Strona główna > Spis Treści > Rozdział II

 

Wacław Mauberg

 

SAGA  ZWYKŁEJ  RODZINY

 

WSPOMNIENIA

nie  zawsze  sielskie  i  apolityczne

 

 

 

 

Rozdział II

 

POD  ZNAKIEM  SATURNA

 

N

a naszym przepięknym świecie, na którym jego mieszkańcy uczynili swe życie tak skomplikowanym, że nieraz wręcz nieznośnym, pojawiłem się w stolicy II RP . Z tego rodzinnego ewenementu, chociaż poniekąd byłem jego głównym bohaterem, nic nie pamiętam. Pierwszym dopiero i mglistym wspomnieniem wydobytym z mroków niepamięci był ogromny wstrząs którego doznałem, gdy nagle pewnego dnia, zupełnie nieoczekiwanie i bez żadnego uprzedzenia, przestałem być jedynym dzieckiem w domu moich rodziców. Status jedynaka ma swoje niewątpliwe zalety – nie musisz się z nikim dzielić czymkolwiek. Ani zabawkami, ani pokojem w którym mieszkasz, ani jedzeniem, ani nawet Mamą, Tatą i Babcią, ani w ogóle niczym i nikim. Wszystko jest niezaprzeczalnie twoje. Żyłem więc sobie dotąd w tym przeświadczeniu spokojnie, jak pączek w maśle. Była tylko jedna niewielka niewygoda, z której jednak właściwie nie zdawałem sobie wówczas sprawy – nie miałem towarzysza zabaw. Komputerów ani Internetu wtedy jeszcze nie było i dzieci w owych zamierzchłych czasach skazane były na zabawę albo drewnianymi klockami, albo ze swymi żywymi rówieśnikami. Będąc nieświadomym możliwości rozrywkowych jakie mają dzieci współczesne oraz będąc pozbawiony rodzeństwa, bawiłem się więc klockami. I to mi wystarczało. Lecz oto niespodziewanie pojawiła się obok mnie druga mała żywa istota. Wywołało to początkowo mój protest, wielki żal i wewnętrzny bunt. Osoba ta zamieszkała bowiem w naszym domu, musiałem się odtąd liczyć z jej stałą obecnością i dzielić moimi rodzicami. Czasem spała ze mną w łóżku, jadła wspólnie ze mną i równie niepewnie poruszała się na nogach. Wszyscy domownicy zachwycali się właśnie nią i bardzo o nią troszczyli, a ja zostałem jakby nieco usunięty na dalszy plan. Pamiętam dobrze, że z początku bardzo mi się to nie podobało. Postanowiłem więc zaprotestować, udawać że osoby tej w ogóle nie ma w domu, że jej nie dostrzegam i że to ciągle ja, a nie ktoś inny, jest jedynym dzieckiem i najważniejszą osobą w domu. Moje dąsy i fumy nie robiły jednak na domownikach najmniejszego wrażenia. Ponieważ nikt nie zwracał na nie uwagi, zacząłem powoli rozumieć, że muszę pogodzić się z tym stanem rzeczy. Po pewnym czasie stwierdziłem nawet, że sytuacja ta ma również i swoje niewątpliwe zalety w postaci możliwości wspólnych zabaw, w czym osoba ta brała chętny i aktywny udział. Rodzice, którzy zauważyli mój stan wewnętrznego rozdarcia pomiędzy buntem z powodu utraty pozycji monopolisty a radością ze zdobycia towarzysza zabaw wytłumaczyli mi, że osoba owa nazywa się Gopar. Jest moim młodszym bratem, małym niemowlakiem, chłopcem tak jak ja, brązowym szczeniakiem, nie całkiem czystej rasy dobermanem. Nie wiem skąd wzięło się jego imię i dlaczego Gopara rodzice nazwali Goparem. Pozostanie to już na zawsze niewyjaśnioną tajemnicą.

Była to wiosna 1934 roku. Gopar miał trzy tygodnie, a ja miałem trzy lata. Mój ojciec, po studiach na wydziale elektrycznym Politechniki Warszawskiej i roku pracy w Stowarzyszeniu Dozoru Kotłów w Katowicach, dostał atrakcyjną propozycję posady w Towarzystwie Górniczo-Przemysłowym SATURN. Rodzice moi przenieśli się więc do Zagłębia Dąbrowskiego i we wrześniu 1933 roku zamieszkali w małej miejscowości Wojkowice Komorne, w bliźniaku – dwurodzinnym domu z ogrodem na tak zwanej kolonii, nazywanej również przez miejscowych z pewną dozą zazdrości i przekąsu górką. Kolonia ta była jednym ze zwyczajowo budowanych w owym czasie w Polsce przyzakładowych osiedli domków jedno- i dwurodzinnych.

Nasza kolonia wybudowana była przez Towarzystwo SATURN dla pracowników wyższego nadzoru znajdujących się w Wojkowicach elektrowni i kopalni węgla Jowisz oraz cementowni Saturn, też zbudowanych przez to Towarzystwo. Pofalowane ukształtowanie tej okolicy sprawiało, że osiedle istotnie znajdowało się prawie na grzbiecie wielokilometrowej fałdy terenu. Dalej na południe, na szczycie i opadającym już w kierunku rzeki Brynicy stoku, rozciągały się pola uprawne wojkowickich gospodarzy. Na drugim brzegu Brynicy znajdowała się wieś Przełajka, dziś dzielnica Siemianowic Śląskich. Na dalszym horyzoncie widać było dymiące kominy huty w Chorzowie-Batorym, a po prawej stronie szyb kopalni o hiszpańsko brzmiącej nazwie Andaluzja. Jeszcze dalej rysowały się we mgle osnute parą wieże i dwa kuliste zbiorniki zakładów koksochemicznych w Karbiu, na przedmieściu Bytomia, już po niemieckiej stronie granicy. Robiły one na mnie z tej odległości wrażenie gigantycznego wielbłąda, którego garbami były owe zbiorniki, a szyję, głowę i przednie nogi stanowiła nakładająca się na nie w perspektywie wieża wyciągowa kopalni Andaluzja stojąca bliżej nas, jeszcze po stronie polskiej. Granica z Niemcami była odległa o kilkanaście kilometrów.

Na północnym stoku górki, oprócz naszej kolonii, mieściły się budynki Dyrekcji, Sala Zborna oraz kopalnia i elektrownia z dwoma wysokimi kominami a także cementownia, która miała tylko jeden komin, ale za to mocno dymiący szarym pyłem cementowym. Jeszcze poniżej, na samym dole bruzdy, znajdowała się kolonia bliźniaczych domów urzędników i pracowników administracyjnych Towarzystwa, czyli tak zwany dołek. Dalej na północ teren ponownie się wznosił, a pod górę prowadziła wysadzana topolami ulica Staszica. Po obu stronach topolowej alei rozłożone były familoki, czyli wielomieszkaniowe domy dla sztygarów, majstrów i innych wykwalifikowanych pracowników niższego nadzoru. Wyżej, jeszcze dalej na północ, na prostopadłym do topolowej alei zboczu następnej fałdy terenu, wzdłuż szosy prowadzącej z Dąbrowy Górniczej przez Będzin do Piekar Śląskich, rozciągała się na przeszło dwóch kilometrach wówczas jeszcze wieś, a obecnie miasto Wojkowice Komorne. Stąd pochodziła większość pracowników fizycznych Towarzystwa. Wszyscy razem, zasiedziali wojkowiczanie oraz mieszkańcy familoków, dołka i górki stanowili kilkutysięczną społeczność, komentującą i obserwującą się bacznie nawzajem, współżyjącą jednak zgodnie i świadczącą sobie wzajemnie liczne usługi.

Ogród przy naszym domu utrzymywany był w myśl zaleceń Mamy przez pana Ogrodnika, który, opłacany przez Towarzystwo, miał wraz z pomocnikami obowiązek pielęgnować ogrody wszystkich mieszkańców górki. Ogród był terenem naszych codziennych zabaw z Goparem i w moim ówczesnym odczuciu był tak olbrzymi, że nie do ogarnięcia w całości. Obszarem jako tako przez nas spenetrowanym była jedynie dróżka wiodąca z werandy na tyłach domu do piaskownicy, jej najbliższe otoczenie i znajdująca się w pobliżu beczka na wodę z kranem, do którego pan Ogrodnik podłączał wąż do podlewania ogrodu. Ta beczka, z której nabierałem wodę do zmoczenia piasku dla lepszego formowania babek oraz kran, z którego można było znienacka oblać Gopara zimną wodą stanowiły dla mnie nieodpartą pokusę, a dla Mamy przyczynę obawy o nasze zdrowie.

Dalej już ani ja, ani nawet Gopar nie mieliśmy odwagi się zapuszczać. Ciągnęły się tam rabaty z daliami, bratkami i kolczastymi różami, bezkresne grządki ogórków, rzodkiewek i truskawek, szklane okna inspektów z sadzonkami, gąszcze kłujących krzaków agrestu, porzeczek i malin. Jeszcze dalej były nieprzebyte pola z palikami, do których przywiązane zostały krzewy czerwieniejących z dnia na dzień pomidorów, a gdzieś na horyzoncie, w pobliżu drewnianego niebotycznie wysokiego płotu, rosły drzewa owocowe. Były tam pyszne jabłka papierówki, których smak pamiętam do dziś, kwaśne wiśnie szklanki i słodkie czereśnie. Za płotem znajdowały się ogrody sąsiadów, podobne do naszego. Olbrzymi ten i pełen niezgłębionych tajemnic teren, gdy powodowany nostalgią odwiedziłem go po wielu latach, dziwnie skurczył się do wymiarów zwykłego, średniej wielkości przydomowego ogródka.

W sąsiedztwie mieszkali inni pracownicy nadzoru Towarzystwa SATURN. Dzieci sąsiadów nie były w tak uprzywilejowanej sytuacji jak ja, gdyż nie miały w domu takich dużych psich braci. Przychodziły więc do nas, aby bawić się z Goparem i ze mną przy okazji. Gopar był do nich zapraszany często z rewizytą i zabierał mnie wówczas ze sobą. Kiedy obaj z Goparem podrośliśmy już na tyle, że on dogonił mnie wzrostem, stał się nieocenionym towarzyszem zabaw w charakterze konia, co znosił długo i z niezmierną cierpliwością, ku zazdrości dzieci z sąsiedztwa. Zabawy te skończyły się jednak po jakimś czasie bo niestety, naturalną koleją rzeczy, Gopar już więcej nie rósł, a ja stałem się za duży i za ciężki dla niego.

W naszym domu mieszkało pięć osób: przede wszystkim oczywiście ja, a oprócz tego jeszcze Tata, który miał na imię Konstanty, moja Mama – Irena, mama Taty czyli moja babcia Maria i Tereska, która miała swój pokój obok kuchni, a zajmowała się pomocą Mamie, gotowaniem i sprzątaniem. Kiedy zrobiłem się większy i zacząłem być pewnie nadmiernie psuty przez Panie, mój ojciec w trosce abym nie wyrósł na egoistycznego egocentryka któremu wydaje się że jest pępkiem świata, który myśli tylko o sobie, jest przekonany że wszystko mu wolno i wpycha się wszędzie na pierwsze miejsce, poczuł się w obowiązku wkroczenia w wychowanie jedynaka. Aby poskromić moje zbyt wybujałe mniemanie o sobie i o miejscu jakie zajmuję w rodzinie, wpajał mi zasadę hierarchii domowej, która brzmiała tak:

Pamiętaj, że nie ty jesteś w domu najważniejszy. Najważniejszą osobą w domu jest Babcia, potem Mama, potem Tata, potem Tereska, następnie twój młodszy brat Gopar, potem długo, bardzo długo nic i dopiero potem, na samym końcu jesteś ty.

Mój Tata, sam będąc jedynakiem i znając zapewne doskonale niebezpieczeństwa takiej sytuacji, wiedział chyba co mówi. Zasada mego ojca, chociaż trudna wówczas dla mnie do akceptacji, nauczyła mnie jednak pokory, krytycznego spojrzenia na siebie i obowiązku liczenia się z innymi. Rozumiałem podświadomie, że zasada owa podyktowana była miłością, że pod pozorem jej twardych sformułowań kryła się troska o mnie i że w gruncie rzeczy byłem w sercach mych rodziców zawsze na pierwszym miejscu. Bardzo mi się ona w późniejszym życiu przydała. Nauczyła mnie patrzenia z dystansu na siebie samego, wielokrotnie pozbawiała niepotrzebnych złudzeń i gdy było trzeba, sprowadzała z obłoków na twardą ziemię. Jej odmianę odnalazłem po wielu latach, w czasie gdy mieszkałem we Francji. Tłumaczono mi wówczas, iż wolność polega na tym, że każdy może robić absolutnie wszystko co chce, pod jedynym wszakże warunkiem: aby to co robi, nie przeszkadzało innym. Bardzo mi się ta zasada spodobała i od tego czasu zacząłem zastanawiać się, jak to co robię, wygląda z punktu widzenia kogoś innego. Bo jeżeli mu to wadzi, to nie wolno mi tego robić.

Moja babcia, przeszedłszy twardą szkołę życia w Rosji, miała z kolei inną zasadę, którą mi skutecznie wpoiła. Babcia twierdziła, że: to, co masz zjeść dzisiaj – zjedz jutro, a to, co masz zrobić jutro – zrób dzisiaj. Stosowanie tej zasady okazało mi się w dorosłym życiu również bardzo przydatne, a przez mych szefów w pracy przyjmowane było szczególnie entuzjastycznie.

Bardzo kochałem moją babcię. Była to osoba nadzwyczaj mądra, bo znała odpowiedź na każde pytanie, które jej zadałem. Nigdy się nie zdarzyło, aby babcia czegoś nie wiedziała. Często przychodziłem rano do jej pokoju i gramoliłem się pod kołdrę do jej łóżka. Było tam ciepło, przyjemnie, bezpiecznie i pachniało lawendą. Do moich rodziców też przychodziłem do łóżka, ale mogłem to robić tylko w niedzielę. Do babci mogłem przychodzić codziennie. Gdy przychodzili goście, a babcia siedząc w fotelu rozmawiała z nimi, wdrapywałem się na jej kolana i tam sadowiłem zaznaczając w ten sposób, że jestem członkiem rodziny i że tu jest moje miejsce, do którego nikt inny nie ma prawa. Z tej wysokości miałem dogodny punkt obserwacyjny, a szmer rozmowy działał usypiająco. Babci łóżko i kolana były jedynymi miejscami, gdzie zachowałem jeszcze monopol i byłem lepszy od Gopara – on tam nie był wpuszczany. Gdy chodziliśmy na spacery lubiłem trzymać babcię za rękę. Jej dłonie były zawsze ciepłe. Trzymanie babci za rękę dawało mi poczucie bezpieczeństwa i więzi z najstarszą osobą w rodzinie. Babcia czytała mi książeczki dla dzieci i opowiadała najprzeróżniejsze bajki polskie i rosyjskie, a miała ich w zapasie nieprzebrane ilości. Mogłem jej zadać każde, nawet najbardziej niemądre pytanie – babcia nigdy się ze mnie nie śmiała i zawsze odpowiadała poważnie, jak dorosłej osobie. Nie gniewała się też na mnie ani nie patrzyła pobłażliwie z góry, jak to czyniły często inne dorosłe osoby – była przyjazna i wyrozumiała. Mogłem się jej zwierzyć ze wszystkich moich problemów i kłopotów, zawsze znalazła właściwy sposób na ich rozwiązanie.

Przyszywanie urwanych guzików i cerowanie były babci prawie wyłączną domeną. Kiedy podarłem spodnie albo zrobiłem dziurę w pończochach i bałem się wymówek Mamy, chodziłem z tym przeważnie do babci. Babcia była także domowym lekarzem. Ponieważ najbliższy gabinet prawdziwego doktora był dopiero w sąsiedniej Czeladzi, babcia zajmowała się także leczeniem domowników. Stłuczone kolano, skaleczony palec czy rozbita głowa z guzem jak śliwka nie stanowiły dla niej najmniejszego problemu. Babcia, którą Tereska nazywała Panią Starszą w odróżnieniu od Mamy, która była Panią Młodszą, sprowadzała z apteki homeopatycznej różne lekarstwa i miała w swoim pokoju specjalną szafkę z kropelkami i maściami. Potrafiła wyleczyć nimi chyba każdą chorobę w domu. Do dziś pamiętam smak rozpuszczonych w wodzie babcinych kropelek i tajemniczo brzmiące ich nazwy: brionnia, tinctura belladonnae czy aconitum.

Jakże niepełne, ubogie i kalekie jest dzieciństwo tych dzieci, którym los nie dał szansy wzrastania razem z ich Babcią lub Dziadziem! Z jak olbrzymich zasobów miłości, mądrości, czułości i troskliwości nie mają one okazji czerpać! Jakich wyrozumiałych, dobrotliwych i cierpliwych opowiadaczy bajek, towarzyszy zabaw, nauczycieli, przyjaciół i powierników są one pozbawione!

W naszym domu mieszkała jeszcze jedna osoba. Był to krasnoludek, nazywał się Fikimiki. Nigdy nie udało mi się go zobaczyć. Podobno jedynie Gopar wiedział gdzie on mieszka i miał z nim czasami kontakty towarzyskie. Przede mną Fikimiki ukrywał się wyjątkowo starannie. Tylko dorosłym niekiedy udawało się go dostrzec. Mówili mi wtedy: o, właśnie spod stołu wybiegł Fikimiki i pobiegł pod kredens. Może tam mieszka? Nie widziałeś go? To dziwne, bo myśmy widzieli jak biegł. Starałem się bardzo, zaglądałem pod kredens w poszukiwaniu jego kryjówki, ale bezskutecznie.

 

Na babci kolana Gopar nie miał wstępu

Fikimiki był dobry, miły, uczynny i nadzwyczaj chętny do pomocy. Spełniał w naszym domu jedynie dobre i pożyteczne usługi. Gdy w domu coś się zapodziało, Fikimiki zawsze odnajdywał i odkładał na miejsce. Fikimiki nigdy nie psocił, zawsze pomagał. Był poczciwym, dobrym i przyjaznym duszkiem. Byłem głęboko przekonany, że różne miłe niespodzianki jakie mnie spotykały, działy się wyłącznie za jego sprawą. Mieszkał z nami odkąd sięgam pamięcią i chyba pozostał na zawsze w Wojkowicach, bo po naszej przeprowadzce do Gliwic, w nowym mieszkaniu już nikt go nigdy nie zobaczył.

W dwa lata po zainstalowaniu się w Wojkowicach pojawił się w naszym domu nowy przybysz, niechętnie przyjęty przez Gopara i obszczekiwany przez niego zawzięcie. Była to skrzynka z różnorodnymi pokrętłami, połączona gąszczem przewodów z wielkimi szklanymi słojami wypełnionymi czymś, co na pewno nie było kompotem. Były one tak duże i ciężkie, że stać mogły tylko na podłodze. Skrzynka widocznie potrzebowała pić, bo jeden z drutów przymocowany był do kranu w kuchni. Inny drut był tak długi, że nie mieścił się w pokoju, trzeba go było wypuścić przez okno i przymocować do gałęzi jabłoni na samym końcu ogrodu. Skrzynka stanęła na kredensie, a na swym szczycie miała trzy szklane lampy które musiały chyba być nadpsute, bo świeciły bardzo słabo. Kręcenie pokrętłami sprawiało skrzynce wyraźnie dużą przykrość, bo protestowała energicznie wydając różne piski, gwizdy i inne niemiłe dla ucha odgłosy powodujące gwałtowny sprzeciw Gopara. Przy bardzo dużej cierpliwości i wytrwałości w kręceniu gałkami, skrzynia czasami odzywała się ludzkim głosem. Dezorientowało to zupełnie Gopara, który strzygł wtedy uszami i spoglądał na nią nieufnie. Czasem także wydobywała z siebie muzykę której Gopar akompaniował cichym wyciem, wydobywającym mu się jakby z samego środka brzucha.

Skrzynia ta była szczytowym osiągnięciem ówczesnej techniki, wspaniałym radiem firmy Telefunken o egzotycznej nazwie SABA. Była to podobno superheterodyna, ale i tak nikt nie wiedział, co to znaczy. Drut przyłączony do kranu nazywał się nie wiadomo czemu uziemienie, a ten długi przymocowany do drzewa w ogrodzie był anteną. Nieprzydatnymi do oświetlenia pokoju żarówkami na jej wierzchu okazały się być urządzenia o tajemniczej nazwie lampy elektronowe, a szklane naczynia na podłodze nosiły równie niezrozumiałą nazwę bateria katodowa. Pamiętam, że jedną z pierwszych audycji jakie były na tym radiu z wielkim nabożeństwem wysłuchane, była transmisja z uroczystości pogrzebowych Marszałka Józefa Piłsudskiego w maju 1935 roku. Na dorosłych słuchaczach, zaproszonych na tę okazję do naszego domu, zrobiła ona wstrząsające wrażenie poprzez niepojętą na owe czasy i zupełnie nieistniejącą do tej pory możliwość bezpośredniego uczestnictwa w wielkich wydarzeniach dziejących się gdzieś na szerokim, dalekim świecie.

Mój młodszy brat Gopar był istotą wysoce inteligentną. Jego wykształceniem zajmował się osobiście mój Tata. Uczył go wielu mniej lub bardziej przydatnych dla dobrze wychowanego osobnika, psich umiejętności. Kiedy Gopar podrósł, codziennie chodził z ojcem do pracy. Leżał tam w jego biurze grzecznie pod biurkiem, a jak było potrzeba, razem z nim przeprowadzał inspekcje kotłów, generatorów, turbin i innych olbrzymich i straszliwie huczących lub buchających gorącą parą maszyn. Wdrapywał się mężnie na drżących ze strachu nogach po stromych stalowych schodkach na sam ich szczyt, wsadzając gdzieniegdzie swój ciekawski nos. Ojciec twierdził, że Gopar ma dar wsadzania nosa w te miejsca maszyny, które szwankowały i że dzięki temu bardzo mu pomaga w kontrolach.

Oprócz tego Gopar umiał otwierać drzwi zamknięte na klamkę, nie rzucał się na jedzenie jak dzikus i jadł dopiero po uzyskaniu pozwolenia w sposób tak dystyngowany, że był mi stawiany za przykład. Potrafił również robić słupek i „służyć”, siedząc na tylnych nogach. Wiedział także, że głośne puszczanie wiatrów jest wysoce niestosowne, bo ile razy mu się to zdarzyło, wszyscy dookoła mówili mu A fuj, nieładnie, brzydki Gopar, tak nie można, tak się nie robi i wyrzucali go na dwór. Wychodził wtedy zawstydzony z podkulonym ogonem. Gopar był nadzwyczaj ambitny i bardzo zależało mu na tym, aby nie narażać się na nagany. Umiał również witać się jak człowiek podając prawą łapę, a jak się go poprosiło, to również i lewą. Jednego tylko biedaczysko nie był w stanie opanować, a mianowicie obfitego ślinotoku na widok i zapach smakołyków znajdujących się na stole swych państwa w czasie asystowania przy posiłkach.

Moi rodzice, wraz z innymi rodzinami inżynierów i pracowników nadzoru Towarzystwa SATURN, tworzyli zgraną towarzysko i zaprzyjaźnioną grupę. Panów łączyła praca w tej samej firmie i nader poważne sprawy zawodowe, a Panie – problemy z organizacją domu, wychowaniem dzieci, działalność społeczna oraz wyszukiwanie coraz doskonalszych pomocy domowych o coraz lepszych kwalifikacjach i referencjach, żądanych na piśmie od poprzednich pracodawców. Większość panów przeważnie znała się już wcześniej, bądź ze studiów na politechnice, bądź z pracy w Dozorze Kotłów lub ZELGÓRZE – Zrzeszeniu Elektrowni Górnośląskich lub w innych śląskich przedsiębiorstwach.

