaliśmy do ZMP). Po wyjaśnieniach Konrada zapadła cisza i większości z nas zrobiło się wstyd, że tak łatwo i bezkrytycznie daliśmy się podpuścić przez naszych związkowych dzia­łaczy. Jego wytłumaczenie zostało łaskawie przyjęte do wiadomości przez przewodniczącego, nie został jednak oficjalnie przez niego przeproszony, co mu się moim zdaniem należało bez­spornie, gdyż spotkało go ogromne a niezasłużone upokorzenie. Z zebrania tego wyszedłem z ja­kimś niezbyt wyraźnie uświadamianym sobie uczuciem niesmaku. Uzmysłowiłem sobie nagle, że przyjazne grono miłych kolegów, podpuszczone przez kilku demagogicznych krzykaczy, bar­dzo łatwo może się przekształcić ze stada owiec w żądną krwi watahę bezwzględnych wilków.

Na następnym zebraniu ZMP nie byłem obecny, bo akurat wypadł mi termin treningu szybowcowego na sportowym lotnisku Muchowiec w Katowicach, a poza tym niesmaczny przebieg poprzednie­go zebrania odebrał mi na jakiś czas ochotę do oglądania kolegi przewodniczącego. Odpowie­działem więc na odczepnego kolegom, którzy mnie zawiadomili o terminie zebrania, że nie mam czasu bo mam inne zajęcia i, używając naszego syntetycznego obiegowego zwrotu, że kładę la­gę na ZMP. Wprawdzie w Gliwicach było lotnisko i hangary, ale w owym czasie nie było tam jeszcze Aeroklubu, szybowców i zorganizowanej możliwości treningu. Na treningi jeździłem więc do Katowic, choć to zajmowało dużo czasu i było dosyć kłopotliwe. Ale w tym wieku czło­wiek nie myśli jeszcze o potrzebie racjonalizowania wysiłków.

¬ ¬ ¬

Pewnego dnia milicjant przyniósł dla mojego ojca wezwanie do stawienia się do lokal­nego biura Urzędu Bezpieczeństwa. Na całą naszą rodzinę padł blady strach, bo to nie mogło oznaczać niczego innego, jak tylko ogromne zagrożenie i najwyższe niebezpieczeństwo. Rodzice i babcia prześcigali się w domysłach o co może im chodzić i jakiego występku przeciwko ludo­wej władzy Tata się dopuścił. Przeważył pogląd, że chyba w jakiś niepojęty sposób dogrzebali się w ojca przeszłości epizodu jego walki z bolszewikami w armii Wrangla i teraz chcą go za to pociągnąć do odpowiedzialności. W oznaczonym dniu i godzinie ojciec poszedł tam w niewesołym nastroju, przygotowując sobie w myślach linię obrony. Była ona nadzwyczaj wątła, bo nie da się ukryć, że przez jakiś czas z bolszewikami walczył istotnie. Oficer UB wprowadził go do pomieszczenia, w którym na stole stało kilkanaście szklanych słoików.

Czy poznajecie te słoiki, obywatelu? – zapytał matowym, udającym obojętność głosem ofi­cer, a Tata podszedł do stołu, obejrzał słoiki i zdumiał się niepomiernie: były to bowiem na­sze własne słoiki z kompotem wiśniowym ugotowanym przez Mamę. Były tam również sło­iki ze śliwkami w occie oraz wiśnie w spirytusie nastawiane przez babcię. Nie mogło być żadnej wątpliwości co do pochodzenia słoików, bo na każdym z nich była przylepiona wy­pełniona Taty ręką etykietka, dokładnie określająca zawartość, rok produkcji i numer kolejny słoika. Tata oczom nie wierzył, bo słoiki te stały przecież dotąd na półce w naszej piwnicy.

To są moje przetwory owocowe, z mojej piwnicy. Co one tu robią?

Zostały znalezione przez strażników na terenie ogrodu radzieckiego szpitala w malinach ro­snących przy płocie pomiędzy ogrodem szpitalnym a ogrodem obywatela. Radziecka ochro­na przypuszcza, że zawartość tych słoików jest zatruta oraz że zostały one tam specjalnie podrzucone dla otrucia żołnierzy radzieckiego sojusznika Polski!

Istotnie, nasz ogród graniczył z ogrodem budynku, zajętego obecnie przez Rosjan i zamienionego na szpital wojskowy. Przez okna wychodzące na ogród widywaliśmy często tych rosyjskich re­konwalescentów, wyglądających przez okna lub siedzących na trawie w swych białych koszu­lach i długich kalesonach, pijących wódkę i robiących wrzaski po drugiej stronie płotu odgra­dzającego nasze ogrody.

Pomysł o podrzuceniu kompotów w celu otrucia nieszczęsnych szpitalników rosyjskich wydał się prawdopodobnie absurdalny nawet oficerowi UB. Mimo to słoiki zostały komisyjnie otwarte w obecności mojego ojca, a próbki ich zawartości oddane na wszelki wypadek do anali­zy – dano je do zjedzenia bezpańskiemu psu, złapanemu przypuszczalnie specjalnie w tym celu. Pies oblizał się ze smakiem, chciał jeszcze i był dalej zdrowy jak ryba, a naszą piwnicę i pozo­stałe w niej jeszcze zapasy, ubecy obejrzeli sumiennie. Po kilku dniach słoiki z resztą nie skon­sumowanych przez psa przetworów zostały nam oddane z wyjaśnieniem, iż przeprowadzone śledztwo wykazało, że to rekonwalescenci w poszukiwaniu wódki, przedostali się przez płot do naszego ogrodu, a stamtąd do naszej piwnicy przez okienko, w którym wyjęli szybkę tak spryt­nie, że niczego nie zauważyliśmy. Pomysłowość i sprawność sowieckiego człowieka w złodziej­stwie, nawet osłabionego chorobą rekonwalescenta, jest niewyobrażalna, a jego skłonność do kradzieży chyba wyssana z mlekiem matki! W malinach mieli urządzony skład przejściowy przed przeniesieniem zdobyczy na swą salę w szpitalu, ale nie zdążyli go opróżnić do końca i dlatego wpadli.

Jadzia przypomniała sobie wtedy, że niedługo przedtem zadzwoniły do naszego domu dwie rosyjskie żołnierki-rekonwalescentki z tego szpitala i poprosiły o pozwolenie wykąpania się w wannie w łazience. Mama zgodziła się i wpuściła je do łazienki, dała ręczniki, wy­tłumaczyła jak się puszcza gorącą wodę i zostawiła same. Po dłuższym czasie zaintrygował ją jednak odgłos wody lejącej się do wanny bez przerwy. Weszła wtedy do łazienki i zobaczyła, że obie Rosjanki siedzą w wannie razem. Jedna się myła, a druga siedziała po przeciwnej stronie na otworze spustowym i zatykała, niezbyt widać skutecznie, odpływ swym siedzeniem. Korek do wanny le­żał spokojnie na swym miejscu na brzegu wanny, a one nie wpadły na to, do czego on służy. Mama wytłumaczyła im i zarządziła co trzeba, Rosjanki wykąpały się i poszły. Myśleli­śmy potem, że mogły to być zwyczajne, łaknące czystości kobiety, ale mogły być też one przy­słane przez swych towarzyszy do nas na przeszpiegi.

W jakiś czas po tym wydarzeniu zostałem zawiadomiony, że ma się odbyć specjalne ze­branie ZMP, na którym mam być obowiązkowo obecny, bo będzie omawiana bardzo ważna sprawa. Nie przejąłem się tym zbytnio, bo wiedziałem już z doświadczenia, że dla organizatorów każde zebranie i każda omawiana na nim sprawa były nadzwyczaj ważne. Na miejscu okazało się, że zebranie miało tylko jeden punkt porządku dziennego, który brzmiał Niesocjalistyczna postawa kolegi Mauberga. Wystąpił kolega przewodniczący Willert i opowiedział zebranym, że dowiedział się, iż kolega Mauberg nie szanować organizacji młodzieżowej, bo powiedzieć publicznie, że on „kłaść lagę na ZMP”. Sala wybuchnęła gromkim śmiechem, koledzy zarechotali basem, a koleżanki poczęły chichotać wstydliwie. Śmiech zamarł im jednak szybko na ustach pod karcą­cym spojrzeniem kolegi przewodniczącego. Ja śmiałem się wraz ze wszystkimi jak z dobrego kawału i byłem dumny z faktu, że moje powiedzenie zostało zacytowane publicznie i rozśmie­szyło salę. Nie widziałem potrzeby aby się tłumaczyć, powiedziałem więc, że jest przecież dla wszystkich oczywiste, że każdy z nas wielokrotnie od początku studiów kładł lagę na jakimś obowiązkowym zajęciu. Było to powiedzenie tak obiegowe, że przez swe powszechne stosowa­nie przez studentów straciło wszelki pejoratywny wydźwięk. Również i niektóre koleżanki, te które w swej panieńskiej niewinności były nieświadome jego wyłącznie męskiego aspektu, też używały go powszechnie. W tym też sensie zabrał głos w dyskusji Fredek Lachowicz, który jako bardziej obeznany ze zwyczajami organizacji młodzieżowych, wyczuł widocznie co się święci i usiłował mnie bronić. Ja w ogóle nie pojmowałem o co może chodzić koledze przewodniczące­mu ZMP. Jednakże powoli zaczęło do mnie niejasno docierać, co się stało. Że jest to jednak sprawa poważna, bo polityczna i klasowa. Że oto obce klasowo inteligenckie dziecko, przyjęte na studia w zasadzie wbrew ustrojowym pryncypiom, wyraziło się lekceważąco o socjalistycznej organizacji, zrzeszającej swoich – dzieci robotnicze i chłop­skie. Wesołość i pobłażliwość na sali powoli zamierała, zaczęły odzywać się coraz częściej głosy potępienia. Ja już nie miałem nic więcej do dodania poza tym co powiedziałem uprzednio. Dys­kusja nie trwała długo, a ponieważ zebranie było prowadzone przez fachowca, więc jego rezultat był zgodny z zaplanowanym. Zostałem wyrzucony z ZMP. Razem ze mną, dla przykładu i jako memento dla innych na przyszłość, wyrzucony został też Fredzio Lachowicz jako ten, który nie okazał się być wystarczająco czujny i pryncypialny – nie tylko zgłosił moją kandydaturę do ZMP, ale jeszcze ośmielił się bronić mnie na zebraniu.

Wyszliśmy z sali razem z Fredziem. Młodzieżowa organizacja ZMP straciła dwóch członków i zyskała dwóch przeciwników. On początkowo był szczerze załamany, a właściwie zdruzgotany tym co go spotkało. Ja byłem zupełnie oszołomiony nieoczekiwanym zakończeniem zebrania, ale przede wszystkim zdumiony śmiertelną powagą z jaką sprawa ta została potrakto­wana i całkowitym brakiem zmysłu humoru u kolegi przewodniczącego oraz u tych wszystkich kolegów i koleżanek, którzy w 70-ciu przeszło procentach głosowali za naszym usunięciem z ZMP. Równocześnie zaczęło mnie ogarniać uczucie jakiejś bliżej nie określonej ulgi. W pierw­szym odruchu poczułem tylko odprężenie po uwolnieniu się od zaczynającego mi już nieco ciążyć obo­wiązku uczestnictwa w nudnych i śmiertelnie poważnych zebraniach. Następnie uświadomiłem sobie, że jeszcze trochę, a ja też stałbym się zapewne taki jak oni – bez własnego zdania, pełen kompleksów i zarażony nieznanymi mi dotychczas cechami charakteru – podejrzliwością, skrytością, nieufnością do innych, nie mówiąc już o donosicielstwie, którego ofiarą sam się stałem. Doszedłem wtedy do wniosku, że właściwie powinienem być wdzięczny losowi oraz towarzy­szowi Willertowi za to, co się stało.

Nigdy już więcej do żadnej organizacji młodzieżowej nie należałem, a moja przynależność do ZMP trwała 3 miesiące. Kolega towarzysz Willert po skończeniu pierwszego stopnia studiów na Politechnice nie kontynuował dalej nauki, lecz rozpo­czął karierę inżynierską i polityczną w Zakładach Chemicznych w Blachowni Śląskiej koło Kę­dzierzyna. Dał się tam otoczeniu mocno we znaki swą pryncypialną czystością i czujnością ide­ologiczną prawdziwego komunisty. Po odwilży Gomułkowskiej w 1956 roku, gdy wyjazdy za­graniczne stały się możliwe, przy pierwszej nadarzającej się okazji załatwił sobie służbowy wyjazd do Niemiec i tam pozostał już na stale – oczywiście nie we wschodnich komunistycznych, lecz w tych za­chodnich kapitalistycznych.

Pokazowe wyrzucenie mnie i Fredzia z ZMP stało się głośne na Wydziale Chemicznym, a sprawa ta weszła do historii Wydziału i była przez starszych studentów przekazywana kolej­nym młodszym rocznikom. Ja o tym oczywiście nie wiedziałem, a dowiedziałem się do­piero po dwudziestu przeszło latach. Pracowałem wówczas w Biurze Projektów na poważnym stanowisku. Do biura naszego został akurat przyjęty młody absolwent Wydziału Chemicznego Politechniki w Gliwicach, Jerzy Zieliński. Zauważyłem że ten młody inżynier, ilekroć spo­tykaliśmy się z powodu spraw służbowych, przypatruje mi się z wielkim zainteresowaniem i od­nosi do mnie z jakimś niemalże bałwochwalczym szacunkiem. Zaintrygowało mnie to na tyle, że zapytałem go, czemu to robi. Opowiedział mi wtedy, że w czasie studiów na Politechnice zetknął się wielokrotnie na Wydziale Chemii z opowieścią o legendarnej ladze kolegi Mauberga, którą tenże ośmielił się położyć na ZMP. Gdy w swym pierwszym w życiu miejscu pracy spotkał człowieka o tym na­zwisku, nie śmiał sam zwrócić się do mnie z pytaniem, czy to ja jestem ową osobą i czy ta opo­wiadana legenda rzeczywiście jest prawdziwa. Miałem wielką przyjemność i satysfakcję mogąc w całej rozciągłości potwierdzić mu prawdziwość usłyszanej historii. Sprawiłem mu jednak pe­wien rodzaj zawodu gdy zrozumiał, że nie był to z mej strony akt bezprzykładnego heroizmu w walce z komunizmem, a jedynie normalne niewinne studenckie powiedzenie.

W owym czasie w PRL-u Biura Projektów były siedliskiem ludzi stanowiących najczar­niejszą reakcję przeciwko reżimowi komunistycznemu. Władze doskonale zdawały sobie z te­go sprawę, ale były zmuszone tolerować ten stan rzeczy, gdyż ci reakcjoniści byli równocze­śnie najwyższej klasy fachowcami. Bez ich współpracy wielki program budów komunizmu, na cały świat reklamowany jako wiekopomne osiągnięcie socjalizmu, nie byłby w ogóle możliwy. Jurek Zieliński, rozgłosiwszy historię o ladze kolegi Mauberga, przyczynił się do poważnego wzrostu mej popularności w biurze.

Wyrzucenie z ZMP wywołało u mnie ten skutek, że odtąd zacząłem interesować się po­lityką. Bacznie i krytycznie przyglądałem się przejawom życia politycznego i nie brałem już odtąd na wiarę wszystkiego, co mówiono wokół lub pisano w gazetach. Począłem także zwracać uwagę na to, czego tam nie pisano, czyli stawiałem pierwsze kroki w trudnej sztuce czytania między wierszami oficjalnej, ocenzurowanej prasy. Zrozumiałem też wiele lat potem, że prze­cież wszystko to odbyło się zgodnie z obłąkaną logiką sowieckiego systemu – koledzy, którzy donieśli na mnie nie mogli przecież wiedzieć, czy moje słowa że kładę lagę na ZMP nie są wobec nich prowokacją i że jeżeli oni na mnie natychmiast nie doniosą, to ja mogę na nich do­nieść że nie są czujnymi i lojalnymi członkami Organizacji, gdyż usłyszawszy co ja mówię o ZMP, na mnie nie donieśli. Tę żelazną logikę błędnego koła donosicielstwa opisał w wiele lat później Aleksander Sołżenicyn we wstrząsającej książce-dokumencie Archipelag GUŁag, któ­ra moim zdaniem powinna stać się obowiązkową lekturą szkolną na całym świecie. Ale w czasie, gdy odbywało się specjalne zebranie ZMP na Politechnice Śląskiej w Gliwicach w PRL-u, Ar­chipelag GUŁag nie był jeszcze napisany, a jego przyszły autor siedział właśnie w jednym z GUŁagów na Kołymie w ZSRR i osobiście, na własnej skórze zbierał materiały do swej przy­szłej książki.

¬ ¬ ¬

Na początku drugiego roku studiów, we wrześniu 1951 roku zaczęły się wśród studentów różne ruchy i przetasowania. Część kolegów okazała się być za słaba, nie pozaliczali większości ćwiczeń i nie zdali egzaminów z podstawowych przedmiotów. Był wśród nich starszy nieco od nas Władzio Smalec, który mówił o sobie uczciwie, że dotychczas pracował jako osobisty kie­rowca wojewódzkiego komendanta Urzędu Bezpieczeństwa w Katowicach i dobrze mu tam by­ło. Komendant z życzliwości dla niego, ale zupełnie wbrew jego chęci, skierował go na studia, na których on nic a nic nie rozumie. Władzio wrócił więc po roku na swe właściwe miejsce w swoim Urzędzie – czuł się tam lepiej niż na Uczelni. Profesorowie odetchnęli z ulgą, bo Władzio, robiąc wszystko co mógł aby spełnić życzenie swego komendanta i ukończyć studia, miał wielce stresujący ich podczas egzaminu zwyczaj wyciągania z kieszeni swego służbowego pistoletu i kładzenia go dyskretnie na brzegu profesorskiego stołu. Widocznie go uwierał i przeszkadzał w skupieniu, tak po­trzebnym w takiej chwili. Byli też tacy, którzy stwierdziwszy że chemia nie jest ich powołaniem, przenieśli się do innych uczelni na inne kierunki studiów. Na naszym roku pojawili się z kolei studenci z innych uczelni, którzy z tych czy innych względów chcieli studiować chemię na Po­litechnice w Gliwicach.

W ten sposób na drugim roku studiów pojawił się u nas poznaniak Jerzy Wojciechowski, który z biegiem czasu stał się mym serdecznym przyjacielem. Byłem pod wrażeniem jego ener­gii, zaskakujących pomysłów, nieznanych mi dotychczas wyrażeń poznańskiej gwary oraz świetnej gry w brydża, w której wykazywał zdolność błyskawicznego kojarzenia i nadzwyczajną intuicję. Jurek miał zwyczaj opowiadania ze śmiertelnie poważną miną przeróżnych historii będących na granicy prawdopodobieństwa, jak na przykład ta: dlaczego rodzice wybrali mu na imię Jerzy? Ponieważ jego ojciec ma na imię Wojciech, a w kalendarzu 23 kwietnia jest dwóch świętych – Jerzego i Wojciecha. Rodzice zrobili to więc dla umożliwienia mu obchodzenia poznańskim zwyczajem dwóch świąt na raz. Mówił to z takim przekonaniem, że mu wierzyliśmy. Do czasu, gdy przy jakiejś okazji wyszło na jaw, że jego ojciec miał na imię nie Wojciech, a Antoni i Jurek miał na drugie imię Antoni właśnie po ojcu. A poznańskiego zwyczaju wspólnego obchodzenia imienin ojca i syna, w ogóle nie było. Jurek był sympatycznym młodym człowiekiem, swoje nieprawdopodobne historie opowiadał z takim wdziękiem, że był chętnie zapraszany na prywatki, a moi koledzy i rodzice też go polubili. Jurek nie był blagierem, był sympatycznym typem osobnika zgrywającego się na cwaniaka czy badacza-naukowca, chcącego doświadczalnie sprawdzać jak daleko sięgać może ludzka naiwność i łatwowierność, jak daleko można się posunąć w opowiadaniu historii nieprawdopodobnych.

Od czasu gdy poznałem Jurka i parokrotnie nabrałem się na jego opowieści, nie wierzę już w nic bezkrytycznie – i jestem mu za tę naukę szczerze wdzięczny. Zacząłem wówczas ro­zumieć, na razie jeszcze nieco mgliście, że istnieją dwa rodzaje informacji: mianowicie te, któ­rych wiarygodności się nie sprawdza – bo się je z istoty rzeczy przyjmuje na wiarę, czyli się w nie wierzy bez zastrzeżeń (a więc wchodzą one w kategorię prawd wiary) oraz wszystkie pozo­stałe, których prawdziwość myślący, inteligentny człowiek ma obowiązek poddać krytycznej analizie. Obrazowo i dziecinnie można by rzecz ująć następująco: bezgranicznie wierzy się tylko Matce i Ojcu, osobom z dalszej rodziny już nieco mniej, a do wypowiedzi wszystkich pozo­stałych należy mieć stosunek mniej lub bardziej krytyczny. Większość bowiem informacji z ła­twością może być tendencyjnie częściowo lub w całości zmanipulowana. Szczególnie, jeżeli słu­ży do przekazania nam nie tego, co jest naprawdę, ale tego, o czym mówiący chce, abyśmy wie­dzieli lub tego, w co chce żebyśmy wierzyli.

Prawdę od kłamstwa nieraz bardzo trudno jest odróżnić. Paradoksalnie, im większe kłam­stwo, tym jest łatwiejsze do przyjęcia za prawdę. Zwykli prostoduszni ludzie rozumują bowiem w ten sposób: jest przecież niemożliwe, aby można było kłamać aż do tego stopnia – musi to więc być prawda. Plus c’est gros, mieux ça passe – im większe, tym lepiej przechodzi – lapidarnie acz z dwuznacznym humorem sformułował to ówczesny mer Paryża Jacques Chirac w dyskusji z leaderem francuskich komunistów Georges Marchais, którą oglądałem we francuskiej telewizji w 1978 roku. Powoływał się on wtedy na analogię z rubasznym powiedzeniem ze swych rodzin­nych stron. O tym, że plus c’est gros, mieux ça passe w odniesieniu do informacji politycznej, wiedzą szczególnie dobrze komunistyczni (nie tylko komunistyczni, bo dotyczy to wszystkich systemów totalitarnych) specjaliści od propagandy, którzy umiejętność tę sto­sując od dawna z wielkim swym powodzeniem, opanowali ją do perfekcji.

Od czasu poznania Jurka Wojciechowskiego stałem się notorycznym sceptykiem: wszystko z zasady poddaję w wątpliwość. Staram się chłodno i krytycznie analizować każdą usłyszaną lub przeczytaną wiadomość i zastanawiam się zawsze, czy i jak dalece może być ona wiarygodna oraz komu ona ewentualnie może służyć. To samo czynić zalecam gorąco także i Tobie, drogi Czytelniku mych wspomnień. Pozwala to uniknąć wielu bolesnych rozczarowań.

¬ ¬ ¬

Na wiosnę 1952 roku wystąpiły przejściowe trudności zaopatrzeniowe i ponownie wprowadzone zostały zupełnie nieoczekiwanie kartki na mięso, cukier a także nawet na mydło – zupełnie jak podczas niemieckiej okupacji. Te przejściowe trudności były nieuchronną konse­kwencją wcześniejszej kolektywizacji rolnictwa, przeprowadzonej na wzór sowiecki, przy dużym nacisku propa­gandowym, administracyjnym a przede wszystkim milicyjnym. Kartki zniesione zostały dopiero po roku. Mało kto zdaje sobie obecnie sprawę z faktu, że w czasie przeszło aż jednej trzeciej ist­nienia PRL-u, Polacy mieli okresowo kartki na szereg różnych towarów.

W październiku odbyły się wybory do Sejmu. Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła, że kandydaci komunistycznego Frontu Narodowego uzyskali 99,8% głosów. Nikt już nie miał wątpliwości, że taki wynik był nieprawdopodobny i mógł być tylko rezultatem fałszerstwa .

¬ ¬ ¬

W czasie wakacji po drugim roku studiów, podobnie jak studenci wszystkich innych wyższych uczelni w Polsce, pojechaliśmy na miesięczne letnie szkolenie wojskowe które od­bywało się na leśnym poligonie wojskowym w Wędrzynie koło Sulęcina, w ówczesnym woje­wództwie poznańskim. Mieliśmy wykłady, uczono nas tam musztry, robiliśmy wielokilometro­we marsze przez leśne bezdroża. Mieszkaliśmy w namiotach ustawionych w lesie, a ponieważ w wojsku nie można się nudzić i żołnierz musi stale mieć coś do roboty, w czasie wolnym zamia­taliśmy z liści teren między namiotami. Była to praca syzyfowa, bo wiatr stale nanosił nowe li­ście, ale o to właśnie chodziło. Oczywiście nasi dowódcy będący zawodowymi wojskowymi, usiłowali dać nam wycisk i oczywiście my studenci, uważając się za inteligentniejszych od nich, robiliśmy wszystko co było w naszej mocy, aby ich przechytrzyć i nie dać się. Mimo ogar­niającego nas wokół wojskowego bezmyślnego rygoru, były to jednak niezapomniane wspaniałe leśne wakacje na świeżym powietrzu w gronie kolegów ze wszystkich innych wydziałów naszej Politechniki. Miałem wilczy apetyt, byłem stale głodny, a jedzenie z wojskowej kuchni polowej bardzo mi smakowało.

Z Jurkiem Wojciechowskim wyprawialiśmy przeróżne kawały, jedne więcej, inne mniej dowcipne i inteligentne. W wyniku jednego z tych mniej inteligentnych, który nawet jak na stosunki wojskowe był zbyt przygłupi, zostaliśmy wyrokiem porucznika, dowódcy naszego plutonu, skazani na 3 dni kary ścisłego aresztu. Aby kara nie odbywała się kosztem szkolenia wojskowego i była bardziej dla nas dotkliwa, areszt odbywał się od piątku do niedzieli, a jego „ścisłość” polegać miała na ograniczeniu naszego wyżywienia do jednego tylko posiłku dziennie. Karę odbywaliśmy na terenie obozu w specjalnie w tym celu istniejącej tam ziemiance, wspólnie z paroma kolegami z Politechniki, skazańcami z innych kompanii za podobne przewinienia przeciwko wojskowemu rygorowi. Aby wszystko było regulaminowe, ziemiankę pilnował prawdziwy żołnierz z karabinem. Nie było to zbyt uciążliwe i mimo że w ziemiance było wilgotno, bawiliśmy się doskonale. Czas mieliśmy wypełniony całkowicie grami typowo wojskowymi: „Napoleonem” i pokerem. W przerwach wykonywaliśmy, jako studenci Wydziału Chemii, doświadczenia chemiczno-pirotechniczne. Zaproponował je kolega ze starszego roku, bardziej od nas zaawansowany w wiedzy chemicznej. Zwrócił on mianowicie uwagę obecnych w ziemiance na fakt, że nasza dieta obozowa opiera się w znacznej mierze na kapuście i grochu. Na jednym z wykładów kursu Chemii Organicznej (wykładanego dopiero na drugim roku studiów), dowiedział się on, że produktami rozkładu biologicznego tych warzyw są dwa gazy. Jeden, bezwonny, o nazwie metan, składnik gazu ziemnego a drugi, siarkowodór, o znanym niemiłym zapachu zgniłych jajek. Wykładowca twierdził, że oba gazy są palne. Kolega ów zasugerował więc myśl, iż jest okazja, aby informację tę sprawdzić doświadczalnie. Zgodziliśmy się z nim z wielką ochotą i doświadczenie wykonywaliśmy dość często, ilekroć któryś z eksperymentatorów zgłosił gotowość. Uzyskane doświadczalnie wyniki w zupełności potwierdziły teorię – gazy paliły się błękitnawym płomieniem. Podglądający nas przez okienko żołnierz, wiejski chłopak, nie wytrzymał i z ciekawości przyłączywszy się do obserwatorów, łapał się ze zgorszeniem za głowę, wielokrotnie nadużywając Imienia Boskiego nadaremno.

Resztę czasu mieliśmy wypełnioną jedzeniem, bowiem koledzy przebywający na wolności nie zapominali o nas i znosili nam spore zapasy różnego rodzaju pożywienia. Jego ilość była wystarczająca nie tylko do zaspokojenia naszych wilczych apetytów, ale i na przekupienie pilnującego nas żołnierza. Popełniliśmy zbrodnię całkowitego zdemoralizowania niewinnego wiejskiego chłopaka.

Jedyna prawdziwa przykrość, jaka spotkała mnie w czasie uwięzienia, była zupełnie nieoczekiwana. Otóż moi dzielni, a nie tak już wówczas młodzi rodzice, postanowili odwiedzić swego jedynaka na obozie wojskowym, by sprawdzić osobiście, czy mu się tam jakaś krzywda nie dzieje i zrobić mu przyjemną niespodziankę. Wsiedli więc w pociąg w sobotę wieczorem, by po całonocnej jeździe dotrzeć różnymi okazjami w niedzielę w południe na teren odległego, leśnego poligonu wojskowego. Tu okazało się, że niespodziankę zrobili sobie samym. W dowództwie dowiedzieli się ze zdumieniem, że ich syn siedzi w areszcie i dla cywili nie jest dostępny. Moja Mama nie dała jednak za wygraną i odnalazła w końcu ustronną więzienną ziemiankę. Nasz strażnik był już w tym czasie na tyle skorumpowany, a może po prostu ludzki, że uchylił drzwi aresztu i umożliwił spotkanie syna z rodzicami. Po wzajemnych uściskach rodzice wsiedli w nocny pociąg, by na rano być z powrotem w Gliwicach. Dopiero pisząc te słowa zdałem sobie sprawę, jak bardzo eskapada ta musiała być dla nich uciążliwa i męcząca. Oboje przecież nie byli już tak młodzi, pracowali i w poniedziałek musieli być od rana w pracy.

Mimo tych różnych przygód, do domu wróciłem ogorzały i zmężniały, a na wadze przybrałem kilka kilo. W Gliwicach nie miałem okazji do przejadania się – było kuso z jedzeniem, bo żywność była jeszcze ciągle na kartki, jak za niemieckiej okupacji.

W domu nie miałem nic do roboty – czekałem na wyjazd na praktykę. Z nudów ćwiczy­łem na pianinie mazurka B-dur Chopina, a jedyną atrakcją w tym czasie były wizyty Basi Zakrzewskiej, którą pamiętałem jeszcze z Wojkowic. Basia przychodziła do nas ze swą młodszą siostrą Hanką, która akurat w tym czasie przeżywała okres fascynacji wspinaczką wysokogórską. Hanka dostała od moich rodziców pozwolenie na ćwiczenie w naszym ogrodzie. Wspinała się mianowicie z zapałem godnym lepszej sprawy po obrośniętych bluszczem kolumnach werandy na balkon na pierwszym piętrze. Z balkonu prowadziły drzwi do salonu, w którym stało pianino, na którym ćwiczyłem. Ilekroć Hance udało się wdrapać po bluszczu na balkon, wpadała do salonu z tryum­falnym przeraźliwym histerycznym piskiem i by podzielić się swym zachwytem, rzucała się na mnie znienacka od tyłu, o mało nie przewracając razem z chybotliwym stołkiem od pianina. Mama, niezbyt chęt­nym okiem patrząca na cierpienia, jakie Hanka zadawała bluszczowi sugerowała nieśmiało, że prawdziwym powodem tak częstych wizyt sióstr Zakrzewskich u nas nie jest wspinaczka, ale ja­koby moja osoba. Nikt w domu nie brał tego poważnie, a przecież intuicja mojej Mamy była dobrze znana.