Z braku rozrywek w Wojkowicach Komornych, które były wówczas jedynie dużą uprzemysłowioną wioską, energicznie utrzymywano intensywne stosunki towarzyskie. Święcie przestrzegany rytuał polegał na cotygodniowych spotkaniach, organizowanych kolejno przez każdą z rodzin. Były to albo brydżowe podwieczorki, które nie dostarczały nam z Goparem żadnej rozrywki, albo jeszcze nudniejsze dla nas proszone kolacje, przy których trzeba było asystować w czystym ubranku i mimo straszliwej nudy zachowywać się grzecznie. Dla zaproszonych do nas gości pewną wątpliwą chyba atrakcję stanowił dotrzymujący towarzystwa przy kolacji Gopar. Siedząc obowiązkowo u boku Taty stoicko znosił męki spływających ze stołu rozkosznych zapachów i nie mógł opanować wypływu gęstej śliny, leniwie kapiącej mu długimi soplami z pyska na podłogę. Odganiany przez Tereskę, której przeszkadzał w roznoszeniu dań, właził pod stół albo zrezygnowany kładł się w końcu z jękiem na swoim legowisku w kącie salonu.

Gopar, podobnie jak wszystkie psy, miał raczej słaby wzrok, ale za to doskonały węch. Ludzi rozróżniał oczami z trudnością, za to nosem bezbłędnie. Dlatego też każda osoba, która pojawiała się w naszym domu, po obowiązkowym obszczekaniu była przez niego dokładnie obwąchiwana. Zgodnie z odwiecznym obyczajem wszystkich czworonogów, źródłem zapachu które mu do tego celu służyło, były okolice miejsca gdzie nogi przechodzą w podbrzusze. Niestety, nie czynił tego dyskretnie – wręcz przeciwnie. Panów obwąchiwał tam z zewnątrz, intensywnie i głośno wciągając nosem powietrze ku ich wielkiemu zakłopotaniu, tak jak to robią psy myśliwskie węsząc w rozkopanym kretowisku. Natomiast paniom przy powitaniu wsadzał bezceremonialnie nos pod spódnicę, wywołując tym ich zrozumiałe gwałtowne reakcje protestu i zgorszenia, a nieraz prawie histerię. Rajstopy wówczas nie były jeszcze wynalezione, a panie nosiły bawełniane pończochy zawieszone na skomplikowanym systemie dyndających podwiązek, gumek i zaczepów. Nie były to raczej zbyt estetyczne i nadające się do pokazywania elementy damskiej garderoby, którymi kobiety chciałyby się chwalić.

Panie z sąsiedztwa, znające Gopara i jego zwyczaje, bardzo się przy przyjściu do nas pilnowały. Dobrze wiedziały, że nie mogą sobie pozwolić na najmniejszą chwilę dekoncentracji, że muszą być nadzwyczaj czujne i przez cały czas uważnie obserwować kątem oka czy Gopar, odpędzony z przodu, nie zachodzi ich cichcem od tyłu by skorzystać z powitalnego zamieszania i znienacka zadrzeć im spódnicę do góry by dokończyć rozpoznanie. Natomiast reakcje pań nieznajomych, całkowicie nieświadomych tego co je czeka ze strony tego niewinnie wyglądającego miłego pieska były tak różnorakie, że rodzice gęsto tłumacząc się, musieli robić skrócony wykład na temat właściwości psich zmysłów.

Jednakże Gopar gdy chciał, potrafił być wobec pań także i wyjątkowo szarmancki. W czasie jednego z proszonych podwieczorków dał wspaniały dowód wielkiej subtelności swej duszy, a także i dobrego wychowania. Przykrym zbiegiem okoliczności, w momencie chwilowej przerwy w ogólnej głośnej rozmowie, wiekowa i nadzwyczaj czcigodna starsza dama z sąsiedztwa nie zdołała zapanować nad swymi kiszkami, wydając niespodziewany niedwuznaczny przeciągły głośny odgłos. Zapanowała pełna konsternacji i zażenowania, głęboka cisza. Sytuację uratował Gopar. Kierowany szlachetnym odruchem serca, pomny dezaprobaty z jaką sam spotykał się w podobnych okolicznościach, wielkodusznie wziął winę na siebie. Podniósł się stękając ze swego legowiska i wyszedł pokornie z salonu z opuszczoną głową i podkulonym ogonem. Wszyscy obecni odetchnęli z ulgą w pełni doceniwszy, z jak niezręcznej sytuacji Gopar ich wybawił.

Postrachem proszonych kolacji było dla moich rodziców niemożliwe do przewidzenia spóźnianie się państwa Dzierzbickich. Zwykle przychodzili w drugiej połowie wizyty, gdzieś między deserem a przejściem panów na papierosa do salonu. Jedyny tylko raz zdarzyło się że przyszli za wcześnie, ale było to następnego dnia…

Przemiła pani Wanda była postrachem gospodarzy, gdyż znana była jako osoba wprawdzie spóźniająca się na zaproszenie, ale nadrabiająca to wychodząc jako ostatnia. Długotrwała procedura pożegnania rozpoczynała się od sygnału, jaki dawał pan Jerzy swej małżonce z zaskoczeniem stwierdziwszy, że innych gości już nie ma. Rodzice natychmiast korzystali z tego, skwapliwie i ochoczo podrywając się na nogi. Pani Wanda długo jednak nie dawała za wygraną. Dalszy ciąg konwersacji odbywał się już na stojąco, najprzód w salonie sprzątanym w tym czasie mniej lub bardziej dyskretnie przez padającą z nóg Tereskę, potem w przedpokoju gdzie ojciec w omdlewających rękach długo trzymał ciężkie futro pani Wandy, zanim udało mu się je w końcu jej podać. Rodziców czekała jeszcze równie ciężka próba przetrwania już za drzwiami na dworze przed domem, bo nie można było przecież przerwać w połowie interesującego wątku rozwijanego właśnie przez panią Wandę.

¬ ¬ ¬

Po pięciu latach od zainstalowania się w Wojkowicach mój ojciec awansował i został Panem Zawiadowcą elektrowni Jowisz, czyli jej dyrektorem. W owych czasach to piękne staropolskie słowo było jeszcze w użyciu. Oznaczało ono tego, który zawiadywał czyli zarządzał, a więc kierował. Dopiero z biegiem czasu słowo to zostało zastąpione bardziej współczesnym słowem kierownik, a potem jego zagranicznym odpowiednikiem dyrektor, w istocie oznaczającym po prostu kierownik.

Awans ojca spowodował wzrost naszego standardu życiowego i przeprowadzkę do samodzielnie położonej dużej willi z jeszcze większym terenem, z którego utrzymaniem pan Ogrodnik musiał mieć na pewno jeszcze więcej pracy. W nowym ogrodzie warzywno-owocowym było jeszcze więcej drzew owocowych i grządek z warzywami, a w rogu był tak zwany loszek, do którego schodziło się po schodach. Do loszka ładowano co jakiś czas przywożone z kopalni lodowe kłody. Mama trzymała tam owoce i słoiki z kompotami, a w piasku marchewkę, ziemniaki i inne warzywa. Było tam zawsze zimno i Mama nie pozwalała tam wchodzić ani Goparowi, ani mnie.

Nasz nowy dom miał oprócz większego ogrodu, od frontu i po bokach część parkową z trawnikami i rabatami kwiatów. Rosły tam świerki i ozdobne krzewy, a z tyłu było spore podwórko. My z Goparem mieliśmy dzięki temu więcej miejsca do zabawy, bo na podwórku były różne zabudowania gospodarcze i dziwne miejsca w rodzaju kurnika, do którego wchodziło się do góry po drabince. Wewnątrz znajdowały się poprzeczne drążki – grzędy, na których kury siedziały w nocy. Tereska twierdziła, że inaczej spać one nie umieją. Obok kurnika stał domek z klatkami na króliki, zamykanymi ażurowymi drzwiczkami wypełnionymi siatką. Z ich wnętrza można było obserwować co się dzieje na podwórku, samemu nie będąc widocznym. Można też było tam schować się przed mamą albo bawić z Goparem w chowanego.

Po pewnym czasie mama za namową pana Ogrodnika zainstalowała w kurniku stado kur, którym przewodził energiczny i bardzo zadziorny kogut z olbrzymim grzebieniem na głowie. Ten grzebień normalnie był pomarańczowy i zwisał mu smętnie nad prawym okiem. Wystar­czyło jednak poddenerwować nieco koguta, a grzebień na głowie wyprostowywał mu się, na­brzmiewał i robił czerwony jak pomidor. Ponieważ kogut rzucał się z groźnym gdakaniem i dziobał boleśnie każdego kto ośmielił się zbliżyć do jego stada, a na mój i Gopara widok dener­wował się wyjątkowo, nie można się dziwić, że skończyło się na tym, że obaj z Goparem straciliśmy prawo wstępu na podwórko. Od tej pory mogłem więc jedynie z bezpiecznej odległości przez płot obserwować z ogrodu, co się dzieje na podwórku w kurzej rodzinie i ewentualnie, jak nikt nie widział, ćwiczyć się w rzucaniu w koguta kamieniami.

Wojkowice – wejście frontowe do naszego drugiego domu na górce.

Któregoś dnia zauważyłem, że kury są chore. Były tak słabe, że zamiast dziobać wokół i wyszukiwać w trawie z ochotą robaków i rozsypanych ziarenek jak zwykle, leżały bokiem na ziemi, oddychały z trudem i trzepotały rozpaczliwie skrzydłami, nie mogąc wstać na nogi. Po pewnym czasie wszystkie leżały już prawie nieruchomo ze szklanymi oczami, wstrząsane czasem słabymi drgawkami. Jedynie dzielny kogut usiłował jeszcze stanąć na słaniających się nogach, a ponieważ mu się to nie udawało, pomagał sobie podpierając się dziobem. Wyglą­dało to przeraźliwie, bo chodził dookoła swych leżących na ziemi żon, kuśtykając rozpaczliwie jakby na trzech nogach – dwóch normalnych i trzeciej, która była jego szyją. Usiłował pomóc sobie skrzydłami, albo machając nimi w powietrzu, albo używając ich jako czwartej i piątej nogi do podparcia się na ziemi. Dyszał ciężko i usiłował zapiać, ale wydawał tylko chrapliwe ko-­koko-ko. Był to tak niesamowity widok, że pobiegłem do mamy aby jej opowiedzieć o chorych kurach. Zrobiłem to wprawdzie z pewnym wahaniem, bo godzinę wcześniej udało mi się trafić koguta w samą głowę kamieniem tak celnie, że na chwilę oczy zaszły mu bielmem.

Bałem się, czy aby jego słabość nie jest spowodowana wstrząsem mózgu po spo­tkaniu z moim kamieniem. Przerażona mama wezwała na pomoc Tereskę, która zjawiwszy się mogła tylko stwierdzić, że już żadna kura nie rusza się. Mama nie wiedziała co robić, kazała więc Teresce pozbierać kury i wrzucić do kurnika do czasu przyjścia taty aby się z nim naradzić, co zrobić z taką ilością nieżywego drobiu.

Ojciec przyszedł do domu dopiero późnym wieczorem. Był na zebraniu Towarzystwa Gimnastycznego SOKÓŁ w remizie strażackiej. O oglądaniu kur nie było więc mowy. Dopiero na­stępnego dnia rano mama z Tereską za­prowadziły go do kurnika by mu pokazać, co się stało. Jakież było ich zdumienie, gdy na podwórku zastali całe stado raźnie dreptające i wydziobujące z wesołym gda­kaniem ziarnka z trawy jakby nic się w ogóle nie stało.

Autor

Wojkowice, 1935 rok

 

Tereska lamentowała że to pewno ktoś rzucił na kury zły urok lub może coś jeszcze gorszego, pewnie jakieś czary i że teraz nie będzie już można jeść jajek, które co rano wybierała nie­świadomym tego kurom ze słomy, którą była wyłożona podłoga w kurniku. Proponowała mamie że przyprowadzi starą Polaczkę, babcię mojego kolegi z przedszkola Rysia Polaka, żeby na wszelki wypadek zrobiła swoje zaklęcia i odczyniła całe stado. Babcia Rysia znana była w Woj­kowicach jako osoba dziwna, mająca bliskie kontakty z różnymi tajemniczymi siłami i mogąca wiele pomóc w sprawach niezwykłych. Jednakże ani mama, ani tata nie palili się do widoku starej Polaczki i woleli rozwiązać problem we własnym zakresie. Po długim i zawiłym wyjaśnianiu okazało się w końcu, że nie były to ani czary, ani też żadne cudowne uzdrowienie. Kury po prostu wytrzeźwiały po wczorajszym wielkim zbiorowym pijaństwie. Poprzedniego dnia objadły się bowiem nieprzyzwoicie sfermentowanymi wytłoczynami po porzeczkach, które mama kazała Teresce wyrzucić na kompost.

¬ ¬ ¬

Wraz ze wzrostem pozycji mojego ojca w hierarchii lokalnej społeczności, wzrosły też obowiązki towarzyskie moich rodziców. Nie wystarczyły już podwieczorki brydżowe i proszone kolacje dla znajomych. Do niepisanych obowiązków Zawiadowcy należało też urządzanie przy­jęcia dla pracowników niższego dozoru i robotników wraz z ich rodzinami. Przyjęcia te były szczególnie starannie przygotowywane, a menu dokładnie konsultowane i ustalane pod kątem wojkowickich gustów. Z obowiązków tych moi rodzice musieli wywiązywać się chyba na tyle dobrze, że zaskarbili sobie przyjaźń i szczere uznanie lokalnej społeczności. Bardzo im się one potem przydały w czasie okupacji niemieckiej, a także w okresie bezpośrednio po nastaniu w Polsce nowej władzy ludowej.

Były to wówczas jeszcze czasy, gdy w Polsce nie było zbyt wiele osób z wyższym wykształceniem, a zawód inżyniera nie był tak zdeprecjonowany, jak to ma miejsce obecnie. W tych czasach pracownik w obecności swego przełożonego stawał niemal na baczność i zdejmował czapkę z głowy. Mój ojciec, mimo że był wycho­wywany w wojskowej dyscyplinie i w wojskowej szkole, nie uznawał tych zwyczajów i był znany w Wojkowicach jako ten, który pierwszy kłania się w pracy i na ulicy swym napotka­nym pracownikom, który do każdego przyjaźnie zagada, chętnie wysłucha i pomoże w kłopotach zawodowych lub domowych. Dzięki temu, po części z racji swego stanowiska, a po części z racji zalet swego charakteru, cieszył się wielkim szacunkiem u pracowników Towarzystwa.

Konstanty Mauberg.

Wojkowice, maj 1936 roku

Konstanty Mauberg.

Legitymacja Prezesa z 1939 r.

Mój tata miał zacięcie społeczne. Wraz ze swym znajomym, naczelnym inżynierem Towarzystwa Józe­fem Raźniewskim, próbował założyć na elektrowni Jowisz związek zawodowy Praca Polska. Związek ten miał dla dobra całego narodu godzić interesy kapitału i pracowników. Nie udało mu się to z powodu braku chętnych. Pracownicy przypuszczalnie nie mieli za grosz zaufania do związku za­kładanego nie przez nich samych, lecz przez ich pana dyrektora. Wprawdzie chętnie chodzili do niego na pro­szone kolacje, ale zupełnie nie wyobrażali go sobie jako sze­fa swego związku zawodowego.

W 1933 roku udało mu się natomiast założyć w Rogoźniku koło Wojkowic oddział Związku Towarzystw Gimnastycznych SOKÓŁ w Polsce. Był jego prezesem w latach 1935-1939, a w Wojkowicach współpracował przy budowie Sokolni i boiska do ćwiczeń. W SOKOLE czynnie i ofiarnie działał aż do wybuchu wojny. W domu w szafie ojciec miał piękny zielony mundur so­kolski i szeroki skórzany pas z olbrzymią błyszczącą sprzączką, na której był lecący z rozpostartymi skrzydłami sokół wpleciony w wielką literę „S”. Chodziłem z Tatą czę­sto na boisko, gdzie odbywały się zawody gimnastyczne lub inne imprezy organizowane przez SOKOŁA. W nagrodę za dobre sprawowanie Tata pozwalał mi niekiedy nakładać swój szeroki pas. Paradowałem wtedy dumny jak paw po naszej ko­lonii albo nawet i po Wojkowicach. Napotkani wiejscy kole­dzy przymilnie pytali, czy mogą przejść się razem ze mną.

Konstanty Mauberg

w mundurze Sokoła

 

¬ ¬ ¬

Naszymi bezpośrednimi sąsiadami w nowym domu na górce byli mieszkający poniżej Kwapiszewscy oraz Michalewscy, mający dom powyżej naszego.

Włodzimierz Kwapiszewski był dyrektorem cementowni Saturn, miał żonę Rosjankę o pięknym imieniu Margarita, zwaną przez wszystkich Ritą, mówiącą po polsku ze śpiewnym ro­syjskim akcentem, małego pekińczyka Kimi i nadzwyczaj dobrze wychowanego syna Wło­dzimierza, zwanego Dodo . Pani Rita zwracała się do mojego Taty daragij pan Kanstantyj, co mnie zawsze bardzo śmieszyło. Państwo Kwapiszewscy byli posiadaczami pierwszego widzianego w moim życiu odkurzacza, który wówczas nazywano elektrolux. Będąc pewnego razu z rodzicami u nich z wizytą i buszując z nudów po mieszkaniu, odkryłem w łazience jakieś nieznane mi dotąd urządzenie z długą rurą. Zawsze korciło mnie to co nowe i nieznane. Postanowiłem zbadać je bliżej, zabrałem się więc raźno do odwijania rury i kręcenia wszystkim, co się dało kręcić i do naciskania wszystkiego, co się dało nacisnąć. W pewnym momencie nie­oczekiwanie odskoczyła pokrywka i na podłogę, pod wannę oraz we wszystkie możliwe inne za­kamarki łazienki chlusnęła cała zawartość pojemnika z kurzem i śmieciami. Zamarłem z przerażenia, bo u państwa Kwapiszewskich zawsze wszystko błyszczało niepokalaną czystością.

Za­mknąłem się natychmiast w łazience na klucz i resztę wizyty spędziłem na sprzątaniu, by nie pozostawić śladu po tej kompromitującej przygodzie. W łazience nie było niczego do zamiatania, miałem do dyspozycji tylko własne ręce i rolkę papieru toaletowego. Sprzątanie w tych warun­kach trwało więc dosyć długo. Zużyłem cały papier i często musiałem spuszczać wodę. Myłem i czyściłem niezmordowanie, a łazienka ciągle była brudna. Zaniepokojona moim zniknięciem, blokadą toalety i odgłosami spuszczanej bez przerwy wody pani Rita wyciągnęła jedynie możliwy logiczny wniosek i zawiadomiła mamę o mej niedyspozycji żołądkowej. Obie panie przyszły pod drzwi toalety i z troską dopytywały się, co mi się stało. Gdy w końcu cały czerwony ze wsty­du otworzyłem drzwi, sytuacja na szczęście była na tyle opanowana, że na podłodze nie było już wyraźnych śladów. Mama, dobrze znająca swego jedynaka i jego skłonności do robienia psot patrzała na mnie podejrzliwie i chyba nie miała wątpliwości, że coś innego musiało się w łazience wydarzyć. Pa­ni Rita, w swej dobroduszności dopytywała się troskliwie, czy bardzo boli mnie brzuszek. Skwa­pliwie skorzystałem z okazji i przyznałem się do bólu żołądka, byle nie zdradzić co się naprawdę zdarzyło. Od tego czasu podchodzę do odkurzaczy z należytym szacunkiem i ostrożnością bo wiem, że są to urządzenia złośliwe i można się po nich spodziewać różnych nieprzyjemnych reakcji.

Dodo Kwapiszewski nie mógł niestety być moim kolegą i robić psot wspólnie ze mną, bo był to chłopiec poważny, o kilka lat starszy i nie miał czasu na zabawę. Miał za to w domu nauczycielkę, która przerabiała z nim kurs szkoły podstawowej, co zabierało mu więk­szość czasu. Jego resztę musiał spędzać na nauce dobrych manier i języka francuskiego, a także na prowadzeniu w tym języku korespondencji ze swoim rówieśnikiem Piotrem, synem króla Jugosławii, Aleksandra I Karadziordziewicia. Był do niego podobny jak brat bliźniak, co zostało przez wszystkich naocznie stwierdzone na podstawie fotografii rodziny królewskiej, zamieszczonej w prenume­rowanym przez moich rodziców tygodniku ILUSTRACJA POLSKA. Wyciętą z Ilustracji fotografię wysłano do Belgradu wraz z fotografią i życiorysem Doda, gdzie została zaakcep­towana jako podstawa do prowadzenia braterskiej korespondencji z polskim sobowtórem.

Sąsiad z domu powyżej, pan Włodzimierz Michalewski, był zawiadowcą czyli dyrektorem kopalni Jowisz. Jego żona Janina pochodziła z zasłużonej dla Polski rodziny: jej stryjem był Władysław Grabski, dwukrotny premier i minister skarbu, człowiek któremu udało się zahamować hiperinflację, a w latach 1923-1925 przeprowadzić gruntowną reformę walutową państwa.

Michalewscy mieli dwóch synów – Marka i Andrzeja. Obaj ci chłopcy – Marek w moim wieku, a Andrzej młodszy, zwany przez wszystkich Kukusiem, nie musieli szukać towarzystwa do zaba­wy, bo było ich dwóch i bawili się razem od początku. Szczęśliwie jednak dla mnie nie mieli w domu psa, zapraszali więc do siebie Gopara, dzięki czemu ja też mogłem bawić się z nimi. Udało mi się zarazić Marka i jego brata moją fascynacją małymi lokomotywkami do przetaczania wa­gonów, którymi był wywożony z kopalni kamień na hałdę. Dzięki temu, zamiast być tylko je­dynie lokomotywą jak dotychczas, we trzech mogliśmy już udawać cały pociąg, złożony z paro­wozu i dwóch wagonów. Każdy chciał być parowozem, rola wagonu była w głębokiej pogardzie i powierzana była głównie najmłodszemu z nas Kukusiowi. W zabawie tej tak się zapamiętywa­1iśmy, że nawet w domu, a nieraz i przy stole, wydawa1iśmy wszystkie możliwe dźwięki, jakie lokomotywy wydają w czasie jazdy. Musiało to być na dłuższą metę na tyle nie do wytrzymania dla starszych, że zmusiło nasze Mamy do interwencji i do bezlitosnego tępienia zabawy w pociąg.

W naszej zabawie w pociąg wzorowaliśmy się na rumuńskim następcy tronu Michale. Wyobrażaliśmy sobie, że w podobny sposób bawi się ze swym oj­cem królem Karolem II. Jego kolej była jednak prawdziwa. Tata Michała, o którym artykuł zamieszczony był w Ilustracji Polskiej, znany był bowiem na świecie bardziej z namiętności do transportu kolejowego i z zapału z jakim wyręczał maszynistów kolei żelaznych w ich obo­wiązku prowadzenia parowozów pociągu Orient Express niż z troski o swój naród lub inicja­tyw dyplomatycznych na innych dworach królewskich. Turyści odwiedzający w owych czasach Rumunię udawali się na dworzec kolejowy z duszą na ramieniu nie będąc pewnymi, czy ich po­ciąg przed dojazdem do celu podróży nie zostanie przypadkiem ręką królewską łaskawie dopro­wadzony do wykolejenia.