Większość moich najbliższych kolegów gimnazjalnych poszła na studia wyższe, a kilku było na Politechnice Śląskiej, na miejscu w Gliwicach. Tadzik Pfützner, późniejszy profesor tej Uczelni, który miał swoisty dar otaczania się pięknymi dziewczętami, studiował architekturę. Twierdził, że uczyły się tam najład­niejsze studentki z całej Politechniki, a było ich na tym wydziale tyle, że można było wśród nich podobno przebierać jak w ulęgałkach. Tak też i zapewne czynił, bo na uczelnianych zabawach widywaliśmy go z coraz to inną powabną dziewczyną, a ilekroć jakaś nowa piękność pojawiała się w Gliwicach, natychmiast się o tym, sobie tylko znanym sposobem dowiadywał. W ten też spo­sób do naszej paczki dotarła na jesieni wiadomość, że w gliwickim Miastoprojekcie od niedawna pracuje nowa kreślarka o imieniu Helena, wyjątkowo piękna dziewczyna świeżo po maturze. Miastoprojekt był poważnym biurem projektowym, które zajmowało się odbudową gliwickiej starówki, spalonej przez wojska sowieckie natychmiast po ich wkroczeniu do Gliwic. Studenci wydziału architektury, a wśród nich moi koledzy Tadzik Pfützner i Rysiek Sołtyński odbywali w Miastoprojekcie różne praktyki i stąd mieli doskonałe rozeznanie, szczególnie wśród młodego personelu pomocniczego płci pięknej. Które­goś dnia wybraliśmy się specjalnie pod budynek w którym mieścił się Miastoprojekt i Tadzik pokazał nam wtedy tę kreślarkę, jak wychodziła z innymi z biura po pracy. Była istotnie ładna, wysoka, mocno zbudowana, a mimo to poruszała się z wdziękiem jak łania. Na głowie miała chyrę złocisto-rudawych gęsto kręconych włosów. Takiego miedziano-złotego od­cienia włosów jeszcze nigdy nie widziałem i natychmiast zrobił on na mnie duże wrażenie. Idąc ulicą rozmawiała ze swymi kolegami z pracy i śmiała się promiennie. Miała duże szaro-zielone oczy, harmonijnie osadzone na opalonej twarzy. Poruszała się sprężystym krokiem, a stopy sta­wiała w charakterystyczny sposób wdzięcznie piętami do środka, a palcami na zewnątrz. Bardzo mi się od razu to wszystko spodobało. Wszyscy koledzy z naszej paczki też byli pod jej wrażeniem i na wy­ścigi robili przeróżne podchody, aby ją poderwać. Była jednakże absolutnie niedostępna. Ponieważ zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, ja też uwodziłem ją intensywnie choć tylko w myślach – podobnie jak to swego czasu miało miejsce z Zosią, co w oczywisty sposób nie wróżyło mi naj­mniejszych nawet szans sukcesu.

Dla mnie ważna była dusza. Na podstawie promiennego uśmiechu kreślarki byłem bowiem pewien, że jest ona promiennie piękna – tak jak trzy lata wcześniej wyobrażałem sobie, że piękna jest dusza Zosi, tyle że wówczas na podstawie jej słodkiego śpiewu. Ze swej strony byłem zdziwiony, że nie uczy się dalej, lecz pracuje. Współczułem jej w myślach głęboko i było mi jej z tego powodu szczerze żal. Było dla mnie oczywiste, że po maturze każdy młody człowiek z inteligenckiej rodziny chce studiować. Potem okazało się, że pracując jako kreślarka zbiera brakujące jej punkty za pocho­dzenie do egzaminu na architekturę, podobnie jak ja zbierałem te punkty w Hufcu Służby Pol­sce na szybowisku.

¬ ¬ ¬

Po pracowitym piątym semestrze nauki, w lutym 1953 roku wybrałem się z Jurkiem Wojciechowskim i kilkoma innymi kolegami na narty w Sudety na Dolnym Śląsku. Nie byliśmy zbyt dobrze wy­ekwipowani, a po zdobyciu szczytu Śnieżnika w szalejącej burzy śnieżnej mieliśmy już zupełnie dosyć górskich wyczynów. Toteż potem już mniej jeździliśmy, a więcej chodziliśmy na piechotę, zaczepiając dziewczęta. Wieczory spędzaliśmy na zabawach w lokalach tanecznych w Karpaczu. Tam właśnie, w jednym z nocnych lokali, poznaliśmy kulawego Ślązaka, Franka Honzyka z Za­brza, który z żoną i 18-to letnią córką Gerdą spędzał wczasy w górach. Franek spadł nam z nie­ba, a my Frankowi. Honzyk, jak się okazało, miał w Zabrzu zakład zegarmistrzowski, co w owych czasach było niemalże równoznaczne z posiadaniem kopalni złota. Kulawy Franek potrzebował dla siebie towarzy­stwa, a adoratorów i tancerzy zarówno dla swej żony, jak i swojej jedynaczki. My zaś, biedni studenci, bez większego grosza przy duszy, potrzebowaliśmy sponsora. Franek Honzyk był człowiekiem wesołym i o młodzień­czej duszy – miał szeroki gest, nie liczył się z pieniędzmi, wydawał je z uśmiechem na prawo i lewo. Hamowała go nieco w tych szaleństwach jedynie żona, trzeźwo myśląca rodowita Niemka. Od tego czasu aż do końca wakacji finansował wszystkie nasze wspólne wycieczki, kuligi i wyciągi narciarskie, nie mówiąc o wieczornych kolacjach w restauracjach i zabawach w noc­nych lokalach. Gerda, która nie grzeszyła zbytnią urodą, bo miała przysadzistą figurę po ojcu oraz nijaką twarz po matce, była w siódmym niebie. W całym swym dotychczasowym życiu nie miała chyba tak szalonych wakacji, otoczona tak licznym gronem wielbicieli – panów studen­tów.

Przypadliśmy sobie z Frankiem do gustu na tyle, że po tych wakacjach wsiadałem często do tramwaju i jechałem do Zabrza. Większość wolnych chwil zacząłem spędzać w jego warszta­cie. Franek odkrył, że mam smykałkę do mechaniki precyzyjnej i zaczął uczyć mnie zegarmistrzostwa. Początkowo pozwalał mi tylko rozbierać na części przynoszone przez klientów ze­psute zegarki które on następnie naprawiał, a w końcu doszło nawet do tego, że niektóre bardziej proste naprawy powierzał mi całkowicie. Za naprawy te płacił mi czasem jakieś drobne kwoty. Wzmacniało to mój skromny studencki budżet, ale przede wszystkim dawało ogromną satysfak­cję z pierwszych pieniędzy zarobionych własną pracą.

¬ ¬ ¬

W marcu gruchnęła wiadomość o śmierci naszego dobroczyńcy, Ojca Narodów, dobrego wujaszka Józefa Stalina. Tradycyjnym odwiecznym kremlowskim zwyczajem, wiadomość zo­stała podana z kilkudniowym opóźnieniem, w czasie którego uzgadniano zapewne gorączkowo, jakie szczegóły z życia dyktatora mają zostać podane do wiadomości by tworzyć potem jego chwalebną legendę, a jakie są wstydliwe i mają być zatajone. Zapanowała niemalże narodowa żałoba, a Rada Państwa w swej czołobitności posunęła się do obłędu przemianowania miasta Katowice na Stalinogród. Ta bałwochwalcza nazwa przetrwała przeszło trzy lata, aż do październikowej odwilży w 1956 roku.

Podobnie jak cała Polska, my studenci Politechniki Śląskiej, też zostaliśmy zmuszeni do obowiązkowej obecności na uroczystej akademii z tej okazji. Według ustalonego, wyreżyserowanego fachowo porządku, przemawiały wszystkie ważne osobistości, począwszy od Jego Magnificencji towarzysza rektora Politechniki, poprzez działaczy partyjnych, młodzieżowych i indywidualnych studentów. Zabrał głos również pan profesor – kierownik Katedry Marksizmu-Leninizmu. Wszyscy jak jeden mąż wychwalali do­broć i mądrość Generalissimusa, jego międzynarodowe zasługi, skuteczną pracę nad utrwale­niem pokoju na świecie i komunizmu w Związku Radzieckim oraz jego wkład w odrodzenie Państwa Polskiego. Wszyscy żałowali go szczerze, opłakiwali wielką stratę, a jego śmierć w ich ustach była nieodwracalną katastrofą, która spotkała Polskę i całą rodzinę miłujących pokój na­rodów zgrupowanych w Socjalistycznym Obozie. Nikt nie wspomniał o spowodowanych rekwi­zycjami zboża pięciu milionach ofiar wielkiego głodu w Rosji z lat 20-tych  ani o sześciu mi­lionach obywateli Ukrainy zagłodzonych na śmierć w latach 30-tych  na skutek zarządzonej przez Stalina akcji rozkułaczania, ani o późniejszych wielkich procesach i czyst­kach stalinowskich, ani o układzie Ribbentropp-Mołotow i zdradzieckim ciosie nożem w plecy zadanym Polsce we wrześniu 1939 roku, ani o zamordowanych oficerach polskich w Katyniu czy tylu in­nych zbrodniach dokonanych pod rządami tego krwawego dyktatora.

Siedziałem na sali, słuchałem tych wiernopoddańczych, łzawych żałobnych przemówień i bogaty w doświadczenie o krytycznym stosunku do informacji, jakie zdobyłem dzięki Jurkowi Wojciechowskiemu, zastanawiałem się nad zawiłościami i słabościami ludzkiej natury. Przecież wszyscy ci przemawiający uczeni panowie, z wyjątkiem może nieopierzonych studentów, byli ludźmi na tyle światłymi, że nie mogli nie znać historii i współczesnych faktów historycznych, o których z racji swej pozycji, pełnionego zawodu i wykształcenia musieli wiedzieć. W myślach robiłem zgadywankę – co też dany przemawiający ma nadzieję dostać od komunistycznej partii za swą wierną, lojalną i bezkrytyczną służbę. Rektor pewnie zbiera punkty aby awansować na członka Komitetu Cen­tralnego PZPR lub może ministra Edukacji, pomniejsi działacze partyjni i młodzieżowi też liczą na awanse w swej hierarchii. Profesor od Marksizmu-Leninizmu liczy chyba na stołek po rekto­rze, gdy ten zostanie ministrem. Ale na co liczy u licha i za jakie korzyści sprzedaje się ten przemawiający płomiennie, w czerwonym krawacie, zwykły student z pierwszego roku stu­diów?? Czy on rzeczywiście wierzy w to, co mówi? Czy tak nisko się ceni, że być może w ten sposób chce sobie kupić dobre stopnie na kolokwium lub egzaminie, czy też naprawdę szczerze żałuje stratę dobrego batiuszki komunisty?? Było przecież dla wszystkich chyba oczywiste, że z punktu widzenia polskiej racji stanu, śmierć dyktatora dawała szansę zwiększenia stopnia su­werenności naszego kraju. Czyżby dla komunistów międzynarodowe pryncypia doktrynalne miały większe znaczenie niż patriotyzm? Jako pozbawiony iluzji notoryczny sceptyk łama­łem sobie nad tym głowę i nie mogłem rozgryźć tych dylematów. Czy ludzie są tak bardzo cy­niczni, czy tak niebotycznie naiwni? Czy dla świętego spokoju przymkną oczy na największe świństwo i będą udawać, że wierzą w każde kłamstwo? Czy są sprzedajni, czy też nieprzekupni w swych postawach i poglądach? Jeżeli są sprzedajni, to jaka jest ich cena?

Uroczystości żałobne po śmierci Stalina spowodowały dalsze zaostrzenie się stosunków w Polsce. Władze żądały aby powszechnie, także i w kościołach, oddawano hołd zmarłemu tyra­nowi i sławiono jego dokonania. Księża nie podporządkowali się temu zarządzeniu, wyłamał się również krakowski Tygodnik Powszechny, za co został zamknięty. W tej sytuacji Episkopat Polski skierował do rządu dokument znany jako głośne Non possumus. W dokumencie tym Episkopat dawał wyraz swym obawom o przyszłość stosunków pomiędzy Kościołem i Pań­stwem oraz wskazywał, że dalej już ustępować nie może. Jego autorem był prymas Stefan Wyszyński. W odwecie został aresztowany i na przeszło trzy lata odizolowany od wszelkiego kontaktu ze światem.

Podobne niepokoje pojawiły się także i w sąsiednich krajach. Zarówno w Czechosłowacji jak i w NRD wybuchły gwałtowne strajki, które z wystąpień o podłożu początkowo ekonomicz­nym bardzo szybko przekształciły się w rozruchy antykomunistyczne. W obu tych krajach zo­stały krwawo stłumione.

¬ ¬ ¬

Wielkanoc 1953-go roku była w Gliwicach słoneczna i ciepła. Mieliśmy przerwę świą­teczną, nie miałem żadnych obowiązków. Z nudów robiłem obliczenia do projektu latającego modelu samolotu, sterowanego radiem na odległość, który chciałem zbudować aby nie być gor­szym od Jurka Stobińskiego i jak zwykle ćwiczyłem grę na pianinie. W niedzielę wielkanocną po południu siedziałem właśnie w salonie i ćwiczyłem mazurka B-dur Chopina. Rodzice gdzieś wyszli do znajomych i poza Jadzią nikogo w domu nie było. Między pasażami mazurka usłyszałem dzwonek do drzwi, kroki Jadzi by otworzyć i jej rozmowę przy drzwiach. Grałem dalej, bo akurat zaczynałem opanowywać fragment, który sprawiał mi wiele trudności. Po chwili głosy rozmowy zbliżyły się i do salonu wpadła, jak zwykle z rozmachem, Basia Zakrzewska. Sta­nęła zaskoczona moim widokiem, bo Jadzia powiedziała jej przecież, że państwa nie ma w do­mu. Za Basią do pokoju weszła…    i tu o mało nie stanęło mi serce, bo była to osoba któ­rej najmniej mógłbym się spodziewać w naszym salonie. Za Basią weszła mianowicie hoża kreślarka z Miastoprojektu, przedmiot mego gorącego choć cichego uwielbienia i całkowicie platonicznych jak dotąd westchnień. Zerwałem się od pianina i stanąłem jak wryty nie mogąc wy­ksztusić ani słowa. Panny były równie skonfundowane jak ja. Basia zaczęła przepraszać za naj­ście (wcale nie byłem niezadowolony, przeciwnie, w myślach błogosławiłem ją za to) tłumacząc, że jej przyjaciółka Helena, którą mi właśnie przedstawiła, w pilnej sprawie musi zatelefo­nować do Krakowa do swych rodziców. Ponieważ jest Wielkanoc i poczta jest zamknięta, Basia wpadła na pomysł żeby pójść do znajomych i poprosić o pozwolenie skorzystania z telefonu (telefonów komórkowych w owych zamierzchłych czasach wszak jeszcze nie było – miały zostać wynalezione dopiero przeszło 30 lat później!). Jadzia powiedziała że państwa nie ma w domu, ale znając Basię jako często bywającą u nas córkę znajomych, wpuściła obie panny do domu i zaprowadziła do aparatu telefonicznego, który stał na ojca biurku w salonie. Helena przepraszała za wtargnięcie i tłuma­czyła się, że słyszała wprawdzie muzykę dochodzącą z pokoju, ale była przekonana, że to gra ra­dio (jakże milo było usłyszeć taką pomyłkę!).

W taki oto mało romantyczny sposób, bez udziału koncertu słowików przy świetle księ­życa i nie podczas jakiegoś czarownego wieczoru poznałem Helenkę – moją późniejszą żonę, wyjątkowo oddaną matkę moich dzieci i dzielną towarzyszkę wszystkich dalszych pery­petii mego życia. Chyba to los chciał, abyśmy się spotkali. Czyżby przeskoczyła wów­czas między nami jakaś niewidzialna mała iskierka? Jeżeli tak, to musiała być ona na tyle silna, że z biegiem czasu przekształciła się w płomień który spowodował, iż trzy lata później postano­wiliśmy połączyć nasze losy na zawsze. Na razie wszakże wszyscy we trójkę byliśmy nadzwy­czaj zażenowani i dziewczęta po załatwieniu rozmowy telefonicznej, mimo mych nieśmiałych prób zatrzymania ich na herbatę, ku mojemu wielkiemu żalowi natychmiast pożegnały się i wy­szły.

¬ ¬ ¬

Chociaż trudno wyobrazić sobie bardziej prozaiczne zajęcie jak naprawa zegarków, to we Franku Honzyku, w ciele dorosłego mężczyzny, męża i ojca, tkwiła w gruncie rzeczy roman­tyczna, niespokojna dusza łaknącego przygód młodzieńca. Mimo że miał, jak na owe czasy, bar­dzo dużo pieniędzy, to podobnie jak większość niepokornych ludzi, czuł się skrępowany ota­czającą go zgrzebną socjalistyczną rzeczywistością i odczuwał potrzebę przeżycia czegoś nie­zwykłego. Wpadliśmy z Jurkiem Wojciechowskim na pomysł aby na przyszłe wakacje urządzić spływ kajakiem Wisłą do Gdańska. Franek Honzyk natychmiast ten pomysł podchwycił i zobo­wiązał się do sfinansowania budowy większej łodzi pod warunkiem, że mieliśmy popłynąć w niej wszyscy: my dwaj oraz on z żoną i Gerdą. Niewykluczone, że być może chodziła mu po głowie fantastyczna myśl ucieczki tą łodzią z PRL-u na Bornholm?

Zegarmistrz zakupił więc starą drewnianą płaskodenną łódkę – tak zwaną pychówkę. Postawiliśmy ją na stojakach na podwórzu jego domu w Zabrzu. Chyba tylko trzeźwa Honzykowa zdawała sobie sprawę, że łódka ta z najwyższym trudem może unieść nie więcej jak trzy osoby, i to bez bagażu. Franek wyszperał gdzieś stary dwucylindrowy silnik benzynowy od wózka inwalidzkiego oraz zupełnie do niego nie pasującą śrubę od prawdziwej łodzi motorowej. My z Jurkiem Wojciechowskim mieliśmy to wszystko, jako przyszli inżynierowie, razem połączyć i uruchomić. Mieliśmy ułatwione zadanie, bo brakujące części Franek natychmiast dokupywał lub zamawiał wykonanie u znajomych ślusarzy. Kołem sterowym była kierownica od zepsutego niemieckiego samochodu marki DKW. Łódź była wyposażona w prawdziwy akumulator do za­palania silnika, a na dziobie miała reflektor z tego samego DKW co kierownica. W ten sposób powoli, z mozołem powstawała w tej zaimprowizowanej podwórkowej stoczni nasza wspaniała jednostka pływająca. Pomalowana została olejną farbą na biało. Nazwaliśmy ją Gerda na cześć córki armatora, a nazwę wymalowali granatową farbą na rufie oraz po obu stronach dziobu. Pod koniec roku akademickiego wszystko było już zapięte na ostatni guzik, a rozruch na sucho wszystkich urządzeń i podzespołów wypadł zadowalająco. Ster, któremu wbrew nieśmiałym sugestiom Franka nadaliśmy imponujące wymiary (cóż zegarmistrz może wiedzieć o żeglarstwie?), wychylał się w lewo i prawo posłuszny sznurkom i ruchom kierownicy, a śruba wyła ze zgrzytem dorobionej przekładni, wywołując z tyłu podmuch powietrza. Chrzest motorówki był bardzo uro­czysty. Zegarmistrz jako armator postawił pół litra wódki i nalał wszystkim po kieliszku. Gerda chlusnęła zawartością swego kieliszka na swoją imienniczkę, my swoje wypiliśmy jednym hau­stem, udając starych morskich wilków. Wszyscy byli bardzo dumni i wzruszeni, nawet żona ze­garmistrza, która jako jedyna nie odnosiła się entuzjastycznie do projektowanej wyprawy. Wyka­zując bowiem brak jakiegokolwiek śladu romantyzmu i wiary w możliwości fizyczne swego mę­ża, twierdziła przyziemnie, że Franek jest za stary, kulawy, nie umie pływać i że takie eska­pady zupełnie nie są dla niego. Obecnie, po wielu latach, bogaty w doświadczenia mego własnego życia jestem przekonany, że Franek musiał wiedzieć, iż konstrukcja nasza nie ma prawa funkcjonować. Z pełnią tej świadomości bawił się jednak wspaniale wraz z młodymi i finansował tę z góry nieudaną podróż. Nie każdy by się na to zdobył!

Po zaliczeniu ćwiczeń i sesji egzaminacyjnej, wybraliśmy się w lipcu 1953 roku na długo planowany spływ do Gdańska. Z dużym trudem załadowaliśmy ciężką Gerdę na wynajętą w tym celu przez zegarmistrza ciężarówkę i zwodowaliśmy ją na Przemszy w Mysłowicach, tuż koło mostu przez który nad rzeką przechodzi szosa z Mysłowic do Jaworzna. Dla wypró­bowania łodzi i nabrania wprawy w żeglowaniu, do Krakowa mieliśmy płynąć tylko we dwójkę z Jurkiem Wojciechowskim, a dopiero tam miała się dosiąść rodzina Honzyków i dalej mieliśmy już ruszyć w piątkę.

Pierwsze kłopoty pojawiły się natychmiast po spuszczeniu Gerdy na wodę. Łódź za­częła fatalnie przeciekać, bo rozeschnięty kadłub przepuszczał wodę jak sito. Ledwo nadążali­śmy z jej wybieraniem. Zapaliliśmy silnik i Gerda ruszyła majestatycznie. Chcieliśmy zrobić próbną rundę po rzece, ale pierwszy ruch kierownicą spowodował wyrwanie steru z zawiasów. Zegarmistrz miał rację, ster był za duży – zawiasy nie wytrzymały tak dużego naporu wody, ster u­rwał się i zatonął. Łodzią nie dało się już kierować, kręciła się w koło jak bąk. Zatrzymaliśmy więc silnik i przy pomocy wiosła dobiliśmy z powrotem do miejsca na brzegu, skąd Honzykowie z przerażeniem oglądali te ewolucje. Żona Honzyka chciała, abyśmy natychmiast załadowali Gerdę z powrotem na ciężarówkę i wracali do domu. Po gwałtownej wymianie zdań i długiej perswazji udało się naszemu dzielnemu armatorowi udobruchać ją na tyle, że zgodziła się aby­śmy we dwójkę z Jurkiem popłynęli do Krakowa, ale na naszą własną odpowiedzialność. Oni mieli tam dojechać pociągiem i czekać na nas jutro pod mostem Dębnickim. Zegarmistrz, jak zwykle pełen optymizmu i fantastycznych pomysłów obiecywał żonie, że w Krakowie odda Gerdę do remontu do stoczni rzecznej i że zaraz po naprawie ruszymy dalej. Okazał się też lepszym żeglarzem od nas, wytłumaczył nam bowiem jak się steruje łodzią przy pomocy wiosła. Honzykowa dała nam wszystkie zabrane przez nią zapasy jedzenia, a Gerda-córka przekazała swoją płachtę brezentową, z której przy du­żej dozie dobrej woli i pomysłowości można było zrobić coś w rodzaju namiotu. Dostaliśmy też od niej komplet aluminiowych menażek do gotowania. My z Jurkiem, w naszym zapale, nie pomyśleli­śmy o żadnym wyposażeniu i mieliśmy tylko po jednym kocu, a w plecakach piżamę i trochę ciepłego ubrania na zmianę. Zabraliśmy się więc do wybierania wody z łodzi i do odbijania od brzegu. Niestety, w czasie tych wszystkich dyskusji i przygotowań, woda zalała akumulator i in­stalację elektryczną. Silnika nie dało się już uruchomić. Żona naszego armatora wyraźnie ode­tchnęła i odzyskała humor. Odbiliśmy od brzegu, pomachali sobie rękami na ahoj-do-zobaczenia-w-Krakowie, ale dumna Gerda pozbawiona steru i napędu była niestety już tylko bezwolną igraszką leniwych fal Przemszy.

Przemsza jest rzeką nizinną i jej nurt jest bardzo powolny. Gerda płynęła więc maje­statycznie, ale zachowywała się, nie da się tego ukryć, jak zwykły kawałek drewna rzucony na wodę: rzeczne wiry obracały ją i robiły z nią, co tylko chciały. Po pewnym czasie zniechęceni zupełnie, zaprzestaliśmy wszelkich prób utrzymywania jej dziobem w kierunku biegu rzeki. Słońce paliło niemiłosiernie, a my na środku rzeki nie mieliśmy się gdzie przed nim schronić – na łódce były tylko trzy wąskie ławeczki i nic więcej. Wskakiwaliśmy więc co jakiś czas na zmianę do wody by się ochłodzić, ale mokrą skórę słońce paliło jeszcze mocniej. Zrobiliśmy w końcu z koca i wiosła coś w rodzaju namiotu i tam schowani przed słońcem mogliśmy całą uwa­gę poświęcić wybieraniu wody z wnętrza i walce z komarami, które cięły bez litości. Wyglądało to wszystko bardzo smętnie i zaczęliśmy konstatować ze zdumieniem, że życie na wodzie nie jest tak różowe jak nam się wydawało do tej pory. Wielokrotnie próbowaliśmy osuszyć w tym palącym słońcu przewody instalacji elektrycznej by uruchomić silnik, ale skończyło się na tym, że wyładowaliśmy akumulator doszczętnie i nawet reflektor na dziobie już nie świecił.

Z utęsknieniem wyglądaliśmy miejsca, w którym Przemsza koło wioski o nazwie Go­rzów wpada do Wisły. Znaczyłoby to bowiem, że mamy za sobą już jedną piątą podróży. Dopie­ro późnym wieczorem usłyszeliśmy potężny szum łączących się ze sobą dwóch wodnych nur­tów. Postanowiliśmy rozbić biwak i zanocować jeszcze nad Przemszą. Mieliśmy konserwy, menażki, nawet benzynę. Wokół było mnóstwo chrustu do zapalenia ogniska. Zapomnieliśmy tylko o jednym drobiazgu – nie mieliśmy zapałek, bo jedynym z nas który palił papierosy był Franek. Jurek poświęcił się i poszedł do Gorzowa po zapałki, a ja przygotowałem drewna do ogniska i jak umiałem najlepiej, namiot z brezentowej płachty, którą podparłem w środku znalezionym na brzegu kijem. Jurek wrócił z zapałkami, rozpaliliśmy ognisko, zjedli z apetytem własnoręcznie przygotowaną kolację i wsunęliśmy się pod brezent. Już zasypiając Jurek zauważył nagle, że przecież płynąc w tym tempie nie mamy żadnych szans być jutro w Krakowie pod mostem Dęb­nickim – w najlepszym razie pojutrze. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni aby ten temat roztrząsać i zasnęliśmy kamiennym snem.

Obudziło mnie duszne gorąco i ćwierkanie ptaków jakby to był już dzień. Wypełzłem spod płachty, rozejrzałem się, ale wokół panowały egipskie ciemności. Nie rozumiałem co się dzieje i dlaczego w nocy jest tak gorąco i słychać ptaki, więc przetarłem oczy. Wtedy w sklejonych powiekach zrobiła się malutka szparka przez którą zobaczyłem, że słońce jest już wysoko i świeci peł­nym blaskiem na bezchmurnym niebie. Twarz i powieki oraz pozostałe nieosłonięte części ciała miałem tak pocięte przez komary, że wszystko było spuchnięte i obolałe. Żeby coś widzieć, mu­siałem palcami rozchylać sobie powieki. Podobnie wyglądał Jurek. Obejrzeliśmy się w lusterku, wybuchnęliśmy szalonym śmiechem na widok tego co tam zobaczyliśmy i pokuśtykaliśmy do rzeki by zrobić sobie zimne okłady. Trochę to pomogło. W ten sposób, wystawieni na palące słońce i ukąszenia milionów komarów, spływaliśmy Wisłą powoli i majestatycznie. Drugiego dnia Gerda namokła już na tyle, że nie trzeba było już wody wybierać bez przerwy. Do Kra­kowa dopłynęliśmy dopiero na trzeci dzień po południu.

Honzykowie warowali pod mostem Dębnickim już drugi dzień i byli bardzo zaniepokojeni naszą tak długą nieobecno­ścią. Honzykowa odchodziła od zmysłów, bo podobnie jak u większości troskliwych kobiet, wy­obraźnia podsuwała jej wyłącznie najgorsze z możliwych, a nie najlepsze scenariusze dla wy­tłumaczenia naszej przedłużającej się nieobecności. Na nasz widok Honzykowa załamała ręce. Wyglądaliśmy istotnie wyjątkowo żałośnie – poparzeni słońcem na całym ciele, czerwoni jak Indianie i do tego straszliwie opuchnięci. Zarządziła natychmiastowy koniec rejsu, mężowi ka­zała oddać Gerdę gdziekolwiek na przechowanie, a nas zabrała na kolację do najbliższej restauracji. Jakoś automatycznie nie było już więcej mowy o kontynuacji naszego spływu. Po kolacji rozstaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę: Honzykowie sprzedali Gerdę i pojechali potem na normalne wakacje nad morze, Jurek wsiadł w pociąg do Poznania, a ja do Gliwic. Od poło­wy lipca musiałem jechać na praktykę do fabryki supertomasyny na Bonarce w Krakowie. Następnego zaś roku, pojechawszy zwyczajowo do Zabrza dla odwiedzenia Honzyka dowiedziałem się, że rodzina ta wyjechała na stałe do Niemiec. W ten oto sposób ja straciłem mistrza w nauce zegarmistrzowskiej sztuki, a Polska dzielnego i przedsiębiorczego obywatela. Ale PRL zupełnie nie potrzebowała tego rodzaju ludzi. Wręcz przeciwnie…

Po powrocie z praktyki na Bonarce dowiedziałem się, że w czasie mej nieobecności Basia Zakrzewska wraz ze swoją koleżanką Heleną, piękną kreślarką z Miastoprojektu, jeszcze raz były w naszym domu. Dziewczęta te podjęły się mianowicie przepisania w dwudziestu eg­zemplarzach obszernych fragmentów pisma Non possumus, które kardynał Wyszyński wystosował do rządu PRL. Parafie miały jak naj­szerzej rozpowszechnić je wśród wiernych, gdyż cenzura nie zezwoliła na opublikowanie w prasie tego dokumentu. Stosunki pomiędzy Państwem i Kościołem stawały się w tym czasie coraz gorsze. Do tego celu Tata udostępnił im swą maszynę do pisania firmy ERICA. Dziewczęta przyszły do nas do domu, Basia pisała na maszynie, a Helena jej dyktowała. Byłem bardzo zawiedziony i rozżalony, że ominęła mnie taka okazja bliższego poznania obiektu mych westchnień.