Nieco dalej mieszkali państwo Sulikowscy, którzy podobnie jak moi rodzice, mieli tylko jednego syna. Rodzina ta była muzykalna – pani Sulikowska udzielała lekcji gry na fortepianie. Byli oni właścicielami nie tylko fortepianu, ale i jednego z nielicznych na górce patefonów. Było to duże i ciężkie urządzenie z wielkim szybko kręcącym się talerzem oraz wygiętą rurą, do której z jednego końca przykręcało się śrubką specjalne igły, a do drugiego przyczepiało olbrzymią trąbę. Sulikowscy mieli kolekcję płyt z romantycznymi pieśniami i muzyką koncertową. Na naklejce w ich środku podziwiałem zasłuchanego psa siedzącego na napisie His Master’s Vo­ice przed taką samą gramofonową tubą, jak ta u państwa Sulikowskich. Bardzo lubiłem w czasie wizyt nakręcać ten patefon, a robiło się to przy pomocy wielkiej korby, co wymagało sporej siły. Robiliśmy to więc razem z ich synem Jurkiem, który oprócz tego uczył się gry na fortepianie, a jako dorosły został później profesorem akademii muzycznej w Bydgoszczy i Gdańsku. Jurek miał doskonały słuch, a ja miałem zacięcie do eksperymentów.

Któregoś razu, po nakręceniu patefonu postanowiłem sprawdzić jak silna jest sprężyna i czy da się przyhamować palcem obra­cającą się płytę. Przyłożyłem leciutko palec do brzegu płyty. Płyta zaczęła się kręcić nieco wol­niej a pani, która śpiewała sopranem pieśń Giuseppe Giordaniego Caro mio ben, zaśpiewała zupełnie nieoczekiwanie tenorem. Zaintrygowało mnie to, więc przycisnąłem płytę jeszcze trochę mocniej i patrzcie, patrzcie – pani zaczęła śpiewać basem. Bardzo mi się to spodobało, wobec tego eksperymento­wałem dalej: przyciskałem płytę palcem i puszczałem, przyciskałem i puszczałem, a pani śpie­wała koloraturowo – aaaaaaa – ooooooo – uuuuuuu, od sopranu do basu! Widziałem kątem oka, że Jurek jakby nie bardzo był zachwycony tym co robiłem. Ale eksperyment udał się nad­zwyczajnie! Postanowiłem więc teraz zrobić doświadczenie odwrotne i przyspieszyć obrót płyty. Przyłożyłem palec do środka płyty i popychałem ją tak, aby kręciła się szybciej. Pani zaśpiewała teraz bardzo wysokim altem, tak jak śpiewała dwadzieścia lat później Yma Sumac. Tego już Ju­rek nie wytrzymał! Zupełnie nie docenił fizycznego aspektu eksperymentu! Jego subtelny słuch odebrał to jako profanację muzyki i bezczeszczenie ulubionej pieśni. Zareagował na moje doświadczenia wielkim wybuchem płaczu i pobiegł poskarżyć się rodzicom. Moje tłumaczenia, że chodziło o eksperyment, nie trafiły dorosłym do przekonania i zostałem zbesztany. Z Jurka Suli­kowskiego nie miałem niestety pociechy w charakterze kolegi do zabawy. Był to chłopiec o delikatnej duszy artysty, bardzo muzykalny i niemający zacięcia ani do mechaniki, ani do eksperymentów fizycznych, ani do psikusów. Zrozumiałem to dopiero dużo później.

Po tym eksperymencie Jurek zaczął podejrzliwie i krytycznie odnosić się nie tylko do mnie, ale także i do mojego Taty. Jurek wie­dział, że ojciec w pracy zajmuje się elektrownią, która służy do robienia prądu elektrycznego. Toteż ile razy potem zdarzyło się, że była jakaś awaria elektryczności i nie było światła, Jurek mówił do swoich rodziców: śmieszny jest ten Tata Wacka  pewnie znowu bawi się prądem, tak jak Wacek patefo­nem.

Jeszcze dalej, bo na kolonii w dołku, mieszkali państwo Zakrzewscy. Mieli cztery córki z których jedna – Basia była prawie w moim wieku i dwóch synów. Pan Stefan Zakrzewski był człowiekiem lubiącym zbierać różne, nikomu niepotrzebne informacje i zapisywać je w swym notatniku. Miał tam więc podobno policzoną i zapisaną ilość topól rosnących przy ulicy Staszica, ile metrów wysokości mają kominy elektrowni, a ile ten od cementowni, ile okien jest w jego domu i wiele innych równie nikomu niepotrzebnych cie­kawostek.

Pan Zakrzewski wszystko brał poważnie, w związku z czym koledzy robili mu w pracy różne kawały, z których on nie zawsze zdawał sobie sprawę. Opowiadano, że kiedyś kie­rownik nocnej zmiany przekazał rano panu Zakrzewskiemu raport z wpisem: w maszynie wyciągowej zepsuł się cotangens. Pan Zakrzewski zabrał się podobno na­tychmiast do energicznych przygotowań do naprawy kotangensa, nie zastanawiając się wcale nad faktem, że cotangens jest niematerialnym, abstrakcyjnym pojęciem trygonometrycznym i jako taki jest nie do zepsucia.

Akcja Katolicka powstała w Woj­kowicach w 1933 roku, a jej pierwszym prezesem został ówczesny dyrektor ko­palni Jowisz, Jerzy Dzierzbicki. W zimie panie z Akcji urządzały wspólne czytanie prasy katolickiej takiej jak Nie­dziela i Przewodnik Katolicki. Często czytania te prowadziła moja mama. Słuchacze utrzymywali, że miała dobrą dykcję i potrafiła płynnie czytać tekst .

 

Irena Mauberg.

Wojkowice, maj 1937 r.

 

Wszystkie nasze Mamy z panią Dzierzbicką oraz moją i Marka Michalewskiego babcią na czele, nadzwyczaj aktywnie wyżywały się społecznie w Akcji Katolickiej, Kole Gospodyń Wiejskich lub Lidze Ochrony Powietrznej i Przeciwlotniczej.

Wspólnie z energicznym księdzem proboszczem Antonim Sewerynkiem szukały pracy dla bezrobotnych, zbierały pieniądze na ubrania i dokarmianie biednych dzieci, organizowały nie tylko sypanie kwiatków na procesjach, ale dla starszych dziewcząt także i kursy szycia, go­towania lub udzielania pierwszej pomocy w ramach LOPP – Ligi Ochrony Powietrznej i Prze­ciwlotniczej. Inicjowały również różne inne nadzwyczaj pożyteczne lokalne akcje, jak budowa Ogródka Jordanowskiego przy wojkowickim przedszkolu. Pamiętam dobrze jak intensywnie korzystałem z rusztowania z rur stalowych które tam zostało postawione, a służyło maluchom do ćwiczenia mięśni i oswajania się z zawrotną wysokością dwóch metrów.

Uczennice kursu kroju. Wojkowice, 1934 rok.

Panie w kapeluszach: z lewej Wanda Dzierzbicka, po prawej Maria Mauberg

To zapewne dzięki poparciu tych zacnych Pań zostałem już w wieku pięciu lat przyjęty do przedszkola, gdyż rodzice doszli do wniosku, że jako jedynak muszę się nauczyć przebywania w grupie i współżycia z innymi dziećmi. Jako mały chłopiec byłem bowiem, nie ma co owijać w ba­wełnę, raczej maminsynkiem, płaczliwą ciamajdą, ma­zgajowaty, naiwny, zbyt delikatny i bez­granicznie łatwowierny.

Wiele lat wierzyłem bez zastrzeżeń w Świętego Mikołaja, przed którym recytowałem drżącym z emocji głosem wierszyki i któremu obiecywałem gorąco, że już odtąd będę grzeczny. Do głowy mi nie przychodziło, że Świętym Mikołajem jest pan Kierownik Administracji z ko­palni, a przecież znałem go dobrze, bo często przychodził do naszego domu, aby omówić z ojcem sprawy służbowe. W rodzinie znana też była kompromitująca historia mego pierwszego kontaktu z kinem. Rodzice zabrali mnie w 1937 roku do Katowic na przebój sezonu – film Walta Di­sney’a Śpiąca królewna i siedmiu krasnoludków. Film był kolorowy, byłem więc absolutnie przekonany, że to co widzę przed sobą, dzieje się naprawdę. Podczas sceny, w której królewna zabiera się do zjedzenia pięknego czerwonego jabłka zatrutego przez paskudną czarownicę krzy­czałem podobno z całych sił usiłując odwieść ją od tego zamiaru. Gdy królewna nie zareagowała na moje ostrzeżenia, zjadła jabłko i, jak byłem przekonany, umarła, urządziłem na całą salę tak rozpaczliwie wstrząsające i głośne szlochy, że zakłóciłem seans filmowy, a rodzice musieli ze wstydem wy­prowadzić mnie z kina.

Mama lubiła też opowiadać historię o moim dobrym sercu w stosunku do maszyn. Dałem tego podobno dowód prosząc ją, by kazała Teresce zanieść z naszej piwnicy wiaderko węgla pa­nu maszyniście od walca drogowego, który przed naszym domem z mozołem rozwalcowywał asfalt. Walec poruszał się bardzo powoli buchając dymem z komina, z wielkim wysiłkiem, świstem i stękaniem, wyobrażałem sobie, że na pewno dlatego tak się męczy, bo jest słaby z głodu.

Co daje się walcowi do jedzenia? – zapytałem

Chyba węgiel – odpowiedziała Mama.

Do przedszkola zostałem więc posłany po to by zmężnieć i okrzepnąć będąc zdany na własne siły w tej nowej sytuacji. Mama pouczyła mnie, że mam się niczego nie bać, nie płakać za mamą i w ogóle być samodzielny. W przedszkolu pani Przedszkolanka przedstawiła mnie moim nowym kolegom i koleżankom, a wśród nich Bogusiowi, ostatnio przyjętemu przede mną do przedszkola, synowi właściciela sklepu o nazwie Artykuły Spożywcze i Kolonialne położonego na głównej ulicy Sobieskiego w Wojkowicach. Pani powiedziała w sposób, który dla mnie był jednoznaczny: A to jest Boguś Przybyłek, który kilka dni przed tobą przybył do nasze­go przedszkola. Moją walkę o przynależne mi miejsce w nowej społeczności zadebiutowałem po kilku dniach od zgłoszenia pani Przedszkolance skargi, że dzieci w dalszym ciągu nazywają Bogusia Przybyłkiem, a nie mnie. Pani Przedszkolance, która nie mogła pojąć o co mi chodzi, cierpliwie tłumaczyłem, że przecież teraz to ja jestem tym ostatnio przybyłym do przedszkola, a nie on. To mnie należy się więc teraz, do czasu przyjęcia do przedszkola kogoś nowego, to za­szczytne w moim mniemaniu wyróżnienie Przybyłek. Zdążyłem już bowiem zauważyć, że większość dzieci w przedszkolu posiada jakieś przezwisko. Pani Przedszkolanka równie cierpli­wie usiłowała mi wytłumaczyć, że Boguś wcale nie jest w przedszkolu Przybyłek, a tylko na­zywa się Przybyłek. Ja się z nią całkowicie zgadzałem, że Boguś nie jest już Przybyłek, bo te­raz to ja jestem Przybyłek. Dzieci rozumują z żelazną logiką, więc moje argumenty za tym że to ja jestem Przybyłek wydawały mi się absolutnie miażdżące, a jednak trafiały w próżnię. Zupełnie nie mogliśmy z panią Przedszkolanką znaleźć wspólnego języka. Miałem do niej ogromny żal, że z niezrozumiałych dla mnie powodów także i Ona, która powinna być przecież Ostoją Sprawiedliwości w przedszkolu, też nie chce mnie nazywać Przybyłkiem, mimo że ten tytuł obecnie mnie się należy. Długo trwała moja walka o Przybyłkostwo nim w końcu zrozu­miałem, że Boguś miał szczęście być Przybyłkiem zarówno w przedszkolu, jak i w życiu. Hi­storia ta, wydostawszy się poza mury przedszkola, na długi czas dostarczyła wiele zabawy moim rodzicom oraz uciechy całej okolicy, która zaśmiewała się do łez słuchając opowieści o tym, jak to mały synek pana Zawiadowcy na Jowiszu chciał koniecznie zostać synem pana Przybyłka.

¬ ¬ ¬

Rodzice moi zwracali bardzo uwagę na to, aby fakt że jestem jedynakiem, nie powodo­wał ich pobłażliwości wychowawczej wobec mnie. Powtarzano mi więc często że Gopar, mimo że jest psem, jest właściwie moim młodszym bratem i ma w rodzinie takie same prawa jak ja. Traktowałem go więc rzeczywiście jak młodszego brata i słabszego ode mnie członka rodziny. Nauczyłem się dzięki te­mu obowiązku opieki nad słabszymi i przyjaznego stosunku do zwierząt. Do dziś nie boję się nawet najbardziej groźnie szczekających psich osobników. Potrafię dogadać się i ugłaskać prawie każdego z nich. Nie do wszystkich dociera, że psy ro­zumieją ludzki język i doskonale wiedzą, o co nam chodzi. Trzeba im to tylko łagodnie wytłumaczyć, a chętnie posłuchają.

Mój towarzysz zabaw

i najlepszy

przyjaciel Gopar

W wyniku dosyć specyficznych metod wychowawczych Taty, wyniesionych zapewne z twardych reguł panujących w Szkole Kadetów którą ukończył w Tyflisie na dalekim Kaukazie, uczono mnie trzymać się prosto przy stole przy pomocy kija od szczotki wsuwanego mi między plecy i ramiona, które musiałem trzymać zgięte w łokciach. Gdy opanowałem już tę umiejętność w wystarczającym stopniu, przyszła kolej na oduczenie mnie od kładzenia łokci na stole przy jedzeniu. Osiągnięte to zostało przy pomocy talerzy, które wsuwano mi między łokcie a żebra. Aby talerze nie spadły na podłogę, musiałem jeść przyciskając je mocno łokciami do boków. Nie wolno mi było zostawiać jedzenia na talerzu, musiałem wszystko zjadać do końca.

Zgodnie z zasadą babci o jedzeniu jutro tego co się ma zjeść dzisiaj i robieniu dzisiaj tego co się miało zrobić jutro, wymagano też ode mnie, abym moje nieliczne obowiązki wykonywał natychmiast, a przyjemności odkładał raczej na później. Gwiazdkowe prezenty należało najprzód rozpakować nie przecinając sznurka, papier równo złożyć, a sznurek ładnie rozplątać i zwinąć. Dopiero wtedy można było zająć się samym prezentem. Musiałem także zamykać za sobą drzwi, gasić światło wychodząc z pokoju, zakręcać krany do końca żeby nie kapała z nich woda, nie ruszać cudzych rzeczy i odkładać wszystko na swoje miejsce. Byłem do tego stopnia szykanowany, że nie mogłem wbiec w zabłoconych butach do domu, musiałem je najprzód wyczyścić porządnie na wycieraczce, by Teresce nie dodawać pracy!

Za przewinienia karano mnie stawianiem do kąta nosem do ściany, co mi raczej nie bardzo przeszkadzało, bo mogłem w tym czasie obejrzeć z bliska deseń i wiele innych ciekawych szczegółów, na które inaczej nie miałbym okazji zwrócić uwagi. Była to również sposobność do lizania ściany, co każde dziecko robiło w tamtych czasach dla uzupełnienia zapotrzebowania na wapń w organizmie. Zbierałem także z zapałem staniol od czekolady i cukierków – miał on podobno służyć do wykupienia z niewoli małych murzynków w Afryce. Musiałem pić tran i zjadać szpinak bez grymasów, choć ich smak przyprawiał mnie o mdłości. Witając się z dorosłymi nie mogłem pierwszy wyciągać ręki do przywitania. Musiałem grzecznie czekać, aż osoba dorosła zechce mnie zauważyć, zechce się ze mną przywitać i pierwsza wyciągnie do mnie rękę. Wiedziałem także, że nie wolno pchać się pierwszemu do drzwi wyjściowych, lecz trzeba poczekać i bezwarunkowo przepuścić najprzód osoby dorosłe, a dopiero potem można było iść samemu. Miałem także głęboko wpojoną zasadę całowania w rękę Pań a także, mimo wewnętrznego sprzeciwu, osób stanu duchownego.

Z tymi odruchami z dzieciństwa walczyłem potem długo. W owym jednak czasie całowanie w rękę osób CZCIGODNYCH było mi tak głęboko wpojone, że pewnego razu pocałowałem z rozpędu w rękę pana Kwapiszewskiego. Uważałem go widocznie podświadomie za wielce czcigodnego, bo był bardzo dystyngowany, nosił okulary w złotej oprawie i zawsze ładnie pachniał angielską wodą po goleniu firmy Yardley. Pan Kwapiszewski nieco wówczas się speszył, ale powiedział dobrodusznie: Nie trzeba, nie trzeba, nie jestem księdzem dobrodziejem.

Moi rodzice byli małżeństwem na dorobku. Zaczynali zupełnie od zera, od swoich rodziców nie otrzymali absolutnie nic. Wręcz przeciwnie – musieli im pomagać. Mama wspomagała finansowo swoją, a ojciec utrzymywał swoją mamę. Byli ludźmi skromnymi, z autopsji znającymi trud zaczynania od początku bez niczyjej pomocy, szanującymi pieniądz i ciężką pracę jakiej wymaga jego zdobycie. Mimo że zarobki mego ojca były na pewno stosunkowo dobre, rodzice nie lubili na zewnątrz pokazywać oznak bogactwa, otaczać się luksusowymi przedmiotami i nie uznawali nuworyszowskiego zwyczaju kupowania tego, co najdroższe. W naszym domu panowała bezwzględna zasada oszczędności, a szczególną wagę przykładano do tego, aby niczego nie marnować. Z racji zatrudnienia w energetyce, prąd elektryczny, węgiel i wodę mieliśmy darmowe – mogliśmy zużywać je bez ograniczenia. Mimo to ojciec tępił w stanowczy sposób każdy fakt cieknącej niepotrzebnie wody z kranu, nie zgaszenia za sobą światła po wyjściu z pokoju lub niepotrzebnego palenia w piecu kuchennym, gdy nic się tam nie gotowało.

Pamiętam rozmowę rodziców, podczas której omawiali ze zgorszeniem postępowanie znajomej rodziny, gdzie jakoby nie było zwyczaju cerowania, a dziurawe skarpetki i pończochy po prostu wyrzucało się, na ich miejsce kupując nowe. Mam jeszcze w oczach postacie babci i Mamy pochylone nad stosem pończoch i skarpetek, które cerowały pracowicie na specjalnym drewnianym grzybku.

Bezcenną na przyszłość nauką cierpliwości i wielką próbą były dla mnie obowiązkowe sjesty po obiedzie. Polegały one na godzinnym tak zwanym leżakowaniu w ogrodzie gdy było ciepło lub leżeniu na tapczanie w domu w czasie niepogody. Uzasadniane to było koniecznością odpoczynku po jedzeniu i regeneracji sił z powodu śląskiego powietrza i mych podobno słabych płuc. A w tym bezczynnie upływającym czasie można byłoby przecież hasać po polach z Goparem lub zrobić tyle innych ciekawych rzeczy i psot. Protestowałem więc energicznie tym bardziej, że gdy wypytawszy chłopców z sąsiedztwa okazało się, iż żaden z synów naszych sąsiadów nie był zmuszany do takich hańbiących tortur, nawet mały Kukuś. W każdym razie żaden nie przyznawał się do tego. Po jakimś czasie moje wysiłki odniosły skutek i wywalczyłem skrócenie leżakowania do pół godziny.

¬ ¬ ¬

Moi rodzice lubili otaczać się zwierzętami. Oprócz mnie i Gopara, w naszym domu często były różne koty, które wtedy spały albo ze mną albo z Goparem na jego legowisku. Gopar znosił to stoicko, nie lubił tylko, gdy kot wyjadał mu z miski jego jedzenie – wtedy warczał na kota i to zwykle wystarczało, żeby kot sobie poszedł. Jeżeli jednak Gopar miał w misce coś wyjątkowo smacznego, z czego kot nie miał zamiaru rezygnować, to wtedy kot podchodził bliżej, stawał na tylnych łapach, a przednimi sycząc okładał Gopara po pysku. Gopar, zaskoczony całkowicie takim obrotem sprawy, zmykał od miski ze skowytem.

Rodzice lubili zwierzęta

Przez jakiś czas mieszkały u nas w domu trzy zwierzęta, które na pozór nie powinny żyć razem pod jednym dachem – pies, kot i kanarek. Kanarek był na wolności, jego klatka była otwarta i mógł latać swobodnie. Najczęściej siedział wysoko w fałdach firanki lub na brzegu ogromnej donicy, w której rosła palma. Donica ta stała na wysokim stojaku w rogu jadalnego. Dzięki temu kanarek miał z niej dobry punkt obserwacyjny, a kot nie mógł dokonać niespodziewanego ataku. W czasie obiadu przelatywał z niej na ramię mego ojca, a stamtąd na stół i dziobał nam z talerzy, gdy zauważył coś interesującego. Szczególnie lubił wszystkie rodzaje kaszy. Chętnie się z nim dzieliłem, bo kaszy nie cierpiałem. Przy kolacji już nie uczestniczył, gdyż chodził wcześnie spać. Wracał już do swojej klatki i drzemał tam na drążku. Jeżeli światło albo nasze głośne rozmowy zbyt mu wadziły, ostentacyjnie chował głowę pod skrzydło dając wyraźnie do zrozumienia, że mu przeszkadzamy, że nie chce nas słyszeć i chce mieć święty spokój. Kot udawał, że w ogóle nie dostrzega kanarka, ale widać było wyraźnie że bardzo go korci, aby na niego zapolować. W końcu kanarek zginął, ale nie z powodu kota. Uciekł przez otwarty lufcik na drzewo w ogrodzie, a tam dopadły go wróble i zadziobały. Mama znalazła go pod drzewem. Włożyła do metalowego pudełka po herbacie Lipton i urządziliśmy mu pogrzeb pod malinami w rogu ogrodu.

¬ ¬ ¬

W niedziele chodziliśmy na sumę o godz. 11-tej do kościoła w Wojkowicach, przeszło kilometr na piechotę. Zapewne z powodu moich małych nóg które z trudem nadążały za starszymi pod górę w topolowej alei, niestety nie zawsze przychodziliśmy punktualnie. Kościół był nowy, niedawno wybudowany i parafianie wyposażali go jeszcze ciągle w różne potrzebne urządzenia.

Moi rodzice ufundowali kościołowi ścienny zegar elektryczny w błyszczącej niklowanej oprawie, ostatni krzyk ówczesnej techniki. Ksiądz proboszcz z dumą powiesił go na ścianie koło ambony. W następną niedzielę, omawiając po kazaniu sprawy parafialne, wskazał na nowy nabytek mówiąc, że został ofiarowany przez moich rodziców. Dodał następnie dobrotliwie, że teraz każdy kto się spóźni na mszę świętą, będzie mógł od razu zobaczyć, ile się spóźnił. Mimo, że w owych czasach nie było to tak powszechne jak dziś, moi rodzice mieli swoje własne zegarki na rękach. Mieli także poczucie humoru. Komentując później słowa księdza Sewerynka twierdzili ze śmiechem, że wojkowiczanie  odwrócili  się w kościele w ich stronę i  przytakująco  kiwnęli  głowami  nie wtedy, gdy ksiądz wymieniał hojnego fundatora zegara, ale dopiero wtedy, gdy mówił o spóźnialskich.

Nowy kościół św. Antoniego

w Wojkowicach

Podczas mszy św. datki na tacę zbierał pomocnik kościelnego, pan Edek. Świadomy ogromnego znaczenia swego zadania, wypełniał je z należytą powagą i wielkim namaszczeniem. Ulubioną zabawą starszych urwisów wojkowickich, której przyglądałem się ze zgorszeniem pomieszanym z podziwem i zazdrością, była wojna nerwów z panem Edkiem. Polegała ona na rozpoczynaniu gorączkowego poszukiwania w kieszeniach w momencie zbliżania się pana Edka z tacą. Poszukiwania trwały długo. Jeżeli pan Edek nie wytrzymywał nerwowo i szedł dalej, traciła taca, a sumienie gryzło pana Edka, że nie wywiązał się należycie ze swych obowiązków i naraził parafię na stratę. Jeżeli, wierząc że chodzi o poszukiwanie pieniędzy nie szedł dalej i czekał cierpliwie, to szukający wyciągał w końcu z niewinną miną z kieszeni chusteczkę i ostentacyjnie głośno wydmuchiwał w nią nos, pewny swej zupełnej bezkarności w tej sytuacji.

Pan Edek, któremu nie wypadało reagować gwałtownie w kościele i ujawniać co myśli o takim figlu, mełł w ustach niezbyt cenzuralne zapewne wyrazy i nie dając nic po sobie poznać, szedł dalej, robiąc dobrą minę. Ponieważ kawały te, wobec których pan Edek był zupełnie bezradny, powtarzały się często i bardzo go stresowały a także narażały jego autorytet na wielki szwank, skończyło się na tym, że pan Edek patrzał podejrzliwie na każdego szukającego pieniędzy w kieszeniach. Z czasem, nie wytrzymując nerwowego napięcia, zaprzestał w ogóle zatrzymywania się podczas kwesty i robił obchód kościoła w ekspresowym tempie. Nie trzeba dodawać, że dochody parafii cierpiały na tym znacząco, na co ksiądz proboszcz skarżył się paniom z Akcji Katolickiej na zebraniach Rady Parafialnej, a babcia opowiadała o tym w domu. Kiedy jednak w końcu Edek pokazał, że jest prawdziwym mężczyzną, godnym funkcji którą mu powierzono i na uboczu przetrzepał zdrowo skórę kilku żartownisiom, psikusy te skończyły się.

Do obowiązkowego rytuału po niedzielnej mszy św. należały przywitania i rozmowy ze znajomymi przed kościołem oraz wstąpienie do sklepu cukierniczego, nazywającego się Słodka Dziurka. Mama robiła tam zakupy, które pojawiały się potem na niedzielnym podwieczorku.

¬ ¬ ¬

Towarzystwo SATURN przyznało memu Ojcu prawo do bezpłatnego korzystania z czterech wyjazdów końmi miesięcznie w granicach nieprzekraczających 9 godzin na dobę. Z prawa tego rodzice korzystali w celu wyjazdów na odwiedziny do pp. Skowronków w Grodźcu, Przedpełskich w Czeladzi, Faryaszewskich w Dąbrowie Górniczej, do wicewojewody śląskiego Leona Malhomme de la Roche w Katowicach lub na zakupy do Będzina. Faryaszewscy mieli syna o kilka lat starszego ode mnie. W sierpniu 1939 roku rodzice wysłali go na wakacje do rodziny zagranicę. Tam zastała go wojna, tam poszedł na studia i spędził już potem całe swe dorosłe życie. Spotkałem go zupełnie nieoczekiwanie prawie 60 lat później w domu mej przyszłej synowej w Cabris koło Cannes we Francji.

Pan Skowronek był zawiadowcą kopalni w Grodźcu i rewizytował moich rodziców wraz z żoną i dwiema córkami, Haneczką i Maryną. Obie te panny były wychowywane jak chłopcy, bardzo spontaniczne i bezpośrednie. Podczas wizyt młodsza z nich Maryna z zapałem demon­strowała mi swe umiejętności wdrapywania się na płot, a z niego na grubą poziomą gałąź kaszta­na rosnącego w naszym ogrodzie. Wisząc zaczepiona rękami i nogami na gałęzi, pokazywała bez żenady pupę w różowych majteczkach. Detonowało mnie to ogromnie, bo jako dobrze wychowany chłopiec wiedziałem doskonale, że powinienem był wstydliwie odwracać oczy na bok, a wcale tego nie robiłem. Haneczka nie popierała tych wyczynów swej młodszej siostry i jak mogła, sta­rała się odwrócić mój wzrok w innym kierunku, ale raczej z małym skutkiem.

Z wicewojewodą śląskim Leonem Malhomme de la Roche mój Tata współpracował przy organizacji Sokolskich zlotów w Katowicach. Leon Malhomme był aktywnym politykiem i dyplomatą – pracownikiem polskiego MSZ, jako konsul polski w Bytomiu, potem w Opolu, a następnie jako konsul generalny w Morawskiej Ostrawie. W maju 1935 r. objął urząd wicewojewody Śląskiego. Podczas swych objazdów po Śląsku często rewizytował mych rodziców.

W 1939 roku znalazł się na wschodzie Polski. Został tam 23 września 1939 roku aresztowany przez NKWD, wywieziony do ZSRR i tam zamordowany.

Wojkowice, rok 1935.

 Od lwej: Leon Malhomme, Maria Mauberg, Konstanty Mauberg.

Leon Malhomme

w swym gabinecie.

(Wikipedia)

¬ ¬ ¬

Większe zakupy robiliśmy w powiatowym mieście Będzinie znanym powszechnie z tego, że w owym czasie 80 procent jego mieszkańców stanowili Żydzi. Jeździło się tam, gdy trzeba było kupić bardziej wyszukane artykuły niż te, które można było znaleźć w wiejskich sklepach wojkowickich. Ojciec zamawiał na kopalni powóz, który z parskaniem i stukotem końskich kopyt zajeżdżał przed nasz dom. Na koźle siedział zwykle pan Kiciński, woźnica kopalnianej stajni. Cmokając na konie i przemawiając do nich czule w czasie jazdy, zawoził nas przez Czeladź lub Grodziec do Będzina. Mama i ja siedzieliśmy z tyłu na miękkiej kanapie, zabezpieczeni przed przewianiem ogromnym skórzanym fartuchem, którym pan Kiciński przed wyjazdem troskli­wie okrywał nasze kolana i przymocowywał do boków i poręczy powozu. Konie jechały dziar­sko prychając, wypróżniając się bezwstydnie w biegu oraz popuszczając nam w nos głośne i kwaśno pachnące wiatry. Czasami towarzyszył nam Tata i Gopar.

Wjazd do Będzina był dla mnie zawsze nieprzyjemnym przeżyciem. Zaraz za rogatkami miasta na nasz powóz rzucał się tłum natrętnych posta­ci, które albo prosiły o kilka groszy jałmużny, albo chciały nam koniecznie coś sprzedać. Była to będzińska biedota żydowska – ubrani w czarne długie chałaty, na głowach mieli czarne okrągłe jarmułki. Wskakiwali w jeździe na stopnie powozu, żeby pokazać swoje towary. Byli tak natar­czywi i nachalni, że byłem zupełnie sparaliżowany ze strachu. Mam dotąd w pamięci ich wy­krzywione twarze z pejsami, krzyczące do nas niezrozumiałe dla mnie słowa i niemile zionące czosnkiem. Nasz pan woźnica, chcąc się od nich uwolnić, smagał batem na prawo i lewo bez najmniejszej litości i to dopełniało miary mego przerażenia. Nie wyobrażałem sobie dotąd aby można było kogoś uderzyć, ani żeby mógł to robić z taką pasją nasz poczciwy pan Kiciński, zawsze taki miły, usłużny i grzeczny. Razem z panem Kicińskim bronił nas dzielnie Gopar, któ­ry ze zjeżoną na grzbiecie sierścią ujadał wściekle na intruzów, tocząc z pyska pianę i szczerząc na nich swoje białe kły. Nikt by się nie spodziewał, że Gopar mógł być aż tak wielkim antyse­mitą!

W zimie pan Kiciński przesiadał się z kozła powozu na sanie. Pamiętam zimę z taką ilo­ścią śniegu, że nasze sanie jechały jakby w wąwozie i poza białymi ścianami po obu stronach nic innego nie było widać, nawet białego kościółka położonego na szczycie wysokiej góry Dorotka w Grodźcu, o charakterystycznym kształcie miednicy odwróconej dnem do góry. Saniami w zi­mie jeździliśmy też na zakupy do Czeladzi, miasteczka odległego od Wojkowic o siedem kilome­trów. Według podania głoszonego przez nieznających historii lokalnych patriotów, Czeladź na­zwę swą miała wziąć, podobnie jak i sąsiedni o wiele większy powiatowy Będzin, od słów króla Sobieskiego. Król Jan III w swym marszu na odsiecz Wiednia podobno zatrzymał się ze swymi wojskami w okolicy Będzina na odpoczynek. Miał on wówczas jakoby powiedzieć: My tu będziem (stąd nazwa Będzin), a tam – wskazał ręką na południowy zachód – nasza czeladź (stąd miała się wziąć nazwa Czeladź).

Piękna ta legenda jest niestety całkowicie nieprawdziwa. Korze­nie Będzina sięgają dużo wcześniej, bo IX-go wieku, a pierwsza pisana wzmianka o miejscowo­ści Chelad pochodzi z 1228 roku . Miastem zwie Czeladź już dokument z roku 1240, kiedy to kasztelan krakowski, Klemens z Ruszczy, dał je wraz z innymi dobrami córce, ksieni klaszto­ru benedyktynek w Staniątkach, położonych na drodze z Krakowa do Bochni. Dokument spisany był po łacinie, a córka kasztelana była w nim nazwana Wisenna – zapewne nosiła piękne imię Wiosenna . Obie nazwy Czeladź i Będzin są więc dużo starsze, zamek w Będzinie ufundował król Kazimierz Wielki w 1364 r. i stanowił on fragment obronnego pierścienia zwanego Szla­kiem Orlich Gniazd. W 1683 r. gdy król Sobieski ciągnął pod Wiedeń, miejscowości te istniały już od co najmniej kilku wieków.

Powozem lub saniami jeździliśmy do Czeladzi na przyjęcia do pp. Przedpełskich. Jó­zef Przedpełski był wielką figurą w Zagłębiu: Dyrektorem Generalnym Towarzystwa SATURN. Towarzystwo było właścicielem wielu zakładów przemysłowych na Śląsku, przeważnie kopalni węgla kamiennego, cementowni i elektrowni. Nazwy tych zakładów pochodziły od nazw miej­scowości w których były położone, ale wiele nazw wywodziło się od nazw planet. Była więc w Wojkowicach elektrownia i kopalnia Jowisz oraz cementownia Saturn, kopalnia Saturn w Czeladzi, a także Mars w Łagiszy.

Józef Przedpełski i jego żona Marychna byli niewielkimi, promieniejącymi wesołością i życzliwością do wszystkich grubasami. W Czeladzi, w dużym parku mieściła się Dyrekcja To­warzystwa SATURN i tam Przedpełscy mieszkali w służbowej willi znajdującej się na terenie parku niedaleko budynku Dyrekcji. Pan Józef zaiste nie musiał daleko chodzić do pracy. Do par­ku wjeżdżało się przez wielką żelazną kutą bramę otwieraną przez strażnika urzędującego w stróżówce. Do ich domu wchodziło się po półkolistych schodach na otoczony kolumnami peron. Drzwi otwierała panna służąca w fartuszku i białym koronkowym toczku na głowie. Po naszym wejściu do domu pojawiali się tryskający radością i uśmiechem pan Józef z Marychną, witając przybyłych rodzi­ców tak gorąco i spontanicznie, jakby ich nie widzieli od wieków.

Przedpełscy (po lewej) z rodzicami na naszym balkonie w Gliwicach przy ul. Na Skarpie.

Józef Przedpełski znany był z tego, że wyszukiwał i zatrudniał w Towarzystwie naj­lepszych polskich fachowców górniczych. W dużej mierze byli to starsi wiekiem inżynierowie wykształceni w zagranicznych wyższych uczelniach, mający za sobą doświadczenie pracy w za­głębiach węglowych Donbasu w Rosji lub Ruhry w Niemczech. Pan Józef, ze względu na starą znajomość i pewne długi wdzięczności, jakie jego ojciec miał wobec mego pradziadka Bronisła­wa Zaniewskiego, zaproponował ojcu interesującą i pełną perspektyw na przyszłość pracę w elektrowni Jowisz. Fakt ten przyjęty był przez moich rodziców z wdzięcznością, gdyż o dobrą posadę dla początkujących inżynierów nie było wówczas łatwo. Przedpełscy szczerze lubili moich rodzi­ców, a rodzice byli im wdzięczni za pomoc jakiej im udzielili w czasie, gdy byli jeszcze młodym małżeństwem na dorobku.

Dyrektor Generalny Towarzystwa był ty­pem dyrektora-społecznika. Był inicjatorem wielu akcji socjalnych – w miejscowości Kamieni­ca nad Dunajcem zorganizował stałą kolonię letnią dla dzieci pracowników SATURNA. Opiekował się szczególnie harcerzami. To z jego inicjatywy kopalnia Jowisz zakupiła dla wodniackiej drużyny w Wojkowicach kajaki, a on sam przekazał w użytkowanie harcerstwu swój dworek odziedziczony po ojcu w majątku Łękawa pod Bełchatowem w województwie Piotrkowskim.

Józef Przedpełski był dinozaurem. Należał do wymarłego dziś w Polsce już chyba całkowicie gatunku dyrektorów starej daty. Menedżerów, którzy swej pozycji nie traktowali egoistycznie, jedynie jako szczebla we własnej karierze, lecz stanowisko swe widzieli jako służbę. Takich, którzy swych pracowników nie traktowali jak bezduszne narzędzia służące do wykonania powierzonych im zadań, lecz jak równoprawne ludzkie istoty mające swe problemy, rodziny, prywatne życie, bolączki i potrzeby. Takich wreszcie, którzy poczuwali się do obowiązku nie tylko opieki nad nimi, ale służenia im i dawania im czegoś z siebie.

Sympatia pana Przedpełskiego do harcerstwa trwała od dawna. Miała być może swój początek w zdarzeniu, które pan Kiciński opowiedział nam w czasie jednej z jazd powozem do Będzina. Było to w czasach, gdy pan Przedpełski był jeszcze Zawiadowcą kopalni Jowisz, a kopalnia nie miała powozu, lecz tylko skromną bryczkę. Pan Kiciński wiózł pewnego razu kopalnianą bryczką pana Józefa z Wojkowic do dyrekcji w Czeladzi. Po drodze dogonili furmankę, wiozącą ziemniaki na targ. Za furmanką szedł młody harcerzyk w mundurku. Furka była nieszczelna i na wyboistej drodze ziemniaki wysypywały się z niej czasem. Idący z tyłu harcerz zbierał je wtedy z ziemi i odkładał z powrotem na wóz. Woźnica, będąc przekonany że harcerz kradnie mu ziemniaki z wozu, za każdym razem odwracał się i smagając batem, odganiał chłopca od wozu. Trwało to dosyć długo, aż w końcu rozbawiony pan Przedpełski zaprosił harcerza do swej bryczki. Tu zaczął go wypytywać dlaczego, mimo że oberwał kilka razy batem, nie zniechęcił się i dalej podnosił ziemniaki i oddawał niewdzięcznemu woźnicy? Chłopiec wyjaśnił:

Harcerz codziennie musi zrobić jakiś dobry uczynek.

No dobrze, ale przecież wystarczyło podnieść raz, a potem, gdy dostałeś batem, już dać sobie spokój!

Ponieważ od kilku dni nie uczyniłem żadnego dobrego uczynku, toteż teraz korzystałem z okazji, by nadrobić zaległości.

Historia o harcerzu i panu Przedpełskim musiała być na tyle powszechnie znana w okolicy, że ostatnio została opisana w lokalnej prasie,  choć w nieco innej wersji.

Przyjaźń moich rodziców z Przedpełskimi, rozpoczęta przed wojną jako kontynuacja przyjaźni ich własnych rodziców, trwała przez wszystkie trudne lata okupacji niemieckiej i utrzymywała się nieprzerwanie także i po wojnie aż do końca ich dni.

¬ ¬ ¬

We wrześniu 1938 roku zostałem wysłany do pierwszej klasy szkoły powszechnej jako zdolny chłopiec, potrafiący już czytać. Moja umiejętność czytania została uprzednio sprawdzona doświadczalnie przez Krysię Dąbrowską, moją starszą o kilka lat siostrę stryjeczną – córkę wuja Adama, brata Mamy. Krysia przyjechała do nas w odwiedziny z Warszawy wraz z naszą wspól­ną babcią Kazimierą Dąbrowską – mamą mojej Mamy. Babcia Dąbrowska przywiozła mi piękny prezent – drewniany spacerowy statek rzeczny z wielkimi kołami łopatkowymi po obu bokach i nazwą wypisaną na dziobie. Okręt nie był tylko do oglądania. Świetnie pływał w wannie a tak­że i w ogrodowej beczce z wodą do podlewania.

Mama, chcąc pochwalić się moją umiejętnością czytania poprosiła, aby Krysia poprosiła mnie, abym przeczytał cokolwiek. Krysia rozejrzała się dookoła i powiedziała: przeczytaj jak nazywa się ten okręt, który dostałeś w prezencie. Wiedziałem już oczywiście, że czyta się od przodu do tyłu. Zacząłem więc od początku, czyli od dziobu okrętu. Na prawej burcie z wielką dumą i nie bez trudu odczytałem na głos tę nazwę. Była ona trudna do wymó­wienia i brzmiała bardzo tajemniczo: WAŁCORWONI. Mama była nieco zażenowana, a Krysia nie wiadomo czemu, zamiast mnie pochwalić, wybuchnęła śmiechem.

Szkoła w Wojkowicach była dumą całej wsi. Była nowa, murowana i niedawno wybu­dowana ze składek społeczeństwa. Wszystko było tam jeszcze świeże i pachnące farbą. Do szkoły miałem prawie dwa kilometry, chodziłem codziennie na piechotę tam i z powrotem na skróty przez pola obok fabryczki wyrobów metalowych Unierzyskiego. Dało mi to dobry trening na przyszłość.

W celu uzupełnienia mojego wykształcenia o znajomość języka obcego, rodzice zatrudnili młodą katowiczankę, pannę Zofię Łakota. Jako pochodząca z miejscowej śląskiej rodzi­ny z Wełnowca, władała biegle językiem niemieckim. Nauka polegała na tym, że panna Zofia miała odprowadzać mnie codziennie do i ze szkoły, chodzić ze mną na spacery i odzywać się do mnie wyłącznie po niemiecku. Wydawało mi się to wyjątkowo nienaturalne bo wiedziałem, że panna Zofia doskonale umie mówić po polsku. Słyszałem prze­cież, jak bez najmniejszego trudu i bez żadnego obcego akcentu rozmawia po polsku z wszyst­kimi innymi domownikami. Wobec tego zapierałem się jak muł i za żadne skarby nie chciałem przemówić słowa po niemiecku. Była to poczciwa, nieśmiała 23 letnia panna, której zatruwałem życie jak mogłem nie chcąc uczyć się niemieckiego i podobno terroryzowałem bez litości, robiąc przy każdej okazji najprzeróżniejsze figle. Z perspektywy czasu widzę, że nieszczęsnej pannie Zofii mocno dawałem się we znaki. Uważałem ją za przyczynę mego nieszczęścia i osobę, z po­wodu której spadł na mnie dopust w postaci wysiłku dodatkowej nauki, a do tego nielubianego języka. Przykro mi teraz z powodu tego mego zachowania tym bardziej, że matka panny Zofii była biedną bezrobot­ną wdową, wychowującą samotnie dwójkę dzieci – Zofię i młodszego od niej o trzy lata syna Rudika, którego nazywali Hasele – co po niemiecku znaczy zajączek.

Może to z powodu przetrenowania spowodowanego codziennym dwukilometrowym spa­cerem do szkoły, nie miałem zbytniego zacięcia do ćwiczeń fizycznych i do trenowania mych mięśni. Od młodości wolałem i wolę nadal ćwiczyć raczej mózg niż mięśnie. Uwielbiałem różne ćwiczenia umysłowe, zagadki matematyczne i logiczne. Razem z ojcem bawiliśmy się w rozwiązywanie różnych zagadek. Tata mówił na przykład: Idę sobie ulicą. Z daleka widzę, że zbliża się jakaś pani. Podchodzę bliżej i spostrzegam, że to nie jest ona, lecz jej siostra – po­wiedz mi gdzie jest błąd w tym opowiadaniu? Trzeba było mocno ruszyć rozumem, żeby znaleźć błąd logiczny. Przepadałem także za zagadkami matematycznymi, w których Tata odgadywał liczbę, jaką sobie pomyślałem. Zabawa ta miała wiele różnych, bardziej lub mniej skomplikowa­nych wariantów. W najprostszej wersji wyglądało to na przykład tak, że ojciec mówił:

Pomyśl sobie jakąś liczbę – wymyślałem na przykład 5

Teraz pomnóż ją przez 2 – wychodziło 10

Dodaj do tego 3 – wychodziło 13

A teraz odejmij od tego liczbę, którą sobie pomyślałeś – wychodziło 8

Powiedz mi ile ci wyszło ? – osiem? – A więc pomyślałeś sobie 5!

Długo nie mogłem zgłębić sposobu, dzięki któremu Tata czytał w moich myślach!

¬ ¬ ¬

Jak wszyscy inni szkolni chłopcy, musiałem w ramach nauki religii również i służyć do mszy św. Mimo wszelkich wysiłków, nie byłem jednak w stanie nauczyć się ministrantury. Nie­znajome łacińskie słowa nic dla mnie nie znaczyły i za żadne skarby nie wchodziły do głowy. Kojarzyły mi się raczej z przedrzeźniającym łacinę powiedzonkiem, którego nauczyli mnie szkolni koledzy: Krakręmija, kretmaryja, śpitulis, nostrę. Oznaczało to po prostu, że jed­na kra płynąc w zimie po wodzie mija drugą krę, że kret zamiast nosa ma ryj, że lis tu właśnie śpi w tym miejscu i że ja pocieram sobie mój nos. Kiedy szybko wypowiadało się to zdanie z odpowiednią intonacją, wychodziło coś podobnego do łaciny. A w kościele, gdy na słowa księdza Dominus vobiscum należało odpowiedzieć Et cum spiritu Tuo – rozumiałem je jako Edku spirytu szło i traktowałem jako niezrozumiałą, ale nieulegającą wątpliwości aluzję do zbierającego w kościele pieniądze na tacę pana Edka, który gdzieś szedł po spirytus. Na me usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że byłem wówczas w wieku, w którym nic, ale to zupełnie nic, nie rozumie się z tego co się w kościele dzieje i z doniosłości misterium, którym jest Msza Święta. Dodatkowo, przebywanie na podwyższeniu przy ołtarzu, gdzie byłem wystawiony na krytyczny wzrok wszystkich obecnych tak mnie peszyło, że byłem zupełnie sparaliżowany z tremy i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa.