Na pociechę pojechałem, pierwszy raz w życiu, na Międzynarodowe Targi do Poznania. Dla przeciętnego Polaka była to wówczas jedyna możliwość jakiegoś chociaż symbolicznego, otarcia się o ten niedostępny mu, zgniły Zachód. Doskonała pogoda sprzyjała zwiedzaniu i smakowaniu tej specyficznej atmosfery targowej, gdzie na rogu każdej alei pojawiał się jakiś nowy pawilon, szokujący niespotykaną formą architektoniczną, barwami i wystrojem wnętrza, gdzie z głośników płynęła wesoła muzyka, przeplatana wielojęzycznymi komunikatami zachwalającymi ostatnie światowe ciekawostki, pokazywane w pawilonach krajów z całego niemal świata. Kontakt ze światem zewnętrznym, jego rozmachem i nowoczesnymi luksusowymi wyrobami był oszałamiający dla polskiego obywatela, przywykłego do zgrzebnego PRL-u. Kolorowe foldery reklamowe, drukowane na szlachetnym, niedostępnym w Polsce papierze, szeroko rozdawane na każdym kroku, stanowiły jaskrawy kontrast z szarzyzną dnia codziennego. Pawilon francuski szczycił się szczególnie swymi najnowszymi produktami przemysłu motoryzacyjnego. Gdy doszedłem do stoiska samochodowego, stanąłem jak rażony piorunem. A ściślej mówiąc, dwoma piorunami. Pierwszym z nich było cudo ówczesnej motoryzacji, najnowszy model sportowego kremowego Renault o nazwie Floride. Wspaniałe opływowe kształty, wyrafinowana, lekka, szlachetna sylwetka i emanujące rasowe piękno. Nie mogłem wyjść z podziwu. Drugim piorunem była dziewczyna z personelu stoiska, stojąca obok samochodu z zagadkowym, niezwykłym uśmiechem. Stosowały się do niej doskonale i w pełni te same pozytywne przymiotniki, jak te do wehikułu.

 Oba pioruny które mnie trafiły, były nieziemsko pięknymi zjawiskami. Natychmiast zrobiłem im zdjęcie, które stało się jednym z głównych trofeów, które przywiozłem z Poznania do domu. Nie mogłem wówczas wiedzieć, że ową piękną dziewczyną była Izabela Czartoryska, kuzynka mojej przyszłej żony. To dopiero dużo  później  dowiedziałem  się  od niej, że Izabela wraz ze swą, równie piękną siostrą Marysiną, dzięki doskonałej znajomości języka francuskiego, zatrudniane były regularnie na Targach w pawilonie francuskim.

Renault-floride

Renault Floride

Teren Targów Poznańskich, mimo że w komunistycznych czasach był niewątpliwie przesycony ubeckimi szpiclami, stanowił jednak wówczas w Polsce oazę wolności w tym krótkim okresie ich trwania. Naruszając więc drastycznie zasady chronologii i wybiegając wiele lat naprzód, wypada mi tu opisać epizod z jednego z mych późniejszych pobytów na Targach. Było to jeszcze podczas PRL-u, w latach siedemdziesiątych XX wieku, gdy po powrocie z prawie trzyletniej delegacji służbowej do Francji, pracowałem w Biurze Projektów. Zostałem z Biura wydelegowany na Targi służbowo, by rozeznać możliwość zakupu niektórych maszyn dla Kombinatu Chemicznego w Policach koło Szczecina. Wizytując kolejno stoiska producentów, trafiłem do pawilonu francuskiego. Nie spotkałem w nim niestety ani Izabeli, ani Marysiny Czartoryskich, które w tym czasie były już statecznymi mężatkami. Spotkałem natomiast Krzysztofa Orkwiszewskiego, Polaka pracującego aktualnie w paryskim oddziale znanej amerykańskiej firmy Dorr-Oliver, którego znałem jeszcze z Polski, gdy pracował w Warszawskim Biurze Biprowod. Współpracowaliśmy wówczas przy projektowaniu gospodarki wodnej dla Kombinatu w Policach, a kilka lat wcześniej, podczas mej pracy w Paryżu, spotkaliśmy się tam również służbowo w sprawach Polic. Ucieszyliśmy się do siebie niepomiernie, bo jeszcze w Polsce zaprzyjaźniliśmy się, a we Francji przyjaźń tę odnowiliśmy. Postanowiliśmy zjeść razem obiad w restauracji na terenie Targów, a spotkanie oblać butelką Sauvignon Blanc, którego Krzysztof, jak pamiętałem, był wielkim amatorem. Skończyło się nie na jednej a na dwóch butelkach oraz wielu kolejkach Rémy Martin na zakończenie. Wpadliśmy w nastrój historyczno-patriotyczno-liryczny. Wytoczywszy się z restauracji na tren Targów we wspaniałych humorach i pod dobrą datą, ryczeliśmy na całe gardło stare polskie piosenki powstańcze i legionowe, podpowiadając sobie nawzajem ich zapomniane słowa. Było to dość ryzykowne, bo choć władza ludowa na terenie Targów była mocno stępiona, to piosenki tego rodzaju wcale nie były przez komunistów mile widziane. Rozmawialiśmy ze sobą głośno po francusku, udając Francuzów polskiego pochodzenia, co w przypadku Orkwiszewskiego było bliższe prawdy. Dawało nam to jednak pewność prawie całkowitej bezkarności, biorąc pod uwagę czas i miejsce wykonywania naszych produkcji wokalnych. Upodobaliśmy sobie szczególnie piosenkę, będącą hołdem dla polskich szwoleżerów, zdobywających w listopadzie 1808 roku wąwóz Somosierry podczas kampanii napoleońskiej w Hiszpanii, a której refren brzmiał:

Barwny ich strój,
Amaranty zapięte pod szyją.
Ach, Boże mój!
Jak to polskie ułany się biją !!
Ziemia aż drży...
Młody szyldwach swe oczy przeciera...
Tak, on ich zna 
To są ułani spod Somosierra.

Wzbudziliśmy w ten sposób sensację w wielu pawilonach i na wielu stoiskach, wtaczając się tam niespodziewanie z nieopanowaną wesołością i zaraźliwym śmiechem, rycząc ni w pięć ni w dziesięć:

Młody szyldwach swe oczy przeciera... Ha ha aa…
Tak, on ich zna 
To ułani spod Somosierra
   He he he haa…

W końcu dostaliśmy ataku  fou rire’u i nie wiele już nam było potrzeba, by znów wybuchnąć szalonym śmiechem. I tak w kółko od nowa –  Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją…

W pawilonie Królestwa Hiszpanii, którego oczywiście nie ominęliśmy, hiszpańska obsługa niczego nie rozumiała i wzięła nas za nieszkodliwych pijaków. Natomiast Polacy, obecni akurat w tym pawilonie byli przekonani, że jesteśmy atrakcją, zamówioną specjalnie w tym celu przez dowcipnych Hiszpanów. Nasz występ został nagrodzony gorącymi brawami.

Targowi etatowi szpicle byli bezsilni, bo w zasadzie nie mieli się do nas o co przyczepić. Jednakże tego rodzaju popisy, gdyby były wykonywane poza terenem Targów, mogłyby nas drogo kosztować.

Młodość zaiste bywa niepoważna, nieodpowiedzialna, bezmyślna, głupia, szaleńczo odważna, nieroztropna, błazeńska i infantylna, ale jest równocześnie jedyna w życiu, piękna, wspaniała i niestety niepowtarzalna!

¬ ¬ ¬

Życie wraz z jego codziennymi prozaicznymi sprawami toczyło się nieubłaganie naprzód. W sierpniu my wszyscy, studenci trzeciego roku, wyjechaliśmy znowu na obóz wojskowy. Je­chaliśmy do Sulęcina już jako starzy bywalcy. W pociągu wiozącym nas na poligon obiecywa­łem sobie solennie, że tym razem nie dam się ogłupić wojskowej dyscyplinie, nie dam się zapę­dzić do zamiatania lasu i nie będę podpadał dowództwu, aby nie wylądować karnie w więziennej ziemiance. Będę natomiast trzymać się jak najbliżej kuchni, aby nie być głodny. Jechaliśmy zadowoleni bo chodziły słuchy, że będziemy uczyć się jazdy samochodem i dostaniemy wojskowe prawo jazdy. Na jakiejś stacji dołączył do naszej grupy Jurek Wojciechowski.

Po przyjeździe na miejsce istotnie życie nasze potoczyło się inaczej niż za poprzednim razem. Ktoś z dowództwa obozu wykazał przebłysk geniuszu i dowódcą naszej kompanii studentów Wydziału Chemii zrobił studenta z piątego roku chemii, naszego starszego kolegę Tadeusza Kiersznickiego, posiadającego już oficerski stopień. Nasz dowódca-kolega wyglądał jak zupełny Szwejk – był niewielkie­go wzrostu, nie wiadomo dlaczego miał na sobie stary, spłowiały na słońcu i sprany mundur. Spodnie miały za długie nogawki i zwijały się mu w harmonijkę, rękawy u bluzy były za krótkie, a furażerka za duża i opierała się dopiero na uszach. My przy nim wyglądaliśmy jak z żurnala mody, bo wszyscy dostaliśmy nowiutkie, pachnące jeszcze świeżością polowe mundury, pasy i buty prosto z magazynu. Pomyśleliśmy sobie z obawą, że będziemy mieć z nim ciężkie życie, bo na pewno będzie chciał się na nas odgrywać za nasz nieskazitelny wygląd i będzie nam kazał czołgać się w błocie lub zdobywać zarośnięte krzakami wzgórza w rzęsistym deszczu. Spotkała nas jednak przyjemna niespodzianka, a nasz dowódca już na wstępie zaimponował nam swą inteligencją i głęboką znajomością wojskowej psychologii. Na pierwszej organizacyjnej zbiórce powiedział bez ogró­dek:

— podobnie jak i wy, koledzy, chcę tu spędzić przyjemne wakacje z jak najmniejszą ilością kłopotów. W związku z tym proponuję, abyśmy zawarli następującą umowę: ja będę udawał, że wam daję w kość, a wy będziecie udawali, że słuchacie moich rozkazów. A w rzeczywistości zaś chodzi o to, aby nie było rozróbek i aby nasza kompania nie podpadała u dowództwa. Dzięki temu my wszyscy – i ja, i wy – będziemy mieli święty spokój. Wydało nam się to bardzo roz­sądne, więc układ został zawarty i obustronnie przestrzegany sumiennie do końca. Przez cały czas trwania obozu kompania nasza była stawiana za wzór, podczas gdy w innych kompaniach, gdzie dowódcami byli oficerowie zawodowi, były stale awantury i wzajemne robienie sobie na złość.

Zgodnie z postanowieniem które podjąłem jeszcze w pociągu wiozącym nas na poligon, zgłosiłem się natychmiast dobrowolnie do pełnienia będącej w pogardzie służby dyżurnego w stołówce. Zadanie moje polegało na nakrywaniu do stołów, nalewaniu zupy, roznoszeniu dru­giego dania i na sprzątaniu stołów po posiłku. Funkcja ta dawała mi olbrzymią władzę oraz różne dodatkowe przywileje i możliwości: kolegom i przyjaciołom mogłem dawać dolewkę ran­nej kawy, dokładać chleba lub dolewać zupy oraz wybierać większe porcje mięsa na drugie da­nie. Tych, którzy byli ze mną na pieńku, mogłem bezkarnie pomijać i udawać że nie słyszę ich próśb o dokładkę. Sam też sobie nie żałowałem i jadłem za dwóch. Ponieważ większość z nas miała wilcze apetyty i zawsze im było za mało, nic więc dziwnego że o moją przychylność za­biegano nadzwyczaj usilnie. Oczywiście znaleźli się też tacy, którzy połapawszy się zbyt późno w zaletach jakie dawała służba dyżurnego, chcieli mnie wygryźć z tej atrakcyjnej funkcji. Moja pozycja była jednak nie do podważenia dzięki plecom, jakie miałem u kapitana – szefa stołówki. Wykorzystując wiedzę zdobytą u Franka Honzyka, naprawiłem mu bowiem zegarek, czym za­skarbiłem sobie jego podziw i wielką wdzięczność, a także zdobyłem sławę obozowego zegar­mistrza. Prawdziwy zegarmistrz był w obozie praktycznie niedostępny, gdyż najbliższy znajdo­wał się w miasteczku odległym o 15 kilometrów. Wielu oficerów z komendy obozu powierzało mi odtąd swe zegarki do naprawy i kilka z nich, tych mniej popsutych, rzeczywiście udało mi się zreperować. Tak więc dzięki terminowaniu u Franka zdobyłem sobie w obozie pozycję nie do obalenia, a zawistnicy nic nie mogli mi zrobić. Jak widać z tego przykładu, wiedza to rzeczywi­ście potęga – zawsze może się przydać w nieoczekiwanym momencie – nie należy jej lekcewa­żyć ale przeciwnie – poszerzać bezustannie!!

Pogłoski o nauce jazdy musiały być prawdziwe, bo zaczęły się wykłady na temat budowy samochodu. Odbywały się one w przyjemnych warunkach, w leśnej świetlicy. Była to zadaszona wiata bez ścian, a na podłodze z surowych desek stały stoły i ławki. Wykłady prowadził poczci­wy pan major z jednostki wojskowej. Traktował on swój przedmiot z wielką powagą, a nas jak osobników, którzy w życiu nie widzieli samochodu. Aby nawiązać kontakt ze słuchaczami i utrzymać w napięciu ich uwagę, miał on zwyczaj mówienia krótkimi zdaniami, przy czym nie kończył ostatniego wyrazu, zawieszając głos i oczekując na domyślną podpowiedź. Aby zrobić mu przyjemność, słuchaliśmy uważnie, dosłownie wisząc oczami na jego ustach i wprost spijając słowa z jego warg prześcigaliśmy się w chóralnym kończeniu zaczętego przez nie­go ostatniego wyrazu. Pan major mówił:

- do zmiany kierunku jazdy samochodu służy kie....?? (tu zawieszał glos i czekał na podpowiedź), a myśmy chórem dopowiadali: .....rownica! Tego rodzaju współpraca ze słucha­czami sprawiała mu niewysłowioną radość, a my mieliśmy doskonałą zabawę. Po kilku dniach wykładów wpadliśmy z Jurkiem Wojciechowskim na przekorny pomysł, aby majorowi podpowiadać nie to, co jest oczywiste i czego on oczekuje, ale zupełnie co innego. Była to jeszcze większa uciecha, bo major denerwo­wał się, że ma takich tępych uczniów, którzy nie potrafią domyślić się, co on ma na myśli. Kiedy pan ma­jor mówił:

- do sygnalizacji zmiany kierunku ruchu pojazdu służy kie.....??, wtedy my z Jurkiem ryczeliśmy jak najgłośniej, żeby przekrzyczeć pozostałych, którzy odpowiadali poprawnie:

......rownica! Pan major denerwował się i prostował – ależ nie, wcale nie kierownica, ona służy, mówiliśmy już o tym przecież wczoraj, do zmiany kierunku jazdy. Do sygnalizacji służy kierun­kowskaz! Jak można tego nie wiedzieć!? Albo:

-  samochód porusza się na ko.....??, a któryś z nas wyrywał się zupełnie nie à propos:

.....lumnach! Pan major krzywił się z niesmakiem i ubolewaniem na tak wielką ignorancję stu­dentów.

Były to bardzo zabawne wykłady, bo prześcigaliśmy się z Jurkiem w znajdywaniu takich podpo­wiedzi, które nie będąc tymi, jakich oczekiwał pan major, były jednakże w swym brzmieniu jak najbardziej zbliżone do spodziewanych. Wtedy pan major denerwował się najbardziej, a my mieliśmy uciechę największą.

Pewnego dnia do obozu przyjechało kilka olbrzymich wojskowych Studebaker’ów z amery­kańskiego demobilu. Zostaliśmy podzieleni na grupy i zaczęła się nauka jazdy po leśnych duktach, bezdrożach i wertepach. W kabinie każdej ciężarówki siedział instruktor przysłany z jednostki wojskowej i oceniał nasze umiejętności i postępy. Każdy z nas dostał zeszyt, do którego instruktor wpisywał ilość od­bytych godzin szkolenia oraz stopień uzyskany z danej jazdy. Nie potrzebowaliśmy z Jurkiem Wojciechowskim wiele czasu aby zauważyć że ci koledzy, którzy nie mieli talentu do prowadzenia samochodu i dostawali słabe stopnie, powtarzali jazdy tak długo, aż w wystarczającym stopniu opanowali umiejętności danego etapu szkolenia. Ci zaś studenci, którzy dobrze jeździli i mieli dobre stopnie, nie byli douczani, a ponieważ w tym czasie nie mieli żadnych innych zajęć, byli kierowani do zamiatania lasu. Potrafiliśmy szybko wyciągnąć właściwe wnioski i od tego momentu staliśmy się kompletnymi ignorantami w sztuce zmiany biegów z podwójnym wysprzęglaniem, niezbędnej przy prowadzeniu ciężkich pojazdów w terenie. Nasi instruktorzy nie mogli się nadziwić, że po tak obiecujących początkach naszej nauki, akurat my dwaj zaczęliśmy się nagle wyraźnie cofać w umiejętnościach. Byli to dobrzy instruktorzy, którzy wyszkolili nie­jeden już rocznik rekrutów z zapadłych wsi, takich, którzy rzeczywiście nie mieli dotąd żadnej styczności z motoryzacją. Z wielkim zawodem w głosie narzekali, że po studentach politechniki spodziewali się większego zmysłu technicznego, tymczasem takich kompletnych matołów jak my dwaj z Jurkiem, nie spotkali jeszcze nigdy. Instruktorzy wzięli więc sobie za punkt honoru aby mimo wszystko nauczyć nas kierowania samochodem. Mieliśmy dzięki temu mnóstwo do­datkowych szkoleniowych jazd, a nasi koledzy z dobrymi stopniami, zamiatając w tym czasie las, patrzyli smętnym okiem jak przejeżdżamy koło nich ze zgrzytem przerzucanych biegów. Po jakimś czasie instruktorzy zaczęli jednak chyba domyślać się, że padli ofiarą szatańskiego podstępu z naszej strony, bo mimo dalszego braku postępów w jeździe, wpisano nam do zeszytów dobre stopnie. Dodatkowe jazdy skończyły się i musieliśmy dołączyć do ekipy sprzątaczy liści w lesie.

Mauberg Wacław 1953

Autor na obozie wojskowym w 1953 roku

Próbowaliśmy jeszcze ratować się przez przerabianie w naszych zeszytach dobrych stopni na złe, ale w warunkach obozowych nie było to łatwe i dosyć szybko zostaliśmy na tym przyłapani.

Na zakończenie pobytu na obozie prawie wszyscy, z wyjątkiem kilku rzeczywiście ostat­nich oferm, dostaliśmy wojskowe prawa jazdy, uprawniające nas do prowadzenia po drogach publicznych wojskowych pojazdów mechanicznych, z wyjątkiem pojazdów opancerzonych. Czołgów nie mogliśmy więc prowadzić, ale i tak nikt się z tego powodu nie martwił. Natomiast niewątpli­wą zaletą zdobytego na obozie wojskowego prawa jazdy był fakt, że na jego podstawie mogli­śmy potem automatycznie uzyskać cywilne prawo jazdy, już bez potrzeby uczęszczania na kurs i zdawania egzaminu.

Ten obóz wojskowy, już ostatni w czasie studiów, zapisał się w mojej pamięci jako nie­kończący się ciąg psikusów, zabaw i kawałów, które robiliśmy wraz z Jurkiem Wojciechowskim. Szkoda, że trwał tak krótko. Wszystko co dobre, kończy się tak bardzo szybko! Wróciłem do domu opalony i w doskonałej formie, a na wadze, podobnie jak to się działo za każdym razem po obozach szybowcowych i poprzednim obozie wojskowym, przybrałem kilka kilo.

¬ ¬ ¬

Po powrocie z obozu wojskowego okazało się, że na niwie sentymentalnej spotkała mnie wielka przyjemna niespodzianka. Od września zamieszkała u nas jako lokatorka w gościnnym pokoju na poddaszu Helenka – kreślarka z Miastoprojektu. Od dłuższego czasu mieszkała kątem u Zakrzewskich, co nie było wygodne ani dla nich, ani dla niej. Po­szukiwała pilnie sublokatorskiego pokoju do wynajęcia. Córka Zakrzewskich, jej niezawodna przyjaciółka Basia, wiedząc, że u nas w domu jest wolny pokój, wpadła na pomysł by poprosić mych rodziców o jego wynajęcie dla niej. Rodzice, świadomi tego że biorą na siebie odpowiedzialność za młodą pannę wobec jej rodziców, z pewnym ociąganiem i dopiero na usilne prośby samej pani Zakrzewskiej, wyrazili na to zgodę. Tak więc, nie uczyniwszy żadnego kroku ani wysiłku w tym kierunku, od pewnego dnia mogłem widywać przedmiot mych westchnień i marzeń codziennie. Widocznie przeznaczenie, w swej konsekwencji, znowu tak pokierowało naszymi losami. Przedmiot ów nie zwracał wszak­że na mnie większej uwagi, żył własnym życiem, chodził do pracy i odwiedzał grono swych przyjaciół, wśród których mnie niestety nie było. Jednakże sytuacja ta odpowiadała mi całkowicie, bo dzięki mieszkaniu pod wspólnym dachem stwarzała mi możliwość częstego dawania jej wyrazu mej adoracji – a krople wody potrafią przecież wydrążyć nawet i skałę.

Historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać. Mój ojciec w czasie studiów na Politechni­ce mieszkał w Warszawie przy ulicy Pięknej w mieszkaniu swej ciotki Bronki, razem ze swą mat­ką i trzecią z sióstr Zaniewskich, Janką. Te panie, wszystkie trzy młode wdowy, wyży­wały wspólnie swe niezaspokojone instynkty macierzyńskie na młodym studencie. Zatruwały mu czasami życie w sposób trudny nieraz do zniesienia dla dorosłego już przecież, pracującego na swe utrzymanie i samodzielnego człowieka. Sytuacja ta musiała memu Tacie zapewne tak bardzo dokuczyć, że w porywie buntu i protestu uciekł spod tej nadmiernej kurateli i wynajął so­bie w mieście pokój sublokatorski. Pani Kazimiera Dąbrowska, właścicielka mieszkania, też była sa­motną wdową i musiała podpierać swój skromny budżet domowy przez wynajmowanie jednego z pokoi w swym mieszkaniu. Wdowa miała dwoje dzieci – 28 letniego Adama i młodszą od brata o sześć lat Irenkę, uczącą się w Warszawskiej Szkole Pielęgniarstwa prowa­dzonej przez Kościół Metodystów przy British Council w Warszawie.

Nie trudno domyśleć się dalszego rozwoju wydarzeń w sytuacji, gdy pod jednym dachem mieszka młody przystojny student i hoża dziewczyna. Konstanty-Kocio i Irenka pobrali się jesienią 1930 roku, a ja na świat przyszedłem w szpitalu przy ulicy Karowej w War­szawie w lipcu następnego roku.

Nie można się dziwić, że mając w pamięci historię ze swej własnej młodości, moi rodzice z obawą godzili się na ryzykowną sytuację wynajmowania pokoju pięknej młodej pannie, mając w domu syna studenta.

Mauberg Konst1923

Dąbrowska Irena 1924

Mauberg Konst1930

Mauberg Irena 1931 sepia całość

Konstanty Mauberg, Warszawa 1923

Irena Dąbrowska, Warszawa 1924

Rodzice za czasów narzeczeńskich

w 1930 r.

 

Rodzice 1954

Konstanty i Irena Mauberg   maj 1954 r.

¬ ¬ ¬

W lutym 1954 r. ukończyłem pierwszy stopień studiów inżynierskich, specjalizując się w zakresie elektrochemii i elektrometalurgii w katedrze u profesora Ludwika Wasilewskiego, przedwojennego asystenta Ignacego Mościckiego, profesora Politechniki Lwowskiej i Warszawskiej, później­szego Prezydenta RP w latach 1926 – 1939. Dostałem tytuł inżyniera, piękny Dyplom ukończe­nia studiów wyższych stopnia pierwszego i natychmiast zapisałem się u tego samego profesora na studia magisterskie, trwające dalsze dwa lata. Profesor Wasilewski, u którego robiłem specjalizację na studiach inżynierskich musiał widocznie być na tyle zadowolony z moich postępów i stwierdzić że rokuję jakieś nadzieje na niwie naukowej, bo zaproponował mi na okres trwania stu­diów magisterskich pracę w swej katedrze. W ten sposób od marca 1954 roku stałem się asystentem pro­fesora i etatowym pracownikiem Politechniki Śląskiej. Chodziłem na swoje wy­kłady i zajęcia związane ze studiami magisterskimi, a równocześnie w katedrze u profesora prowadziłem pod jego kierunkiem różne ciekawe badania naukowe w dziedzinie elektro­chemii. Prowadziłem też ćwiczenia laboratoryjne z elektrochemii i elektrometalurgii ze studen­tami niższego, inżynierskiego stopnia studiów. Życie zaczęło układać mi się ciekawie i zacząłem mieć różne drobne sukcesy – począwszy od tego, że w wyniku odbytego szkolenia na obozach wojskowych zostałem, wraz z większością kolegów, mianowany podporucznikiem rezerwy a skończywszy na tym, że miałem ciekawą, płatną pracę i byłem asystentem znanego profesora. Czegóż mógłbym chcieć więcej?

 W nagrodę za te moje różne sukcesy, rodzice kupili mi motocykl na specjalny przydział, uzyskany przez ojca dzięki jego pracy w Zjednoczeniu Węglowym w Gliwicach. Była to tak zwana SHL-ka, szczytowe osiągnięcie ludowej myśli konstrukcyjnej w owym czasie. Nieszczęsny ten motocykl był zupełnym bublem, tak pod względem konstrukcji która była całkowicie przesta­rzała, jak i pod względem materiałowym – zastosowane w nim materiały były najgorszej jakości. Nic też dziwnego, że elementy motocykla zużywały się błyskawicznie i maszyna ta psuła się bez przerwy. Więcej czasu spędzała w garażu w oczekiwaniu na naprawę i części zamienne, niż na trasie. Stanowiła jednak mimo wszystko jakiś środek transportu.

Helena - motocykl

Helenka na wycieczce motocyklowej

Jeździłem tym motocyklem po Helenkę by ją przywozić po pracy do domu. Czasami też udawało mi się namówić ją na wspólne z mymi kolegami wycieczki po okolicy. W ten sposób Helenka powoli została wciągnięta do naszej paczki i coraz częściej z nami przebywała. Zapra­szaliśmy ją na nasze prywatki oraz na zabawy studenckie na Politechnice i wszyscy zabiegali­śmy o jej względy. Ja oczywiście, z racji tego że Helenka u nas mieszkała, uważałem się za ma­jącego na nią wyłączność, ale ona jakoś wcale nie zamierzała uznawać tego monopolu. Jeden zaś z mych bliskich kolegów – Jurek Stobiński – czynił tymczasem cichcem poważne postępy na drodze do pozbawienia mnie wszelkich złudzeń co do wyłączności na Helenkę, zgłosiwszy jej ofertę korepetycji i pomocy w przygotowaniach do egzaminu z matematyki na studia wyższe w Krakowie, gdzie Helenka miała zamiar studiować architekturę. Jego oferta została mile przyjęta. Ja z kolei usiłowałem zaskarbić sobie jej względy wykorzystując me umiejętności manualne: do eleganckiej skórzanej teczki na akta którą akurat dostałem w prezencie od ojca, przymocowałem wypiłowany osobiście z mosiężnej, samodzielnie posrebrzonej w Kate­drze Elektrochemii blachy, pięknie przez siebie zaprojektowany (w moim mniemaniu) mono­gram HP i całość podarowałem jej w maju na urodziny. Kiedy indziej, gdy zaprosiłem Helen­kę na zabawę na Politechnice a ona wymawiała się twierdząc, że nie może pójść, bo nie ma od­powiednich butów, własnoręcznie zrobiłem jej lekkie sandałki, zabarwione na czarno tuszem kreślarskim. Chodziła w nich potem na wizyty i przetańczyła z powodzeniem kilka zabaw.

W wielkiej modzie wśród młodzieży akademickiej była wówczas gra w brydża. My też graliśmy w niego wtedy namiętnie w moim pokoju na poddaszu, nieraz prawie do rana. Moja Mama i Helenka przygotowywały nam herbatę i całe stosy kanapek – wszystko znikało bez śla­du w naszych przepastnych, stale głodnych studenckich żołądkach. Szczególnym głodomorem był nasz kolega, krajan Jurka Wojciechowskiego – Włodek Radomski. Patrzyliśmy z podziwem, jak na jeden raz połyka grubą kanapkę. Próbowaliśmy go naśladować, ale nikomu się to nie udało.

Helenka pracując w Miastoprojekcie, równocześnie przygotowywała się nadzwyczaj pil­nie do lipcowego egzaminu wstępnego na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Cały wolny czas poświęcała na ćwiczenia w rysunku. Rysowała wszystko co się dało, po­cząwszy od martwej natury, różnych mebli i ozdobnych lamp w naszym mieszkaniu, detali ar­chitektonicznych, a na formach geometrycznych skończywszy. Czasami robiliśmy to wieczorami wspólnie w salonie, a zmęczeni rysowaniem, rozmawialiśmy i graliśmy na pianinie. W tym cza­sie udało mi się wyeliminować Jurka Stobińskiego i przechwycić od niego definitywnie udzielanie Helence korepetycji z matematyki i fizyki, dzięki czemu moje akcje u niej nieco wzrosły. W czasie kolacji, które Helenka jadała już potem razem z nami, ciekawie opowiadała o swych perypetiach okupacyjnych – o ucieczce ich matki z małymi dziećmi i staruszką babką w ostatnim momencie z ich majątku Derażne położonego na Wołyniu pod okupacją sowiecką i o przeprawie przez zieloną granicę na zachód do terenów okupacji niemieckiej. Zostali w porę ostrzeże­ni, że bolszewicy organizują wywózkę tej obszarniczej rodziny w głąb Rosji, skąd by zapewne do Polski już nigdy nie wrócili. Opowiadała o ich dalszej okupacyjnej tułaczce po Polsce. Byli jakiś czas u stryja Alfreda na zamku w Łańcucie, potem we dworze u dziadków w Suchowoli w lubelskim. Po aresztowaniu dziadka Seweryna Czetwertyńskiego przez Niemców i wyrzuceniu wszystkich ze dworu, wrócili z powrotem do Łańcuta, gdzie mieszkali w wynajętym domu na przedmieściu, a po wyzwoleniu zamieszkali w Krakowie. Od 1939 roku, czyli od wcze­snego dzieciństwa, ona i jej rodzeństwo byli pozbawieni własnego domu i pędzili właściwie cygańskie koczownicze życie, nigdzie długo miejsca nie zagrzewając. Helenka barwnie opisywała swój wy­jazd w 1946 roku zagranicę, opowiadała o pobycie we Francji, gdzie w miejscowości Montrésor mieszka jej starsza ukochana, zamężna już wówczas siostra Maryńcia oraz o nauce w klasztornej szkole w Belgii. Mówiła o swej tęsknocie za rodzicami i powrocie do Polski. O nieobecności ich ojca, który jako oficer wojska polskiego ratował się w 1939 roku przed bolszewikami ucieczką do Rumunii i tam spędził cały okres okupacji. W ten sposób poznawałem powoli historię tej tak bardzo przez los dotkniętej, a mimo to nadspodziewanie pogodnej rodziny.

W czerwcu miałem sesję egzaminacyjną, musiałem więc ostro zabrać się do pracy by za­liczyć ćwiczenia i pozdawać wszystkie egzaminy. Musiałem ograniczyć pomoc Helence, a ona wzięła urlop w swej pracy i wyjechała na prywatny kurs rysunkowy do Nowego Sącza, do swej byłej szkolnej nauczycielki rysunków ze szkoły Sióstr Niepokalanek. Umówiliśmy się z Helen­ką, że po zdaniu egzaminów i zaliczeniu semestru przyjadę tam po nią pod koniec jej kursu. Przez dwa dni pobytu w Nowym Sączu chodziliśmy popołu­dniami na spacery a Helenka, znająca Sącz z okresu gdy była tam w szkole u Niepokalanek, pokazywała mi miasto i jego zabytki. Chodziliśmy kąpać się nad Kamienicę. Po dwóch dniach wróciliśmy do Gliwic. Gdy Helenka pojechała do Krakowa na egzaminy, rysunek zdała doskonale, lecz nie powiodła się jej niestety matematyka. Egza­min poprawkowy miała zdawać w początku sierpnia, na razie więc chodziła dalej do pracy, a wolne chwile wykorzystywaliśmy na dalszą naukę matematyki i wycieczki motocyklowe. Helenka bar­dzo lubiła jeździć, nudziło ją dłuższe przebywanie w jednym miejscu. W kręgu moich kolegów, naszych wspólnych znajomych oraz na zabawach i prywatkach na które chodziliśmy, zaczęliśmy już być uważani za stałą parę.

Mauberg W+Helena+J

Wacław Mauberg, Helenka, Jerzy Stobiński. Gliwice, maj 1954

 

Szczególnie ceniliśmy sobie zebrania towarzyskie i zabawy urządzane w domu przez ro­dziców Tadzika Pfütznera. Byliśmy wszyscy pod urokiem jego czarującej, tryskającej wesoło­ścią i zawsze uśmiechniętej Mamy. Pani Pfütznerowa autentycznie lubiła i świetnie rozumiała młodzież, potrafiła nawiązać z nami stosunek koleżeński i była wspaniałą, pełną werwy, humoru i pomysłów animatorką naszych zabaw. Na zebraniach tych spotykali się i bawili doskonale wszyscy – zarówno starsi członkowie klanu Pfütznerów, jak i my młodzi – przyjaciele Tadzika i Jasia. Zaproszenie na brydża lub wieczorek towarzyski do rodziców Tadka było bardzo przez nas wszystkich cenione oraz traktowane jako wyróżnienie i nobilitacja. Do Pfütznerów przycho­dzili różni ciekawi ludzie – zabawy u nich były o wiele bardziej cenione niż na przykład pu­bliczne zabawy na Politechnice.

Do Helenki przyjeżdżała co jakiś czas w odwiedziny z Krakowa jej starsza o rok siostra Elżbieta, przez rodzeństwo nazywana Netą. Była to dziewczyna równie przystojna jak Helenka, o oryginalnej, jakby wschodniej urodzie. Jej pobyty w Gliwicach wywoływały popłoch wśród lokalnych panien i prawdziwe spustoszenie w sercach chłopców z naszej paczki, łącznie z naszym starszym przyja­cielem Jurkiem Chmielowskim, w owym czasie najmłodszym polskim doktorem nauk chemicznych. Jeździliśmy wtedy wspólnie na wycieczki, chodziliśmy na zabawy uczelniane i na prywat­ki. Przyjeżdżał też czasem jej młodszy brat Marek – uczeń gimnazjum w Krakowie oraz starszy Roman, zajmujący się w tym czasie sportem wyczynowym. Obie siostry okazały się być intere­sującymi i atrakcyjnymi kompanami na wycieczkach, unikającymi manifestowania przejawów snobizmu. Obie dobrze znały język francuski, czym nam wielce imponowały.

¬ ¬ ¬

Fotografowanie było, jeszcze od czasów Wojkowickich, także i moją pasją, odziedziczoną po ojcu. W Gliwicach miałem znów swój własny aparat, i gdy tylko była okazja, obaj robiliśmy zdjęcia. Casami wychodziły z tego zabawne sytuacje, gdy fotografowaliśmy się nwzajem. Tak było właśnie w czerwcu 1954 roku, gdy powstały poniższe fitografie. Jedna z balkonu na okno, a druga odwrotnie.

Widziane obiektywem ojca, Gce 1954

Widziane obiektywem syna  Gce 1954

Widziane obiektywem ojca

Widziane obiektywem syna

Zaczęły się miesiące wakacyjne. Któregoś piątku Miastoprojekt wysłał Helenkę do Ka­towic z poleceniem zawiezienia dokumentów do Centrali. Pojechałem z nią razem i zawiozłem ją tam, oczywiście na motocyklu. W drodze powrotnej, między Katowicami a Mikołowem, w pełnym pędzie przewróciliśmy się na rozlanej na szosie plamie oleju. Przejechaliśmy się naszy­mi łokciami, kolanami i pośladkami kilkanaście metrów po asfalcie, wbijając sobie brudny pył głęboko pod skórę. Nic groźnego się nie stało, ale mieliśmy w wielu miejscach zdarty naskórek, byliśmy mocno potłuczeni i obolali, nie mówiąc o podartych spodniach i kurtkach. Wróciliśmy do domu cichcem i nie opowiedzieliśmy o niczym moim rodzicom w obawie, by nie zakazali mi dalszych jazd motocyklem. Wymyśliliśmy więc inny sposób na dwudniową rekonwalescencję, której oboje bardzo potrzebowaliśmy. Oświadczyliśmy w domu, że wybieramy się w odwiedziny do Staszka Neumanna-Ołpińskiego, który studiował we Wrocławiu Inżynierię Sanitarną, a aktu­alnie był na praktyce na Kąpielisku Miejskim w Strumieniu u źródeł Wisły. Pojechaliśmy więc tam natychmiast, bo akurat zaczynał się weekend. Dodatkowym powodem odwiedzi­n Staszka była chęć pokazania mu Helenki. Mieszkając we Wrocławiu, Staszek nie miał do tej pory możności jej poznania. Chodziło o uzyskanie swoistej „akceptacji” Helenki przez Staszka. Helenkę znali już wszyscy moi koledzy w Gliwicach, pozostawał jeszcze tylko właśnie Staszek.

Przyjechaliśmy więc do Strumienia obtłuczeni, z obolałymi kośćmi i z trudem mogąc się poruszać. Nie był to zbyt udany pobyt. Całe dwa dni, zamiast korzystać z pogody i darmowego wstępu na basen jaki mogliśmy mieć dzięki Staszkowi, lizaliśmy rany. Poczciwy Sta­szek przynosił nam przez ten czas jedzenie z restauracji i opatrunki z kąpieliskowej apteczki. Ale cel wyjazdu został osiągnięty – podgoiliśmy nieco nasze obrażenia, a Helenka spodobała się Staszko­wi i bardzo się zaprzyjaźnili. W przyszłości, w wiele lat później, gdy obaj mieliśmy już prawie dorosłe dzieci, często odwiedzaliśmy Staszków Ołpińskich w ich domu we Wrocławiu. Oni zaś uczestniczyli regularnie w corocznych spotkaniach, jakie w dniu Wszystkich Świętych urządzali­śmy w naszym domu dla mych gimnazjalnych kolegów i ich rodzin przyjeżdżających do Gliwic, aby zapalić świeczki na grobach swych bliskich. Z okazji kolejnego spotkania Staszek napisał na cześć Helenki całkiem udany wiersz pełen przeróżnych górnolotnych, nader romantycznych zwrotów, na które Helenka jest wyjątkowo wrażliwa.

Po powrocie ze Strumienia i wygojeniu ran umówiliśmy się z Helenką, że na egzamin poprawkowy z matematyki w sierpniu odwiozę ją do Krakowa na motocyklu. Potem mieliśmy zrobić wypad do Zakopanego. Przygotowałem motocykl jak mogłem najlepiej do jazdy i w przeddzień egzaminu wyjechaliśmy pod wieczór z Gliwic do Krakowa. W Katowicach zaczęło się już zmierzchać, zapaliłem więc reflektor. Po kilku kilometrach przepaliła się żarówka i nie mieliśmy już ani długich świateł, ani krótkich, tylko postojowe. Za Mysłowicami w SHL-ce urwał się tłumik. Nie było mowy o tym by przerwać jazdę i jutro próbować naprawić motocykl, bo na drugi dzień o godzinie 8-mej rano Helenka miała egzamin na politechnice – musieliśmy przecież jeszcze tego wieczora być w Krakowie. Jechaliśmy więc dalej w ogłuszającym hałasie, jaki wydobywał się z pozbawionej tłumika rury wydechowej i bez dobrej widoczności, bo świa­tło postojowe SHL-ki nic nie oświetlało. Urwany tłumik Helenka wiozła przed sobą na piersiach pod kurtką, bo rękami trzymała się mnie. Jechaliśmy tak i jechali prawie na oślep w straszliwym grzmocie rury wydechowej, który ogłuszał tak kompletnie, że niemal zupełnie odbierał kon­takt ze światem...

...leżałem tak jakoś niewygodnie na plecach, a nad sobą widziałem gwiazdy świecące na prawie czarnym, bezchmurnym wieczornym niebie. Szumiało mi dziwnie w głowie. W ustach czułam słony smak i miałem jakiś drobny żwir. Podniosłem się na drżące nogi, wyplułem kamyki i rozejrzałem dookoła. W zmroku zobaczyłem niewyraźnie leżącą obok, poniżej jakby w rowie Helenkę, rękami trzymającą się za twarz. Zdziwiłem się bardzo, co ona tu robi i dlaczego trzyma ręce w ten sposób. Dalej za Helenką majaczył niewyraźny kształt leżącego na ziemi roweru tuż obok mojej SHL-ki. Kilka kroków dalej na brzegu rowu siedział jakiś człowiek i jęczał. Na szo­sie stało kilka osób i przypatrywało się nam ciekawie. Wszystko to było bardzo osobliwe. Podsze­dłem do Helenki żeby się zapytać, co ona tu robi i co tu się dzieje. Wtedy na sygnale przyjechała Karetka Pogotowia. Wyskoczyli z niej sanitariusze, położyli Helenkę na noszach i wsadzili do karetki. Ja oraz ten jęczący człowiek weszliśmy do samochodu o własnych siłach. Pogotowie zawio­zło nas do szpitala i tam położyli mnie natychmiast do łóżka. Po pewnym czasie pojawiła się Helenka, miała obandażowaną twarz i ręce, coś do mnie mówiła, ale w tym momencie straciłem świadomość już zupełnie.

Gdy się ocknąłem, nad głową zobaczyłem znajome twarze. Czyżby to byli moi rodzice? Chciałem wstać żeby się z nimi przywitać, ale jak tylko poruszyłem głową zrobiło mi się tak sła­bo, że znowu straciłem świadomość. Potem zdawało mi się, że ponownie słyszę głosy rodziców, jakieś obce głosy, a także chyba i głos Helenki. Wszystko to jednak jakby przez sen, przez grubą warstwę waty. Kiedy znowu otworzyłem oczy, koło mego łóżka stali rodzice i Helenka. Wszy­scy z troską wpatrywali się we mnie. Widząc że mam otwarte oczy, Mama szybko powiedziała, żebym nie ruszał głową, bo uległem poważnemu wypadkowi i mam wstrząs mózgu. Powoli, z trudem, dowiedziałem się co się stało: jestem w szpitalu w Jaworznie. Dwa dni temu, w czasie jazdy do Krakowa, przed nasz motocykl zatoczył się pijak, jadący zygzakiem rowerem po szo­sie. Zahaczyłem go rączką kierownicy co spowodowało, że motocykl w pełnym pędzie nagle skręcił i wpadł do rowu. Siłą rozpędu uderzyłem twarzą w reflektor motocykla, a Helenka dopchnęła wpadając z tyłu na moje plecy i raniąc sobie twarz o tłumik, który trzymała przed sobą. Przygodni świadkowie wypadku wezwali Pogotowie Ratun­kowe. Miałem złamany nos, wgniecioną kość policzkową i wybite wszystkie przednie zęby – żwir, który wówczas wyplułem z ust był właśnie mymi zębami. Helenka na całe szczę­ście nie miała nic złamanego, ale miała rozciętą twarz i była bardzo potłuczona. Wykazała nad­zwyczajny hart ducha, bo nie zważając na swe obrażenia, o świcie uciekła ze szpitala by zdążyć na 8-mą rano do Krakowa na egzamin. Mimo kiepskiego stanu w jakim się znajdowała, zdała go doskonale i chociaż jej Mama chciała zatrzymać ją w domu, zaraz wróciła do szpitala w Jaworz­nie. Tu zastała już moich rodziców, powiadomionych przez szpital o wypadku. Helenka wróciła do łóżka i oboje leżeliśmy w szpitalu jeszcze przez tydzień. Po tym czasie Helenka była już na tyle w dobrym stanie, że mogła wrócić do Gliwic – musiała zwolnić się z pracy, zlikwidować swoje gliwickie sprawy i przenieść do Krakowa, bo od pierwszego września zaczynała studia na swym wymarzonym Wydziale Architektury. Mnie też można już było przewieźć do specjalistycznej kliniki w Zabrzu, zajmującej się urazami twarzy i szczęk. Dopiero w Zabrzu okazało się jeszcze dodatko­wo, że moja górna szczęka jest oderwana od swej podstawy w czaszce, co wymaga długotrwałe­go i skomplikowanego leczenia chirurgicznego.

W klinice w Zabrzu spędziłem trzy długie miesiące. Był to ciężki okres czasu. Twarz miałem zniekształconą. Na całe życie pozostały mi po tych urazach prawie codzienne, nasilające się z wiekiem, nadzwyczaj dokuczliwe ostre migreny. Złamany nos został nieco wy­prostowany, ale ten prosty, odziedziczony po przodkach, bezpowrotnie odszedł w niepamięć. Przez przeszło miesiąc miałem na głowie ma­sywny gipsowy hełm, do którego przymocowane były stalowe sprężyny, które ciągnęły szczękę do góry, by zrosła się z czaszką. Lekarze chcieli mnie zatrzymać w klinice jeszcze na dłużej, bo leczenie podobno nie było całkowicie ukończone i było jeszcze wiele do poprawienia, ale zażądałem wypisania mnie do domu na własną odpowiedzial­ność. Byłem już zupełnie psychicznie wyczerpany tak długim pobytem w szpitalu, a poza tym chciałem jak najszybciej wrócić na studia, bo rok akademicki już trwał od przeszło miesiąca. Dopiero w kilka lat później, przy okazji innych badań lekarskich stwierdzono, że miałem także złamaną łopatkę – wśród wielu innych potłuczeń jakie miałem, jakoś wówczas to przeoczono. Zrosła się sama, ale niestety krzywo. Do domu wróciłem z twarzą zmie­nioną nie do poznania – była zniekształcona i straszliwie spuchnięta. Legendarny Quasimodo, dzwonnik z katedry Notre Dame w Paryżu, przypuszczalnie wygrałby ze mną wówczas, gdybyśmy startowali w konkursie piękności. Lekarze radzili abym po kilku latach, gdy wszystko się wygoi, poddany został operacji plastycznej nosa i kosmetycznej twarzy w specjali­stycznej klinice chirurgicznej w Kudowie-Zdroju. Ja jednakże nie chciałem się na to zgodzić, bo miałem już dosyć szpitali i nie chciałem żyć z perspektywą powtórnych operacji. Możliwość wyłączenia się, nawet czasowego, z kompetycji o Helenkę też grała tu istotną rolę. Pozostał mi jednakże z tego powodu na całe życie jakiś uraz – od tego czasu podświadomie unikam wszel­kich sytuacji, w których mógłbym zostać sfotografowany. Twarz, którą odtąd nosiłem, nie była już przecież moją.

Powróciłem na uczelnię do nauki i do mych obowiązków w Katedrze. Helenka studio­wała już od dwóch miesięcy w Krakowie. Za zaoszczędzone podczas pracy w Miastoprojekcie pieniądze wynajmowała pokój na mieście, bo w jednopokojowym mieszkaniu jej rodziców było tak ciasno, że nie było tam dla niej miejsca. Była wielce chwalona przez swego wykładowcę ry­sunku, którym był znany profesor Wiktor Zin. Byliśmy oboje mocno zajęci i nie mogliśmy się już widywać tak jak poprzednio, ani codziennie, ani nawet w weekendy. Jednakże gdy tylko to było możliwe, Helenka przyjeżdżała do Gliwic, co zdarzało się częściej, albo ja jechałem do niej do Krakowa, co było rzadsze bo trudno się dziwić, że w owym czasie unikałem pokazywania mej twarzy.

Pijany rowerzysta, który spowodował nasz wypadek, zażądał odszkodowania za pogięty rower i obrażenia cielesne. W związku z tym przyszło do domu wezwanie, abym się stawił na rozprawę do sądu w Jaworznie. Leżałem wtedy jeszcze w Klinice, więc na rozprawę pojechali w zastępstwie moi rodzice. Zjawili się w sądzie oznaczonego dnia i o oznaczonej godzinie. Do rozprawy jednak nie doszło, a rodzice dowiedzieli się, że sprawa została umorzona z powodu śmierci rowerzysty. Rodzice przerazili się, że człowiek ów zmarł może skutkiem obrażeń odniesionych w wyniku uderzenia przez mój motocykl. Sąd wyjaśnił im wszakże, że skarżący rowerzysta nie żyje, gdyż zginął w wy­padku samochodowym. Wpadł kilka dni temu pod ciężarówkę. Okazało się wtedy, że był to do­brze znany miejscowym lokalny pijaczyna, mający zwyczaj wracania w nietrzeźwym stanie środkiem szosy z baru do domu.

Po naprawie moją SHL-kę rodzice sprzedali zarzekając się, że nigdy już nie przyłożą ręki do tego, abym kiedykolwiek jeszcze jeździł na motocyklu. Nie minął jednak rok, a w swej bez­granicznej dobroci pożyczyli mi część pieniędzy na większy, bardzo już wówczas nowoczesny czeski motocykl z prawdziwego zdarzenia JAWA-175, który sobie kupiłem. Wychodzili pewnie z założenia, że wypadek na SHL-ce spowodowany był jej wadami, a nie moją nieumiejętnością jazdy na motocyklu. Mieli rację, bo na JAWIE, na której jeździliśmy potem z Helenką dużo i w dalekie nieraz trasy, nigdy już nie mieliśmy żadnego wypadku. Służyła ona nam potem przez długie lata, przed i po naszym ślubie.

¬ ¬ ¬

Na wiosnę 1955 roku odeszła od nas moja Babcia. Była już posuniętą w wieku starszą panią w wieku 76 lat, u której przeżycia tragedii przedwczesnego wdowieństwa, stresy rewolucji bolszewickiej, ukrywania swej tożsamości w ZSRR i ucieczki do Polski nadwyrężyły odporność psychiczną. Miała bardzo już słaby kontakt z otoczeniem i wymagała stałej opieki oraz nadzoru. Z tego powodu ostatnie lata spędziła w Domu Opieki Sióstr Boromeuszek, gdzie zajmowały się nią siostry zakonne. Jak się później okazało, niestety nie zawsze tak kompetentnie, jak się do tego zobowiązały. Z jej śmiercią powstała w naszej rodzinie pustka, którą wszyscy odczuliśmy dotkliwie, a szczególnie Tata. Był do swej Matki bardzo przywiązany.

W mej pamięci Babcia pozostała jako osoba przyjazna, ale poważna i milcząca, ubrana zawsze na czarno. Jej żywiołowy charakter, tak specyficzny dla wszystkich czworga rodzeństwa Zaniewskich, zgasł z chwilą śmierci męża w sowieckim łagrze. Podzieliła smutny los tych wielu tysięcy Polek z zaboru rosyjskiego, których mężowie zginęli w katowniach Czerezwyczajki. Nie pamiętam, aby się kiedykolwiek roześmiała.

Została pochowana na skromnym cmentarzu na Wójtowej Wsi w Gliwicach. Na pogrzeb przyjechali nasi starzy znajomi z Wojkowic i Jowisza, obecnie rozrzuceni po różnych miejscowościach Zagłębia. Przyjechał także były Dyrektor Generalny Towarzystwa SATURN, Józef Przedpełski. Sto­jąc na cmentarzu nad otwartym grobem przypominałem sobie historię babci, naszej rodziny, a także i Józefa Przedpełskiego. Ich losy były w przeszłości splecione.

Mauberg Maria1921

Mauberg Maria1944

Po ucieczce z Rosji – 42 letnia wdowa.

Warszawa, 1921 rok

W wieku 65 lat

Wojkowice, 1944 rok

Maria Mauberg – matka mego ojca

Zygmunt Przedpełski, ojciec pana Józefa, dzierżawił od ojca babki, mojego pradziadka Bronisława Zaniewskiego, majątek o nazwie Kościelna Wieś pod Kaliszem. Moja babcia, gdy była jeszcze młodą panienką, znała Józefa Przedpełskiego jako młodszego od niej chłopca z sąsiedztwa. Ojciec babci, Bronisław Zaniewski był człowiekiem wykształconym – piastował poważne stanowisko Naczelnika Powiatowego Urzędu Skarbowego w Koninie. Rodzina Zaniewskich pochodziła z okolic Upity na Żmudzi. Mój prapradziadek Zaniewski za udział w powstaniu przeciw Rosji w 1831 r. musiał z żoną i trzyletnim wówczas synkiem Bronisławem uchodzić z tamtych ziem. Znalazł schronienie w powiecie konińskim w Królestwie Kongresowym, w rodzinnych stronach swej żony. Jego syn Bronisław ożenił się potem z miej­scową obywatelską córką z Kościelnej Wsi, Amelią Chmielikowską herbu Kotwicz. Kuzynką Amelii była Zofia Urbanowska, dosyć znana na przełomie wieku XIX i XX-go pisarka. Urbanowska swe młode lata spędziła i rozpoczęła pisanie w położonym nad brzegiem Warty dworku, w którym potem przez jakiś czas był skansen poświęcony jej pamięci, a obecnie mieści się Urząd Stanu Cywilnego Konina. W mej bibliotece stoi odziedziczony po rodzicach egzemplarz jej powieści Cudzoziemiec z odręczną dedykacją autorki dla mej babki: Kochanej siostrzeniczce Marychnie z Zaniewskich Maubergowej na pamiątkę ofiaruje autorka. Konin, dn. 5 sierpnia 1927 r. .

Zaniewski Bronisław

Chmielikowska Amelia

Rodzice mojej babki Marii: Bronisław Zaniewski

i Amelia z Chmielikowskich

 

Chmielikowska Amelia2

Amelia z Chmielikowskich

Zaniewska, ok. 1910

 

Pradziadkowie Zaniewscy mieli czworo dzieci – trzy córki i syna. Babcia wychodziła w 1897 roku za mąż za mojego dziadka Wieńczysława Mauberga, o jedenaście lat od niej starszego porucznika Kargopolskiego Pułku Dragonów jako młoda, 18-to letnia panienka z majętnej jeszcze rodziny. Jednakże od czasu uwłaszczenia chłopów, które na terenie zaboru rosyjskiego nastąpiło w 1864 roku, rozpoczął się powolny proces upadku drobnych majątków ziemskich. Zygmunt Przedpełski, dzierżawiący ziemię od pradziadka Bronisława ojciec Józefa Przedpełskiego, dzięki wyjątkowo ulgowym warunkom dzierżawy, zdołał wykształcić synów. Młodszy Józef poszedł na studia górnicze i zrobił karierę w Zagłębiu. Historia rodziny mojej babci w kaliskim jest bardzo podobna do opisanej przez Marię Dąbrowską w powieści Noce i dnie, a jej akcja toczy się mniej więcej w tych samych okolicach.

Mauberg%20Maria1897

Zaniewski%20Ignacy%201902

Zawadzka%20Janina%201907

Zaniewska%20Bronka%201908

Maria Mauberg

Kijów, 1897 r.

Jan Ignacy Zaniewski

Warszawa, 1902 r.

Janina Zawadzka

Konin, 1907 r.

Bronisława Frączkowska

Konin, 1908 r.

Rodzeństwo Zaniewskich w kolejności urodzin: od najstarszej Marychny do najmłodszej Bronki

Młodszy brat mojej babci Jan Ignacy Zaniewski, jako student Szkoły Nauk Przyrodni­czych w Warszawie, brał udział w patriotycznych manifestacjach studenckich wywołanych wy­buchem rewolucji 1905-go roku w Rosji. Został za to skazany wraz z innymi na zesłanie do Rosji. Po powrocie nie mógł kontynuować już dalszej nauki. Udało mu się jedynie uzyskać od carskich władz pozwolenie na otwarcie apteki w Częstochowie. Jego je­dyny syn Ryszard, starszy ode mnie o 5 lat, brał udział w powstaniu warszawskim 1944-go roku i jako 18 letni żołnierz Armii Krajowej został wywieziony do obozu w Niemczech. Uwolnio­ny przez wojska amerykańskie wrócił do Polski. Skończył wydział architektury na Politechnice Warszawskiej i w latach 50-tych ożenił się z początkującą w telewizji w zawodzie scenografa panną Wasilewską, o niecodziennym imieniu Xymena. Małżeństwo to nie było trwałe. Xymena Zaniewska wyróżniała się wśród innych scenografów swymi wielkimi zdolnościami, olbrzymią pracowitością oraz fenomenalną umiejętnością adaptacji do zmiennych warunków. Przez blisko 25 lat była w Telewizji Polskiej odpowiedzialna za scenografię. Przetrwała wszystkie zawirowania polityczne, zmiany prezesów i wszelkie burze, jakie Telewizją Polską wstrząsały od czasu jej powstania. Była niezniszczalną żelazną damą scenografii w tej instytucji.

Xymena

Xymena Zaniewska

1965 r.

Moja prababka ze strony Maubergów, Pelagia córka Franciszka Staszewskiego, żona pradziadka Konstantego Mauberga podpułkownika straży granicznej, nie była pierwszą Polką i ka­toliczką w Kurlandzkiej rodzinie von Mauberg. Pochodziła z majątku w miejscowości Łyszkowice koło Łowicza. Można sobie wy­obrazić, że prababka Pelagia tak pokierowała biegiem wypadków, by jej syn Wacław-Ernest, w oficjal­nych dokumentach rosyjskich z tamtego okresu nazywany też czasami Wieńczysławem lub Wiaczesławem, ożenił się w Polsce. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuścić, że przyszła żona Wacława pochodziła ze znajomej Staszewskim rodziny. Kalisz i Konin leżą we wschodniej, sąsiadującej z Mazowszem części Wielkopolski, a Łowicz na Mazowszu w odległo­ści 120 kilometrów. Rodziny Staszewskich i Zaniewskich mogły się znać i utrzymywać ze sobą stosunki towarzyskie. Taka mogła być historia poznania się mych dziadków – Wacława-Ernesta Mau­berga i Marii Zaniewskiej.

Mauberg W+M+K+O+Ig

Od lewej: Wacław Mauberg, jego żona Maria, ich syn Konstanty, Maria Selunin (siostra Wacława), Ignacy Zaniewski (brat Marii Mauberg).

Grozny, 1916 rok.

Do czasów rewolucji bolszewickiej dziadkowie mieszkali na Kaukazie. Tam też spędził swą młodość ich syn Konstanty.

¬ ¬ ¬

A oto historia tamtych dramatycznych lat w telegraficznym skrócie:

W dniu 28 lipca 1914 r. od strzałów zamachowca ginie w Sarajewie następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Daje to początek pierwszej wojnie światowej. Historia Europy, a wraz z nią i nie­istniejącej jeszcze Polski, nabiera przyspieszenia. Związane z wielkimi wydarzeniami na szero­kim świecie losy zwykłych ludzi z Kaukazu – Wacława i Marii Mauberg oraz ich syna Kon­stantego także nabierają coraz większej dramaturgii.

W lipcu 1914 roku dziadek Wacław, który był już wtedy na emeryturze, zostaje zmobilizowany do sztabu brygady w Groznym.

W marcu 1915 roku, chcąc przychylnie usposobić Polaków do słabnącej Rosji, car Mi­kołaj II robi nic nie znaczący gest i nadaje Warszawie autonomię, czego władze carskie odma­wiały jej systematycznie od 1863 roku. Jednakże już w sierpniu tegoż roku Rosjanie zostają wy­parci z Warszawy przez Niemców.

Po zdaniu matury w Tyfliskim Korpusie Kadetów, od września 1915 r. mój ojciec rozpo­czyna studia inżynieryjne we Władykaukazie, w wojskowych zakładach naukowych o nazwie Mikołajewska Szkoła Inżynieryjna.

Wojna światowa toczy się już na wielu frontach Europy. Wojska rosyjskie ponoszą klęski i wycofują na wschód, a wśród zrewolucjonizowanych dezerterów coraz większy posłuch zdobywają agitatorzy komunistyczni. Rośnie niezadowolenie społeczne i żądania odsunięcia od władzy nieudolnego cara, powszechnie obarczanego winą za niepowodzenia wojenne i rosnącą w kraju nędzę. W lutym 1917 roku wybucha w Piotrorodzie rewolucja, car Mikołaj II zrzeka się tronu i w Rosji powstaje Rząd Tymczasowy demokratycznej Republiki Rosyjskiej, kierowany przez prawnika Aleksandra Kiereńskiego. W swym marcowym manife­ście mówi on już o Niepodległej Polsce. Powstaje polska Komisja Likwidacyjna, której zada­niem są przygotowania do przejęcia pod kontrolę Polaków zagarniętej przez carat byłej polskiej własności państwowej.

W Warszawie zostaje we wrześniu 1917 r. utworzona przez Niemcy i Austo-Węgry pol­ska Rada Regencyjna.

W październiku 1917 roku Pałac Zimowy w Piotrogrodzie, siedziba rządu Republiki Rosyjskiej, zostaje ostrzelany przez zbuntowanych marynarzy z krążownika Aurora. Wy­bucha rokosz zorganizowany przez partię bolszewików, tak zwana rewolucja październikowa i władzę usiłują przejąć komuniści pod wodzą Włodzimierza Lenina. W Rosji zaczyna się wojna domowa pomiędzy bolszewikami (czerwoni) a wojskami wiernymi rządowi (biali). Wobec samobójczej bierności antybolszewickich partii politycznych i większości wyższych dowódców wojskowych, górę biorą słabsi militarnie bolszewicy. Sowiety stwierdzają nieważność carskich traktatów rozbiorowych i uznają nie­podległość Polski. Na terenie Rosji powstają polskie konsulaty.

Przypuszczalnie już w pierwszych dniach 1918 roku studenci Mikołajewskiej Szkoły Inżynieryjnej we Władykaukazie zostają powołani do wojska by walczyć ze zrewoltowanymi oddziałami czerwonych. Mój Tata trafia do operującej na południu armii dowodzonej przez białego ge­nerała Wrangla.

W kwietniu 1918 roku mój dziadek Wacław zostaje zwolniony ze służby w armii rosyj­skiej. 5 lipca 1918 roku zgłasza się do nowo otwartego polskiego konsulatu w Groznym i rejestruje tam siebie i swą rodzinę jako obywateli nieistniejącego jeszcze państwa polskiego. Nie może wtedy wiedzieć, że w ten sposób wydaje na siebie wyrok śmierci.

11 listopada 1918 roku brygadier Józef Piłsudski zostaje zwolniony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu i powraca do Warszawy. Rada Regencyjna oddaje mu władzę i 22 li­stopada mianuje Tymczasowym Naczelnikiem Państwa. Po 123 latach rozbiorów państwo Pol­skie powstaje ponownie jak feniks z popiołów.