Miary nieszczęścia dopełniał ceremoniał wychodzenia od ołtarza do zakrystii po mszy św. Normalnie od­bywa się to tak, że ksiądz chwilę czeka aż ministranci ustawią się przed nim w dwójki – naj­młodsi na początku, a starsi potem i dopiero wówczas, ministranci pierwsi od najmłodszych do najstarszych, a ksiądz za nimi na samym końcu, wychodzą z przed ołtarza do zakrystii. Kolej­ność ta była w sposób tak zasadniczy sprzeczna z wpojoną mi w domu regułą, że dorośli najprzód, a dzie­ci dopiero potem, że przez trzy kolejne niedziele nie byłem w stanie się przełamać i stałem jak wryty, by uprzejmie przepuścić księdza Sewerynka przed sobą. Powodowało to duże zamieszanie przed ołtarzem, zakłócało ustalony odwieczny ceremoniał i kończyło się tym, że na początku prawidłowo szli inni ministranci nie do pary, potem zdenerwowany ksiądz proboszcz, a ja dopie­ro na samym końcu pojedynczo. Na czwartą niedzielę ksiądz dobrodziej zrezygnował definitywnie z moich dalszych usług i wpisał mi czwórkę z ministrantury.

Na szkolnej nauce religii spotkał mnie pierwszy w życiu wstrząs moralny. Dowiedziałem się tam bowiem, że mój brat Gopar (podobnie jak i reszta zwierząt), nie posiada duszy. Było to całkowicie sprzeczne z moim dotychczasowym głębokim przekonaniem. Wywołało mój gwałtowny protest. Było dla mnie zupełnie nie do przyjęcia, aby Gopar mógł nie mieć duszy. Byłem przekonany, że jest to jakieś nieporozumienie, pomyłka katechetki. Gdy jednak po powrocie do domu Mama potwierdziła mi to samo, uświadomiłem sobie wtedy nagle, że jest to cicha zmowa dorosłych, zwalniająca ich z wyrzutów sumienia przy polowaniu oraz zabijaniu zwierząt w rzeźni. Resztki tego przekonania pokutują we mnie do dzisiaj.

¬ ¬ ¬

Rok 1939 był w życiu naszej rodziny pełen nowych wydarzeń. Na wiosnę rodzice kupili pierwszy w swym życiu samochód. Poznałem wtedy wiele nowych i tajemniczych technicznych wyrazów, jak gaz, korba do uruchamiania motoru, karburator, pneumatyk, czy ma­gneto. Zakup ten spowodował wzrost stanu wojkowickiego taboru samochodów osobowych od razu aż o 50 procent, z dwóch dotychczasowych aut do trzech.

Był to poczciwy kabriolet firmy OPEL, nazywał się KADET i psuł się często. Dostarczył nam wiele radości w czasie Taty urlo­pu. Dzięki niemu mogliśmy robić wycieczki krajoznawcze. Ani Tata, ani Mama nie mieli do tej pory możliwości robienia wycieczek turystycznych po Polsce. Mama była warszawianką, całe swoje panieńskie życie spędziła głównie w dużych miastach: Warszawie, Charkowie i Moskwie. Nie miała wiele okazji do turystyki po Polsce. Ojciec chodził do szkół rosyjskich i większość swej młodości spędził na Kaukazie w Tyflisie, stolicy Gruzji. Na wakacje rodzice zabierali go nie do odległej Pol­ski, lecz do uzdrowisk w Soczi, Suchumi lub Batumi nad Morzem Czarnym albo w okolice Baku nad Morzem Kaspijskim. W Abchazji, w uzdrowiskowej miejscowości Gagra leżącej nad Mo­rzem Czarnym pomiędzy Soczi a Picundą, dziadek Wacław miał podobno willę położoną malowniczo na opadającym do morza stoku Kaukazu. Spędzali tam większość swych urlopów. Ojciec lepiej znał wybrzeże Morza Czarnego i kraje kaukaskie niż Polskę.

Po wybuchu rewolucji, jako młody elew Szkoły Kadetów, ojciec brał udział w walkach z bol­szewikami w oddziałach armii generała Wrangla. Po rozbiciu tej armii udało mu się w 1920 roku wydostać z Groznego na Kaukazie i długą okrężną drogą dobrnąć do Polski. Zamieszkał wtedy w Warszawie u swej ciotki wdowy Bronisławy. Mieszkała tam też jego druga ciotka, siostra Bronisławy, Janina, też wdowa. Na jesieni 1921 roku dotarła tam z Rosji i jego matka, wówczas też już wdowa. Mieszkał więc z trzema wdowami – siostrami, co nie mu­siało być dla niego zapewne zbyt zabawne, gdyż panie te odznaczały się dużymi indywidualnościami, a natura wyposażyła je w silne temperamenty. Nie zawsze panowała między nimi harmonia. By zarobić na utrzymanie chwytał się różnych zajęć. Był między innymi dowódcą oddziału obsłu­gującego pralnie dla rosyjskich jeńców wojennych, pracował jako technik w telefonach, a w koń­cu jako prokurent w Banku Handlowym w Warszawie. W 1921 roku wstąpił na Wydział Elek­tryczny Politechniki Warszawskiej. Studiował długo – przeszło dziesięć lat. Musiał przerywać naukę by podejmować pracę zarobkową dla zdobycia pieniędzy na studia oraz utrzymanie swoje i swej matki.

¬ ¬ ¬

Kopalnia Jowisz w Wojkowicach Komornych.

Zdjęcie zrobione z silosów cementowni Saturn.

Po prawej domy kolonii na górce.

Życie na naszej kolonii na Jowiszu płynęło łatwo, spokojnie, bezpiecznie i beztrosko. Na­sza górka była czymś w rodzaju zacisznej oazy, otaczającej swych mieszkańców troskliwymi, opiekuńczymi, przyjaznymi ramionami. Ogrodnik kopalniany pan Pronobis i jego pomocnicy utrzymywali ogródki i trawniki mieszkańców górki w nienagannym stanie, strzygli żywopłoty, kosili i grabili trawę. Uliczki naszego osiedla sprzątane były i utrzymywane w czystości przez służby porządkowe Towarzystwa SATURN. Naszego bezpieczeństwa w nocy pilnowali nocni stróże, wyposażeni przez Towarzystwo w olbrzymie zegarki wielkości budzika. Dla uniemożli­wienia im w nocy drzemki i zmuszenia do obchodu swego rejonu, stosowany był specjalny sza­tański sposób. Nieszczęśnicy musieli nakręcać swoje zegarki co 15 minut we właściwej kolejno­ści specjalnymi kluczami, umieszczonymi na łańcuszku w skrzynkach rozmieszczonych na ulicy w różnych miejscach naszej kolonii. Jeżeli stróż przegapił chociażby jedno nakręcenie, zegarek zatrzymywał się bezpowrotnie, zdradzając w ten sposób, że obowiązek nie został należycie wy­konany, wskazując równocześnie miejsce i godzinę, o której to się stało.

Panowie i Panie które interesowały się sportem, mieli do dyspozycji otoczony wysoką siatką kort tenisowy, utrzymywany przez Towarzystwo i wysypywany co tydzień nową porcją czerwonej tłuczonej cegły. Dla ochłody w gorące dni mieszkańcy górki mogli kąpać się w ba­senie przeciwpożarowym położonym na miejscu na terenie cementowni albo, co było w lepszym tonie, jeździć na kąpielisko miejskie do pobliskich Piekar, położone obok kopalni o nazwie Orzeł Biały. W basenie pływała wodna huśtawka w postaci długiej belki z dwoma fotelami na przeciwnych końcach przymocowanej do dużego bębna. Kiedy na jednym fotelu siedział mój Tata, a na drugim pan Michalewski, to mimo największych wysiłków, ojciec był zawsze na górze, a pan Michalewski moknął w wodzie na dole, bo był dużo cięższy. Z miejsca na górze huśtawki można było obser­wować domy i mieszkańców pobliskich przedmieść niemieckiego Bytomia, bo kąpielisko w Piekarach położone było chyba nie dalej niż o 100 metrów od niemieckiej granicy.

Mieszkania na naszej kolonii, i te w domkach bliźniaczych, a jeszcze bardziej te w wil­lach jednorodzinnych posiadały, jak na owe czasy, wysoki standard. Wprawdzie ogrze­wane były piecami kaflowymi, ale węgiel był deputatem zagwarantowanym w umowie o pracę i był darmowo dostarczany przez Towarzystwo. Wszelkie domowe naprawy wykonywane były przez warsztaty Towarzystwa – mieszkańcy o nic nie musieli się martwić, wystarczył telefon do Kierownika Administracji. Każdy dom był piętrowy, wyposażony w dwie łazienki. Na parterze był hol wejściowy, zwany przez miejscowych zagłębiaków z francuska antrejem. Stanowiło to, oprócz francusko brzmiących nazwisk lokalnych mieszkańców, także niewątpliwy ślad po maruderach napoleońskich pozostałych w tych okolicach prze­szło sto lat temu, w czasie odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy. Z antreju wchodziło się do ko­rytarza, potem były trzy lub cztery duże pokoje, mała łazienka, kuchnia ze spiżarką i sionką, przez którą było wyjście do ogrodu, a obok służbówka. Na półpiętrze był jeden pokój, a na piętrze dwa albo trzy pokoje, duża łazienka i wyjście na balkon. Ciekawostką w kuchni był umieszczony na ścianie tzw. numerator. Była to skrzynka z wyskakującymi na niej numerami pokojów, umożli­wiająca wezwanie pomocy domowej bez potrzeby nieeleganckiego wykrzykiwania na cały dom. Wystarczyło nacisnąć guzik znajdujący się w każdym pokoju koło drzwi, a odpowiedni numer pojawiał się na numeratorze. Towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk dzwonka, który by zbudził ze snu nawet nieboszczyka, a nieszczęsną pomoc domową omal nie doprowadzał do ataku serca. Działało to zwykle tak długo, dopóki sprytna pomoc domowa nie znalazła sposobu na zepsucie tej piekielnej maszyny.

Pracownicy dozoru Towarzystwa SATURN mieli w południe dwie godziny przerwy na obiad. Tata przychodził do domu kilka minut po południu. Siadaliśmy wtedy do stołu i Tereska podawała obiad. Po obiedzie ojciec robił obowiązkową sjestę w ogrodzie na leżaku lub w salonie na tapczanie. Na drugą po południu szedł z powrotem do pracy i o szóstej wracał do domu. W soboty nie pracowało się – były one przeznaczone na wizyty, wyjazdy na zakupy lub odwiedziny znajomych mieszkających poza Wojkowicami.

Mieszkańcy kolonii na Jowiszu prowadzili intensywne życie towarzyskie nie tylko w ra­mach mieszkańców górki, ale także ze znajomymi mieszkającymi w podobnych jak nasza ko­loniach w Czeladzi, na Piaskach, Grodźcu i innych miejscowościach Zagłębia. Potrzeby kulturalne zaspaka­jały wyjazdy do Katowic, gdzie był dobry teatr, Muzeum Śląskie, sale wystawowe i kina, a na polach Muchowca odbywały się większe imprezy sportowe.

Wynagrodzenia mieszkańców naszej kolonii musiały być chyba stosunkowo dobre i wystarczać w zupełności na zapewnienie im i rodzinom dostatniego życia bez kłopotów finansowych. Nie pamiętam, aby w domu była mowa o drastycznym braku pieniędzy, mimo że moi rodzice byli na dorobku. Żywność była tania, a gospodynie z Wojkowic prześcigały się w roznoszeniu po do­mach prawie za bezcen mleka, masła, sera i jajek, a przy okazji świniobicia robiły poważną konkurencję lokalnym sklepom mięsnym. Towarzystwo SATURN było w pełnym rozkwicie, a nasza przyszłość zapewniona i wytyczona: Tata po latach przejąłby zapewne miejsce pana Przedpełskiego i został dyrektorem generalnym Towarzystwa, a może potem ministrem ener­getyki, a ja po studiach na politechnice poszedłbym niewątpliwie w jego ślady.

Jakże złudne okazuje się być w rzeczywistości tego rodzaju poczucie bezpieczeństwa i jak zawodne są ludzkie plany budowane na jego podstawie! Nieświadomi grożącego niebezpieczeństwa, wszyscy nasi znajomi też cieszyli się z dobrze rysujących się perspektyw i robili plany tak na dalszą przy­szłość, jak i na najbliższe wakacje. Wyjazd na urlop i pozostawienie pustego domu nie stanowiło żadnego problemu. Po prostu przed wyjazdem oddawało się klucze od domu kierownikowi administracji i od tej pory Towarzystwo SATURN przejmowało opiekę nad mieszkaniem i peł­ną odpowiedzialność za pozostawiony w nim dobytek. Większość rodzin na letnisko wyjeżdżała do Żarek koło Myszkowa lub Bukowna koło Olkusza, a w zimie, ze względu na lecznicze dla śląskich dzieci zalety klimatu, do Rabki na Podkarpaciu.

Nasze życie płynęło więc raczej beztrosko. Jednakże do naszych drzwi bardzo często stu­kali żebracy z prośbą o wsparcie. W rozmowach dorosłych słyszałem też czasem jakieś okrop­ne, wstrząsające opowieści o bezrobotnych z biedaszybów, którzy zarabiali na życie kopiąc węgiel w odkrywkowej dzikiej kopalni na peryferiach Wojkowic w miejscu nazywającym się nomen-omen Uciekaj. Do­rośli mówili, że praca ta jest niebezpieczna i bardzo często zdarzają się tam wypadki śmiertelne. Ponieważ robią oni konkurencję kopalni, więc znowu przepędziła ich brutalnie policja. Były to jednak jakby echa dalekich spraw, które mieszkańców naszej górki bezpośrednio nie doty­czyły, a dla mnie osobiście nic nie oznaczały. Jedynie dla stosunkowo licznych zagłębiowskich komunistów, pesymistów oraz ludzi obdarzonych zdolnością przewidywania wypadków zaczy­nało być coraz bardziej oczywiste, że to nasze beztroskie życie jak w bajce, prawie jak na jakiejś rajskiej wyspie i taki błogostan są zbyt piękne, aby miały szansę trwać jeszcze długo.

Na niedalekiej od nas niemieckiej granicy zaczęły już gromadzić się czarne chmury i do­chodziły nas stamtąd niepokojące wiadomości o ruchach i koncentracji wojsk niemieckich. Na wiosnę była zbiórka na FON – Fundusz Obrony Narodowej różnych metali, nie wiadomo czemu nazywanych kolorowymi, bo wcale nie miały żadnych nadzwyczajnych kolorów. Oddałem z ociąganiem i pewnym żalem jedną z moich ulubionych zabawek – grube ciężkie imadło z brązu, przy pomocy którego robiłem eksperymenty w ściskaniu palców rąk panny Zofii. Panna Zofia była tak poczciwą istotą, że dla świętego spokoju nawet nie broniła się zbyt energicznie przed tymi doświadczeniami. Imadło miało posłużyć do odlania armaty, a ta armata miała odstraszyć Niemców od odebrania nam jakiegoś korytarza do Gdańska.

W domu była ciągle mowa o tym, że w razie wojny Tata pójdzie do wojska, gdyż jest podporucznikiem pospolitego ruszenia. Mama rozpaczała, Babcia chodziła jak struta, bo z powodu poprzedniej wojny straciła przecież swego męża i obawiała się, że na tej nowej może stracić swego jedynego syna. Ja byłem dumny, że będę miał Tatę, który nosi mundur. W mundurze SOKOŁA ojciec wyglądał bardzo dziarsko, ale na jednej z fotografii w domowym albumie zauważyłem, że w mundurze wojskowym wyglądał jeszcze bardziej chwacko.

Ojciec (w środku) na ćwiczeniach

łączności. Przemyśl 1930 r.

Razem z rodzicami, całą naszą kolonią oraz mieszkańcami okolicznych miejscowości jeździliśmy też na wojskowe lotnisko do Pyrzowic. Kopaliśmy wokół niego na polach w żółtym piasku rowy przeciwczołgowe mające nie dopuścić Niemców do naszych samolotów, a mieliśmy ich przecież aż cały tysiąc. Widziałem to na własne oczy na dużym plakacie, naklejonym na słu­pie reklamowym stojącym koło naszej szkoły. Na plakacie tym Pan Marszałek Rydz-Śmigły w galowym mundurze i z wypiętą, pełną medali piersią wyciągał rękę przed siebie, a zza jego ple­ców wylatywały w kierunku wskazywanym przez Pana Marszałka jedna po drugiej niezliczone eskadry samolotów i robiąc się coraz mniejsze, ginęły w głębokiej dali na drugim końcu plakatu. Na dole było napisane że mamy 1000 samolotów i że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Ponieważ wierzyłem bez zastrzeżeń w to co było napisane na plakacie, toteż niczego się nie bałem, a opo­wiadania dorosłych o zbliżającej się wojnie z Niemcami i ich przewadze nad nami traktowałem jak niegroźne bajki o złym wilku, które starsi tak bardzo lubią opowiadać dzieciom aby je po­straszyć. Ja wiedziałem swoje – w razie czego Pan Marszałek wyśle na Niemców nasz tysiąc sa­molotów i nie oddamy im nie tylko żadnego korytarza, ale nawet ani jednego guzika od mundu­ru. Tak było napisane na innym plakacie, który był naklejony na tablicy ogłoszeń przy remizie strażackiej.

Jeszcze przed wakacjami dostaliśmy wszyscy torby z maskami gazowymi i pochłania­czami. Gopar też miał swoją maskę z długim ryjkiem, Tata specjalnie się o to postarał. Miały duże szklane oczy i długie zielone karbowane rury, które należało przykręcić z jednej strony do nosa maski, a z drugiej do olbrzymiej puszki pochłaniacza. Pachniały niemiło gumą, oddychało się z trudem, ale za to wyglądaliśmy w nich wyjątkowo zabawnie. Wszyscy chodziliśmy na specjalne ćwiczenia, gdzie uczyliśmy się zakładać je bardzo szybko. Jedynie Gopar na ćwiczeniach za żad­ne skarby nie pozwalał sobie nałożyć na głowę swojej maski.

Pewnego dnia do sali w remizie strażackiej przyjechał pan porucznik z oddziałem żołnierzy. Pokazywali dorosłym oraz szkolnym dzieciom jak wyglądają pojemniki z gazem trującym, zapalające bomby fosforowe, miny, amunicja i inne nadzwyczaj interesujące nas chłopców materiały wybuchowe. Pan porucznik mówił, że niemieccy dywersanci i niemiec­kie samoloty mogą rozrzucać to w różnych miejscach i że pod żadnym pozorem nie wolno doty­kać żadnych takich, ani innych nieznanych nam przedmiotów, bo mogą wybuchnąć, urwać rękę albo wręcz zabić. Gdyby ktoś znalazł coś takiego, to powinien natychmiast zawiadomić pa­na Serafina, który mieszkał nad posterunkiem policji w Wojkowicach, bo był policjantem, a może nawet samym dowódcą posterunku. Dziewczynki były przestraszone i pytały się czy aby pan Serafin, który nosił sumiaste wąsy i miał z tego powodu bardzo groźny wygląd, nie będzie się gniewać że mu się przeszkadza. My chłopcy nie bardzo wierzyliśmy w opowiadania pana porucznika i obiecywaliśmy sobie, że jak tylko coś takiego znajdziemy, to najprzód sami wypróbujemy jak to działa i czy rzeczywiście wybucha.

¬ ¬ ¬

W czerwcu z dumą przyniosłem do domu podobno całkiem dobre świadectwo szkolne, które wówczas nazywało się laurka. Niedługo potem rozstaliśmy się z Tereską i panną Zofią, którym należał się urlop Poza tym chciały być w swych domach w tym napiętym okresie. My wyjechaliśmy na wakacje do zamku w Pieskowej Skale koło Ojcowa, a później w błyskawiczną turystyczną podróż po Polsce, bo okazało się, że Tata jednak nie będzie nosił wojskowego mun­duru. Został wyreklamowany przez Towarzystwo SATURN gdyż stwierdzono, że jako pra­cownik przemysłu energetycznego będzie dla Polski bardziej potrzebny robiąc prąd w elektrowni niż strzelając do Niemców. Mama i Babcia odżyły, ja też cieszyłem się, że ojciec zostanie z nami, ale mimo to podczas tak długo oczekiwanego pierwszego w życiu samochodowego urlopu humory dorosłych nie były najlepsze. Niewiele pamiętam z tych wakacji poza upałem w samochodzie, naprawami hamulców, kurzem na dziurawych drogach i zjawiskiem fatamorga­ny na horyzoncie asfaltowej szosy, z którym zetknąłem się wówczas po raz pierwszy w życiu.

Po powrocie nie zostaliśmy w domu długo, bo zaraz potem Tata wysłał nas, czyli Babcię, Mamę, Gopara, i mnie do Krasnegostawu koło Zamościa, który wówczas położony był w środku Polski, na połowie drogi między granicą niemiecką i rosyjską. Mieszkała tam ciocia Stanisława Dąbrowska stryjeczna babcia Mamy. Tam, daleko od Niemców, mieliśmy być bezpieczni. Wojkowice były odległe zaledwie o kilkanaście kilometrów od niemieckiej granicy i widocznie ojciec obawiał się, że Pan Marszałek może nie zdążyć wysłać samolotów na czas aby nas obronić przed Niemcami, choć ja byłem przeko­nany, że jest to absolutnie niemożliwe. Z Krasnegostawu mieliśmy wrócić do domu za kilka dni, jak tylko pokażemy Niemcom gdzie raki zimują.

Pojechaliśmy tam naszym autem, a zawiózł nas pan Kiciński, który idąc z postępem, przesiadł się z kozła konnego powozu za kierownicę pojazdu mechanicznego. Do Krasnegostawu było przeszło 350 kilometrów, jak się okazało, wą­skiej i bardzo złej drogi. Jazda była jednym wielkim koszmarem. W nocy, aby sa­moloty niemieckie nie mogły obserwować ruchów na szosach w Polsce, obowiązywało zaciem­nienie i reflektory naszego KADETA musiały być zasłonięte. Mogły mieć jedynie małą szparkę, na której był naklejony niebieski celofan od cukierków co powodowało, że właściwie nic nie oświetlały. Pan Kiciński był przerażony bo nie widział drogi i musiał jechać prawie na oślep. Goparowi udzieliło się widocznie zdenerwowanie pana Kicińskiego, bo wiercił się bez ustanku i chciał uciekać z auta. Mama i Babcia były przerażone, ale nadrabiały minami. W aucie było duszno, trzęsło i okropnie śmierdziało benzyną, której zapas wieźliśmy ze sobą w bańkach, bo na stacjach już nie zawsze można ją było kupić. Musiałem się chyba zatruć oparami, bo dosta­łem torsji i jedyne, co utkwiło mi w pamięci z tej długiej makabrycznej jazdy to straszliwe nudności, okropny ból żołądka i mękę bezustannego wymiotowania przez okno samochodu który je­chał w ciemności krok za krokiem wśród innych poruszających się niewyraźnych cieni.

Droga ciągnęła się i ciągnęła w nieskończoność. W nocy nie można było szybko jechać z powodu zaciemnienia, a w dzień z powodu tłoku na wąskich drogach. Tę trasę jechaliśmy cały dzień i noc. W dzień z bezchmurnego nieba lał się sierp­niowy, biały słoneczny żar, było upalnie i duszno, a w nocy szczękaliśmy zębami z zimna i zde­nerwowania. Przyjechaliśmy tak wymęczeni, że zaraz poszliśmy spać. Pan Kiciński nie odpo­czywając wiele, natychmiast odjechał z powrotem, żeby odstawić auto Tacie do Wojkowic. Mimo że ciocia Stasia mieszkała w dworku z niewielkim parkiem w którym mogłem hasać do woli i było całkiem przyjemnie, zupełnie jakbyśmy byli na drugich wakacjach, po tygodniu Mama i Babcia zaczęły się niecierpliwić. Ojciec ciągle nie dawał nam sygnału do po­wrotu do domu i nie przysyłał po nas pana Kicińskiego.