Z końcem 1918 roku bolszewicy ruszają na zachód. W grudniu 1918 roku Ar­mia Czerwona zajmuje Mińsk, a w styczniu 1919 Wilno. Wybucha wojna polsko-bolszewicka, a Polacy przebywający w Rosji Sowieckiej zostają uznani za obywateli wrogiego kraju i w większości osadzeni w obozach koncentracyjnych.

Wojna domowa w Rosji trwa nadal. Armia czerwonych odnosi sukcesy i powoli wypiera białe wojska, jedne wierne republice, a inne jeszcze caratowi. Pod koniec 1920 r. zarówno działająca na północy armia generała Denikina, jak i generała Wrangla na południu zostają już właściwie rozbite. W zniszczonej wojną domową Rosji panuje głód. Przeciwko komunistom zaczynają buntować się wszyscy: robot­nicy z wielkich fabryk, chłopi, mieszczanie, podbite narody kaukaskie, Kozacy na Ukrainie. Kierowana przez Feliksa Dzierżyńskiego Cze-Ka  dostaje od Lenina carte blanche w tłumieniu kontrrewolu­cji wszelkimi metodami. Funkcjonariusze Cze-Ka, w znakomitej większości elementy zdegenerowane i kryminalne, korzystają z niej bez skrupułów. Szerzy się nieopisany terror, zorganizowane grabieże, gwałty i masowe mordy burżujów – zwolenników dawnego ustroju.

W lipcu 1920 r. mój dziadek zostaje aresztowany w Groznym przez Cze-Ka i osadzony w Kożuchowskim obozie koncentracyjnym w Moskwie.

Oddział armii Wrangla, w którym służy mój ojciec zostaje rozbity i w sierpniu 1920 r. młody Konstanty przedostaje się do domu rodzinnego w Groznym. Dowiaduje się tu o aresztowaniu swego ojca. Zapada decyzja o natychmiastowej ucieczce z Groznego i próbie przedostania się do Polski. Błyska­wiczna realizacja tej decyzji ratuje mu życie. Do Warszawy dociera po dwóch miesiącach wędrówki, w październiku 1920 r. Życie w Polsce nie było wtedy łatwe, nie tylko na prowincji, ale szczególnie w dużych miastach. Kraj był całkowicie wyniszczony po wojnie światowej lat 1914-18, a w tym właśnie czasie trwało apogeum wojny polsko-bolszewickiej, które wymagało od całego społeczeństwa nadzwyczajnych wysiłków i poświęceń. Warszawa była zdewastowana dwiema okupacjami – rosyjską, a potem niemiecką. Brak było mieszkań, żywności i miejskiej infrastruktury. Trudności ówczesnego życia oddaje w nieznacznym tylko stopniu list, jaki Tata napisał do swej matki, przebywającej jeszcze wtedy w Rosji. List zamieszczam poniżej in extenso, zachowując oryginalną pisownię :

Warszawa 27 Stycznia 1921 r.

Najkochańsza Mesia!

Nie wiem czy dojdzie was ten list. W każdym razie korzystam z każdej możności żeby dać wam o sobie znać.

Gdzie jest obecnie Pulo , czy go wypuścili z więzienia? Bardzo mię niepokoi jego los, Muli , w ogóle wszystkich was. Mnie się udało szczęśliwie przejechać do Tyflisu i stamtąd po dwu miesiącach podróży dotarłem do Warszawy. Jechałem przez Batum Sebastopol  Konstantynopol  Konstance  Galac  Czerniowce – Stanisławów  Lwów  Lublin – Warszawa.

W Warszawie odnalazłem ciotki – c. Bronkę i Jankę. Obydwie są już wdowy. Mężowie umarli w 917 i 18 r.r. Babcia  również już nie żyje od 1917 roku.

Ja ucze się na politechnice tutejszej, na wydziale elektrotechnicznym. Mam zaliczone część przedmiotów z politechniki Władykaukazkiej. Pracuję w Czerwonym Krzyżu jako technik – otrzymuje 6000 marek miesięcznie.

Początkowo po przyjeździe mieszkałem u ciotek, obecnie mieszkam w ognisku studenckim (obszczeżytje).

Proszę przy możności odpisać według adresu Piękna 60 mieszk. 3 (gdzie mieszkają ciotki) albo na moje imię na politechnike Warszawską. Pierwszy adres jest jednak pewniejszy.

Spiesze się bardzo bo zaraz mam odesłać ten list przez Czerwony Krzyż do Rosji. Przez to nie mogłem nawet porozumieć się z ciotkami żeby załączyć i od nich parę słów.

Caluje was wszystkich mocno wiele razy. Tęsknie bardzo, kiedy się z wami zobaczę. Cioci Mani  przesyłam mój gorący pocałunek. Proszę zawiadomić Seluninych we Władykaukazie.

Kocio

Drożyzna i głód w dużych miastach.

Oficjalny, sztuczny ton tego listu spowodowany był zapewne obawą przed cenzurą. Nie tak dawno wszak ojciec mój musiał ratować się przed komunistami ucieczką z Kaukazu.

A pięć miesięcy przed napisaniem tego listu, w sierpniu 1920 roku wojska bolszewickie pod wodzą Tuchaczewskiego dochodziły już do Warszawy. W dniach 13-25 sierpnia trwa bitwa o Warszawę. Armia polska dowodzona przez Marszałka Piłsudskiego podejmuje znad Wieprza oskrzydlającą kontrofensywę na tyły sowieckiej armii. Front sowiecki pęka i bolszewicy uciekają w popłochu. Operacja ta zwana jest cudem nad Wisłą. Rosjanie zo­stają odepchnięci za Mińsk.

Polska i Sowiety podpisują rozejm 12 października 1920 r. i rozpoczynają rokowania po­kojowe. 18 marca 1921 zostaje w Rydze podpisany traktat pokojowy.

Mimo zawartego rozejmu i podpisanego traktatu pokojowego, bolszewicy nadal trzymają dziadka Wacława w obozie koncentracyjnym. Więźniowie ci prze­trzymywani są jako zakładnicy dla wymiany na polskich komunistów. Dziadek umiera tam w czerwcu 1921 roku nie doczekawszy uwolnienia.

Maria Mauberg, młoda 42-letnia wdowa, pochowawszy męża w Moskwie, zabiera rodzinne pamiątki i dokumenty i w ślad za synem na jesieni 1921 r. wydostaje się z Rosji do Polski.

¬ ¬ ¬

Moja babka pojawiła się u swoich sióstr w Warszawie w październiku 1921 roku. Ucie­kając do swego kraju i rodziny z ogarniętej rewolucyjnym wirem Rosji przed prześladowa­niem na jakie tam byłaby narażona jako żona carskiego oficera i wysokiego urzędnika oraz matka ucznia szkoły kadetów i żołnierza armii białego generała Wrangla, zabrała ze sobą jedynie kilka naj­cenniejszych dla niej pamiątek osobistych. Wiedziona niezawodnym instynktem potrzeby ura­towania historii rodu, zabrała także teczkę z fotografiami i niektórymi dokumentami rodzinnymi Maubergów. Nic więcej się nie uratowało. To z tych nielicznych dokumentów i z zapamiętanych z dzie­ciństwa opowiadań czerpię obecnie szczegóły do odtworzenia tamtych wydarzeń. Na Kaukazie pozostała willa w Gagrach i cały dość znaczny majątek dziadków.

Mapa - Kaukaz poziom

Gruzja,  Azerbejdżan i Armenia – kraje, gdzie mój ojciec spędził swe dzieciństwo i wczesną młodość.

 

Opis do mapy powyżej

Tbilisi – stolica Gruzji. W czasach gdy mieszkali tam moi dziadkowie miasto nazywało się Tyflis.

Miasto powiatowe Kutaisi leży na północny zachód od Tbilisi. Dziadek Wacław był tam Naczelnikiem Powiatu

oraz Sędzią Pokoju.

Miasteczko Agdasz gdzie mój dziadek został powołany na notariusza, leży w połowie drogi pomiędzy Tyflisem a Baku,

a miejscowość Agdam – poniżej.

Kirowabad nad rzeką Giandżaczaj – oryginalna stara azerska

nazwa Gandża. Po podboju Azerbejdżanu przez Rosję,

nosił w latach 1804 - 1918 nazwę Jelizawietpol i był stolicą guberni. Po rewolucji bolszewickiej przemia­nowany ponownie na Gandża,

a od 1935 roku na Kirowabad. Obecnie nosi nazwę historyczną Gandża.

Ordżonikidze – do 1932 roku Władykaukaz, w latach 1944-54 Dżaudżykau. Obecnie znów Władykaukaz. Tam pod dowództwem dziadka Wacława stacjonowała 250-ta Piesza Drużyna (pułk) Samarska. Sztab brygady mie­ścił się w Groznym.

Gagra (Gagry)  – miejscowość uzdrowiskowa koło Soczi nad Morzem Czarnym, gdzie dziadkowie mieli swą willę.

¬ ¬ ¬

Od czasu uzyskania licencji pilota musiałem jeździć do Warszawy do Centralnego Insty­tutu Badań Lotniczo-Lekarskich – w skrócie CIBLL, który piloci nazywali Cebula, na corocz­ne kwalifikacyjne badania lekarskie pilotów. Cebula wydawała orzeczenia o stanie zdrowia, na podstawie których Aeroklub dopuszczał pilotów do latania. Na poprzednich badaniach nie mia­łem żadnych trudności w uzyskaniu właściwej kategorii zdrowia, wymaganej dla pilotów szy­bowcowych. Gdy pojechałem tam na wiosnę 1955-go roku, po badaniach oświadczono mi, że ze względu na skrzywioną przegrodę nosową i uszkodzoną zatokę, już nigdy nie dostanę kategorii umożliwiającej mi latanie, nie tylko jako pilot szybowca, ale nawet w charakterze Baby Jagi na miotle. W taki to sposób skończyła się na zawsze moja kariera sportowego pilota szybowcowe­go, a zaczęło bezustanne już odtąd zmaganie z coraz bardziej dokuczliwymi migrenami i bólami zatok, co zresztą laryngolog w Cebuli mi przepowiedział.

W czerwcu Wydział Chemiczny Politechniki w Gliwicach zorganizował dla studentów szereg wycieczek w celu zwiedzania różnych fabryk w całej Polsce. Dla grupy studentów, z któ­rymi prowadziłem zajęcia w katedrze profesora Wasilewskiego, wypadła wycieczka do przedwojennej fabryki czekolady WEDEL, obecnie nazywającej się Zakłady 22 Lipca w Warszawie. Zostałem przez Uczelnię wydelegowany do poprowadzenia tej wycieczki. Na prośbę Helenki dołączyłem do mojej grupy studentów także i Marka, jej młod­szego brata, który akurat zdał maturę i nudził się w Krakowie. Był to bardzo udany wyjazd, bo na każdym wydziale produkcyjnym byliśmy przez oprowadzającego nas przewodnika obda­rowywani słodyczami tam produkowanymi. Największym wzięciem cieszyła się oczywiście wi­zyta na wydziale, gdzie produkowano czekoladę – każdy dostał tam po tabliczce – w sklepach jej przeważnie nie było, gdyż cała produkcja szła na eksport. Podobnie było i na innych wydziałach. W hali gdzie produkowano cukierki nadziewane marmoladami o różnych smakach, stało w szeregu kilkanaście maszyn, każda nadziewała cukierki marmoladą o innym smaku. Na specjal­nym stoliku umieszczonym z przodu leżała góra marmolady, z której obsługują­cy pracownik pobierał co jakiś czas porcję i ładował łopatką do zasobnika maszyny. Kątem oka zobaczyłem, że Marek szybkim krokiem przechodził od jednego urządzenia do drugiego próbując ko­lejne. Zabierał na palec trochę nadzienia, wsadzał do ust i następnie przechodził do maszyny następnej. Marek nie zauważył, że ostatnie urządzenie było w remoncie, a w miejscu gdzie w poprzednich leżała marmolada, tu leżał zwał żółtego smaru, do złudzenia przy­pominającego nadzienie brzoskwiniowe. Marek z rozpędu pacnął palcem także i w ten smar, wsadził do ust i dopiero wtedy pojął swą pomyłkę. Rozejrzał się błyskawicznie dookoła aby stwierdzić czy ktoś zauważył jego wpadkę i stwierdził, że ja to widziałem. Zaimponował mi wtedy swym opanowaniem, gdyż nic nie dał znać po sobie, by nie dać mi powodu do kpin.

Na wydziale produkującym kakao Marek dostał od obsługi olbrzymi, twardy jak skała placek sprasowanych wytłoczyn kakaowego proszku. Przywiózł go z dumą do Gliwic, gdzie z wielkim trudem udało nam się przełamać go na pół. Podzielił się ze mną lojalnie i obie nasze ro­dziny przez długi jeszcze czas rozcierały kawałki w moździerzu, dzięki czemu mogły pić kakao na śniadanie. W tych czasach był to rarytas i dla zwykłych śmiertelników zupełnie w handlu niedostępny.

W lecie 1955 roku w Warszawie odbywał się Międzynarodowy Festiwal Młodzieży Ko­munistycznej. Na uczelniach poszukiwano studentów, znających języki obce, do obsługi zagra­nicznych delegacji na tym festiwalu. Helenka bez namysłu zgłosiła się tam, gdyż dobrze znała ję­zyk francuski, a poza tym była to dla niej okazja uczestniczenia w ciekawej imprezie, w dodatku dobrze płatnej, co dla jej skromnej studenckiej kieszeni stanowiło niebagatelną zachętę. Festiwal był pamiętnym dla uczestników jednym wielkim ciągiem doskonałych imprez kulturalnych, przeplecionych zebraniami grup młodzieżowych. Helenka została przydzielona do grupy belgij­skiej. Była przy tej delegacji cenionym przez nich tłumaczem. Razem z młodymi Belgami ba­wiła się świetnie i uczestniczyła wraz z nimi we wszystkich festiwalowych uroczystościach, a było ich tyle, że całe dnie miała wypełnione od rana do wieczora.

Ostatniego dnia Festiwalu wydarzyły się dwie rzeczy: rano Helenka dostała silnego bólu zęba, a równocześnie w pilnym trybie została wezwana do Biura Organizacyjnego. Była tam duża grupa młodych ludzi w białych koszulach i czerwonych kra­watach. Obejrzeli ją od stóp do głowy i zażądali wyjaśnienia jak to się stało, że osoba o takim nazwi­sku mogła zaplątać się wśród socjalistycznych studentów, obsługujących tę międzyna­rodową komunistyczną imprezę. Gdy Helenka wytłumaczyła, że po prostu zgłosiła się, bo na jej Uczelni wisiało ogłoszenie o poszukiwaniu tłumaczy stwierdzili, że widocznie w Krakowie za­pomniano o czujności klasowej. Następnie kolejno wygłaszali, jakby popisując się przed sobą, gazetowe inwektywy na obszarniczą klasę. Kazali jej natychmiast spakować manatki i wynosić się stamtąd. Z powodu bólu zęba zrobiła to nawet bardzo ochoczo i przyjechała do Gliwic gdzie miała znajomą dentystkę.

Po wakacjach każde z nas wróciło do swych zajęć: Helenka do Krakowa na drugi rok studiów na Wydziale Architektury, a ja do domu w Gliwicach by zakończyć mój ostatni już rok studiów na Politechnice. Ponieważ Helence skończyły się niewielkie oszczędności z pracy w Miastoprojekcie, a trudna sytuacja materialna jej rodziców spowodowała że nie mogliby finan­sować wynajmowania pokoju na mieście, zamieszkała z powrotem u swych rodziców. Spała na rozkładanym co noc starym rosyjskim wojskowym łóżku mego ojca pochodzącym jeszcze z wranglowskich czasów, wypożyczonym jej przez moich rodziców.

¬ ¬ ¬

Jurek Wojciechowski też robił studia magisterskie na Politechnice w Gliwicach, ale na specjalizacji Inżynieria Chemiczna. Będąc na praktyce w Instytucie Tworzyw Sztucznych w Warszawie, zetknął się tam z najnowszym wówczas rodzajem polimeru – żywicami silikono­wymi. Jurek wpadł na pomysł, aby na bazie żywic silikonowych produkować odporne na wyso­ką temperaturę lakiery elektroizolacyjne, bardzo wówczas modne i poszukiwane przez krajowy przemysł elektryczny. Wiedząc, że specjalizuję się w elektrochemii i znając moje zdolności do mechaniki, Jurek zaproponował mi, abyśmy wspólnie zajęli się syntezą takich żywic – on miał rozwiązywać problemy teoretyczne, a ja mechaniczno-praktyczne aparatury do produkcji tych silikonów. Zgodziłem się z chęcią i w ramach wolnego czasu, w oparciu o zaplecze warsztatowe mojej Katedry, skonstruowałem laboratoryjną aparaturę do takiej syntezy. Robiliśmy w Katedrze Elektrochemii na niej doświadczenia i zbieraliśmy dane potrzebne do ewentualnej budowy apa­ratury na większą, ćwierćtechniczną już skalę. Profesor Wasilewski interesował się tym pomysłem i udzielał nam czasem swych rad.

Przy ulicy Kozielskiej w Gliwicach mieścił się wówczas oddział warszawskiej firmy VERITAS, zajmujący się wypełnianiem braków na zgrzebnym socjalistycznym rynku poprzez różnoraką, raczej ambitną i nowatorską produkcję chemiczną na niewielką skalę. Była to pry­watna spółka ludzi skupionych wokół prezesa PAX’u, Bolesława Piaseckiego. Piasecki był barwną, skrajnie prawicową i wielce kontrowersyjną postacią jeszcze przed wojną, a obecnie ro­bił w PRL nieoczekiwaną karierę jako bezpartyjny poseł na Sejm. Pomimo swej prawicowej przeszłości był przez komunistów tolerowany. Stanowił dla nich użyteczną przykrywkę wykazującą całemu światu iż w Polsce Ludowej, mimo monopartyjnego systemu władzy, zachowa­na jest pełnia demokracji. PAX zajmował się działalnością wydawniczą i spełniał dosyć dwu­znaczną rolę – z jednej strony wydawał tych autorów, którzy mając poglądy niezupełnie zgodne z oficjalną linią PZPR nie mieliby szans w państwowych oficynach wydawniczych, a także za­trudniał ludzi niewygodnych reżimowi oraz prześladowanych AK-owców. Równocześnie z dru­giej strony służył komunistom, gdyż uwiarygadniał ich demokratyczne postępowanie oraz zajmował się dobrze zakamuflowaną dywersją wobec Ko­ścioła katolickiego. Polegała ona na wspieraniu i finansowaniu aktywności tzw. księży patrio­tów czyli tych księży katolickich, którzy zgodzili się współpracować bardziej z komunistycz­nymi władzami, niż z własną hierarchią. VERITAS spełniał również i propagandową dla reżimu rolę, gdyż jego istnienie miało stanowić dowód, że w PRL-u, wbrew oszczerczej za­chodniej burżuazyjnej propagandzie, prywatna działalność gospodarcza jest możliwa. Dlatego też VERITAS posiadał dużą jak na owe czasy autonomię w prowadzeniu działalności gospodar­czej i nie będąc skrępowany dyrektywami politycznymi czy planami gospodarczymi, mógł działać prężnie i dynamicznie. Był dzięki temu bogatą firmą, mogącą pozwolić sobie na ekspe­rymenty, finansowanie badań i zlecanie opracowania nowatorskich technologii.

Jurek Wojciechowski, jadąc pewnego razu pociągiem do Warszawy, poznał przypadko­wo jednego z szefów gliwickiego VERITAS’u i jak zwykle kojarząc błyskawicznie, zaintere­sował go pomysłem wytwarzania lakierów silikonowych. Na jesieni 1955 roku zostaliśmy dzięki temu zatrudnieni przez VERITAS na pół etatu i rozpoczęliśmy, jeszcze jako studenci przed dy­plomem, montaż w gliwickim oddziale pilotowej instalacji ćwierć-technicznej do syntezy skład­nika silikonowego. W wyniku tych prac uzyskaliśmy potem w Urzędzie Patentowym bardzo mądrze nazywający się i wydrukowany na pięknym czerpanym papierze patent na wynalazek.

¬ ¬ ¬

Dyplom magistra inżyniera chemii dostałem w końcu lutego 1956 r. i już po miesiącu, od pierwszego kwietnia musiałem rozpocząć pracę w Instytucie Farb i Lakierów w Gliwicach. Była to posada przymusowa, bo objęta w wyniku tak zwanego nakazu pracy. Absolwenci wyż­szych uczelni technicznych nie mogli w tych czasach pójść do pracy tam gdzie sami chcieli, lecz musieli po studiach obowiązkowo przepracować trzy lata w instytucji, która na nich zgłosiła na uczelni zapotrzebowanie. Na mnie zapotrzebowanie zgłosił Instytut – być może z tego powodu, że jego dyrektor techniczny, będący równocześnie profesorem Politechniki, dowiedział się o la­kierach silikonowych. Moja pierwsza pensja w Instytucie była nadzwyczaj skromna i wynosiła 1100 złotych, co chyba stanowiło wówczas równowartość około 40 dolarów po kursie czarnorynkowym.

Tymczasem VERITAS deklarował chęć przyjęcia do pracy na pełny etat Jurka Wojciechowskiego i mnie oraz oferował na początek pensję trzy razy wyższą niż moja dotychczasowa w Instytucie. Dawałoby to nam możliwość kontynuacji na miejscu wspólnej pracy nad syntezą silikonów. Propozycja ta spadła nam wprost z nieba, jednakże jej realizacja nie była wcale łatwa, bo wymagała uzyskania zgody Ministerstwa na uchylenie wydanych nam nakazów pracy. Dzięki otrzymanym z VERITAS’u pismom stwierdzającym iż nasza praca w tej firmie jest wręcz niezbędna dla dobra kraju, oraz (przypuszczam, że o wiele bardziej skutecznym) ci­chym interwencjom wpływowych PAX-owiczów, po kilku miesiącach udało nam się uzyskać zwolnienie z nakazu pracy. W ten sposób, od pierwszego listopada 1956 roku zostaliśmy z Jur­kiem Wojciechowskim przyjęci do pracy w VERITAS na równorzędnych stanowiskach inżynie­rów zmianowych, bo pracowało się tam na dwie zmiany.

W czerwcu pracowałem jeszcze w Instytucie i tam zetknąłem się z polityką. Pracownicy żywo komentowali aktualne wydarzenia, które następowały wtedy dość szybko jedne po drugich: „tajny referat” Nikity Chruszczowa o Kulcie jednostki który dał sygnał do rozpoczęcia destalinizacji w ZSRR i krajach bloku wschodniego, tajemniczą śmierć w Moskwie komunistycznego prezydenta PRL Bolesława Bieruta, uważanego za ślepego wykonawcę poleceń Stalina w Polsce i powrót Gomułki do czynnego życia politycz­nego. Tam też dowiedziałem się o robotniczych rozruchach, które miały miejsce w Poznaniu w czasie Międzynarodowych Targów. Młodzi robotnicy z Zakładów Mechanicznych Cegielskiego wyszli 28 czerwca na ulice w proteście . Ich własna robotnicza władza nie tylko oszukiwała ich od długie­go czasu na płacach, ale okazywała im demonstracyjne lekceważenie. Tego nikt długo nie tole­ruje. Wykorzystali moment, gdy w Poznaniu z okazji Targów było mnóstwo obcokrajowców, a w szczególności zagranicznych dziennikarzy i reporterów. Ich obecność pozwalała mieć niejakie nadzieje, że władze nie zareagują z nadmierną brutalnością (co okazało się całkowicie złudne), ale przede wszystkim dawała gwarancję, że informacje o proteście, pochodzące od naocznych świadków, zostaną natychmiast w sposób niezafałszowany przekazane zagranicę do wiadomości światowej opinii publicznej.

Beznamiętną i chyba w miarę obiektywną relację z poznańskich wydarzeń zdawał nam, pracownikom Instytutu, należący obowiązkowo do PZPR, kierownik Działu Personalnego. Był wydelegowany przez Instytut na Targi i tam widział wszystko na własne oczy. Wrócił zbulwer­sowany widokiem polskiego wojska  i milicji strzelających do polskich robotników. Wrócił z nadwątloną wiarą w nieomylność dotychczasowej jedynie słusznej linii swej partii. Ta za­chwiana wiara, zarówno jego jak i milionów innych partyjnych Polaków, zaowocowała w cztery miesiące później polskim październikiem – przewrotem Gomułkowskim, wycofaniem się wła­dzy ze zmory kolektywizacji wsi i czasowym przynajmniej ograniczeniem wszechwładzy apa­ratu partyjnego.

Na Węgrzech podobny przewrót został krwawo stłumiony. Gdy w Budapeszcie wiec pod pomnikiem wspólnego polsko-węgierskiego bohatera narodowego, generała józefa Bema, popierający polski październik przerodził się w wolnościowe powstanie, spadła na nie bezwzględna, nieprzebierająca w środkach, krwawa interwencja sowiecka.

Zacząłem wówczas dostrzegać jakby przez mgłę istnienie w Polsce pewnej chwiejnej, niestabilnej równowagi. Z jednej strony była władza, nielubiana i niechciana chyba przez zde­cydowaną większość, narzucona sowieckimi czołgami w wyniku podziału dokonanego przez możnych tego świata w Teheranie i Jałcie. Z drugiej było społeczeństwo – wprawdzie niejednolite i podzielone w swych opiniach, ale przez swą liczebność stanowiące realną siłę. Spokój, czyli stan równowagi istniał wszakże, bo był wy­nikiem przyzwolenia społecznego, wprawdzie wymuszonego wielorakimi czynnikami, ale jed­nak przez większość akceptowanego. Tak długo jak istniało owe przyzwolenie większości, tak długo mógł trwać stan równowagi, panował spokój, a komunistyczny reżim mógł rządzić. Wy­starczyło jednak aby władza, przekonana o swej bezkarności zaczynała zapominać o owym przyzwoleniu i go nadużywać, a stan niestabilnej równowagi zostawał natychmiast naruszany, społeczeństwo cofało przyzwolenie i wybuchał protest. To jest właśnie powód dla którego, mó­wiąc w największym uproszczeniu, żadne totalitarne imperium nie jest wieczne – kończy się w momencie, gdy buta rządzących doprowadza do wyczerpania pokładów cierpliwości większości jego obywateli, a aktualny splot ze­wnętrznych sił akurat jeszcze dodatkowo temu sprzyja.

¬ ¬ ¬

Wakacje w 1956 roku spędziliśmy z Helenką, jej Mamą i siostrą Netą w miej­scowości Ostrzyce położonej nad dużym malowniczym jeziorem Ostrzyckim w Szwajcarii Ka­szubskiej. Występowaliśmy tam już w charakterze oficjalnej narzeczeńskiej pary, zaakceptowa­nej przez rodziców Helenki. Neta też była ze swoim chłopcem, wesołym, bardzo dowcipnym i nadzwyczaj przystojnym czarnowłosym i czarnookim Jurkiem Gromnickim, nazywanym Bur­kiem. Robiliśmy stamtąd wypady do Kartuz i Oliwy, gdzie zwiedzaliśmy katedrę i oglądali słyn­ne organy, na Wybrzeże, do Gdańska i w okolice Sobieszewa, gdzie była na wakacjach ukochana siostra cioteczna Helenki – Anna Grocholska. Bawiliśmy się cały czas doskonale, jak to młodzi, i pamiętam jak niewiele nam było potrzeba, abyśmy przy lada okazji wybuchali niepohamowa­nym szalonym śmiechem z byle powodu. Gorszyło to nieco Mamę Helenki oraz jej brata Marka, który pod koniec wakacji też tam do nas doszlusował. Najwięcej powodów do śmiechu dostar­czał nam ksiądz proboszcz z pobliskiej miejscowości Czaple, gdzie chodziliśmy w niedziele na msze. Na końcu mszy ksiądz oznajmiał: a teraz komunikat o znoszeniu jajek i wygłaszał z ambony niezro­zumiałe dla nas tajemnicze zdania w rodzaju: małe czaple zniosły już wszystkie jajka – Bóg im za to zapłać, ale dużym czaplom jakoś to słabo wychodzi bo pozostało im jeszcze do zniesienia 150 jajek, muszą się więc trochę więcej wysilić. Niewiele brakowało, a wybuchnęlibyśmy w ko­ściele głośnym śmiechem. Dopiero potem okazało się, że ksiądz prowadził renowację kościoła i domagał się od parafian, aby w tym celu przynosili na plebanię kurze jaja, które służyły malarzom do sporządzania farb według starodawnych przepisów. Stan dostaw omawiał proboszcz z ambony i domyśliliśmy się w końcu, że chodziło o rozliczenie ilości jajek dostarczonych przez parafian z miejscowości Małe Czaple i Duże Czaple.

W Ostrzycach spędzała wakacje też i inna rodzina Helenki – była tam najmłodsza siostra jej Mamy – Krysia Czetwertyńska oraz kuzynka – Elżbieta Plater ze swymi rodzicami. Elżbieta była bardzo spontaniczna i miała wielką krzepę – gdy raz niespodziewanie trzepnęła mnie przyjaźnie w plecy, mimo że nie byłem przecież ułomkiem, przeleciałem przez cały pokój i rozpłaszczyłem się na przeciwległej ścianie. W ten sposób zacząłem powoli poznawać nadzwy­czaj liczną i bardzo rozgałęzioną rodzinę Helenki. Spotkałem się też wtedy po raz pierwszy z nieznanym mi wcześniej określeniem, którym sami siebie nazywali. Mówili o sobie skromnie swoistym szyfrem że są BeZetami, czyli BZ, co oznaczało Byli Ziemianie.

Podczas wakacji w Ostrzycach stwierdziliśmy z Helenką, że uczucie nasze jest na tyle sil­ne, iż resztę życia chcemy spędzić razem. Postanowiliśmy wobec tego ogłosić po wakacjach na­sze zaręczyny. Musiało to być jednakże poprzedzone wizytą moich rodziców u rodziców Helen­ki w celu złożenia oficjalnej prośby o rękę ich córki. Wybraliśmy się więc w początku września do Krakowa, moi rodzice i ja, na umówioną oficjalną wizytę. Nasi rodzice znali się już, bo za­równo Mama Helenki, jak i jej Papa przyjeżdżali wcześniej do nas do Gliwic aby poznać rodzinę, u której ich córka wynajmuje pokój, ale tradycji proszenia o rękę musiało stać się zadość. Rodzi­ce Helenki mieszkali w Krakowie przy ulicy Sławkowskiej, gdzie ich sześcioosobowa rodzina gnieździła się w jednym pokoju na pierwszym piętrze dawnego hotelu. Ojciec Helenki był udziałowcem przedwojennego Polskiego Towarzystwa Handlowego, do którego budynek ten wówczas należał. Po wojnie z najwyższym trudem udało mu się uzyskać w nim pomieszczenie dla swej rodziny w postaci jednego pokoju bez kuchni i łazienki. Obecnie zarabiał na utrzymanie będąc likwidatorem PTH. Do ich pokoju wchodziło się przez inne pomieszczenie, będące w godzinach pracy biurem. Po godzinach pracy rodzina mogła korzystać także z pomieszczenia biurowe­go. Spały tam na rozkładanych codziennie łóżkach Helenka i jej siostra Neta. Jednakże o godzi­nie siódmej rano, gdy przychodziła biurowa sprzątaczka, musiały pokój opuszczać.