Po kilku następnych dniach wraz z mieszkańcami Krasnegostawu dowiedzieliśmy się z radia, że wczesnym rankiem pierwszego września 1939 roku Polska została zaatakowana przez Niemców. Ostrzelany został polski garnizon na Westerplatte, a wcześniej jeszcze samoloty niemieckie zbombardowały szpital i kościół w Wieluniu, małym miasteczku pod Łodzią, niemającym żadnego znaczenia wojsko­wego. Dla Mamy i Babci była to druzgocąca wiadomość. Drżały o los Taty, który był na samym brzegu Polski, tuż przy niemieckiej granicy. Z radia niewiele więcej można się było dowiedzieć, nadawano tylko marsze wojskowe lub zaszyfrowane dziwne informacje uwa­ga, uwaga, nadchodzi, które jeszcze bardziej wzmagały nasz niepokój. Po dwóch dniach w ra­diu były wiadomości o dużej bitwie pod Bieruniem, czyli w strefie leżącej już 40 kilometrów na wschód za Wojkowicami! Co się działo z ojcem? Zaczynały ogarniać mnie wątpliwości, czy aby Pan Marszałek jest rzeczywiście tak silny jak na tym plakacie koło mojej szkoły?

Po kilku dalszych dniach pełnych niepokoju i coraz to gorszych wiadomości z frontu walki z Niemcami, ojciec zjawił się w Krasnymstawie. Radość była szalona, byliśmy znowu wszyscy razem. Tata był na piechotę, bez żadnego bagażu, słaniał się na nogach i był wymęczo­ny do ostatnich granic. Opowiedział nam, jak w ostatnim momencie udało mu się uciec przed Niemcami. Kiedy w nocy z 2 na 3 września wojsko niemieckie wchodziło do Woj­kowic z zachodu od strony Piekar, a w Żychcicach został ostrzelany wycofujący się batalion majora Tomasika broniący tego rejonu, wraz z czterema innymi osobami z elektrowni które zabrał ze sobą, wskoczył do naszego samochodu i w ostatnim momencie uciekł drogą przez Grodziec na wschód. Jechał do nas do Krasnegostawu, ale po drodze, gdzieś pod Kielcami, w aucie zabrakło benzyny, a nie było już mowy o tym, żeby ją gdziekolwiek kupić. Zostawił więc nieprzydatnego KADETA na wsi u gospodarza w stodole i dalej wraz z wielką falą ludzi uciekających na wschód przed Niemcami, różnymi okazjami ale głównie na piechotę, po kilku dniach udało mu się dotrzeć do nas.

Ojciec miał wprawę w przedzieraniu się przez kraj ogarnięty chaosem. Gdy był 22 letnim zaledwie młodzieńcem, zrobił samotnie kilka tysięcy kilometrów by w trakcie trwania wojny polsko-bolszewickiej przedrzeć się w 1920 roku z Groznego na Kaukazie do Warszawy.

Rodzice nie wiedzieli, podobnie zresztą jak i wszyscy inni uciekinierzy, co dalej robić. Postanowili więc korzystać dalej z gościnności naszych gospodarzy i czekać na rozwój wyda­rzeń. Ciągle jeszcze nie ulegało dla nas wątpliwości, że po chwilowych niepowodzeniach pobi­jemy ostatecznie Niemców na głowę. Komunikaty radiowe i wieści przynoszone przez nadcią­gające dalsze fale przerażonych uciekinierów zaczynały jednak rysować zupełnie inną możli­wość, o której aż strach było pomyśleć: że to nie my Niemców, ale Niemcy nas pokonają. To co słyszeliśmy przez radio w następnych dniach coraz bardziej zaczynało wskazywać na tę drugą ewentualność.

Dziesiątego września pojawili się w Krasnymstawie dziwni żebracy proszący o pieniądze lub jedzenie. Opowiadali, że zostali zwolnieni z więzienia, bo władze wypuściły ich na wolność nie chcąc, by dostali się w ręce Niemców. Niektórzy z nich dopytywali się, gdzie jest ja­kaś jednostka wojska polskiego, bo chcieli iść tam by bić się z napastnikami. Ale mogli to być też i szpiedzy niemieccy, chcący w ten sposób zdobyć informacje o miejscu pobytu pol­skich oddziałów. Niemiecka piąta kolumna działała bardzo sprawnie i podobno roiło się wówczas dookoła od niemieckich szpiegów i dywersantów. Z tego i wielu innych faktów zaczęliśmy wyciągać coraz bardziej pesymistyczne wnioski na temat naszej zdolności obronnej i sytuacji w przyszłości. Zaczynał się robić chaos, w Krasnymstawie przybywało uciekinierów, a w sklepach coraz trudniej było o żywność. Straciłem zupełnie całą moją dotychczasową bezgraniczną wiarę w Pana Marszałka.

Chyba gdzieś po połowie września wybuchła kanonada. Uciekliśmy do piwnicy a Gopar, który okazał się być bardzo nieodporny na huk, wlazł ze strachu pod tapczan i nie można go było stamtąd wyciągnąć. Gdy strzelanina ucichła i wyszliśmy z piwnicy okazało się, że w Krasnymstawie jest niemieckie wojsko. Dalej na wschodzie nie mieliśmy nikogo, więc nie było już dokąd uciekać. Na pewno czuwał nad nami nasz Anioł Stróż i zatrzymał nas w Krasnymstawie, bo 17-go września zaatakował Polskę od wschodu Związek Sowiecki, kraj z którym mieliśmy zawarty pakt o nieagresji. Bolszewicy, realizując nieśmiertelną a megalomańską ideę Lenina, pragnęli dobrodziejstwami swej rewolucji obdarzyć, jeśli już nie świat cały, to przynajmniej jak największe połacie ziem Europy, leżących za ich zachodnią granicą. Ci uciekinierzy, którzy w obawie przed Niemcami poszli dalej na wschód, zostali zagarnięci przez Rosjan i w większości nie wrócili już do swoich domów – byli potem wywiezieni na dalekie północne i wschodnie krańce Związku Sowiec­kiego. Po tym niespodziewanym uderzeniu w plecy i zdradzieckim ataku bolszewików na Polskę od tyłu stało się dla wszystkich jasne, że nie można już liczyć na żadną kontrofensywę wojsk pol­skich o której dotychczas mówiło się z nadzieją i że losy wojny są już przesądzone. I tak rzeczywiście się stało.

Około 20-go września 1939 roku pożegnaliśmy gościnny dom cioci Stasi w Krasnymstawie i zabraliśmy się w drogę powrotną do domu w Wojkowicach. Wzięli­śmy ze sobą tylko żywność i najbardziej niezbędny, podręczny bagaż. Odbywało się to począt­kowo wynajętymi furmankami, potem różnymi okazjami, a w końcu przeważnie na piechotę. Raz podwieźli nas autem żołnierze niemieccy. Wieźli w zdobycznym wojskowym samochodzie cię­żarowym, jeszcze z polskimi numerami rejestracyjnymi, jakieś płyty z białego metalu. Były to po­dobno, jak się chwalili, zapasy polskiej platyny z Zakładów Azotowych w Tarnowie, służącej tam jako katalizator przy produkcji kwasu azotowego. W przeciwieństwie do bolszewików, którzy bezmyślnie niszczyli, zgłodniałe hordy teutońskich Kulturträger’ów parły nach Osten by zagrabić tam i ziemię, i dobytek jej mieszkańców. Niemcy już wtedy, od samego początku, przystąpili do systematycznej grabieży łupów z podbitego kraju. Dowiedział się tego Tata od niemieckich żołnierzy, bo mówił dobrze po niemiecku – w Korpusie Kadetów uczył się tego ję­zyka, a w czasie studiów na Politechnice był w Wiedniu na praktyce w Zakładach SIEMENS’a. Ojciec zastosował wobec żołnierzy dobrze działającą na Niemców metodę – krzy­kiem i traktując ich z góry wymógł na podoficerze, aby zabrali nas i kilka innych matek z dziećmi na ten samochód. Gdy zdumieni takim zachowaniem Niemcy pytali Tatę aber wer sind Sie? , Tata odpowiadał zgodnie z prawdą, choć wymijająco ich bin ein elektro-Ingenieur. Dzięki wysiłkom panny Zofii rozumiałem już te rozmowy, chociaż zupełnie nie zdawałem sobie wów­czas sprawy z grozy sytuacji. Ojciec normalnie, na co dzień był bardzo wesołym i łagodnym człowiekiem. Gdy bywał jednak przyciśnięty do muru lub znajdywał się w sytuacji krytycznej albo w jakiś inny sposób został doprowadzony do ostateczności, reagował niczym nieopanowaną, przeraża­jącą furią. Wtedy robił się straszny, tracił kontrolę nad sobą i zupełnie nie liczył się z nikim i z niczym. W takich momentach należało omijać go z daleka. Gdyby nie ta jego cecha, którą po nim częściowo zresztą odziedziczyłem, nigdy by się nie zdobył na krzyczenie na niemieckiego wojskowego, bo to zwykle kończyło się tragicznie, jak dowiodła dalsza historia okupacji hitlerowskiej w Polsce. Ale wtedy niemieccy żołnierze nie byli jeszcze zapewne uświadomieni, że w hitlerowskich planach podboju Polska miała zostać wschodnią prowincją Tysiącletniej Rzeszy, a naród Polski – w przeważającej części wytępiony. Pozostali mieli stać się niewolnikami, źródłem darmowej siły roboczej dla Herrenvolku – rasy panów. Nasz Anioł Stróż znowu pokazał, że czuwa nad nami bezustannie.

Droga nasza nie prowadziła prosto na zachód do domu. Musieliśmy kluczyć, niekiedy zawracać i posuwać się w zależności od okazji i od tego, którędy niemiecka żandarmeria przepuszczała te olbrzymie rzesze ludzi wracających wówczas ze wszystkich kierunków do swoich domów. Nocowaliśmy przeważnie we wsiach u chłopów w stodole. Wszędzie napotykaliśmy na ślady niedawnych walk, zbombardowane miasteczka, spalone domy, zapłakanych i przerażonych ludzi oraz nieszczęśliwych bezdomnych uciekinierów w mijanych miejsco­wościach. W jakimś opuszczonym, rozbitym domu, w którym zatrzymaliśmy się na noc, w dziecinnym pokoju w którym mieszkał zapewne mój rówieśnik, znalazłem prawdziwy skarb: piękny, duży i okazały kryształek do radia detektorowego. W domu w Wojkowicach robiłem właśnie radio kryształkowe, a kryształek który miałem był mały, mizerny i działał kapryśnie. Pokazałem z radością zdobycz moim rodzicom, ale Mama kazała mi natychmiast odnieść krysz­tałek tam, skąd go wziąłem.

Pomiędzy Puławami a Radomiem, w rejonie miejscowości o nazwie Zwoleń musiała od­być się chyba wielka bitwa, bo na polach i przy drodze napotkaliśmy tam dużą ilość rozbitego wojskowego sprzętu i leżące w rowach zabite konie o wzdętych brzuchach. Nad całą okolicą uno­sił się charakterystyczny słodkawy, przyprawiający o mdłości trupi zapach. Często też natrafialiśmy przy poboczu drogi na świeżo usypane mogiły. Pamiętam, że z jednej z nich wy­stawała nie całkiem przysypana noga w wojskowym bucie. Zatrzymaliśmy się wtedy i rodzice dosypali ziemi, aby ten bezimienny polski żołnierz, poległy przecież także i w naszej obronie, miał przynajmniej przyzwoity grób. Babcia odmówiła Wieczne odpoczywanie.

Następnego dnia pod Radomiem przechodziliśmy tuż koło dużego lotniska. Panował na nim gorączkowy ruch. Co chwila startowały w powietrze niemieckie samoloty wojskowe, plując z ogłuszającym grzmotem strumieniami ognia z rur wydechowych. Gopara, który panicznie bał się hałasu, trzeba było wziąć na smycz, bo chciał uciekać w popłochu. Byłem zupełnie zmar­twiały ze strachu – nie widziałem dotąd nigdy z tak bliska samolotu, a te na lotnisku wydawały mi się przeogromne. Ze swymi kanciastymi biało-czarnymi krzyżami wymalowanymi na kadłu­bach wyglądały jak ziejące ogniem szarozielone smoki z najstraszniejszych bajek, były przera­żające w swym ogromie i grozie, jaką mnie przejmowały. Miejscowi ludzie mówili z płaczem i bezsilną rozpaczą, że latają tak ciągle od wielu dni by zrzucać bomby na Warszawę. Musiało to być niedługo przed jej kapitulacją, która nastąpiła 28 września, akurat w smutny dzień moich imienin.

Powoli posuwaliśmy się jednak coraz dalej na zachód i zbliżali do naszego Zagłę­bia. Przez Piotrków dotarliśmy w końcu do Częstochowy, a z niej była jakaś okazja towarowym pociągiem do Tarnowskich Gór. W wagonie nie potrafiliśmy zasunąć drzwi, był przeciąg, bar­dzo nas przewiało i zmarzliśmy na kość. Zamiast do Tarnowskich Gór, pociąg dojechał do Kluczborka, który położony był już w Niemczech i nazywał się wtedy Kreuzburg. Na budynku dworca widniała nazwa, napisana dużymi dziwnymi znakami:

K  R  E  U  Z  B  U  R  G

Miałem kłopoty z ich odcyfrowaniem, bo liter takich jeszcze nigdy dotąd nie widziałem. Tata powiedział mi, że jest to alfabet gotycki. Ni­komu z nas nie przyszło wówczas do głowy, że z alfabetem tym będziemy musieli oswoić się na najbliższe pięć i pół roku...

Trasa naszej ucieczki przed Niemcami do Krasnegostawu.

Z Kluczborka dojechaliśmy do Tarnowskich Gór innym towarowym pociągiem, który wyjechał w nocy i po drodze zatrzymywał się bezustannie. Jechaliśmy w otwartym wagonie do przewozu węgla. Nie spaliśmy całą noc, bo w wagonie było brudno, zimno i nie można się było położyć. Były to już pierwsze dni października. Rano był przymrozek i pa­miętam szron na gałęziach drzew w lesie, przez który przejeżdżaliśmy. W Tarnowskich Górach nareszcie byliśmy już prawie jak w domu. Tacie udało się namówić jakiegoś gospodarza, aby odwiózł nas furką te ostatnie 20 kilometrów, jakie dzieliły nas od Wojkowic. Po przeszło sześciu tygodniach tułaczki docieraliśmy w końcu do domu!

Kiedy w Bobrownikach zobaczyliśmy w oddali na horyzoncie charakterystyczne dwa bli­sko siebie stojące wysokie kominy elektrowni Jowisz mojego ojca i nieco dalej ten trzeci, trochę niższy, od cementowni Saturn pana Kwapiszewskiego, rodziców ogarnął niepokój – co się dzieje w Wojkowicach, w jakim stanie zastaniemy nasz dom i co z nami teraz będzie?

¬ ¬ ¬

Po okropnościach wojny, które oglądaliśmy w czasie powrotnej drogi z ucieczki przed Niemcami, w Wojkowicach zastaliśmy oazę względnego spokoju. Nasze domy na górce stały nienaruszone, wszystko było na swoim miejscu i pozornie po staremu. Rodziny, które ucie­kły z Wojkowic przed Niemcami stopniowo powróciły z powrotem, elektrownia, kopalnia i ce­mentownia funkcjonowały jak przedtem, a nasi ojcowie chodzili do swych biur jak dawniej. Były to jednak tylko złudzenia, szybko przez Niemców rozwiane.

Jedną z najważniejszych osób w Wojkowicach, które obecnie nazywały się obco i zgrzytliwie Woikowitz, był teraz parteigenosse – towarzysz partyjny, noszący czysto niemieckie na­zwisko Kurz, co po niemiecku znaczy „krótki”. Parteigenosse Kurz pochodził z Przełajki za Brynicą a wojkowiczanie, którzy przed wojną odwiedzali swe rodziny w Przełajce i znali Kurz’a z tamtych czasów twierdzili po cichu, że był on normalnym Ślązakiem i nazywał się wówczas zwyczajnie i całkiem po polsku Kurzymski. Wraz z przyjściem Niemców odrzucił ze swego nazwiska końcówkę „ymski”, zapisał się do NSDAP – hitlerowskiej Narodowo-Socjalistycznej Partii Pracy i stał się zagorzałym Niemcem, jak przystało na prawidłowego neo­fitę.

Pierwszym zarządzeniem władz niemieckich, które Kurz gorliwie egzekwował, był nakaz oddawania przez Polaków posiadanych aparatów radiowych, małoobrazkowych aparatów foto­graficznych i lornetek. W ten sposób rozstaliśmy się już na zawsze z naszym radiem SABA i zostaliśmy całkowicie odcięci od wiadomości ze świata, a o to właśnie Niemcom chodziło. Ja musiałem od­dać mój dziecinny aparat fotograficzny Kodaka, a Tata swoją Leicę. Stanowiły one widocznie zagrożenie dla Rzeszy Niemieckiej. Ojciec, który był zapalonym fotoamatorem – zorganizował na Jowiszu ciemnię fotograficzną i zabierał mnie tam często – mógł na szczęście zachować swój duży aparat na szklane klisze. Oddać musieliśmy też naszą długą lunetę astronomiczną. Przy jej pomocy Tata pokazy­wał mi różne planety i uczył nazw konstelacji niebieskich. To właśnie przez nią zobaczyłem na własne oczy pierścienie Saturna, którego imienniczką była cementownia i cztery księżyce Jowisza, tego od naszej elektrowni.

Posiadanie książek z literaturą polską też było zakazane. Nasza szkoła powszechna zo­stała zamknięta, nauczyciele zwolnieni z pracy, a w budynku tym Niemcy otwo­rzyli szkołę dla swych dzieci. Jej kierownikiem został miejscowy renegat, człowiek o nazwisku Zieliński. Ten już nawet nie zadał sobie trudu by ze swego nazwiska odrzucić końcówkę „iński”, dzięki czemu nosiłby czysto niemieckie nazwisko „Ziel”, co po polsku znaczy „cel”. Dziwnym trafem, jedni z ważniejszych „Niemców” w Wojkowicach mieli polskie nazwiska. Jako niemieccy neofici, chcący wykazać się wobec hitlerowców swą gorliwością, byli szczególnie niebezpieczni – tak dla Polaków, jak i dla rodowitych Niemców. Dziwnym trafem w Wojkowicach było natomiast szereg osób o niemieckich nazwiskach, którzy ani nie mieli zamiaru ich spolszczyć, ani stać się niemieckimi renegatami, jak mój ojciec, inżynierowie Tadeusz Rumansdorfer i Bogusław Tittenbrunn, czy główny księgowy kopalni Laus. Ten ostatni przez pewien czas był więziony w Auschwitz-Oświęcimiu.

Dla polskich dzieci Niemcy uruchomili z czasem naukę w starej ciasnej szkole na ponurym osiedlu zwanym Betony w sąsiednich Żychcicach. Chodziłem do niej przez pewien czas. Zakres nauczania ogra­niczał się tam jednak tylko do nauki czytania, pisania i liczenia, zaś dzieci i nauczyciele używani byli głównie do prac pozaszkolnych, jak porządkowanie wsi, zbieranie ziół i złomu czy odchwaszczanie pól. Polskie dzieci nie miały odtąd mieć prawa do wykształcenia, mogły co naj­wyżej umieć czytać i liczyć do stu.

Nie mogliśmy też już nigdzie wyjeżdżać z Wojkowic bez specjalnej przepustki wydawanej przez żandarmerię. Wprawdzie Wojkowice zostały włączone do Reichu wraz z całym Górnym Śląskiem, to jednak nawet na drugi brzeg Brynicy nie można było przechodzić bez przepustki. W niedalekim Poraju leżącym pomiędzy Siewierzem a Częstochową była już granica z tzw. Generalną Gubernią, gdzie też nie można było się dostać bez przepustki. W ten sposób nasze Zagłębie zostało odcięte zupełnie od reszty kraju i stanowiło jakby osobną wyspę, z której trudno się było wydostać. Niedługo potem wprowadzono racjonowanie żywno­ści. Mięso, tłuszcze, cukier, mąkę, nie mówiąc o herbacie i całym szeregu innych artykułów kolonialnych można było kupić już tylko na kartki żywnościowe. Dla Polaków przydziały żywności były mniejsze niż dla Niemców, nie mówiąc o zarobkach, bo te były jesz­cze mniejsze. Dotychczasowy powolny ale stały wzrost poziomu życia naszej rodziny na dorob­ku został od tego czasu już definitywnie zahamowany.

Po pewnym czasie, gdy sytuacja nieco się ustabilizowała, ojciec postanowił odzyskać swego Opla Kadeta, którego zostawił w stodole u gospodarza pod Kielcami. W tym celu uzyskał przepustkę i wyruszył w drogę. Wrócił po kilku dniach, niestety bez samochodu. Stodoła na wsi była pusta, a gospodarz twierdził, że samochód został znaleziony i zarekwirowany przez wojsko niemieckie. Może to była i prawda, chociaż równie dobrze można było wyobrazić sobie, że gospodarz sam ukrył gdzieś lub sprzedał samo­chód nie spodziewając się, że właściciel zgłosi się kiedykolwiek po jego odbiór. Niedługo mógł cieszyć się mój Tata ze swego pierwszego w życiu samochodu – jeździł nim tylko niecałe cztery miesiące.

Miłą niespodzianką w tych smutnych dniach był dla moich rodziców przyjazd panny Zo­fii, która powróciła normalnie do pracy, gdy tylko dowiedziała się, że już jesteśmy z powrotem w Woj­kowicach. Panna Zofia opowiadała, że ona i cała jej rodzina mieli teraz narodowość niemiecką, byli Reichsdeutschami, czyli prawdziwymi Niemcami z Rzeszy. Dzięki temu panna Zofia nie potrzebowała żadnych przepustek i mogła sobie swobodnie jeździć, gdzie chciała. Jej brat Rudik – Hasele zapisał się do Hitlerjugend i biegał teraz na swe zbiórki w krótkich czarnych spodenkach na szelkach i koszuli w kolorze kawy z mlekiem. Panna Zofia wydawała się nie być tym specjalnie zachwycona. W zaistniałej sytuacji z tym większą determinacją odmawiałem na­uki niemieckiego, bo był to przecież język naszych wrogów, którzy zabrali mi szkołę i aparat fotograficzny, a rodzicom radio. Na próżno Tata tłumaczył mi, że właśnie dlatego trzeba uczyć się języka nieprzyjaciół, by móc się przed nimi skuteczniej bronić. Ale ja upierałem się jak muł i nie chciałem mówić po niemiecku.

Panna Zofia nie zagrzała miejsca u nas zbyt długo, bo władze niemieckie jej tego zabroniły. Kurz wziął ją na rozmowę i zakazał pracy u Polaków jako rzeczy niegodnej dla praw­dziwej Niemki. Nie zauważył jakoś widocznie dziwnego zbiegu okoliczności, że Niemka ma pol­skie nazwisko Łakota, a Polacy niemieckie. Panna Zofia protestowała, ale w końcu z płaczem i szlochami musiała wrócić do swego domu do Katowic. Mimo psikusów jakie jej robiłem, była do nas bardzo przywiązana, a mnie kochała szczerze.