Jeżeli się porówna przedwojenne warunki życiowe, jakie mieli we dworze w swym majątku Derażne na Wołyniu z tymi obecnymi w Krakowie to trzeba stwierdzić, że materialny upadek tej BeZetowskiej rodziny do jakiego doprowadziła socjalistyczna władza w PRL-u, był totalny. I o to właśnie komunistom chodziło, to było ich celem . Można sobie wyobrazić, jak bar­dzo musieli być zadowoleni z tego stanu rzeczy różni wysoko postawieni towarzysze. Jednakże, na przekór oficjalnej propagandzie i powszechnej złośliwej satyrze, zwykli lu­dzie raczej współczuli BeZetom i dawali im różnorakie dowody sympatii czy wręcz materialnej pomocy, a ci w większości nadzwyczaj dzielnie, a nawet pogodnie, znosili te przeciwności swe­go losu.

Rodzice Helenki przyjęli nas serdecznie i bezpośrednio. Moi rodzice poinformowali o naszym wzajemnym uczuciu i poprosili o rękę Helenki. Zgoda została udzielona. Omówione zostały sprawy istotne dla przyszłego wspólnego życia młodej pary. A więc finansowe (z czego będziemy żyli? – ze świet­nie zapowiadających się moich przyszłych zarobków przy produkcji lakierów silikonowych w Veritasie) oraz mieszkaniowe (gdzie będziemy mieszkać? – na razie w mieszkaniu moich rodziców, w pokoikach na poddaszu, które zostaną przerobione na samodzielne mieszkanie). Datę naszego ślubu ustaliliśmy na listopad. Postanowiono również, że z oczywistych względów ślub nasz od­będzie się w Gliwicach, gdyż rodzice Helenki nie dysponowali w Krakowie mieszkaniem, w któ­rym można by przyjąć gości po wyjściu z kościoła. Następnie rozmowa przeszła na tematy ogól­ne. Rodzice Helenki byli ludźmi nietuzinkowymi. Jej ojciec okazał się być wnikliwym znawcą procesów historycznych i społecznych. Wyrażał poglądy, które w ustach człowieka pozbawio­nego przez komunistyczne przemiany w PRL wszystkiego co posiadał, mogły być uznane za le­wicujące. Moja przyszła teściowa była osobą wykształconą, o bardzo szerokich zainteresowa­niach, posiadającą własne zdanie na wiele tematów. Wprowadziła mego Tatę w zdumienie przedstawiając mu swe, nie zawsze trafne, opinie na temat kopalnictwa węglowego.

¬ ¬ ¬

Firma VERITAS w której pracowaliśmy z Jurkiem Wojciechowskim na pół etatu nad la­kierami silikonowymi wynajmowała teren i zabudowania w Gliwicach przy ulicy Kozielskiej od miejscowego gliwiczanina, niejakiego Heina. Był to jowialny, starszy już człowiek, narzekający na dyskrymi­nację Ślązaków przez przybyłych tu Polaków i marzący skrycie o wyjeździe do Niemiec na stałe – co zresztą zrealizował w kilka lat później. Przypuszczalnie z powodu mego nie­mieckiego nazwiska, Hein zapałał do mnie wielką sympatią i życzliwością. Imponowały mu na­sze prace nad silikonami. Wróżył mi zawrotną karierę a także, co musiało być dla niego widocz­nie szczególnie w życiu istotne, cieszył się z mych, przepowiadanych mi przez niego, dużych dochodów finansowych. Kiedy we wrześniu, po powrocie z zaręczynowej wizyty w Krakowie dowiedział się że mam zamiar się ożenić, szczerze się zasmucił. Uważał bowiem, że takiego młodego obiecującego naukowca jak ja, żona będzie tylko odciągała od pracy – a mam prze­cież do wykonania poważne zadanie, od którego pomyślnej realizacji zależy cała moja przyszłość i wielkie perspektywy finansowe. Poczciwiec starał się więc usilnie wyperswadować mi pomysł małżeństwa, a koronnym argumentem którym się w tym celu posługiwał było stwierdzenie:

Niech Pan pamięta, że po ślubie każda zarobiona przez Pana złotówka będzie warta już tylko 50 groszy!!

Ten przyjazny mi człowiek musiał chyba mieć rację – zaślepiony miłością nie chciałem wówczas tego zauważyć. Rzeczywiście, całe dalsze moje życie naznaczone było już potem bez­ustannymi, nie zawsze skutecznymi wysiłkami aby stanąć na wysokości i sprostać wzrastającym ciągle potrzebom finansowym mojej rodziny. Ten chroniczny brak pieniędzy w dużej mierze determinował moje postępowanie w przyszłości i zmuszał do podejmowania niezwyczajnych wysiłków i przedsięwzięć. Tak właściwie to przez całe prawie życie, z wyjątkiem może dwóch krótkich okresów względnej prosperity, stale mieliśmy mało pieniędzy i musieliśmy żyć bardzo skromnie. Te okresy koniunktury okupione zaś były forsowną pracą, wymagającą izolacji od ro­dziny, co automatycznie w sposób negatywny wpływało na nasze życie rodzinne.

Tak olbrzymi wachlarz możliwości finansowych, jakie obecnie stoją do dyspozycji mło­dych dynamicznych ludzi po studiach, a takim wówczas byłem, w owych czasach w Polsce nie istniał. Znane angielskie powiedzenie, że Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią – oni je po prostu mają dotyczyło jakby życia na innej, nieosiągalnej dla nas planecie. Na podobnym do naszego niskim poziomie właściwym dla zgrzebnego socjalizmu żyli zresztą wówczas wszyscy znajomi z naszego kręgu – nie miałem więc powodu aby czuć się gorszy od innych. Jednak­że sytuacja taka, nie dając możliwości, poza nielicznymi wyjątkami, do starań o większe docho­dy, wykluczała wszelkie zdrowe współzawodnictwo – czyli postęp. Wyżywaliśmy się więc ra­czej w samej pracy, do zarobków przykładając siłą faktu jakby mniejszą wagę. Alternatywy były wówczas właściwie tylko dwie: albo zapisać się do PZPR i kosztem zniewolenia umysłu oraz ustępstw moralnych otworzyć sobie możliwość kariery zawodowej, albo pozostać bezpar­tyjnym, co równało się rezygnacji ze swych ambicji i pogodzenia się ze statusem szarego, prze­ciętnego i niewiele zarabiającego pracownika, dla którego awans na stanowisko kierownicze na zawsze pozostanie zamknięty. Dzięki wpływowi środowiska w którym się urodziłem, wychowa­niu domowemu a także mając w pamięci lekcję udzieloną mi swego czasu przez towarzysza Willerta, w pełni zdając sobie sprawę z konsekwencji, świadomie wybrałem tę drugą alternatywę – kiepsko niestety rokującą na przyszłość pod względem finansowym, a do tego życiowo o wiele trudniejszą.

¬ ¬ ¬

Dzięki przydziałowi uzyskanemu w Zjednoczeniu Węglowym mój ojciec mógł kupić drugi w swym życiu samochód. Był to produkowany w NRD Wartburg w kolorze biało-kremowym. Samochodem tym zawiózł nas na nasz ślub, który odbył się w pierwszą niedzielę listopada 1956 roku w kościele Piotra i Pawła w Gliwicach. Nie był to ślub okazały, taki jakie urządza się obec­nie – wystawnie i z dużą ilością zaproszonych gości. Na bogaty ślub nie było nas stać – moje za­robki w Instytucie były bardzo skromne, a ani moi, ani Helenki rodzice nie byli ludźmi majęt­nymi, wręcz przeciwnie. Było jednak chyba ze dwadzieścia osób, poza rodzicami i rodzeństwem Helenki, głównie z jej licznej rodziny przybyłych z Krakowa i Warszawy. Był wuj Helenki Ste­fan Czetwertyński, a Grocholskich reprezentowała głowa rodu Remigiusz, jego żona Barbara oraz kilkoro z ich licznych dzieci. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że wuj Remiś to przedwo­jenny wyższy oficer wojska polskiego, podczas okupacji niemieckiej czynny pułkownik Armii Krajowej, występujący pod pseudonimami Doktor, Waligóra i Brochwicz, szef sztabu Wachlarza i słynny Inżynier z powstania warszawskiego, do tej pory noszący w swym brzuchu nie wyjęty odłamek niemieckiego pocisku. Wuj Remiś, podobnie jak mój Tata, też spędził swe młodzieńcze lata na Kaukazie. Z tego powodu ci dwaj panowie szybko znaleźli wspólny język. Moja rodzina i tak nieliczna, była reprezentowana właściwie jedynie przez Zulę Frączkowską oraz trzy ciotki ojca z Warszawy. Ze znajomych byli oczywiście Przedpełscy, Kwapiszewscy a także większość moich kolegów. Ślub nasz odbywał się w nastroju wielkich nadziei na pozytywne zmiany, jakich wszyscy spodziewali się po niedawnym październikowym przewrocie politycznym w Polsce, powrocie Gomułki do władzy i wypuszczeniu na wolność kardynała Wyszyńskiego. Nasi goście weselni, zarówno młodzi, jak i starsi, dawali temu wyraz we wznoszonych toastach.

W ten sposób stałem się członkiem klubu żonatych. Zdobyłem wspaniałą żonę, wierną towarzyszkę życia i lojalną przyjaciółkę. Jak się miało później okazać, także nadzwyczaj oddaną i ofiarną matkę moich dzieci. Helenka zaś, oprócz męża, uzyskała dwa nadzwyczaj istotne warunki dla prowadzenia normalnej egzystencji – własny dach nad głową, którego do tej pory nie miała oraz osobiste bezpieczeństwo: przestała być osobą zagrożoną. Znalazła się automatycznie pod zbawiennym parasolem ochronnym, jaki praca mego ojca w górnictwie dawała członkom jego rodziny. Helenka, jako córka BZ-tów, pochodziła bowiem z tej warstwy ludzi, która w PRL, bez najmniejszej wątpliwości, przewidziana była do całkowitej likwidacji. Natomiast górnictwo węglowe stanowiło wówczas w Polsce Ludowej jedną ze sztandarowych i wielce prestiżową branżę przemysłu. Jej pracownicy, szczególnie ci posiadający tak rozległą wiedzę fachową jak mój ojciec, korzystali z wyjątkowych, ulgowych praw, zupełnie odmiennych niż stosowane przez władze wobec reszty społeczeństwa. Dawało nam to poczucie bezpieczeństwa i pewność siebie, której inni mieć nie mogli. Ponadto, nosząc obecnie nazwisko swego męża, Helenka unikała szykan, na jakie jej panieńskie nazwisko uprzednio ją narażało. Z bezetowskiego środowiska, z przeznaczonej przez reżim do wyrugowania z życia społecznego klasy obszarniczo-burżuazyjnych wyzyskiwaczy ludu pracującego wymknęła się do bardziej bezpiecznej kategorii inteligencji pracującej miast i wsi, tolerowanej z musu przez komunistów do czasu wykształcenia ich własnego pokolenia inteligentów.

Podobnie rzecz miała się także i w dziedzinie materialnej. Do czasu swego zamążpójścia Helenka była członkiem rodziny, która nie miała żadnych stałych środków utrzymania i która zmuszona była żyć z dnia na dzień. Jej ojciec stracił cały swój majątek na Wołyniu. Dla swej sześcioosobowej rodziny nie miał ani dachu nad głową, ani dochodów dla jej utrzymania. Władze miasta Krakowa przydzieliły mu z łaski jeden pokój w budynku należącym do przedwojennego Polskiego Towarzystwa Handlowego, którego był udziałowcem. Dysponował jedynie czasowym niewielkim zarobkiem, jaki mu przysługiwał z tytułu pełnienia funkcji likwidatora tej organizacji. Obecnie Helenka znalazła się natomiast w rodzinie dysponującej obszernym mieszkaniem oraz posiadającej stabilne dochody. Wszyscy członkowie jej nowej rodziny mieli stałe zatrudnienie, pozwalające im żyć bez większej troski o jutro. Jej status społeczny poprawił się zasadniczo.

Mauberg Helena cz-b1

Helenka – 1957 rok

Po ślubie zamieszkaliśmy w Gliwicach, w dwóch mansardowych pokoikach, które moi rodzice oddali nam do dyspozycji w swym mieszkaniu. Z wielkim żalem Helenka nie wróciła już na stu­dia do Krakowa nie tylko dlatego że to by nas rozdzieliło, ale w gruncie rzeczy ponieważ nie miałaby tam gdzie zamieszkać. Mieszkanie u rodziców ze względu na ciasnotę i brak warunków do nauki nie wchodziło w rachubę, a na wynajęcie dla niej pokoju na mieście nie miałem pienię­dzy. Zlikwidowała więc swe krakowskie sprawy na uczelni i zamieszkała w Gliwicach.

Od połowy grudnia, po uzyskaniu zwolnienia z nakazu pracy, zacząłem pracować w VERITAS jako inżynier zmianowy. Kontynuowaliśmy tam z Jurkiem Wojciechowskim prace nad lakierami silikonowymi – nie bardzo nam to, mówiąc nawiasem wychodziło, ale nasze głów­ne zadanie polegało na nadzorowaniu produkcji. Produkowało się tam w owym czasie skompli­kowane składniki wywoływaczy do barwnej fotografii. Była to produkcja kłopotliwa, wymaga­jąca wielkiej dokładności i ścisłego przestrzegania reżimu technologicznego. Surowcami były silnie trujące związki chemiczne o bardzo przykrych właściwościach – miały wyjątkowo brzydki zapach, a przy dłuższym kontakcie z ich oparami wywoływały przy­krą, trudną do wyleczenia egzemę skóry. Jurek Wojciechowski był szczególnie uczulony – po miesiącu pracy chodził stale z opuchniętą twarzą i rękami. Ja byłem bardziej odporny, ale mu­siałem uważać żeby nie zbliżać się zbytnio do zbiorników z tymi surowcami. Gdy jechaliśmy w tramwaju lub autobusie, robiła się wokół nas pustka – pasażerowie uciekali od naszych przesy­conych obrzydliwym fetorem ubrań i przesiadali w inne miejsca. Było to bardzo uciążliwe gdyż ubrania były tak przesiąknięte, że mimo wietrzenia, w domu także trudno było pozbyć się tych przykrych zapachów i domownicy narzekali.

Sytuacja w Polsce wciąż była daleka od normalnej. Jeszcze w listopadzie wybuchły zamieszki w Płocku, w Bydgoszczy demonstranci zdemolowali radiostację zagłuszającą odbiór stacji zagranicznych, a w Szczecinie grupa manifestantów wtargnęła do konsulatu sowieckiego. W społeczeństwie polskim nadal utrzymywały się silne nastroje antyradzieckie. W niewielkim tylko stopniu złagodzone one zostały powrotem do Rosji wojskowych doradców sowieckich oraz Konstantego Rokossowskiego, marszałka dwóch narodów – Związku Radzieckiego i Polski, przebywających tu od czasu zakończenia wojny. Rokossowski był w Polsce Naczelnym Wo­dzem i ministrem wojny, stąd nazywano go ironicznie namiestnikiem, Wielkim Księciem Kon­stantym.

W styczniu 1957 roku odbyły się kolejne wybory do Sejmu. Gomułka wskazywał otwarcie jaki ma być wynik wyborów, wzywając do głoso­wania bez skreśleń. Nieodmiennym komunistycznym zwyczajem zostały one znów sfałszowa­ne. Nadgorliwcy wylewali w prasie krokodyle łzy, że na listę komunistycznego Frontu Jedności Na­rodu głosowało wtedy, według oficjalnych danych, tylko 98,4% wyborców.

Mimo tak totalnego poparcia, już w rok po polskim Październiku zaczęły się znów niepo­rozumienia pomiędzy władzami a społeczeństwem. Gomułka nie lubił intelektualistów. Zaczęły się więc polowania na rewizjonistów, zamykanie postępowych pism, jak Po prostu czy Eu­ropa i czystki wśród bardziej otwartych na świat dziennikarzy. Powtórzyły się zamieszki ulicz­ne: w Łodzi strajkowali tramwajarze, a w Warszawie wybuchły manifestacje w proteście prze­ciwko zamknięciu tygodnika Po prostu. Rozpoczęło się przykręcanie śruby, a służyć temu miała cała seria aresztowań dziennikarzy i procesów politycznych. Wystarczyło oskarżenie o kontakty z Zachodem lub nawet samo posiadanie czy przechowywanie wydawanego w Paryżu przez Jerze­go Giedroycia miesięcznika Kultura. Gomułka nie spełnił wielkich oczekiwań odnowy, jakie wiązali z nim Polacy – chyba nigdy nie miał zamiaru ich spełniać.

¬ ¬ ¬

Nasze pierwsze dziecko, córka, urodziła się w czerwcu 1957 roku. Do szpitala w Cho­rzowie zawiozłem Helenkę bladym świtem, jadąc Wartburgiem rodziców z duszą na ramieniu w szalonym pędzie przez uśpiony jeszcze Śląsk i już po dwóch godzinach stałem się ojcem. Nadaliśmy jej imię Anna na cześć mamy Helenki. Na drugi dzień po urodzeniu Ani, moja te­ściowa i Neta odwiedziły Helenkę w szpitalu. Była to ich wizyta przedwyjazdowa – w kilka dni potem wyjeżdżały obie do Francji, gdzie Neta została już potem na stałe.

Na wiadomość o urodzinach Ani znajomy Ślązak z VERITAS’u załamał ręce i szybko obliczył, że każda zarobiona przeze mnie złotówka warta jest od tej chwili już tylko 33 grosze. Ja się z tego śmiałem i nie myślałem wówczas o pieniądzach – byłem dumny, że urodził mi się taki dorodny, różowy i wesoło wierzgający nóżkami bebuś. Jednakże, jako młode małżeństwo na do­robku, w gruncie rzeczy mieliśmy stale więcej potrzeb niż możliwości ich zaspokojenia. Po pewnym cza­sie udało mi się znaleźć dodatkową pracę – dla jednego ze znajomych gliwickich zakładów fotograficznych wywoływałem w domu kolorowe filmy i odbitki fotograficzne. Wymagało to abso­lutnej ciemności, mogłem więc pracować w naszej łazience jedynie po nocach, gdy wszyscy już spali. Fotograf dawał mi wszystkie potrzebne materiały i płacił niezbyt wiele za robotę, lwią część zapłaty którą dostawał od klientów zatrzymując dla siebie. Przedłużony kontakt z wywo­ływaczem kolorowym spowodował, że znowu miałem egzemę na twarzy i spuchnięte ręce. Ale dzięki temu dysponowaliśmy nieco większą ilością gotówki.

W gruncie rzeczy było jednak wspaniale – byliśmy młodzi, zakochani, szczęśliwi, a w porównaniu do innych młodych małżeństw mieliśmy luksusowe warunki mieszkaniowe. W przeciwieństwie do moich rodziców, którzy rozpoczynali swe małżeństwo nie mając absolutnie niczego, my zaczynaliśmy nasze wspólne życie mając darmowe mieszkanie oraz oparcie fi­nansowe i fizyczną pomoc u mych rodziców. Tata spełnił obietnicę i spowodował, że Zjedno­czenie Węglowe rozbudowało strych naszego domu, dzięki czemu powstało małe, ale zupełnie samodzielne dwupokojowe mieszkanie z kuchenką i łazienką. Był to w owych czasach skarb niebywały, gdyż wskutek ogromnego przeludnienia miast i komunalizacji budynków, wolnych mieszkań wtedy w ogóle nie było. Młode małżeństwa na ogół gnieździły się wówczas albo w zakładowych Hotelach Robotniczych, albo w jednym pokoju z używalnością wspólnej kuchni i łazienki, udostępnianym im z musu przez któreś z rodziców. Dzięki pozycji mego ojca w Zjednoczeniu Węglowym, mieliśmy własne, samodzielne mieszkanie, w którym mogliśmy bez skrępowania przyjmować naszych gości, a nawet kogoś przenocować, gdyby zaszła taka potrzeba! Korzystając z posiadanego skarbu prowadziliśmy więc intensywne życie towarzyskie. W wol­nych chwilach graliśmy chętnie w brydża i bardzo często odwiedzali nas nasi przyjaciele, moi koledzy ze studiów lub bracia Helenki. Helenka dała się poznać jako dobrze gotująca młoda gospodyni. Lubiła dobrze zjeść, a najbardziej smakowało jej jedzenie przygotowane przez nią samą. Dzięki jej codziennej, niewidocznej mrówczej pracy, w naszym domu jadło się zawsze zdrowo i smacznie.

Moi rodzice zabierali nas swym Wartburgiem na dalsze wycieczki lub niedzielne pikniki za miasto. Często towarzyszyli nam moi koledzy na motocyklach, a pierwszym z młodego po­kolenia, który dorobił się własnego, co prawda używanego samochodu, był mąż Oleńki Pufal, na­szej koleżanki z czasów gimnazjalnych. Naszą córeczkę Anię zabieraliśmy oczywiście ze sobą – jeździła umieszczona wygodnie w wiklinowym koszyku, który trzymaliśmy na kolanach siedząc na tylnych siedzeniach Wartburga.

Czy była to absolutna sielanka i czy zgadzaliśmy się we wszystkim z Helenką? Oczywi­ście, że nie. Bardzo często mieliśmy odmienne zdania. Wynikało to z różnic naszych charakte­rów i temperamentów, także mentalności środowisk z jakich pochodziliśmy, ale głównie z historii, czyli z różnic, w jaki przebiegały nasze dzieciństwa. Moi rodzice, choć przed II wojną światową byli na dorobku i starto­wali od zera, w chwili wybuchu wojny niewiele mieli, a w czasie wojny niczego nie stracili. Jedynymi materialnymi stratami, jakie ponieśli­śmy na skutek wojny był samochód, oraz zabrane przez Niemców odbiornik radiowy, Leica ojca, mój dziecinny aparat fotograficzny Kodaka oraz luneta astronomiczna. Poza tym dość duża ilość bonów Pożyczki Narodowej, którą rodzice w patriotycz­nym obowiązku wykupili w 1938 roku, a które w wyniku wojny straciły wszelką wartość. Cały okupacyjny i powojenny okres udało się naszej rodzinie przeżyć razem. Nikogo z bliskiej rodzi­ny w czasie wojny 1939 roku i niemieckiej okupacji nie straciliśmy. Natomiast rodzice Helenki utracili nie tylko absolutnie cały majątek i wszystko co posiadali w sensie materialnym, ale rów­nież i wielu członków rodziny, zamordowanych przez hitlerowców lub bolszewików. Helenka od 1939 roku nie miała ani własnego domu z obojgiem rodziców, ani nawet własnego kąta. Od piątego roku swego życia, przez cały okres okupacji a także i po wojnie, właściwie aż do teraz, Helenka w gruncie rzeczy tułała się po świecie. Wywołało to u niej brak przywiązania do miej­sca, do rzeczy materialnych a także brak szeregu nieraz trudnych do sprecyzowania odruchów, które w dziecku wytwarza stabilizacja – stałe miejsce zamieszkania, obecność obojga rodziców, niezmieniające się ciągle otoczenie i własność posiadanych zabawek. Wojna pozbawiła Helenkę tych wszystkich atrybutów szczęśliwego i spokojnego dzieciństwa. Miało to niewątpliwy wpływ na jej stosunek do otoczenia i hierarchię wartości.

Różnice między nami wynikały również z faktu, że Helenka wychowywała się wspólnie z rodzeństwem, a ja byłem jedynakiem. Wśród dzieci wyrastających w gromadzie wytwarza się umiejętność współżycia z innymi, grupowa solidarność, ale także odruch współzawodnictwa i egoistycznej walki o swoje prawa. Powoduje to u nich oswojenie się z koniecznością pokonywania przeciwności. Daje im do ręki potężny oręż do walki w późniejszym dorosłym życiu. Jedynacy nie mają z kim rywalizować, nie muszą się z nikim dzielić, nie muszą o nic walczyć – z samej natury rzeczy mają dla siebie wszystko w stu procentach. Sprawia to, że przeważnie nie mają wpojonego ani odruchu pokonywania trud­ności i walki o swoje, ani też dyplomatycznego wyczucia, niezbędnego przy współżyciu z otoczeniem i rywalizacji z nim. Dlatego też Helenka, mimo swej słabej płci, była bardziej zahartowana w pokonywaniu życiowych przeciwności i w wielu sytuacjach bar­dziej wów­czas przebojowa niż ja.

Helenka pochodziła z rodziny, której wielu członków zajmowało w polskiej historii pozycje czołowe. Nie tylko posiadali olbrzymie majątki ziemskie, ale wywierali w kraju z tego powodu znaczący wpływ na bieg rzeczy. Pełnili znaczące funkcje państwowe. Byli hetmanami, posłami, senatorami i ambasadorami. Stąd zapewne brała się jej chęć do przewodzenia i grania w rodzinie roli wiodącej. Posiadała szerszą ode mnie wizję rzeczy i kobiecą intuicję. Ciekawe, że wśród tych zalet brak jej było takich istotnych cech, jakie niezbędne są autentycznemu przywódcy przy organizowaniu pracy w zespole: błyskawicznej decyzji, konsekwencji w jej wykonywaniu, umiejętności podziału pracy na poszczególnych wykonawców, doceniania roli drobnych detali w realizacji ogólnego planu i nawyku ścisłego kontrolowania wykonawców. Jej artystyczna natura wzdragała się przed wnikaniem w tak banalne i trywialne szczegóły. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, zostałem przez przodków obdarzony tymi przyziemnymi przymiotami. Dlatego też w przyszłości wszystkie te przedsięwzięcia, które wykonywaliśmy zgodnie razem i w których nasze zalety uzupełniały się, były przeważnie skuteczne.

¬ ¬ ¬

W tym czasie Neta, starsza siostra Helenki, była już we Francji. Burek Gromnicki, jej chłopak, też w jakiś czas po niej wyjechał zagranicę. Ich ślub odbył się w Montrésor w 1960 ro­ku. Dzięki znajomości z ówczesnym ambasadorem polskim w Paryżu Stanisławem Gajewskim, urządzono im uroczystość ślubu cywilnego w polskiej ambasadzie. Ambasador Gajewski był człowiekiem nietuzinkowym, o formacji jeszcze przedwojennej . Był pierwszym i jedynym, jak się później okazało ambasadorem PRL-owskim, który wykazywał niezależność od wpływów ambasady sowieckiej w Paryżu, uzurpującej sobie prawo do reprezentowania wszystkich demoludów, czyli krajów satelickich ZSRR. Ambasador właśnie kończył swą kadencję na placówce we Francji (przypuszczalnie między innymi chyba też i z powodu tej swej niezależności) i wobec młodej pary wykazał się gestem wyjątkowym i nadzwy­czajnym – w prezencie ślubnym ofiarował im paszporty konsularne. Był to w owych czasach skarb bezcenny, niezwykle trudno osiągalne marzenie wszystkich Polaków, którzy znaleźli się na Zachodzie, chcieli pozostać obywatelami polskimi i pragnęli mieć możność przyjazdów do kra­ju. Paszporty te legalizowały bowiem wobec władz polskich ich osiedlenie się na stałe we Fran­cji i umożliwiały im przyjazdy do Polski oraz powroty do Francji bez potrzeby ponownych starań o paszport wyjazdowy.

Burkowie zamieszkali na nowym osiedlu HLM czyli Habitations à Loyer Moderé  w miejscowości Villiers-le-Bel pod Paryżem i tam przyszła na świat Krysia, ich pierwsze dziecko. Mimo bezrobocia we Francji Burek znalazł pracę w przedsiębiorstwie budowla­nym, a po kilku latach otworzył własną firmę zajmującą się klimatyzacją i centralnym ogrzewa­niem. Po trudnych początkach zaczęło im się całkiem dobrze powodzić. Z czasem przenieśli się do nowoczesnego mieszkania w dobrej dzielnicy Paryża.

¬ ¬ ¬

Mój ojciec bardzo liczył na to, że Helenka obdarzy go wnukiem płci męskiej, mogącym zapewnić kontynuację nazwiska. Ja byłem ostatnim z rodu. Gdy Helenka ponownie za­szła w ciążę, Tata spodziewał się, że będzie to chłopiec. Zależało mu bardzo na tym, aby jego wnuk miał uporządkowaną sprawę prawidłowej pisowni nazwiska w jego przyszłej metryce. W starych rosyjskich dokumentach uratowanych przez babcię z Rosji, nasze nazwisko pisane było w cyrylicy jako фон Маўберг, czyli w alfabecie łacińskim von Mauberg. W praktyce przedrostka „von” ojciec nigdy nie używał, choć dbał o to, by w dokumentach stanu cywilnego nazwisko nasze było zapisywane w jego pełnym brzmieniu. Tak było więc i we wszystkich przedwojennych dokumentach stanu cywilnego. Po wojnie, w socjalistycznej Polsce, po okropno­ściach niemieckiej okupacji, a w szczególności tu na Śląsku, tym bardziej nie byłoby na miej­scu używanie tego niemieckiego przedrostka. Dla tego powodu w naszym akcie małżeństwa za­pisani zostaliśmy bez przedrostka. Ojciec postanowił jednak dla swego przyszłego wnuka upo­rządkować sprawę sądownie. Zgromadził wszelkie niezbędne dowody oraz dokumenty i mimo naszych oporów i protestów, zaciągnął mnie i Helenkę do Sądu Powiatowego w Gliwicach. Miałem tam złożyć wniosek o sprostowanie zapisu w naszym akcie małżeństwa i w metryce urodzenia Ani. Młody sędzia, wysłuchawszy z czym do niego przychodzimy, był w pierwszej chwili zgorszony i oburzony że tu, na Śląsku, gdzie sprawy niemieckie były wyjątkowo drażli­we, ktoś ośmiela się wystąpić z taką sprawą. Zapoznawszy się jednak z dokumentami przedłożo­nymi przez Tatę oraz wciągnięty przez niego w dyskusję genealogiczną i sam jak się okazało zainteresowany tą problematyką, w pełni uznał jego racje. Po tygodniu wydał postanowienie o sprostowaniu tych aktów i wprowadzeniu do nich partykuły „von”.

Od tego czasu pobieraliśmy z Urzędu Stanu Cywilnego, w zależności od aktualnej po­trzeby i sytuacji, dokumenty o różnym brzmieniu nazwiska. Za czasów socjalistycznych było to możliwe, bo urzędniczkom można było wytłumaczyć że do konkretnego celu potrzebujemy me­trykę urodzenia bez fona. Bardzo nawet chętnie taką wersję dokumentu wystawiały. Obecnie mamy z tym wiele kłopotu, zwłaszcza w sprawach majątkowych i finansowych, bo w różnych dokumentach które potem zostały wystawione, raz figurujemy z tym przedrostkiem, a raz bez. Szczególnie notariusze są zdezorientowani i czasem gdy są zbyt skrupulatni, twierdzą że może chodzić o dwie różne osoby.

Helenka nie spełniła oczekiwań mego ojca i naszym drugim dzieckiem też była córka. Kasia urodziła się już bliżej domu, bo w Zabrzu w 1958 roku, dokładnie w rok, miesiąc i dzień po urodzeniu Ani. Było to pogodne, mało płaczące i przeważnie roześmiane dziecko z gęstymi puklami kręconych złocistych włosów, podobnie jak u Helenki. Ania miała natomiast po mnie proste włosy, którym pozwalaliśmy rosnąć długo i wiązaliśmy je w koński ogon. Wyglądała z nim jak mały krasnoludek płci żeńskiej. Obie nasze córki, mimo śląskiego zatrutego przemysłem powietrza i złego klimatu, nie chorowały i rosły zdrowo. Jak tylko jednak było to możliwe, He­lenka wyjeżdżała z nimi na świeże powietrze. Wrzesień 1958 roku Helenka spędziła z dziewczynkami w wynajętym u górala pokoju w Białce Tatrzańskiej, razem ze swą krewną Natalą Sobańską oraz jej dziećmi.

¬ ¬ ¬

Rok 1959 przyniósł nam głównie kłopoty i zmartwienia, a zakończył się żałobą.

Na początku roku mój Tata poważnie zapadł na zdrowiu. Już od dłuższego czasu cierpiał na nieuleczalną tropikalną chorobę jelit, której początki wzięły się być może jeszcze w młodości, z czasów jego długiej ucieczki przed bolszewikami z Kaukazu do Polski. Jej objawy obecnie na­silały się coraz bardziej. Ani zwykli lekarze, ani znany ówczesny sławny gastrolog profesor Plocker w Warszawie nie potrafili mu pomóc. Jedynie zagraniczne kliniki w Anglii i Francji, wyspecjalizowane w leczeniu chorób tropikalnych do których Tata zwrócił się pisemnie o pomoc, wyraziły gotowość przyjęcia go na leczenie. Ale na to rodzice nie mieli zagranicznych dewiz, a Ministerstwo Górnictwa, którego Ojciec był pracownikiem, odmówiło sfinansowania leczenia zagranicą. Tata coraz bardziej tracił siły.

W mojej pracy nastąpiły duże zmiany. Studia jakie prowadziliśmy z Jurkiem Wojciechowskim nad lakierami silikonowymi nie dały spodziewanych rezultatów i VERITAS wstrzy­mał dalsze finansowanie badań. Jurek zwolnił się z pracy i przeniósł do Instytutu Syntezy Che­micznej w Blachowni Śląskiej, a mnie od lutego VERITAS zatrudnił w charakterze kierownika Oddziału w Gliwicach na miejsce dotychczasowego, który przeszedł na emeryturę. Z powodu chronicznego braku pieniędzy jaki ciągle odczuwaliśmy, od marca tego roku Helenka zdecydowała się powrócić do pracy zarobkowej. W czasie gdy byliśmy w pracy, dzieci w domu pilnowała Ur­szula, młoda i niezbyt rozgarnięta dziewczyna. Wprawdzie nadzór nad Urszulą miała moja Ma­ma, ale będąc zaabsorbowana chorobą Taty, nie mogła jej poświęcić należnej uwagi. Helenka początkowo pracowała w Spółdzielni Projektowej jako kreślarka. Była to ciężka praca – kreśle­nie wymagało stania przez cały czas w pochylonej pozycji nad deską kreślarską. Z tego okresu wzięły początek jej dolegliwości z kręgosłupem. Od listopada, dzięki poradzie znajomego, Helenka znalazła lżejszą i o wiele bardziej interesującą pracę. Została zatrudniona w Instytucie Spawalnictwa jako tłumaczka języka francuskiego w dziale Do­kumentacji Technicznej.

Zdrowie mego ojca pogarszało się już z dnia na dzień. Pod koniec roku mój dzielny Tata rozstał się z życiem w Klinice w Bytomiu. Zmarł w młodym wieku 61 lat, w pełni swych zdolności intelektualnych, zaledwie w rok po osiągnięciu wieku w jakim w górnictwie uzyskuje się prawo do emerytury. Gdyby nie choroba, mógłby jeszcze długo i owocnie pracować w swym zawodzie, cieszyć się życiem i wnukami na które tak czekał i któ­re tak bardzo kochał. Nie zmogli go bolszewicy w Rosji, ani Niemcy podczas okupacji, ani komuniści po wojnie. Bolszewicy zabili mu ojca, Niemcy zniszczyli jego dobrze zapowiadającą się przed wojną karierę fachową, komuniści – upolityczniając stanowiska kierownicze w przemyśle – uniemożliwili mu po wojnie taki awans w zawodzie, jaki odpowiadał jego kwalifikacjom. Zmogła go dopiero podstępna, bezlitosna cho­roba i odmowa komunistycznych władz polskich sfinansowania jej leczenia.

Zjednoczenie Węglowe urządziło mu uroczysty pogrzeb. Tata był wysokiej rangi dyrektorem górniczym. Czapkę jego służbowego munduru otaczał generalski wężyk. Ilość kółek z górniczymi młotkami na klapach jego paradnego munduru świadcząca o randze w hierarchii górniczej, odpowiadała stopniowi generała brygady w hierarchii wojskowej. Był też ogólnie uznanym na Śląsku cenionym ekspertem, członkiem wielu specjalistycznych komisji Ministerstwa Górnictwa i Energetyki oraz auto­rem licznych publikacji w technicznej prasie fachowej. W kościele św. Antoniego na Wójtowej Wsi w Gliwicach odbyła się uroczysta msza św. z pocztami sztandarowymi. Górnicza orkiestra ubrana w paradne czarne górnicze mundury, w okrągłych czapkach z purpurowymi, przetkanymi czarnym kirem pióropuszami grała w drodze na cmentarz marsza żałobnego Chopina. Do trumny przymocowa­na była dyrektorska czapka ze złotym wężykiem od górniczego galowego munduru mego Taty. Były delegacje z innych Zjednoczeń Węglowych, z licznych kopalń węgla, z elek­trowni na Jowiszu w Wojkowicach i Politechniki Śląskiej, gdzie ojciec przez kilka lat był adiunktem na Wydziale Elektrycznym. Jego koledzy z pracy oraz przyjaciele wygłaszali nad otwartym grobem uroczyste przemówienia. Nie zapamiętałem wiele więcej szczegółów, bo byłem podobnie jak Mama oszołomiony ciosem, jaki spadł na nas i złamany bólem. Myślałem jedynie z żalem, że te wszystkie uroczyste słowa nie przywrócą już życia memu Tacie. Pozostanie on na zawsze w mej pamięci jako człowiek o niezłomnym kręgosłupie moralnym, nieugięty, o twardych dla siebie zasadach, dla innych przyjazny i sprawiedliwy.

Stojąc nad otwartym grobem i obserwując ziemię sypiącą się na jego generalską czapkę leżącą na wieku trumny przypominałem sobie różne, dawno zapomniane fakty z jego życia. Był człowie­kiem skromnym, zawsze usuwającym się w cień i pozbawionym śladu próżności, pychy czy me­galomanii. Ochraniał swą rodzinę i osłaniał swych podwładnych. Gdy pewnego razu wystąpił w Zjednoczeniu z wnioskiem o udzielenie nagrody dla jednego ze swych młodych wyróżniających się pracowników, a Dyrektor Naczelny odmówił zgody tłumacząc to wyczerpaniem limitów fi­nansowych, Tata z własnej pensji dyskretnie sfinansował tę nagrodę. Pracownik ów nic o tym nie wiedział i był przekonany, że dostał ją od Zjednoczenia.

Odznaczał się równocześnie nieugiętym charakterem – w Gliwickim Zjednoczeniu Wę­glowym mój ojciec był jedynym dyrektorem, który nie ugiął się pod presją i mimo czynionych na niego nacisków konsekwentnie do końca życia odmawiał wstąpienia do PZPR. Gdyby zapisał się do partii komunistycznej, nie tylko miałby otwartą drogę do awansu, ale także później, gdy już chorował, miałby możność korzystania ze wszystkich świadczeń leczniczych niedostępnych zwykłym ludziom, łącznie z leczeniem w zagranicznych instytutach specjalizujących się w cho­robach tropikalnych. Gdy był już bardzo chory i ratunkiem dla niego mogło być już tylko spe­cjalistyczne leczenie zagraniczne, napisał do Gomułki list z prośbą o pomoc w skierowaniu na leczenie, poparty wszystkimi niezbędnymi zaświadczeniami od polskich profesorów specjali­stów i zaopiniowany pozytywnie przez Ministerstwo Górnictwa. Towarzysz Pierwszy Sekretarz PZPR nawet nie raczył zadać sobie trudu by odpowiedzieć.

Mimo że nie należał do PZPR, władze PRL-u doceniały jego wiedzę i pracowitość. Rada Państwa odznaczyła go w 1955 roku Srebrnym, a w trzy lata później Złotym Krzyżem Zasługi.

Obie wojny światowe tragicznie wpłynęły na jego losy: pierwsza zabrała mu przedwcze­śnie ojca oraz cały dotychczasowy dorobek życia jego rodziców, a druga załamała jego własną, dobrze zapowiadającą się karierę zawodową. Mimo, że przez całe swe życie ciężko i su­miennie pracował, poza życzliwą o nim ludzką pamięcią, niczego materialnego nie dorobił się. Odkąd sięgam pamięcią, rodzice moi byli właściwie stale na dorobku i żyli bardzo skromnie. Ojciec z nikim nie walczył, nikomu nie szkodził, wrogów nie miał, nie palił tytoniu ani nie pił alkoholu. Czy tak wcześnie powinno skończyć się życie człowieka poczciwego?

Uzmysłowiłem sobie wówczas, że to on w naszym domu w niewidoczny sposób pełnił rolę siły napędzającej jego niezakłócone funkcjonowanie. Ujawniało się to choćby w tak błahej sprawie, jak nakręcanie ściennego zegara – to on zawsze regularnie go nakręcał. Gdy wyjeżdżał na dłużej, zegar stawał. Nikt inny w domu nie pamiętał, żeby go nakręcić we wła­ściwym czasie.

Zawsze troszczył się i dbał o swą rodzinę. Wobec mnie i moich wybryków był anielsko cierpliwy i wyrozumiały. Tylko jeden jedyny raz w życiu doprowadziłem go do utraty panowa­nia nad sobą i wprawiłem w napad Maubergowskiej furii. Do obu swych wnuczek miał stosunek bałwochwalczy. Widać było wyraźnie, jak wszędzie wodził za nimi rozkochanym wzrokiem. Jego postępowanie stało się dla mnie wzorem do naśladowania. Zadawałem sobie pytanie, czy zawsze byłem w stanie sprostać tak wysoko postawionej poprzeczce?

Wraz z odejściem mego ojca bezpowrotnie skończył się sielski okres w którym, odkąd sięgam pamięcią, rodzina nasza żyła w poczuciu spokoju i bezpieczeństwa, pod ochronnym parasolem jego pracy w górnictwie. Od tej chwili musieliśmy stać się samodzielni i naprawdę już dorośli. Zabrakło bowiem tego, do którego można było przyjść z kłopotem, mając pewność, że on ten kłopot na pewno rozwiąże.

¬ ¬ ¬

Potrzeba perspektywicznego myślenia o karierze zawodowej spowodowała, że zacząłem rozglądać się za pracą bardziej ambitną i lepiej rokującą na przyszłość niż wprawdzie dobrze płatna, ale bez perspektyw praca w VERITAS’ie. Za namową profesora Politechniki Śląskiej Zbigniewa Jedlińskiego, przyjaznego mi dyrektora Instytutu Farb i Lakierów, który swego czasu nie wróżył mi nic dobrego z odejścia do pracy w VERITAS’ie, od stycznia 1960 roku powróciłem do pracy w Instytucie. Profesor Jedliński był zdania, że mam zacięcie naukowe, że powinienem oddać się pracy badawczej i zrobić doktorat pod jego kierunkiem. Niewątpliwie coś w tym było i profesor prawdopodobnie miał rację, jednakże dla mnie, młodego męża i ojca, na pierwszym planie stał problem szybkiego zdobycia pieniędzy dla zabezpieczenia ciągle rosnących potrzeb mej rodziny. Profesor obiecywał na razie niewielką pensję w Instytucie oraz możliwość dodatkowych dochodów poprzez prace badawcze i pisanie artykułów do czaso­pism naukowych. Helenka popierała ten pomysł, zdecydowałem się więc na powrót do Instytutu i powolną, ale pewną i rokującą na przyszłość karierę naukową.

Praca w Instytucie istotnie była pasjonująca. Profesor Jedliński okazał się być operatyw­nym, o szerokich horyzontach myślowych inspiratorem prac badawczych, pełnym ciekawych i wybiegających w daleką przyszłość pomysłów naukowych. W ten więc sposób zacząłem termi­nowanie w trudnej i ambitnej dziedzinie tworzyw sztucznych, syntetycznych żywic lakierni­czych, pigmentów, farb i lakierów. Koledzy i koleżanki z jakimi przyszło mi tam pracować oka­zali się również być ludźmi ciekawymi i inteligentnymi ponad przeciętność. Kilku z nich zostało później profesorami wyższych uczelni.

¬ ¬ ¬

W Gliwicach mieszkał w owym czasie ze swoją matką Szymek K., znajomy Helenki jeszcze z dziecinnych zabaw na przedmieściu Łańcuta. Matka Szymka była wdową. Jej mąż, pułkownik woj­ska polskiego, brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku, dostał się do sowieckiej niewoli i został przez bolszewików zamordowany w Katyniu. Nie było co do tego najmniejszych wątpliwości, gdyż jego nazwisko pojawiło się w wykazie opublikowanym przez Niemców w kwietniu 1943 ro­ku po odkryciu przez nich grobów katyńskich. Szymek wychowywał się w atmosferze uwielbienia dla swego ojca bohatera, zamordowanego przez Rosjan w sposób tak nikczemny. Nic więc dziwnego, że do komunistów i do reżimu w Polsce nie czuł najmniejszej sympatii. Szymek studiował na Politechnice w Gliwicach bardziej aby sprawić przyjemność swej matce niż z zainteresowania, gdyż z natury był humanistą-socjologiem, miał duże zacięcie do działalności społecznej, a z zamiłowania był historykiem i matematykiem.

Kilku przedwojennych przyjaciół jego ojca, którzy znaleźli obecnie azyl w PAX-ie, do­wiedziawszy się o jego społecznym zacięciu, zwróciło się do niego z propozycją wspólnego działania. Chodziło mianowicie o uświadamianie społeczeństwu biologicznego zagrożenia, jaki obecny ustrój sta­nowi dla narodu polskiego. Panowie ci prowadzili już taką działalność w Warszawie, wygłasza­jąc w lokalach udostępnianych im przez PAX odczyty na te tematy, ukryte pod niewinnie dla cenzury brzmiącymi tytułami socjologicznymi. Postawili oni sobie ambitne zadanie ujawniania społeczeństwu polskiemu, pozbawionemu wolnej prasy i możliwości zapoznania się z różnostronnymi opiniami, że to co się aktualnie dzieje w PRL nie tylko uzależnia kraj od Rosji gospodarczo, ale także wprowadza sowiecką mentalność, sowieckie obyczaje i czyni z Polaków tym, co na świecie nazywane jest Homo sovieticus. Dzieje się to przy pomocy mnó­stwa mało zauważalnych sposobów – choćby na przykład poprzez wprowadzanie do budow­nictwa mieszkaniowego zaniżonych norm powierzchni, uniemożliwiających istnienie silnych psychicznie wielopokoleniowych rodzin, uniezależnionych od administracji państwowej i wpły­wów oficjalnej propagandy. Odbywa się to także w prasie tak codziennej, jak i naukowej, litera­turze, kinie i wszystkich innych mediach, gdzie zachodzi totalne, sterowane odgórnie przez ko­munistyczną partię, preparowanie i zakłamywanie historii, a co za tym idzie – manipulowanie opinią publiczną. Te fałszerstwa dokonują się na wiele różnych sposobów, z których o jednym (plus c’est gros, mieux ça passe) pisałem już poprzednio. Złożona Szymkowi propo­zycja polegała na tym, aby on, mając zacięcie socjologiczne i obszerną wiedzę historyczną, pisał samodzielne artykuły na ten temat w oparciu o udostępniane przez nich materiały, osadzał je w realiach historycznych i lokalnych, a następnie wygłaszał o tym odczyty na terenie Śląska. Nie trudno się domyślić, biorąc pod uwagę biografię i zamiłowania Szymka, jak bardzo się do tej propozycji zapalił.

Pewnego dnia na wiosnę 1960 roku Szymek, wiedząc zapewne o uczestnictwie Helenki swego czasu w kolportażu orędzia kardynała Wyszyńskiego, przyszedł do niej z prośbą. Cho­dziło o to, aby Helenka przepisywała na maszynie napisane przez niego teksty, które on na­stępnie będzie wygłaszał w formie odczytów na spotkaniach dyskusyjnych. Przyniósł jeden na próbę. Helenka przeczytała, zgodziła się w zupełności z jego treścią, jednakże z żalem musiała odmówić. Nie miała na to zupełnie czasu – rano chodziła do pracy, a w domu po powrocie miała pełne ręce roboty przy dwojgu malutkich dzieciach. Skiero­wała go jednak do mojej Mamy, która będąc patriotką, całkowicie zgodziła się z tezami artykułu Szymka, a po niedawnej śmierci Taty chętnie przystała na zajęcie, które odwracało jej umysł od boleści i pozytywnie zajmowało czas.

Przez najbliższy czas Szymek stał się więc częstym gościem w naszym domu. Dyktował Mamie swe opracowania, a ona gorliwie mu je przepisywała na maszynie ojca. Szymek umiał ładnie i ciekawie mówić i z czasem Mama stała się gorliwą wyznawczynią Szymkowych teorii, a z nim samym zaprzyjaźniła się serdecznie. Przepisane przez Mamę teksty Szymek następnie kolportował lub wygłaszał na zebraniach jako odczyty. Biorąc pod uwagę kraj, w jakim się to działo oraz treści zawarte w tych opracowaniach można się jedynie dziwić, że dopiero aż po trzech miesiącach tej działalności do Helenki zatelefonowała matka Szymka z wiadomością, że jej syn został aresztowany i że powinniśmy liczyć się z rewizją w domu. Po kilku następnych dniach istotnie zjawili się u nas dwaj panowie, którzy wylegity­mowali się jako porucznik Masewicz z Komendy Milicji Obywatelskiej w Warszawie i Koczur Marek z Komendy MO w Gliwicach. Panowie ci okazali nakaz rewizji wystawiony przez samego Ko­mendanta MO w mieście stołecznym Warszawa i wezwali moją Mamę do dobrowolnego wy­dania maszyny do pisania, literatury endeckiej i pism antysemickich. Maszynę do pisania Ma­ma za radą Helenki dobrowolnie im wydała, choć początkowo chciała ją ukryć w miejscu, kla­sycznie używanym do tego celu przez liczne pokolenia polskich konspiratorów, czyli w piwnicy pod stertą węgla. Literatury endeckiej i pism antysemickich im nie wydała, bo nic takiego nie miała. Wobec tego UB-ecy przeprowadzili rewizję, ale żadnych przedmiotów mogących stanowić do­wód winy nie znaleziono, za wyjątkiem wydanej maszyny do pisania, co zostało skrupulatnie odnotowane w sporządzonym protokole. Przeglądając książki w bibliotece mych rodziców, UB-ecy mieli także w ręku pięknie wydany przed wojną w twardej oprawie i ze złoceniami tom Pism Zebranych Romana Dmowskiego. Nie zakwestionowali go jednakże. Skąd mieliby wie­dzieć, że ów tom był najbardziej endecką literaturą z wszelkiej możliwej?

Po rewizji Mama w rozpaczy zapowiadała naiwnie, że całą winę weźmie na siebie, gdyż jest już u schyłku życia, a w ten sposób może zdoła uchronić młodych, to znaczy Szymka i mnie. Ja w ogóle o niczym nie wiedziałem, bo byłem w tym czasie na ćwiczeniach wojskowych w Poznaniu. Wprawdzie było to po odwilży z 1956 roku i Urząd Bezpieczeństwa nie był już tak wszechwładny jak poprzednio, ale działo się to jednak w okresie napiętych stosunków Wschód-Zachód, po niedawnym strąceniu w maju tego roku amerykańskiego samolotu szpiegowskiego U2 nad terytorium Związku Sowieckiego. Także i Gomułkowskie przykręcanie śruby intelek­tualistom i rewizjonistom było w tym czasie w pełnym rozkwicie. W wyniku wytoczonego procesu politycznego o działalność wywrotową i (nie wiadomo dlaczego) antysemicką, Szymek został skazany na 6 lat więzienia. Wyszedł z niego po 4-ch latach jako 26-cio letni przetrącony psychicznie człowiek, zmieniony bardzo fizycznie i politycznie przekabacony o 180 stopni antyklerykał głoszący niezbyt oryginalną zresztą tezę, że wszystkie polskie nieszczęścia spowodowane były i są nada przez kler katolicki, utrzymujący naród w ciemności i zabobonie. Jego matka, nadzwyczaj subtelna i delikatna osoba, która swymi staraniami i modlitwami uzyskała przed­terminowe zwolnienie syna z więzienia, nie zwracała uwagi na te jego teorie. Była szczęśliwa, że jej ukochany Szymek jest już na wolności.

Po kilku miesiącach od rewizji UB-ecy oddali maszynę do pisania. Służyła nam ona potem wiernie przez długie lata. Wszystkie późniejsze niezliczone wywrotowe solidarno­ściowe materiały – postulaty, ulotki, odezwy i teksty też były na niej w latach 80-tych pisane. Ze względu na usługi jakie spełniła w walce z komunizmem i swe niewątpliwe za­sługi w krzewieniu wolnego słowa – począwszy od orędzia kardynała Wyszyńskiego, poprzez artykuły Szymka, a na obszernej literaturze solidarnościowej pisanej w latach 80-tych skończywszy – maszyna ta moim zdaniem powinna znaleźć się na poczesnym miejscu w muzeum przedmiotów, które przyczyniły się do upadku komunizmu w Polsce. O ile takowe kie­dykolwiek powstanie i o ile czyjaś inna maszyna nie okaże się być bardziej w tym dziele zasłu­żona.

Po dwu latach od wyjścia z więzienia Szymek ożenił się, skończył studia socjo­logiczne na Uniwersytecie Warszawskim i znalazł zatrudnienie w Polskiej Akademii Nauk. Od­dał się tam pracy naukowej i napisał kilka bardzo mądrych książek na temat cybernetyki spo­łecznej. Dzięki tym pracom dostał tytuł docenta. Jego książki zostały przetłumaczone na język rosyjski i doczekały się wydania w Moskwie. W latach 80-tych w ramach prac zleconych pro­wadził kursy socjologii w partyjnej szkole dokształcania kadr dla aktywistów PZPR. Opowiadał mi o tym, gdy w kwietniu 1980 roku spotkaliśmy się w Warszawie na ślubie Ani. W 1990 roku zobaczyłem go niespodziewanie w telewizji, jako członka sztabu wyborczego Stani­sława Tymińskiego, kandydata w wyborach prezydenckich – osobistości wyjątkowo dwuznacz­nej i o podejrzanej proweniencji .

Zdumiewająca zaiste może być ewolucja ludzkich orientacji politycznych, szczególnie gdy jest ona wynikiem bezlitosnego szantażu i więziennego prania mózgu w totalitaryzmie!

¬ ¬ ¬

Na lipiec i sierpień 1960 roku dziewczynki zostały wysłane do wynajętego wiejskiego letniska w Rokicinach koło Rab­ki. W Rokicinach spędzała też wakacje kuzynka Helenki, Renia Znaniecka ze swymi dziećmi. Było z nią umówione, że będzie miała także oko na nasze dzieci. Na wrzesień dziewczynki zostały umieszczone w klasztorze u sióstr Urszulanek w Rokicinach. Siostrom tak spodobały się nasze córki, wyglądające w owym czasie jak dwa blond aniołki, że deklarowały chęć zatrzymania ich na dłużej nawet bezpłatnie.

Tymczasem Helenka, ambitnie wypełniając obowiązki młodej matki i żony doprowadziła się do stanu takiego przepracowania, że pilnie wymagała solidnego odpoczynku. Pod ciężarem pracy zawodowej, trudów zaopatrywania rodziny w żywność, którą trzeba było zdobywać w długich kolejkach, obowiązków domowych i wyczerpana po dwóch porodach doszła do stanu zupełnego wycieńczenia. Mój teść zaproponował Helence, że gdy będzie chciała i mogła, opłaci jej podróż do siostry w Montrésor, aby spędziła tam kilka miesięcy dla odpoczynku – tak fizycznego od tru­dów codziennego życia, jak i psychicznego od atmosfery panującej w PRL. Na razie, dzięki lekarzowi, znajomego teścia, została w sierpniu przyjęta na obserwację do Kliniki Akademii Medycznej w Krakowie. Z Kliniki dostała skierowanie na wrzesień do sanatorium w Żegiestowie koło Krynicy. Z Żegiestowa do Rokicin było nieda­leko, mogła więc na weekendy dojeżdżać do Urszulanek w odwiedziny do dziewczynek.

W tym samym czasie zostałem powołany na 3-miesięczne szkolenie oficerów rezerwy do zmechanizowanej jednostki wojskowej w Poznaniu. Dostałem nowy mundur z dystynk­cjami podporucznika. Na pierwszą otrzymaną przepustkę zjawiłem się w nim w Rokicinach, gdzie umówiliśmy się na spotkanie z Helenką i dziećmi. Spędziliśmy razem z dziewczyn­kami rodzinny weekend. To stamtąd Ania i Kasia mają pamiątkę – każdej zrobiłem fotografię z moją nową oficerską czapką na głowie. Wyglądają na tych zdjęciach jak młode dzielne żołnierki, nieco rozbawione ale i nie bardzo pewne siebie.

Mauberg Ania 1960

Mauberg Kasia 1960

Ania

Kasia

 

W czasie, gdy Helenka była w sanatorium a ja na szkoleniu wojskowym, Marek, brat Helenki skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Nazwisko jakie nosił nie rokowało mu możliwości jakiejkolwiek kariery w PRL-u w tym fachu. Wyjechał więc do Francji i pozostał tam już na stałe. Początkowo ciężko pracował jako tragarz w paryskich Halach Targowych, potem jako robotnik w firmie wędliniarskiej OLIDA, a w końcu, nauczywszy się sa­modzielnie angielskiego, z finansową pomocą rodziny ukończył podyplomową Szkolę Menedże­rów INSEAD  w Fontainebleau. Jako jej absolwent, posiadający tytuł MBA - Master of Business Administration, nie miał później już żadnych trudności w znalezieniu interesującej i dobrze płat­nej pracy, odpowiadającej jego wykształceniu i aspiracjom.

Mieszkaliśmy jeszcze ciągle przy ulicy Na Skarpie, w wygodnym i dużym mieszkaniu służbowym mego Taty. Zjednoczenie Węglowe potrzebowało jednak tego lokum dla swo­ich pracowników, starało się więc wykwaterować niewygodnych im lokatorów, którzy z górnictwem nie mieli już nic wspólnego. Za obecne mieszkanie będące formalnie jednym, choć składającym się właściwie z dwóch osobnych miesz­kań, oddawali do dyspozycji mojej Mamy jako wdowy po byłym pracowniku inne, już nie tak duże. W mieszkaniu tym musielibyśmy zamieszkać wspólnie, nie mając już komfortu posiadania dwóch odrębnych mieszkań pod jednym dachem i będąc narażeni na nieuniknione konflikty na styku teściowa-właścicielka mieszkania i synowa-lokatorka. Moja Mama rozwiązała ten problem we właściwy jej zdecydowany sposób – za wszystkie posiadane przez mych rodziców oszczęd­ności, pośmiertne górnicze odprawy po Tacie oraz pieniądze uzyskane za sprzedanego Wartbur­ga kupiła na peryferiach Zakopanego przy ulicy Za Strugiem mały, w surowym stanie domek i tam się przeniosła. Wykazała wielki hart ducha – prowadziła pionierskie samotne życie, wzięła pożyczkę w banku, wykończyła domek i zaczęła wynajmować pokoje turystom. Jej ma­rzeniem było, abyśmy z dziewczynkami spędzali u niej urlopy i święta na świeżym powietrzu. Tak się też i potem działo, ilekroć nam to było wygodne.

Mauberg Ania+Kasia 1962

Ania i Kasia w Zakopanem u babci

Mój ojciec kierował krokami swych bliskich w dalszym ciągu, mimo że go już z nami nie było. Tak stało się też i z domkiem przy ulicy Za Strugiem w Zakopanem. Wynalazła go Zula Głazowska, cioteczna siostra ojca. Zula, która będąc na urlopie w Zakopanem, na prośbę Mamy przeprowadziła poprzez swych tamtejszych znajomych poszukiwania niewielkiego domu do kupienia gdzieś na peryferiach miasta. W ciągu krótkiego czasu jakim dysponowała znalazła w końcu ostatniego dnia tylko jeden jedyny domek. Kiedy Mama w jakiś czas potem udała się do Zakopanego pod wskazany adres okazało się, że dom ten widziała już wraz z Tatą kilka lat wcześniej w czasie ich poprzedniego wspólnego pobytu w Zakopanem, gdy był jeszcze w budowie. Domem tym, jego malowniczym położeniem i panoramą Tatr jaka stamtąd się rozta­czała ojciec tak się zachwycił, że mówił wówczas iż w takim właśnie otoczeniu chciałby spędzić resztę życia. Tatry przypominały mu widocznie ukochany Kaukaz, gdzie przeżył całe swe dzieciństwo i młodzieńcze lata. Teraz pewnie pokierował z góry w taki sposób biegiem wydarzeń, aby jego żona ten właśnie dom kupiła i tu się znalazła.

Parasol ochronny jaki nad nami roztaczał mój Tata, działał także i z zaświatów. Wyjazd mej Mamy do Zakopanego rozwiązał nasze problemy mieszkaniowe. Zjedno­czenie Węglowe nie musiało już uszczuplać swego cennego zasobu mieszkaniowego. Przez wdzięczność wystarało się w zamian za to, dzię­ki swym stosunkom w Urzędzie Miejskim, o przydział mieszkania kwaterunkowego dla mnie w Gliwicach, a przez pamięć dla ojca udostępniło nam jego dotychczasowy górniczy służbowy numer telefoniczny. Były to wydarzenia właściwie bez precedensu, coś graniczącego z cudem. Potraktowaliśmy je więc jako widomy znak opieki mego ojca nad nami. Dostaliśmy nawet do wyboru dwa adresy. Wybraliśmy mieszkanie położone tuż obok Instytutu Farb, w którym pracowałem. Mieściło się ono na drugim piętrze nowego, dopiero co wybudowanego bloku mieszkalnego przy ulicy Mielęckiego.

Mieszkanie miało trzy pokoje, wąski balkon i w przeciwieństwie do większości budowanych wówczas mieszkań, widną kuchnię z normalnym oknem. Nie było ono już niestety tak komfortowe, jak górnicze mieszkanie rodziców, gdzie wyposażenie miało wysoki standard, a ogrzewanie było centralne. Nasze mieszkanie miało bardzo skromną, nie okafelkowaną łazienkę z nieobudowaną wanną, dosyć obskurny WC i kaflowe piece. W zimie musiałem codziennie rozpalać ogień, przynosić na drugie piętro węgiel z piwnicy i wynosić popiół. Ale mieszkanie to miało podstawową zaletę – było nasze, zapisane w Urzędzie Kwaterunkowym na moje nazwisko i nikt w całej Polsce nie mógłby nas z niego wyrzucić. Tak więc do dalszego wspólnego samodzielnego życia startowaliśmy wyposażeni dzięki moim rodzicom w dwa bez­cenne skarby, będące wówczas nieosiągalnym marzeniem dla większości młodych małżeństw – własne mieszkanie i linię telefoniczną.