Tereska nie wróciła już do nas z urlopu. Mama przyjęła do pracy inną pomoc do­mową. Nazywała się Stasia. Pochodziła ze wsi Siemonia odległej o 10 kilometrów od Wojkowic i była polecona przez zaprzyjaźnionego z rodzicami tamtejszego proboszcza, księdza Bolesława Pieńkowskiego. Była to osoba o której rodzice mówili, że spokojnie może pracować przy otwartym oknie bo nie jest orłem i nie wyleci – co oznaczało, że nie jest obdarzona zbyt wyso­kim ilorazem inteligencji.

Nasza Stasia miała intelekt prosty, po wiejsku nieskomplikowany i nieskażony miejskimi fanaberiami. Do jedzenia i gotowania nie przywiązywała większego znaczenia, a garnkami w kuchni szastała tak niemiłosiernie, że odbijała się z nich emalia. Kiedyś przy obiedzie znalazłem w talerzu duży kawałek białej glazury. Rodzice orzekli, że pochodzi on niewątpliwie z wnętrza jed­nego z naszych kuchennych garnków. Gdyby taki kawałek szkliwa o brzegach ostrych jak żyletka został przez kogoś połknięty, mógłby mu pociąć kiszki i spowodować groźne komplikacje. Za­panowało zdenerwowanie i Stasia została wezwana z kuchni w pilnym trybie. Mama pokazała jej ten kawałek emalii i zapytała głosem, któremu usiłowała nadać groźne brzmienie – co to jest takiego, co znaleźliśmy w zupie!? Stasia obejrzała wskazany jej kawałek i odpowiedziała z bezbrzeżnym zdziwieniem – to jest przecież gita, proszę Pani. Widocznie w jej stronach ema­lia nazywana była gitą. Jej wielkie zdziwienie nie wywołał wszakże fakt znalezienia gity w zupie, lecz to, że Mama najwidoczniej nie wiedziała, co to jest.

Ksiądz prałat Bolesław Pieńkowski z Siemonii, dzięki którego poleceniu Stasia znalazła się u nas był osobistością, o której legendy krążyły po całym Zagłębiu. Pochodził ze szlacheckiej rodziny i odznaczał się charakterystycznymi cechami tego stanu: był typowym wesołym rubasz­nym szlagonem, człowiekiem o potężnej posturze, obdarzonym przez naturę niepospolitą energią i niewyparzonym jędrnym językiem. Nie wiem, jakim sposobem był także akcjonariuszem Towa­rzystwa SATURN, ale to stąd zapewne wzięła się jego znajomość z mymi rodzicami. Był uwiel­biany przez większość parafian, ale też zdecydowanie nielubiany przez mniejszą ich część. Swą trzódkę prowadził sprawiedliwą, choć twardą ręką. Na jego niedzielne kazania, przetykane zu­pełnie świeckimi wstawkami, zjeżdżali się słuchacze z całej okolicy, w tym i moi rodzice, którzy po sumie szli do księdza proboszcza na plebanię na obiad. Powszechnie cytowane były jego wy­powiedzi, gdy z ambony, wskazując palcem, mówił: dowiedziałem się że tobie, Stasiek, zdechł koń. Przyjdź do mnie we czwartek, to zabiorę cię na targ do Siewierza i kupisz sobie nowego, albo – tym razem już nie wskazując palcem, grzmiał na cały kościół: ty, Kaśka i ty Maryśka, zamiast gzić się z chłopakami po krzakach, zabierzcie się do pomocy matce w gospodarstwie, bo w waszych obejściach jest brud i nieporządek. Obecne w kościele Kaśki i Maryśki kuliły się w sobie, a te które nosiły pozostałe imiona drętwiały ze strachu, że im też coś może się dostać. Pa­rafianie i parafianki dokładali więc wszelkich starań by na niedzielnej mszy św. nie zostać publicznie złajanymi przez księdza z ambony. Nic też dziwnego, że proboszcza bano się jak ognia, a Siemonia słynna była z porządku i obyczajności. Ale to wszystko działo się przed wojną – w czasach, które powoli przechodziły do legendy. Ksiądz zmarł w sierpniu 1944 roku w wieku 70 lat nie doczekawszy wyzwolenia, a jego grób znajduje się na siemońskim cmentarzu tuż przy bramie po prawej stronie.

¬ ¬ ¬

Na wiosnę 1940 r. pojawił się na Jowiszu niemiecki zarządca, czyli Treuhender. Nazywał się Heczko i mówiło się, że może nie jest draniem, bo jest tylko sudeckim Czechem, może Au­striakiem, a nie Niemcem-Prusakiem. W związku z tym mój Tata przestał być Zawiadowcą na elektrowni i od tej pory był zastępcą Heczki, który na jej funkcjonowaniu znał się chyba jeszcze mniej niż ojciec na hodowli baranów. Podobnie stało się z Włodzimierzem Michalewskim na kopalni i Włodzimierzem Kwapiszewskim na cementowni – każdy został zastąpiony niemieckim zarządcą. Niemcy powyrzucali nas z naszych domów i musieliśmy przeprowadzić się do mniejszych, bliźniaczych domków dwuro­dzinnych na naszej górce. W naszej willi zamieszkał Heczko z żoną i małą pięcioletnią có­reczką z jasnoblond włosami. Widywałem tę dziewczynkę, jak chodziła na spacer ze swoją ma­mą po uliczkach naszej kolonii.

Nasz nowy dom położony był na samej górze, w ostatnim rzę­dzie domów naszej kolonii i przylegał do pól. Z południowych okien widać było już tylko łany zboża, a w lecie słychać było świergot rozradowanych skowronków. Bardzo lubiłem ten dom, był słoneczny, wygodny i przytulny. W lecie mogliśmy uciec z Goparem prosto w pola i miedzą, która była prawie naprzeciwko naszej furtki, dostać się nad sam brzeg Brynicy. W upalne dni zbierały się tam gromady dzieci z Wojkowic. Baraszkowaliśmy w płytkiej wodzie w trzcinie i tataraku, którymi brzegi rzeki były gęsto zarośnięte. Nieco dalej w dół rzeki, koło stacji pomp czerpiących wodę dla elektrowni, siedzieli wędkarze i łowili ryby.

Ponieważ uruchomiona przez Niemców w Żychcicach szkoła dla polskich dzieci miała bardzo niski poziom, a pannę Zofię przego­nił od nas Kurz, mój ojciec sam zabrał się do mojej edukacji. Wziął mnie ostro do galopu. Musia­łem uczyć się geografii, algebry, nudnej geometrii i jej przeróżnych twierdzeń które wymagały żmudnego udowodnienia a także – nie było rady – niemieckiego, odmiany czasowników w tym języku a także pisania kanciastym pismem gotyckim. Tata był bardzo wymagającym nauczycielem, przepy­tywał mnie bezlitośnie z zadanych lekcji i nie było mowy o wyrwaniu się z domu bez pokazania zeszytów z prawidłowo odrobionymi zadaniami. Przedmiotów humanistycznych, czyli polskie­go, historii i biologii uczyła mnie panna Czesława Rabsztynówna, dochodząca po kryjomu nauczy­cielka, jedna ze zwolnionych z naszej zamkniętej szkoły.

Nasz ostatni dom na kolonii przylegał już do pól…

Pierwsza domowa lekcja z tą panią nie była moim wielkim sukcesem. Przed lekcją Mama opowiedziała pannie Rabsztyn, że jestem chłopcem dobrze wychowanym i pochwaliła mnie, że w pierwszej klasie dostałem bardzo dobrą laurkę. Pani nauczycielka chciała zorientować się w moich umie­jętnościach, siedziałem więc przy stole stojącym w środku salonu i pisałem dyktando, a pani krążyła dookoła i chodząc dyktowała z zapałem. Starałem się pisać ładnie i bez błędów, jak tylko mogłem najlepiej. Niestety niewiele z tego wychodziło, ponieważ cała moja uwaga i wysiłek skupione były na opanowaniu przeogromnej potrzeby opróżnienia pęcherza. Była to pierwsza wizyta nieznanej mi przedtem nauczycielki, byłem więc speszony i wstydziłem się jej powiedzieć, że muszę wyjść do toalety. Pani chciała zapewne jak najdokładniej sprawdzić co potrafię, dykto­wała więc z przejęciem i zupełnie nie zwracała uwagi na moje podejrzane wiercenie się na krze­śle. Trzymałem dzielnie przez całą prawie lekcję z tak wielkim wysiłkiem, że mąciło mi się dokumentnie w głowie i pisałem zupełne bzdury. W końcu jednak nie wytrzymałem i wszystko wy­puściłem w majtki. Zebrało się to jak w misce we wklęsłym siedzeniu krzesła. Teraz wprawdzie odczułem błogą ulgę, ale natychmiast pojawił się nieoczekiwany problem z dziedziny savoir vivre’u natury kurtuazyjnej. Mianowicie, gdy nadszedł upragniony koniec lekcji, nie mogłem szar­mancko wstać i odprowadzić panią do drzwi, jak by należało. Cieknąca plama na mych spodniach i kałuża na siedzeniu zdradziłyby natychmiast co mi się przytrafiło – zostałbym już na samym po­czątku pobierania nauki gruntownie i nieodwracalnie skompromitowany. Wybrałem więc mniej­sze zło i siedziałem dalej jak przykuty do krzesła, a pani wyszła z domu nieodprowadzona, my­śląc sobie pewnie: jakiż to niegrzeczny i źle wychowany chłopiec, a w dodatku pisze z błędami jak skończony osioł! A jego biedna matka – jakież ona ma złudzenia co do grzeczności i umiejęt­ności tego tumana!

Nieustraszona panna Rabsztyn przez cały prawie okres niemieckiej okupacji przychodziła do nas do domu i wbijała mi wiedzę do głowy, sama narażając się na wielkie niebezpieczeństwo. Za tajne nauczanie polskich dzieci groziła przecież zsyłka do Oświęcimia, który teraz nazywał się Auschwitz, gdzie Niemcy wybudowali obóz koncentracyjny w którym więzili tych, których uważali za swych wrogów. A więc pewna śmierć. Tej wspaniałej nauczycielce, oddanej swej pracy bez reszty, mogłem się za to odwdzię­czyć jedynie w niewielkim stopniu, gdy w 1982 roku, zbierając dokumentację do swej emerytu­ry, odszukała mnie w Gliwicach z prośbą, abym zaświadczył o jej okresie tajnego nauczania w czasie okupacji. Wystawiłem jej wtedy jak najlepsze świadectwo i mam wielką nadzieję, że wpłynęło ono pozytywnie na wysokość jej skromnej zapewne nauczycielskiej emerytury.

W roku 1938

W roku 2001

Czesława Rabsztynówna – bohaterska nauczycielka z Wojkowic

Z niezapomnia­ną, niezwykłą panią Rabsztyn miałem szczęście znów spotkać się po latach – w marcu 2001 roku miała już prawie 90 lat. Mieszkała nadal w Wojkowicach, posiadała niezmiennie młodzieńczy umysł i była żywą kroniką Wojkowickiej historii. Po wojnie była wieloletnią autorką Kroniki Wojkowic i wojkowicką radną, wybieraną przez szereg kolejnych kadencji, autorką wielu artykułów z dziedziny bibliotekarstwa oraz współautorką niedawno wydanego przez Zarząd Miasta poważnego szkicu monograficznego o Wojkowicach, które w tym czasie posiadały prawa miejskie już od przeszło 35 lat. Pamiętała szczegóły, o których ja sam dawno zapomniałem. Przypomniała mi epizod, gdy w czasie nazistowskiej okupacji mój ojciec był w szpitalu w krytycznym stanie po ciężkiej operacji, a Mama leżała krzyżem przed ołtarzem wojkowickiego kościoła prosząc Boga o jego uzdrowienie.

Panna Rabsztyn pochodzi ze starej, zasiedziałej i zasłużonej wojkowickiej rodziny , która w samym tylko jej pokoleniu dała społeczeństwu tak wartościowe jednostki jak ona sama, jej brat ksiądz Jan Rabsztyn czy ich brat Roman – podporucznik Wojska Polskiego poległy w nieznanym miejscu w walce z Niemcami w 1939 roku. A może to nad mogiłą Romana Rabsztyna mo­dliliśmy się w czasie powrotu z ucieczki przed Niemcami we wrześniu owego roku?

¬ ¬ ¬

Na jesieni 1941 roku odwiedziła nas panna Zofia Łakota. Nigdy nie ubierała się zbyt kolorowo, a teraz była cała w czerni – chodziła w żałobie. Jej brat Rudik, po przeszkoleniu w swoim Hitlerjugend został wzięty do wojska niemieckiego i wkrótce, niedługo po tym jak Niem­cy w czerwcu tego roku zaatakowali Rosję, poległ gdzieś na wschodnim froncie. Niewiele powojował sobie młody Hasele. Wysyłał z wojska do domu melancholijne listy, których matka i siostra wyczekiwały niecierpliwie. Wyczytywały w nich między wierszami, że nie wszystko było tam takie zabawne, jak sądził na początku, gdy szedł na wojnę jak na wielką przygodę. Teraz pozostawił w Katowi­cach obie kobiety – matkę i siostrę zupełnie same. Panna Zofia była załamana i przyjechała do nas aby się wypłakać, bo w swym niemieckim otoczeniu musiała udawać że jest „twardą Niemką” i nie mogła sobie pozwolić na pokazywanie zbyt wielkiej rozpaczy.

Poczciwa Zofia, w swym nie­szczęściu nie zapomniała przywieźć mi tabliczki czekolady ze swego niemieckiego przydziału. Nie miałem czekolady w ustach od początku wojny! Rodzice niewiele mogli ją pocieszyć. Sami nie byli w nadzwyczajnym nastroju, bo wiadomości o ciągłych niemieckich sukcesach na fron­tach nie nastrajały ich wesoło. Panna Zofia wróciła do Katowic i więcej już nigdy nie zobaczy­łem tej przepoczciwej i głęboko nieszczęśliwej osoby.

Jak większość mieszkańców pogranicza, tak i ta śląska rodzina była naznaczona tragedią rozdarcia pomiędzy dwoma narodami między którymi żyli i do których ciążyli w jednakowym chyba stopniu. A może, gdyby rodzina ich opowiedziała się po stronie Polski, Hasele przeżyłby wojnę bezpiecznie, a los obszedłby się łaskawiej z tymi trzema osobami?

¬ ¬ ¬

Zakazem posiadania w domu polskich książek nikt w gruncie rzeczy specjalnie się nie przejmował, bo wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jest on praktycznie nie do wyegzekwo­wania. Państwo Dzierzbiccy, którzy byli ludźmi rozmiłowanymi w czytaniu i mieli w domu mnóstwo książek oraz piękny zbiór klasyków polskiej i światowej literatury potraktowali ten za­kaz poważnie. Mając dwóch synów, którzy byli oficerami w wojsku polskim, a o których nie mieli do tej pory żadnych wiadomości, mogli spodziewać się w domu rewizji. Spakowali swoje książki do trzech olbrzymich skrzyń i poprosili moich rodziców o ich przechowanie u nas w do­mu. Rodzice zgodzili się, bo nie mając nikogo z bliskiej rodziny w polskim wojsku, nie czuli się zagrożeni rewizją w domu. Skrzynie państwa Dzierzbickich wylądowały więc w naszej piwnicy.

Któregoś zimowego wieczoru, gdy wszystkie lekcje zostały już odrobione, kaligrafie polskie i gotyckie napisane i wszystkie obowiązki wykonane, z nudów i ciekawości dobrałem się do tych skrzyń. Były rzeczywiście wypełnione całą masą przeróżnych książek po sam wierzch. Zacząłem więc je wybierać i czytać po kolei. Pakując książki do skrzyń, państwo Dzierzbiccy, w naiwnej chęci zmylenia ewentualnej rewizji, poukładali najbardziej wartościowe i cenne książki na samym dnie skrzyń. Na wierzchu były warstwy mało wartościowej, raczej brukowej literatury. Od nich więc zacząłem, a pierwszym autorem z jakim się dzięki temu spotkałem, był Antoni Marczyński i cała seria jego książek o fa­scynujących tytułach w rodzaju Przygoda w Biarritz, Gaz 303, Zegar Śmierci lub Gdy bestia budzi się. Był to cykl tomików opisujących przygody polskiego odpowiednika Sherloka Holmes’a, detektywa Rafała, nazywającego się Kilurk. Właściwie był to ananim, którego detektyw używał dla zmyle­nia pogoni, bo w rzeczywistości Rafał nazywał się odwrotnie – Królik. Bohaterami przeważnie byli dystyngowani ludzie z high-life’u, akcja toczyła się wartko i była nadzwyczaj gęsto prze­tykana wyczerpującymi opisami scen łóżkowych z których nic nie rozumiałem, chociaż podświadomie czułem, że chodzi o jakiś zakazany owoc. Była tam także Madonna sleepingów Maurycego Dekobry, królująca pośród szeregu innych tytułów tego nadzwyczaj płodnego autora bulwarowych romansów, był Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy Sergiusza Piaseckiego, była broszurowa seria przygodowa o średniowiecznym kondotierze i jego wielce romantycznych sukcesach, posiadająca wspólny tytuł Leonardo Pratto i Czerwony Kapitan i temu podobne dzieła. Nie były to zupełnie, jak łatwo można się domyślić, utwory przeznaczone dla małych, niewinnych dziewięcioletnich chłopczyków.

Od tego czasu wszystkie wieczory spędzałem w kącie salonu na czytaniu Marczyńskiego i jemu podobnych twórców, a ich zapasy w skrzyniach były obfite. Siedziałem cichutko w fotelu w rogu pokoju pod lampą a rodzice, zachwyceni moim zamiłowaniem do lektury, byli zadowoleni, że sie­dzę sobie tak spokojnie. Tylko Mama, przed której bacznym okiem niewiele w domu uchodziło, znająca mnie na wylot i z natury dociekliwa, była nieco zdziwiona tym spokojem, tak nietypo­wym dla mojego usposobienia. Stan ten mógłby trwać długo, gdyby nie zdradziły mnie czerwo­ne z przejęcia uszy i pałające z wrażenia policzki. Moja Mama, podejrzliwie obserwująca to nietypowe zachowanie się jej jedynaka, zauważyła wkrótce te objawy i postanowiła sprawdzić, cóż też ten tak dziwnie grzeczny chłopiec może sobie czytać z tak wielkim zainteresowaniem i z takimi wypiekami na twarzy? Można sobie wyobrazić, jak wielką niespodziankę jej sprawiłem!

Od tej chwili dobór książek ze skrzyń pań­stwa Dzierzbickich podlegał już ścisłej cenzurze. Musiałem pożegnać się z Marczyńskim i Dekobrą. Od­kryte zostały teraz niższe pokłady skrzyń, a ja zacząłem studiować literaturę bardziej adekwatną do mego wieku: Podróże Guliwera i Przygody Robinsona Kruzoe. Potem, dzięki Cooperowi, Karolowi Mayowi i Mayne Reidowi przeżywałem na Dzikim Zachodzie przygody wraz z Winnetu, Komańczami i Siuksami. Jeszcze głębiej były wydania wszystkich dzieł Sienkiewicza, które czytałem z zapartym tchem oraz Mickiewicz, Słowacki, Cervantes, Dickens, Dumas i w końcu ciężkie albumowe wydanie dramatów Szekspira. Nie sposób wymienić wszystkich autorów i wszystkie tytuły ze skrzyń państwa Dzierzbickich. Te trzy ciężkie i dosyć kłopotliwe skrzynie towarzyszyły nam w kolejnych przeprowadzkach, a zawarte w nich książki były naszą jedyną rozrywką i podnosiły nas na duchu w czasie długich ponurych lat niemieckiej okupacji. Wyro­biły u mnie na całe już życie potrzebę czytania i nawyk brania książki do poduszki przed zaśnię­ciem.

Po skrzynie Dzierzbiccy zgłosili się dopiero po wojnie, w Gliwicach. Przycho­dzili wtedy do nas do domu słuchać po kryjomu radiowych wiadomości, które Londyn nadawał po polsku. Robili to dlatego, że w ich mieszkaniu były cienkie ściany i bali się słuchać radia u siebie, a po okresie niepewności w którym trwali przez całą hitlerowską okupację, dostali w końcu wiado­mość, że ich synowie szczęśliwie przeżyli wojnę i znajdują się cali i zdrowi w oddziałach wojska polskiego w Anglii.

¬ ¬ ¬

Trzecie, smutne okupacyjne Boże Narodzenie w 1941 roku przeżywaliśmy pod wrażeniem wiadomości o niespodzianym ataku, który 7 grudnia dokonała Japonia, sojusznik Niemiec, na bazę amerykańskiej marynarki wo­jennej w Pearl Harbor na Hawajach. Japończycy zadali Amerykanom straszliwe straty. Dla nas była to jednakże wiadomość pomyślna, gdyż atak ten spowodował przystąpienie Stanów Zjednoczonych do antyhitlerowskiej koalicji i poważnie zwiększył szansę zwycięstaw nad Niemiecką III Rzeszą.

Na Święta dostałem od rodziców długą latarkę na okrągłe baterie. Była to latarka profe­sjonalna, miała silną żarówkę i reflektor, przy pomocy którego można było ogniskować światło w bardzo mały, ale za to silny i daleko sięgający strumień. Latarka sprawiła mi wielką radość, mo­głem wieczorami bawić się w oświetlanie dalekich przedmiotów, które w smudze jej silnego światła wyłaniały się z ciemności. Przy pomocy tej latarki przez dłuższy czas zabawiałem się świeceniem w zimowe noce z okna mojego pokoju w okno dziecinnego pokoju naszego dawne­go domu, w którym teraz mieszkał treuhender Heczko wyobrażając sobie, że daję zaszyfrowane sygnały je­go małej córeczce z blond włosami. Córeczka ta, jako jedyna mała dziewczynka mieszkająca w sąsiedztwie na górce, robiła na mnie niejasno uświadamiane sobie silne wrażenie. Widocznie pod­świadomie stale cierpiałem z tego powodu, że jestem jedynakiem. Wyobrażałem sobie że jest moją małą siostrzyczką, że się z nią bawię, opiekuję i prowadzę za rączkę na spacer. Tak więc przez wiele czarnych jak oko wykol zimowych wieczorów, przy obowiązującym wówczas całkowitym zaciemnieniu, świeciłem w okna domu Heczki przerywanymi sygnałami świetlnymi. Przeczytałem akurat w jednej z książek ze skrzyń państwa Dzierzbickich, że w ten sposób przy pomocy alfabetu Morse’a porozu­miewają się ze sobą spiskowcy. Roztaczający opiekę nad naszą rodziną Anioł Stróż musiał z pewnością mieć pełne ręce roboty by sprawić, że żaden Niemiec nie zauważył tych głupich za­baw i nie zawiadomił niemieckiej policji o tajemniczych sygnałach świetlnych nadawanych w nocy z domu zamieszkałego przez Polaków. Na najmniejsze podejrzenie o spiskowanie Niemcy reagowali przecież bardzo ostro szczególnie tu w Zagłębiu, które zawsze manifestowało swą polskość i ciążenie raczej do centralnych dzielnic Polski niż do Śląska. Mój ojciec nawet nie uświadamiał sobie jak bliski był od znalezienia się na Gestapo. Głupota dziesięciolatka jest nie­wyobrażalna!