We wrześniu i październiku dziewczynki były jeszcze w klasztorze u sióstr Urszulanek w Rokicinach. My byliśmy ciągle poza domem – Helenka w sanatorium, a ja na szkoleniu wojskowym w Po­znaniu. W końcu września powróciliśmy do Gliwic, a moja Mama akurat skończyła sprawy związane z zakupem domu w Zakopanem. Zjednoczenie Węglowe zorganizowało przepro­wadzkę Mamy do Zakopanego oraz naszą do mieszkania przy ulicy Mielęckiego. Pod koniec paź­dziernika 1960 roku zagospodarowaliśmy się już na tyle, że mogliśmy zabrać dziewczynki od Urszulanek i być wreszcie wszyscy razem na własnych, choć wilgotnych śmieciach. Budynek był świeżo postawiony, nawet nie otynkowany a mury nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Mieszka­nie, choć położone na drugim piętrze, było wilgotne. Tę wilgoć ścian niedługo poczuliśmy do­tkliwie we własnych kościach a dziewczynki, mimo że wróciły właśnie z prawie czteromiesięcz­nych wakacji w Rokicinach, długo jeszcze zapadały na różne bronchity zanim nie uodporniły się z powrotem na śląski klimat.

W tym czasie w Instytucie Farb i Lakierów zacząłem już być cenionym i rokującym na­dzieję pracownikiem. W styczniu 1961 roku na Kollokwium Polimerów zorganizowanym w Ło­dzi przez Polską Akademię Nauk wygłosiłem swój pierwszy w życiu referat naukowy o farbach antykorozyjnych, a w sierpniu tego roku po niemiecku dwa inne referaty na Sympozjum Lakierów w Budapeszcie. Na Sympozjum tym szef naszej delegacji profesor Jedliński, przewodnicząc sesji w dniu polskim, zadziwił wszystkich swą zdolnością tłumaczenia w dwóch języ­kach obcych na raz – tłumaczył na bieżąco dyskusję naukową z angielskiego na rosyjski. Na je­sieni Instytut awansował mnie na stanowisko adiunkta, a Rada Wydziału Chemicznego Politech­niki Śląskiej otworzyła mi przewód doktorski u profesora Jedlińskiego jako promotora. Doktorat miał dotyczyć bardzo mądrych zagadnień związanych z własnościami polime­rów. W fachowych czasopismach lakierniczych, krajowych i zagranicznych, opublikowałem wspólnie z profesorem Jedlińskim kilka artykułów opisujących wyniki badań, jakie prowadziłem w Instytucie pod jego kierunkiem. Przy przyjaznym poparciu profesora zacząłem powoli nabie­rać rozpędu w zarysowującej się karierze naukowej. Na jesieni tego roku zostałem zgłoszony przez Instytut jako kandydat do półrocznego zagranicznego stażu naukowego w ramach puli, ja­ką Organizacja Narodów Zjednoczonych przeznaczała co roku dla polskich młodych naukow­ców.

W taki to sposób rozpocząłem moją karierę w dziedzinie naukowo-badawczej. Wszystko wskazywało na to, że jest ona wytyczona już trwale i nieodwołalnie. Było to tego rodzaju zajęcie, do którego miałem niewątpliwe predyspozycje manualne i psychiczne.

¬ ¬ ¬

W czerwcu 1961 roku Helenka, korzystając z obietnicy swego ojca o sfinansowaniu jej podróży zagranicę, pojechała z naszą starszą córką Anią na zaproszenie swej siostry Maryńci do Montrésor we Francji. Helenka lubiła podróżować. Prywatne wyjazdy zagraniczne możliwe były w PRL jedynie na zaproszenie kogoś mieszkającego tam na stałe. Ponieważ PRL nie pozwalał wyjeżdżającemu na zakup i wywóz zagranicznych dewiz, osoba zapraszająca musiała zobowią­zywać się na piśmie do pokrycia wszystkich kosztów pobytu, utrzymania i ewentualnego lecze­nia przybyłego Polaka. Było to z jednej strony poniżające dla nas jako obywateli PRL-u, a z dru­giej strony, ze względu na konieczność podjęcia owych zobowiązań finansowych było krępują­ce, ograniczało więc możliwość zwrócenia się z prośbą o przysłanie zaproszenia praktycznie tyl­ko do najbliższej rodziny. Helenka zabrała ze sobą Anię, bo chciała ją pokazać siostrom i po­chwalić się swym pierworodnym dzieckiem. Ania miała już wówczas 4 lata i była wystarczają­co duża do podróży, a w tym roku mogła jeszcze nie płacić za bilet kolejowy i podróżować za darmo. Moja żona i córka wyjechały więc na cztery letnie miesiące. Wróciły wypoczęte i pełne wrażeń pod koniec września.

Na okres nieobecności Helenki, młodsza córeczka Kasia została oddana na przechowa­nie do znajomej śląskiej rodziny mieszkającej we wsi Ostropa pod Gliwicami. Bardzo sobie ten pobyt chwaliła, bo i na miejscu w gospodarstwie i w sąsiedztwie było mnóstwo dzieci, z którymi bawiła się od rana do nocy. Nie tęskniła zbytnio do domu i mieszkała tam chętnie, a ja często ją odwiedzałem. Pod koniec swego pobytu w Ostropie mówiła już tylko wyłącznie gwarą śląską. W niedziele zabierałem ją na spacery, wycieczki lub wizyty do znajomych. Pewnej niedzieli byłem zaproszony do rodziców Tadeusza Pfütznera na podwieczorek. Rano byłem z Kasią na spacerze, a po południu zabrałem ją ze sobą na wizytę. Pani Pfütznerowa, szczerze lubiąca dzieci, bardzo się na jej wi­dok ucieszyła i to nie tylko z tego powodu, że obie moje córki były wyjątkowo w tym okresie ładne i wdzięczne (w każdym razie w moim mniemaniu). Mama Tadka, dowiedziawszy się że byliśmy na dużym spacerze, od razu na wstępie zapytała Kasię, czy może chce się teraz położyć, przespać po spacerze i odpocząć, a potem dostanie podwieczorek. Kasia, widząc stół suto zasta­wiony smakołykami, odpowiedziała bez namysłu w pięknej śląskiej gwarze: jak se poja, to se pośpia – co oznaczało że owszem, może się przespać, ale dopiero wtedy, jak coś zje. Rodzice Tadzika byli zachwyceni tak doskonałym śląskim językiem i czystym akcentem. Innym obec­nym, którzy nie wiedzieli, musiałem tłumaczyć, że Kasia jest na przechowaniu na śląskiej wsi, że w do­mu nie mówimy gwarą śląską, a Helenka, mimo gardłowego „r”, nie jest Ślązaczką.

Helenka przywiozła z Francji wiele prezentów. Była wśród nich wpłata w dewizach na bilet kolejowy dla mnie na trasie od granicy NRD do Paryża, opłacona z franków francuskich podarowanych jej przez ciotkę Marjózię Grocholską, zamieszkałą we Francji siostrę jej matki, żołnierza Armii Krajowej w czasie niemieckiej okupacji i więźniarkę hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

W dziedzinie niematerialnej przywiozła wiele więcej. Były to niezatarte wspomnienia ze spotkania z obu sio­strami, wrażenie łatwości życia i dobrobytu, braku kolejek, obfitości towarów w sklepach, spo­koju i dobrych perspektyw na przyszłość. Mieszkanie Burków Gromnickich w Villiers-le-Bel na osiedlu o nazwie Les Carreaux, mimo że były to tzw. HLM, czyli mieszkania o niskim jak na Francję standardzie i tanich czynszach, miało w porównaniu z naszym luksusowe wyposażenie i ułatwienia, o jakich nam się nie śniło. Osiedle było doskonale zorganizowane, miało zieleńce, liczne place zabaw dla dzieci, świeciło czystością i porządkiem. Jakże niekorzystnie na jego tle odbijało nasze osiedle na któ­rym mieszkaliśmy w Gliwicach, z nieotynkowanymi blokami, brudnymi klatkami schodowymi i niezagospodarowanym podwórkiem, na którym jedynymi atrakcjami dla naszych dziewczynek był śmietnik i chwiejący się trzepak. Burek miał samochód, z optymizmem opowiadał o pracy, o którą jest stosunkowo łatwo, oraz o perspektywach, jakie na Zachodzie roztaczają się przed młodymi energicznymi ludźmi. Neta nie musiała pracować zarobkowo, a jej życie w tym bogatym i do­brze zorganizowanym kraju, mimo że byli na dorobku, było nieporównanie łatwiejsze i spokoj­niejsze od tego, jakie miały młode matki w PRL. Wysokość francuskich allocations familiales, czyli dodatków rodzinnych na dzieci, była wręcz legendarna. Jak niektórzy twierdzili tam cy­nicznie, przy czworgu dzieciach można było żyć całkiem nieźle, nigdzie nie pracując.

Helenka wróciła z podróży ogarnięta nostalgią za siostrami i żalem, że będąc oddzielona od nich żelazną kurtyną, nie może się z nimi widywać tak często, jak by chciała. Nieraz wtedy mawiała: ach, jakże bardzo chciałabym być blisko Maryńci. Po pewnym czasie po jej powro­cie zaczęliśmy się zastanawiać i zadawać sobie pytanie, czy mamy w PRL-u szansę na normalne życie, takie jakie Neta czy inne jej kuzynki wiodą we Francji? Życie niezatrute codzienną po­trzebą wystawania w długich kolejkach przed sklepami, noszeniem ciężkich siatek z żywnością i bezustannymi zabiegami o zdobycie pracy zleconej dla zarobienia kilku dodatkowych groszy. Życie bez procesów politycznych, wolne od strachu przed UB, bez prania mózgów, zakłamania, propagandy o walce klasowej, siania nienawiści i szczucia jednych ludzi przeciwko drugim. Po prostu zwyczajne życie wolnych ludzi w wolnym kraju, bez potrzeby czynienia poniżających starań o paszport przy każdym wyjeździe i narażania się na nagabywanie o współpracę z wywiadem przy tej okazji. Odpowiedzi jakich sobie udzielaliśmy na te pytania były pesymistyczne.

Intelektualiści polscy dalej oskarżani byli o rewizjonizm i gnębieni procesami poli­tycznymi. Gomułka stał się doktrynerem: dawno już zapomniał o nadziejach, jakie społeczeństwo położyło w nim w październiku 1956 roku, stał się bezwolnym realizatorem dyrektyw Moskwy i człowiekiem hamującym rozwój ekonomiczny kraju. Życie w Polsce, także i tych zwy­kłych szarych ludzi, stawało się dokuczliwe wskutek wszechogarniającego upolitycznienia i przez to coraz bardziej nieznośne.

Nawet moja ewentualna kariera naukowa w Instytucie, apolityczna z natury rzeczy, w istniejącej w Polsce sytuacji uwarunkowana byłaby w pewnym momencie koniecznością zapisa­nia się do PZPR – szanse, abym mógł zostać profesorem lub nawet tylko docentem nie należąc do partii, były nikłe. Te­go z oczywistych powodów robić nie chciałem. W tej atmosferze, konfrontując i porównując szczegóły i perspektywy życia naszego tutaj i życia Burków na do­robku we Francji, zacząłem snuć nieśmiałe marzenia o przeniesieniu się zagranicę. Tego rodzaju chęci miało i podobne plany snuło zresztą w tym czasie chyba 75 procent młodej polskiej inteligencji. Nie mając jednakże rodziny zagranicą, możliwości uzyskania zaproszenia i oparcia w początko­wym trudnym okresie, byli oni jednak pozbawieni szans na ich realizację. Dzięki rodzi­nie, jaką Helenka miała zagranicą, my byliśmy wśród tych stosunkowo nielicznych, któ­rzy takimi szansami i możliwościami dysponowali.

Napięcia na arenie międzynarodowej w tym okresie nie słabły – wręcz przeciwnie. Ne­gatywne piętno na stosunki Wschód-Zachód wywarł grożący wybuchem III wojny światowej kryzys berliński z sierpnia 1961 r., w rok później kryzys kubański z października 1962 r. a także rosnące amerykańskie zaangażowanie militarne w Wietnamie. Ze swej strony ZSRR zaczynał w coraz większym stopniu prowadzić politykę z pozycji siły, na co niewątpliwy wpływ miały suk­cesy sowieckiej astronautyki. W październiku 1957 Rosjanie wystrzelili pierwszego sputnika – sztucznego satelitę ziemi, a w kwietniu 1961 astronauta Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek obleciał kulę ziemską.

W tym czasie zacząłem uświadamiać sobie coraz wyraźniej, że jeżeli nie podejmę ryzy­kownej i desperackiej decyzji i nie wykorzystam szansy, jaką daje mi możliwość wyjazdu zagra­nicę dzięki wpłacie na bilet jaką Helenka dla mnie zrobiła oraz możności uzyskania zaproszenia od jej siostry we Francji i poszukania sobie tam pracy, to na zawsze zaprzepaszczę okazję wydźwignięcia mej rodziny ponad PRL-owską szarą przeciętność. Jeszcze kilka lat i na dobre ugrzęznę w Instytucie, a socjalistyczny marazm wessie nas na dobre, odbierając mi determinację i energię potrzebne do dokonania radykalnej zmiany w naszym życiu. Nasze córki też ugrzęzną tu z minimalną szansą wydobycia się w przyszłości na szerszy świat. Wywodząc się z domu kontestującego obecną socjalistyczną rzeczywistość, wyjdą za mąż za podobnych do mnie kontestujących inteli­gentów, niemających w PRL-u szans na wybicie się. Albo, przedkładając wygodne życie nad pryncypia, znajdą sobie oportunistycznych, robiących kariery mężów i też tu ugrzęzną, tyle że w sposób, który byłby przykry dla nas jako rodziców. Nikt w najśmielszych nawet marzeniach nie brał wówczas pod uwagę, że komunizm w Polsce może się kiedykolwiek skończyć. Należało więc organizować swoje sprawy przy założeniu jego trwania do końca naszego życia. Uważałem, że byłoby z naszej strony błędem abyśmy, chociażby dla dobra naszych dzieci, nie próbowali sko­rzystać z szansy wyrwania się stąd.

Mimo nostalgii za siostrami i rodziną zagranicą, Helenka zupełnie nie była przekonana do mojego pomysłu. Jej filozofia życiowa była raczej zachowawcza – utrzymać status quo i nie robić niczego, co mogłoby stworzyć jakiekolwiek zagrożenie dla rodziny. Trudno było jej się dziwić i trudno było odmówić słuszności jej stanowisku – była matką i jej myśli w pierwszym rzędzie skierowane były na dzieci i troskę o to, aby nie zburzyć im domu i aby nic złego im się nie stało. Poza tym przerażała ją perspektywa długotrwałego rozstania. Było oczywiste, że wła­dze nie wydadzą paszportów całej naszej rodzinie na raz. Zawsze musiał pozostać ktoś w charakterze zakładnika. Musiałbym więc jechać sam, zostawiwszy ją tu z dziećmi na niepewny los, a dopiero po znalezieniu pracy we Francji czynić starania sprowadzenia jej tam z dziećmi. Nic dziwnego że Helenka nie była entuzjastycznie ustosunkowana do tej perspektywy tym bar­dziej, że zaszła w ciążę i we wrześniu miało urodzić się nam trzecie dziecko. Helenka była pewna że będzie to chłopiec, i że zgodnie z prośbą mego Taty będzie nosił imię Andrzej na cześć pierwszego Andrzeja w rodzinie, dziadka mego pradziadka.

Ja miałem inne podejście. Uważałem, że moją rolą męża i ojca jest zapewnienie ro­dzinie możliwie najlepszych środków do materialnej egzystencji. Z obowiązku tego musiałem się wywiązać, i to bezzwłocznie. Wiedziałem także, że Helenka bardzo wierzy we mnie i w moje możliwości – bardzo chciałem się wykazać i nie sprawić jej zawodu. Ja sam też miałem wysoko sięgające aspiracje życiowe i finansowe. Nie widziałem możliwości, aby kariera naukowa mogła rokować mi jakieś znaczące dochody ani w dalszej perspektywie, ani tym bardziej w bliższej. Musiałem więc działać energicznie z nadzieją, że radykalne działanie przyniesie skutek najszybciej. Moje rozumowanie też było prawidłowe i też nie można mu było odmówić racji.

Nie mogłem odkładać wyjazdu do następnego roku, bo na jesieni miałem już podobno je­chać na staż ONZ-owski. Bardzo często zdarzały się wówczas przypadki że praktykanci, nawią­zując sobie podczas pobytu na stażu znajomości, otrzymywali tam interesujące oferty pracy i po­zostawali już potem za granicą na stałe, wystawiając PRL do wiatru. Z tego powodu wyjazd na staż uwarunkowany był przez polskie władze podpisaniem zobowiązania do powrotu i odpraco­wania po powrocie trzech lat w instytucji delegującej. Musiałbym więc przed wyjazdem takie zobowiązanie podpisać i je dotrzymać, a to by przekreślało moje plany. Ewentualne zaś niedo­trzymanie zobowiązania wykluczyłoby z kolei jakiekolwiek późniejsze szanse wyjazdu mej rodziny. W rodzinie Helenki, z którą dyskutowaliśmy te plany mówiło się, że w konsulacie polskim w Paryżu istnieją szanse otrzymania paszportu konsularnego, czego dowodem byli Neta i Bu­rek. Na podstawie otrzymanego paszportu konsularnego można by już było wystąpić o wydanie paszportów na wyjazd dla po­zostałej reszty rodziny. Rodzice Helenki, którzy w owym czasie mieli w wolnym świecie już troje z ich pięciorga dzieci, nie byli przeciwni projektowi, w wyniku którego ich czwarte dziecko też by się tam znalazło.

Zaistniała więc sytuacja, w której mieliśmy z Helenką całkowicie odmienne zdania i oboje mieliśmy słuszne argumenty na poparcie swych stanowisk. Była to sytuacja najgorsza z możliwych, taka w której zdania są przeciwne, a obie strony mają jednak rację. W takich sytuacjach jedynie przy­szłość pokazuje, po czyjej stronie faktycznie była racja ostateczna. Tak też się stało i w naszym przypadku, choć zawsze można by „gdybać”.

Na wiosnę 1962 roku wymogłem ostatecznie na Helence zgodę na mój wyjazd do Fran­cji. Niebagatelnym argumentem były względy finansowe. Z trójką małych dzieci na utrzymaniu nasze życie stałoby się nadzwyczaj skromne, byłaby to właściwie egzystencja na granicy nędzy. Przygniatająca większość młodych małżeństw z tego właśnie powodu ograniczała się wówczas tylko do jednego dziecka. Sytuacja ta doprowadziłaby zapewne nas oboje w krótkim czasie do takiego przepracowania, że nie bylibyśmy w stanie sprostać naszym obowiązkom ani wobec dzieci, ani wobec samych siebie. Ze strony Helenki zgoda na mój wyjazd była decyzją hero­iczną, bo skazywała ją na samotne borykanie się z kłopotami dnia codziennego, z dwójką ma­łych dzieci i niemowlęciem, jakie miało dopiero przyjść na świat, bez oparcia w mężu czy rodzi­nie, bo jej w Gliwicach nie mieliśmy. Z mojej strony był to krok szalony, bo porzucałem bez­pieczną, wytyczoną już karierę naukową, rzucałem się na głębokie i niepewne wody, z ryzykiem że mogę nie sprostać wyzwaniom, przed którymi życie postawi mnie we Francji w warunkach, w jakich jeszcze nigdy dotąd się nie znalazłem. Czułem jednak podświadomie, że czas na szaleństwa jest jedynie wtedy, gdy młodość daje na to siły i że tego, co się ma szansę zdobyć wówczas gdy się jest młodym, później już się nigdy nie zdobędzie. Wiadomo także dobrze, że każdy młody am­bitny mężczyzna dąży podświadomie do znalezienia się w sytuacji ekstremalnej – takiej, w której mógłby się sprawdzić – zarówno swoje siły fizyczne, jak psychiczne i intelektualne.

Nasze wspólne wysiłki i wyrzeczenia podczas długiego, prawie trzyletniego stresującego rozstania które nastąpiło – Helenki w Polsce i moje we Francji, zaowocowały w końcu po wielu latach. Jest bowiem niewątpliwe, że moja rozpaczliwa w gruncie rzeczy decyzja o szukaniu pra­cy i lepszych zarobków we Francji oraz bohaterska zgoda mej żony na ten ryzykowny krok, w zasadniczy sposób zmieniły bieg historii naszej rodziny. Zapoczątkowały one bowiem cały sze­reg wydarzeń które w efekcie doprowadziły do dobrego ustawienia się trójki naszych dzieci w życiu i do pojawienia się na świecie naszych 17-tu ukochanych wnuków i wnuczek.

Smutno mi było rozstawać się z żoną i z córeczkami, które w tym okresie swego życia były wyjątkowo urocze, w których byłem zakochany i z których byłem nadzwyczaj dumny. Były pięknie ubrane w zagraniczne ciuszki, które Helenka przywiozła z Francji, a nasza sąsiadka z którą Helenka się przyjaźniła uszyła im bardzo ładne płaszczyki z kapelusikami we­dług wzoru z Burdy. Gdy chodziliśmy całą rodziną na zakupy, a He­lenka znikała w sklepie by odstać konieczny czas w kolejce, ja z dziewczynkami czekałem na nią przed sklepem. Różne moje znajome panie z pracy w Instytucie które akurat przechodziły ulicą, zatrzymywały się na nasz widok, zachwycały moimi córkami i niezmiennie pytały: A ileż to latek mają te śliczne dziewczynki? Ja robiłem sobie wówczas żarty i odpowiadałem z powagą – mają 9 lat. Panie wyrażały zdziwienie czy to możliwe, aby one były rzeczywiście takie duże, bo wy­glądają najwyżej na 5 lat. Ja mówiłem wtedy – zgadza się, Ania ma 5 lat, a Kasia 4 lata. Ale pani pytała, ile one mają lat – podałem więc ich wiek sumaryczny! Znajome panie śmiały się z tego kawału i wyrażały kolejną porcję zachwytów nad dziewczynkami, a mnie o to właśnie chodziło.

Dziewczynki były akurat w tym okresie życia, gdy dzieci wszystkim się interesują i za­sypują rodziców pytaniami. Na naszych niedzielnych spacerach dziewczynki prosiły mnie cza­sem, abym im opowiadał o mojej pracy. Z całą powagą opowiadałem wtedy tym maluchom o doświadczeniach, jakie przeprowadzam nad polimerami, o mym doktoracie, o organizacji Instytutów Na­ukowych i Wyższych Uczelni w Polsce, a one zadawały dalsze poważne pytania i udawały, że rozumieją, co im opowiadam i że je to interesuje. Było to rozkoszne i bardzo lubiliśmy, i one i ja, te nasze edukacyjne spacery.

Ania i Kasia, odkąd sięgały pamięcią, były zawsze razem. Wywołało to u nich, jak w każdym przypuszczam rodzeństwie, poczucie wspólnoty i siostrzanej solidarności. Zdałem sobie z tego sprawę ze zdumieniem któregoś dnia przy okazji wieczornego mycia. Odbył się wówczas taki oto dialog:

— Aniu i Kasiu, chodźcie do łazienki, będziecie się kąpać.

— Już idziemy Tatusiu, tylko nie puszczaj takiej gorącej wody, że my aż płaczemy!

Widocznie w nadmiernej trosce o to by się nie przeziębiły puszczałem im do wanny zbyt ciepłą wodę nie zdając sobie sprawy z tego, że ich skóra jest o wiele bardziej delikatna od mojej. Dla mnie frapujące jednak było zastosowanie formy „my”, zamiast formy „ja”. One dla siebie zawsze były „my”, o sobie myślały i mówiły „my”! Ania nie prosiła, abym nie puszczał tak gorą­cej wody, że ona aż płacze, lecz odruchowo i bezwiednie użyła formy „my”. Było to dla mnie, będącego zawsze sam, automatycznie myślącego „ja” i cierpiącego z tego powodu jedynaka, re­welacyjne odkrycie przejawu jedności, jaka powstaje w kochającym się rodzeństwie.

Bardzo lubiłem nasze rodzinne kolacje, w czasie których Helenka powierzała mi odpowiedzialne i nadzwyczaj trudne zadanie karmienia dziewczynek. Jak to zwykle małe dzieci, czasami grymasiły, nie zawsze chciały grzecznie jeść i trzeba było używać różnych sztu­czek, aby zechciały otworzyć buzie. Najlepszym sposobem było odwrócenie ich uwagi od nudnej czynności jedzenia przez opowiadanie bajek. Najbardziej skutecznym był fragment z bajki o Czerwonym Kapturku, gdy idzie ona przez ciemny las niosąc koszyk ze smakołykami dla swej starej schorowanej babci. Opowiadałem im to tak: Czerwony Kapturek idzie sobie przez las, idzie, idzie, idzie, idzie – dziewczynki zaczynały się już lekko niecierpliwić, bo jak długo w końcu można tak iść, a nic się nie dzieje. Wtedy straszliwym grubym głosem mówiłem powoli dobitnie – i nagle, zza gęstego krzaka w y s k o c z y ł ...  Tu dziewczynki już nie wytrzy­mywały napięcia i z wrażenia szeroko otwierały buzie. Musiałem wówczas natychmiast korzy­stać z sytuacji i w dwie otwarte buzie szybciutko władować dwie łyżeczki kaszki manny. Wy­magało to błyskawicznego refleksu aby zdążyć na czas, zanim napięcie nie opadnie i buzie nie zamkną się z powrotem. Czasami perfidię moją posuwałem do tego stopnia, że gdy buzie otwie­rały się wyjątkowo niechętnie, w bajce występowało kolejno kilka wilków lub innych straszli­wych potworów! Było to rozczulające, powtarzało się co wieczór, a poczciwy wilk z bajki o Czerwonym Kapturku codziennie bezbłędnie spełniał swe zadanie.

Podstawę utrzymania rodziny w okresie mojej nieobecności miały stanowić zarobki He­lenki w Instytucie Spawalnictwa. Dzięki nim mój wyjazd do Francji był w ogóle możliwy. Zostawiłem jej tak­że książeczkę PKO, na której od dłuższego czasu gromadziłem wszelkie moje dodatkowe zarob­ki. W lutym dostałem z Instytutu Farb, w którym pracowałem, zezwolenie na dodatkowe zatrudnienie w Państwowej Szkole Technicznej w Gliwicach w charakterze wykładowcy w ilości 6 godzin tygodniowo. Otrzymy­wane tam pobory odkładałem na książeczkę. Zostało także nieco ze sprzedanego całkiem nieźle mojego motocykla, bo wówczas za deficytowe artykuły kupione na przydział, nawet używane, dostawało się na wolnym rynku więcej niż kosztowały one oficjalnie w sklepie. Do pomocy miała panią Jasię, starszą kobietę, która przychodziła do nas pilnować dziewczynki gdy wychodziliśmy do pracy, a miała jeszcze i tę zaletę, że doskonale gotowała. Poza obecnością pa­ni Jasi, Helenka zostawała bohatersko zdana jedynie na własne siły. Żadna z naszych Mam nie mieszkała w Gliwicach, żadnej rodziny tu nie mieliśmy i oprócz sąsiadów czy znajomych nie miałaby do kogo zwrócić się o pomoc w nagłej potrzebie. Załatwiłem także z naszym laboran­tem w Instytucie, Tomkiem Grzybowskim, że gdy zrobi się chłodniej, będzie w miarę potrzeby przynosił z piwnicy węgiel do palenia w piecach i wynosił popiół. Umówiliśmy się z Helenką, że wrócę do Polski, jeżeli w ciągu dwóch, maksimum trzech miesięcy nie znajdę we Francji pracy. Przed wy­jazdem poleciłem Helenkę i dzieci opiece moich kolegów szkolnych – okazało się to być opatrz­nościowe, gdy przyszedł dla niej czas rozwiązania.

Jako młody obywatel PRL-u z czystym kontem, nie mający prawdopodobnie jeszcze żadnej kartoteki na UB, na podstawie zaproszenia, które przysłała mi siostra Helenki Maryńcia, dostałem bez problemu ważny na rok paszport na wyjazd do Francji. W konsulacie francuskim w Krakowie dostałem trzymiesięczną wizę pobytową, a mój Instytut udzielił mi na sierpień należ­nego miesiąca urlopu.

Do nauki języka francuskiego kupiłem sobie komplet płyt gramofonowych i przez pół roku przed wyjazdem uczyłem się z nich pilnie. Lekcje miały formę opowieści o tym, jak to dwoje młodych ludzi, Jacques i Henriette, przyjeżdżają do Paryża w celu zwiedzenia miasta. Dzięki temu działy się tam różne sceny na dworcu, w taksówce, restauracji oraz odbywały nie­zbyt błyskotliwe konwersacje na tematy ogólne. W sumie sytuacje trochę podobne do tych, ja­kie oczekiwały mnie w przyszłości. Przerobiwszy uczciwie wszystkie lekcje, pod koniec kursu mógłbym już powiedzieć, gdyby konwersacja akurat potoczyła się w tym kierunku: je suis arrivé de la Pologne, albo les Français sont de gros mangeurs de pain. Wyjeżdżając z Polski pod koniec lipca 1962 roku byłem absolutnie przekonany, że operuję językiem francuskim wystarczająco biegle.

Na podstawie paszportu mogłem zakupić za złotówki w PKP bilet do granicy niemiec­kiej, bo od tej granicy do Paryża miałem już trasę opłaconą przez Helenkę w dewizach. Musiałem wykupić bilet aller-retour, co niestety podwoiło i tak wysokie już koszty przejazdu. Według polskich przepisów, innych biletów PKP nie miały prawa sprzedawać prywatnym turystom. Ingerencja państwa w życie swych obywateli dawała o sobie znać na każdym kroku. Wykupiłem też w ban­ku należne mi 5 dolarów, w jakie PRL wielkodusznie pozwalał zaopatrzyć się swym obywatelom przy wyjeździe. Mój teść ofiarował mi jeszcze dodatkowo na wyjazd 50 dolarów. Miałem więc ich razem 55, co wydawało mi się wtedy kwotą znaczną. Naiwność moją tłumaczyć mogła je­dynie absolutna nieświadomość poziomu cen na Zachodzie i ugruntowane w PRL-u przeświad­czenie o przepotężnej sile nabywczej dolara. Poza tym byłem przecież zaproszony do Francji przez rodzinę Helenki i miałem przez cały czas być na jej utrzymaniu. Jako ukształtowanemu w socjalizmie obywatelowi PRL-u, gdzie problemem było raczej zdobycie towaru niż pieniędzy i zupełnie niezdającemu sobie sprawy ze stosunków panujących na Zachodzie, wydawało mi się to wówczas całkiem naturalne. Wszyscy my, zamknięci za żelazną kurtyną młodzi ludzie z demoludów tak zostaliśmy okaleczeni w naszym widzeniu świata, że podświadomie uważali­śmy Zachód za krainę wszelkiego dobrobytu. Każdego zaś mieszkającego tam człowieka auto­matycznie mieliśmy za krezusa, zupełnie nie muszącego liczyć się z wydatkami i mogącego bez problemu wziąć na utrzymanie biednego kuzyna ze wschodu. Było to dla nas, ubogich obywateli PRL-u, jakby oczywiste.

 

Powrót do początku strony