W kilka miesięcy potem mój Tata został jednak wezwany do stawienia się przed oblicze parteigenosse Kurz’a. Nie chodziło jednak o moje sygnały świetlne. Władze niemieckie uznały że nie przystoi, aby człowiek noszący niemieckie nazwisko i zajmujący eksponowane stanowisko na elektrowni, był Polakiem. Kurz zażądał więc, by ojciec, nosząc niemieckie nazwisko, przyjął niemieckie obywa­telstwo poprzez podpisanie Reichslisty, czyli deklaracji przynależności do obywateli Wiel­kiej Rzeszy Niemieckiej. Przynależność do rasy panów dałaby mu wielorakie korzyści i przywileje. Więk­sze dochody finansowe, swobodę poruszania się bez potrzeby posiadania przepustki i zwięk­szone przydziały żywności, nie mówiąc już o możliwości zachowania swego stanowiska, a przede wszystkim poczuciu bezpieczeństwa dla siebie i rodziny. W innych rejonach Górnego Śląska przyłączonych do Rzeszy, administracja niemiecka nawet nie pytała mieszkańców, czy chcą być Niemcami i bez pytania zapisywała automatycznie wszystkich na Volkslistę, czyli Niemców z ludu. Co do Za­głębia, to być może Niemcy nie byli tak bardzo przekonani, że są to tereny rdzennie niemieckie i może dlatego nieco więcej liczyli się ze zdaniem ludności.

Rodzice przedyskutowali sprawę. Rozważania nie były długie. Starsi stwierdzili, że nie mają najmniejszej ochoty ulegać szantażowi i sprzedawać się Niemcom. Ani za korzyści materialne – większą ilość pieniędzy, jedzenia czy brak konieczności proszenia o przepustkę przy wyjeździe do pobliskich Katowic, ani za stanowisko w pracy, ani nawet za poczucie bezpieczeństwa. Są Polakami, patriotami i chcą nimi pozostać. Pamiętali doskonale o tym, że w 1918 roku wszyscy mieszkań­cy ziem porozbiorowych Rzeczypospolitej którzy poczuwali się do narodowości polskiej, złożyli deklarację o przyjęciu obywatelstwa Rzeczypospolitej Polskiej, odrodzonej po 123 latach rozbiorów. Sami również, jako mieszkańcy ziem zaboru rosyjskiego, złożyli przecież taką deklarację . Zrzekali się w niej swego dotychczasowego niechcianego przymuso­wego obywatelstwa rosyjskiego, z którym się urodzili i prosili o polskie. Szanowali więc odzyskane obywatelstwo Pań­stwa Polskiego jak cenny skarb i byli dumni z jego posiadania.

Nie ulega wątpliwości, że korzenie naszej rodziny, poprzez Ukrainę, carską Rosję, Kurlandię i Cesarstwo Austriackie są germańskie. Jednakże mężczyźni z rodu Mauberg od wielu już pokoleń żenili się z Polkami. Rodzice moi twierdzili, że ponieważ los tak sprawił, iż urodzili się i wychowali w kraju leżącym nad Wisłą a rodzice ich byli Polakami, to czują się solidarni zarówno z tą ziemią, jak i z ludźmi, którzy ją zamieszkują. Nie chcą się wypierać ani kraju, ani swych rodaków. Tata uważał, że narodowość nie jest parą rękawiczek, którą się wymienia na inną w zależności od chwi­lowej sytuacji czy koniunktury. Gdyby się jej wyparł, to by wykazał brak charakteru i słabość kręgosłupa moralnego. Byłby to jego zdaniem czyn niehonorowy. Mama, zgadzając się z nim dodawała, że przynależność do narodu jest wartością z którą człowiek się rodzi i wobec tego, tak jak i nazwisko, nie może ona być przedmiotem handlu wymiennego za lepsze jedzenie, lepszą zapłatę czy możli­wość łatwiejszego podróżowania. Mówiła jeszcze, że ten kto raz wyprze się swej narodowości dla korzyści, wyprze się jej następnie równie łatwo dla jeszcze innej narodowości i dla nowych korzyści.

Babcia uważała, że w życiu trzeba dochowywać wiary, a w szczególności swej religii, mężowi i Ojczyźnie. Zmianę narodowości może usprawiedliwić jedynie tak wielkie uczucie, jak miłość lub nienawiść, a nie interes. Jeżeli polska żona przyjmie obywatelstwo nie­mieckiego męża z miłości do niego, to jest to zrozumiałe i oczywiste. Jeżeli ktoś stanie się Niemcem bo nienawidzi Polski, to też jest to zrozumiałe. Jednakże nie godzi się, aby z Polaka stać się Niemcem czy Włochem dla interesu.

Ja nie wszystko rozumiałem z tych wywodów, ale też wcale nie chciałem zostać Niemcem. Wyobrażałem sobie że Gopar, na które­go dokumencie obowiązkowego szczepienia było napisane Gopar Mauberg, też na pewno nie chciałby stać się niemieckim psem. Podświadomie czułem, że chodzi tu o bardzo waż­ne sprawy, takie które dorośli nazywają „zasadniczymi”.

Natomiast dla Kurz’a sprawa przerobienia ojca na Niemca była o tyle prestiżowa, że do­skwierała mu widocznie świadomość paradoksalnej sytuacji, w której on, Kurzymski stał się Niemcem, a Mauberg – pozostaje Polakiem. Rodzice zdawali sobie z tego sprawę, musiał więc ojciec użyć wszystkich zasobów swej sztuki dyplomatycznej by nie drażniąc Kurz’a na ambicji, odmówić w jak najbardziej strawnej dla niego formie. Wymyślił w tym celu nadzwyczaj sprytny sposób twierdząc, że jego nazwisko wcale nie jest niemieckie lecz alzackie i pochodzi od miasta Maubeuge w departamencie Nord we Francji. Niemcy długo nie mogli się zdecydować jak po­traktować to wytłumaczenie – czy jako wybieg czy poważnie tym bardziej, że w ojca Kennkarcie, czyli wystawionym przez Niemców dowodzie osobistym, jego nazwisko zapisane było zgodnie z metryką urodzenia z przedrostkiem von wskazującym na jego germańskie pocho­dzenie. Sprawa ciągnęła się długo, a ojciec był wzywany wiele razy. Musiał tłumaczyć że von przed jego nazwiskiem to jest to samo co de w Alzacji, rozwijać przed Kurz’em historię swe­go rzekomego francuskiego pochodzenia oraz robić aluzje do sprzymierzonego z Hitlerem rządu Marszałka Pétaina. Rodzice w pełni byli świadomi zagrożenia, w jakim się znaleźli i w okresie tym żyliśmy w wielkim napięciu. W czasie któregoś kolejnego wezwania Kurz ustąpił na tyle, że nie żądał już by Tata był Reichsdeutschem, ale tylko Volksdeutschem, czyli takim gorszym już, tylko pół-Niemcem. Tata dalej odmawiał, ale zaczynał przeczuwać, że batalia jest chyba wygra­na. Po kilku dalszych wezwaniach Niemcy zrezygnowali ostatecznie i dali mu wreszcie spokój.

Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z niechęci do nich podbitego narodu, w tym i wrogości mieszkańców Zagłębia, którzy znani byli ze swego braku pokory wobec wszelkiej narzuconej im siłą władzy. Z tego powodu mieli na tym mocno uprzemysłowionym te­renie wyjątkową obsesję na temat dywersji i wszędzie doszukiwali się sabotażu. Najmniejsza awaria na kopalni czy elektrowni wywoływała natychmiastowe dochodzenia tajnej policji politycznej Gestapo i szczegó­łowe śledztwa. Toteż łatwo można sobie wyobrazić przerażenie ojca, gdy w wyniku gwałtownej burzy jaka rozszalała się nad Wojkowicami pewnego upalnego lipcowego popołudnia, piorun uderzył w stację transformatorową. Spowodowało to zniszczenie największego turbogeneratora, jednego z czterech, którymi dysponowała elektrownia Jowisz. Winę za to ponosiła przyroda w postaci pioruna oraz urządzenie zabezpieczające, które powinno było automatycznie odłączyć turbogenerator, a które nie zadziałało. Niemcy usiłowali jednak udowodnić, że był to sabotaż i dochodzeniom nie było końca. Tata był przesłuchiwany bez przerwy przez Gestapo i był o krok od znalezienia się w obozie w Auschwitz – dawnym polskim Oświęcimiu, a trafić tam można było za o wiele mniej­sze podejrzenia. Nasz Anioł Stróż znowu musiał wyprosić u Pana Boga opiekę nad Tatą i nami, bo w końcu różnorakie niemieckie komisje techniczne i śledcze musiały pogodzić się z faktem, że był to przypadek. Mama znalazła potem na głowie ojca pierwsze siwe włosy.

¬ ¬ ¬

Polska spółka do której należało Towarzystwo Górniczo-Hutnicze SATURN została przez Niemców rozwiązana, a Towarzystwo przejęte przez pruski koncern państwowy i nazy­wało się teraz obco Preussiche Bergwerks- und Hütten-Aktiengesellschaft – w skrócie PREUSSAG. Nasza elektrownia nazywała się obecnie Kraftwerk Jupiter. Otaczające nas przyjaźnie swojskie nazwy w których brzmieniu dotąd wyrastałem, straciły cały swój dotychcza­sowy urok i wdzięk. Zaczął się wyraźny proces germanizacji i rugowania Polaków z wszelkich znaczących stanowisk.

W lecie 1943 r. zostaliśmy przez PREUSSAG przeniesieni z naszego jeszcze całkiem wygodnego i dużego domu na górce do ciasnego mieszkania w familoku na kolonii robotni­czej przy topolowej alei, która teraz nie nazywała się ulicą Staszica, lecz Grubenstrasse, czyli ulicą Kopalnianą. Skoro nie chcieliśmy skorzystać z oferowanego nam dobrodziejstwa stania się Niemcami, to oni potrzebowali naszego domu dla swoich niemieckich urzędników, którymi co­raz liczniej obsadzali administrację kopalni i elektrowni. Stasia musiała wrócić do swego rodzin­nego gospodarstwa w Siemonii, a Mama i Babcia podzieliły się jej dotychczasowymi obowiąz­kami. W familoku było i tak nieźle, bo połączono dwa małe, składające się z pokoju i kuchni ro­botnicze mieszkania na parterze w jedno i dzięki temu Babcia mogła dalej mieć swój pokój dla siebie. Łazienki nie było, a wspólna toaleta mieściła się na półpiętrze na zewnętrznej klatce schodowej. Było to niewygodne i krępujące, szczególnie dla Babci. Ja wcale nie tęskniłem za górką, bo zrobiło się tam obco, a tu przynajmniej miałem podwórko i na miejscu mnóstwo dzieci do zabawy z naszego i sąsiednich familoków. Bawiliśmy się w chowanego wśród komó­rek na węgiel i kurników lub goniliśmy na sygnał odliczanki: Raz-dwa-trzy-cztery, mama robi sery, tata strzela z broni, a ostatni goni.

Tutaj właśnie mogłem już na co dzień kontynuować znajomość z mym rówieśnikiem He­niem Ciukiem, który mieszkał z rodzicami i bratem Mietkiem w sąsiednim familoku. Tata Henia był kopalnianym elektrykiem i pracował na dole, czyli pod ziemią. Sąsiadami Ciuków byli Błaszczykowie. Pan Błaszczyk pracował też na kopalni Jowisz, ale w przeciwieństwie do pana Ciuka, na powierzchni. W moich oczach był on po moim własnym Tacie drugą najważniejszą osobistością na Jowiszu – kierował parowozem, którym wywoził z kopalni wagony z kamienia­mi i żużlem z elektrowni na daleką hałdę w Grodźcu.

Dzięki znajomości z Heniem i poparciu je­go taty, pan Błaszczyk zabierał mnie czasem po kryjomu do parowozu. Była to wspaniała jazda! Parowóz sapał parą i sypał iskrami z komina. Jego kocioł wystawał do kabiny jak brzuch gruba­sa i był tak gorący, że można się było sparzyć, a do paleniska trzeba było często dosypywać wę­gla. Buchał wtedy z niego na nas straszliwy żar. Z tyłu za parowozem widać było jak na spojeniach szyn kołysze się za nami długi szereg chybotliwych wagoników. Pan Błaszczyk pozwalał mi od czasu do czasu pociągać za rączkę, którą uruchamiało się gwizdek lokomotywy. Gwizda­łem wtedy, ile się da, na całą okolicę. Czasami mogłem na trasie trzymać rękę na manetce zawo­ru, którym puszczało się parę do tłoków. Korzystałem wtedy z każdej okazji i gdy tylko pan Błaszczyk odwracał nieco uwagę lub był zajęty skręcaniem papierosa, ja natychmiast puszczałem w tłoki więcej pary i pociąg niebezpiecznie przyspieszał. Pan Błaszczyk musiał natychmiast reagować i ostro hamować.

Znajomość z Heniem Ciukiem była dla nas obu bardzo korzystna: Henio uczył się razem ze mną na tajnych lekcjach, a ja wtajemniczałem osłupiałego ze zdumienia Henia w nauczone od Taty sztuczki z kolorowymi roztworami chemicznymi. Z kolei Henio wprowadził mnie w cały nie­znany mi dotychczas świat robotniczych i wiejskich dzieci, w ich rodziny, problemy którymi żyli i ich zabawy. To Henio i jego koledzy nauczyli mnie wielu arcyważnych dla chłopca w tym wieku umiejętności: biegać za stalo­wym kółkiem, które na poczekaniu zwijał miejscowy kowal z rozżarzonego do czerwoności że­laznego pręta, palić papierosy skręcone z wysuszonych kartoflanych liści, pływać w rzece tak by nie dać się znieść prądowi wody czy bić się na kulki z mo­krej gliny lub grać w monety odbijane od ściany. Chłopcy pokazali mi też, w jaki sposób można zrobić sobie własnoręcznie prawdziwą hulajnogę z dwóch desek i zużytych łożysk kulkowych, które znajdowało się na kopalnianej hałdzie. W Wojkowicach chłopak bez hulajnogi i żelaznego kółka nie liczył się – był bowiem nikim.

Tego roku na Boże Narodzenie dostałem na Gwiazdkę od ojca zestaw podsta­wowych odczynników chemicznych tak pomyślany, że przy jego pomocy można było robić różne efektowne do­świadczenia chemiczne i fotograficz­ne. Tata był moim pierwszym nauczy­cielem chemii, a ponieważ z wykształcenia nie był chemikiem lecz elektrykiem, wyobra­żam sobie, jak solidnie najprzód sam musiał się w chemii doszkolić. Robili­śmy więc wspólnie różne pasjonujące doświadczenia, roztwory zmieniały kolory – po zmieszaniu dwóch bez­barwnych powstawał jeden krwisto­czerwony, a czerwony sok z buraków pod wpływem innego odczynnika ro­bił się zupełnie niebieski.

Konstanty i Wacław Mauberg.

Wojkowice, 1942 r.

To ojciec wzbudził we mnie zainteresowanie chemią i fotografią – od tej pory je­stem wierny obu tym dyscyplinom.

¬ ¬ ¬

W zimie jeździło się wszędzie na łyżwach – do sklepu, do gospodarza po mleko czy na wyścigi z kolegami, które odbywały się na zamarzniętych rozlewiskach na Łęgu. A gdy pola po­kryła już gruba warstwa śniegu, naszym ulubionym zajęciem było polowanie na wrony. Wsa­dzaliśmy do śniegu posmarowane wewnątrz klejem stożki z białego kartonu, do których wkła­dało się kawałek chleba. Zwabione zapachem pożywienia te głodne ptaki wsadzały głowę do wnętrza stożka, który przylepiał się im do piór i zasłaniał oczy. W ten sposób przestawały wi­dzieć, nie mogły latać i można je było schwytać bez trudu.

W familoku przeżyliśmy całą resztę okupacji i wyprowadziliśmy się z nie­go dopiero po wyzwoleniu od Niemców, już bezpośrednio do Gliwic.

Familoki przy ul. Staszica, obecnie ul. Gustawa Morcinka

¬ ¬ ¬

Ojciec zabierał Gopara stale, a mnie często ze sobą do pracy na elektrownię. Po pewnym czasie pracownicy, którzy znali już Gopara od dawna, poznali i mnie na tyle dobrze, że pozwa­lali myszkować swobodnie pilnując jedynie, żebym nie wpadł do wnętrza jakiejś maszyny lub nie wleciał gdzieś do dziury. Miałem kilka ulubionych miejsc odwiedzin. Pierwszym była ste­rownia maszynowni, gdzie na podwyższeniu stały pulpity z mnóstwem koloro­wych światełek, guzików i różnych wskaźników. Lampki migotały tam na zielono i czerwono, a wskazówki drgały wskazując napięcie i natężenie prądu wytwarzanego w czterech huczących turbogeneratorach stojących rzędem poniżej. Podłoga lekko drżała, a w powietrzu uno­sił się zapach rozgrzanego oleju. Drugim było wnętrze trzech olbrzymich chłodni kominowych. W setkach drewnianych korytek płynęła zewsząd woda spadając tysiącami małych wodospadów na coraz niższe poziomy, a gęsta mgła, w której zewsząd widać było kolorowe tęcze, panowała tam nawet w najpogodniejsze dni. Trzecim miejscem była duma mego Taty – zorganizowane przez niego jeszcze przed wojną, jedyne na Górnym Śląsku laboratorium wysokich napięć. Do laboratorium tego nie mogłem chodzić sam lecz tylko z ojcem, bo przeprowadzane tam były nie­bezpieczne badania. Stało w nim wiele różnej wielkości transformatorów, a w ogrodzonym siatką pomieszczeniu, które nazywało się klatką Faraday’a stały wysokie, olbrzymie porcelanowe izo­latory zakończone na szczycie ogromnymi miedzianymi kulami. Ojciec kręcił wielkim kołem jak kapitan na okręcie, z transformatorów rozlegało się coraz potężniejsze buczenie, aż w końcu z ogłuszającym trzaskiem między miedzianymi kulami strzelały snopy niebieskich iskier, zupełnie jak błyskawice w czasie burzy. Było to groźne i wspaniałe widowisko! Bardzo lubiłem też chodzić do pomieszczenia gdzie znajdowała się maszyna wyciągowa. Panowała w nim zupełna cisza. Stało tam wielkie koło o nazwie silnik Leonarda, napędzające równie olbrzymi bęben. Na jego jeden koniec nawijała się stalowa lina wyciągając klatkę z głębi kopalni, a z drugiego odwijała, spuszczając przymocowaną do niej drugą klatkę w głąb kopalnianego szybu.

Znajomi ojca, których spotykałem w czasie tych wycieczek, znając moją fascynację techniką, często dla rozrywki przepytywali mnie:

— czym chciałbyś zostać jak będziesz dorosły?

— oczywiście inżynierem – odpowiadałem wtedy, gdyż ten stopień zawodowy uważałem wówczas za najwyższy na świecie.

— a jakiej specjalności? – padało następne pytanie, przypierając mnie do muru.

— inżynierem elektrykiem – mówiłem, ponieważ mój Tata był dla mnie niedoścignionym wzorem.

— interesują cię silne czy słabe prądy ? – pytano wtedy, już wyraźnie podchwytliwie.

— silne prądy – odpowiadałem. Oczywiście zupełnie nie wiedziałem o co chodzi, ale przecież nie mogłem interesować się czymś tak mizernym, jak prądy słabe. Życie zaś uczyniło mnie elektrochemikiem, a więc w gruncie rzeczy kimś o specjalności pośredniej pomiędzy prądami słabymi i silnymi.

Ojciec zabierał mnie też czasami na inspekcję urządzeń elektrycznych na dół, czyli do kopalni pod ziemię. Wkładaliśmy kombinezony robocze i ochronne kaski na głowę, a Tata brał dla siebie i mnie górnicze lampki zwane karbidówkami. Zapalało się je na dole. Śmierdziały acetylenem, paliły się jasnym płomieniem, ale nie oświetlały wiele. Ciasną klatką zjeżdżaliśmy z sykiem liny w dół tak szybko, że żołądek podchodził do gardła. Na dole nie było przyjemnie – było ciemno, wilgotno, ciasno ale ciepło. Wszystko dookoła pokryte było czarnym węglowym pyłem. Szliśmy w kierunku przodka, gdzie były rozdzielnie elektryczne.

Sztygar pan Fudalej, który prowadził nas na miejsce, opowiadał mi po drodze różne historie o Skarbku, dobrym duchu kopalni. Czasem można go było podobno spotkać w bocznym ciemnym chodniku jak w milczeniu robił obchód swego podziemnego królestwa. Nazywał się Skarbek, bo pilnował skarbów jakie Śląska ziemia tak licznie i zazdrośnie kryła w swym wnętrzu. Takimi skarbami były przeróżne rudy metali a także węgiel, dlatego właśnie nazywany czarnym złotem lub czarnymi diamentami. Skarbek był bardzo stary i miał długą siwą brodę, a poznawało się go dodatkowo po tym, że w ręku trzymał nie nowoczesną lampę karbidową jak my (jakże trudno sobie dziś wyobrazić, że w owych czasach lampa taka była najnowocześniejszą!), lecz smolne łuczywo lub staroświecką lampę olejową. Czasami jednak mógł dla zmylenia przybrać postać zwyczajnego górnika. Gdy spotkało się Skarbka na swej drodze, trzeba go było wtedy natychmiast grzecznie pozdrowić górniczym powitaniem Szczęść Boże. Inaczej mógł sprowa­dzić nieszczęście – zdmuchnąć płomień w lampie, wyprowadzić w labirynt bez wyj­ścia, rzucić zły urok lub nawet spowodować kurzawkę albo wywołać zawał chodnika. Ze Skarb­kiem nie wolno było żartować.

Chodnikiem jechały naprzeciw nas w kierunku szybu wyciągowego wagoniki zwa­ne kolebami wypełnione węglem, ciągnięte przez elektryczne lokomotywy, a czasem jeszcze przez konie. Pan Fudalej mówił, że te konie były zupełnie ślepe, gdyż większość swego życia spędziły w kopalni w zupełnych ciemnościach. W bocznych korytarzach było nieraz tak nisko, że musieliśmy iść prawie na czworakach. Wracaliśmy stamtąd umazani na czarno od stóp do głowy. Trzeba było iść prosto do kopalnianej łaźni. Braliśmy tam prysznic w osobnym pomiesz­czeniu przeznaczonym dla dozoru. Górnicy myli się w olbrzymiej sali z prysznicami wiszą­cymi z sufitu. Przechodząc zerkałem do niej z ciekawością – widać tam było w obłokach pary jak przez mgłę tłumy golasów pokrytych mydlaną pianą.

Przy elektrowni znajdowała się też zorganizowana przez ojca ciemnia fotograficzna. Tata uczył mnie tam różnych technik laboratorium fotograficznego, a ja pomagałem mu wywoływać klisze i robić powiększenia jego zdjęć. Ojciec był zapalonym fotoamatorem i właściwie nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Fotografował wszystko dookoła – były to fotografie członków rodziny i znajomych, reportaże z wycieczek, krajobrazy wśród których szczególnie fascynowały go pejzaże górskie, była ciekawa architektura, przydrożne kapliczki, martwa natura oraz interesujące gry świateł i cieni. Miał zacięcie artystyczne – za czasów studenckich, gdy nie stać go jeszcze było na aparat fotograficzny, w wolnych chwilach wędrował po podwarszawskich okolicach i malował całkiem udane akwarele wiejskich chałup, mazowieckich polnych pejzaży, zabytków architektury.

Podwarszawski folwark. Jedna z akwarel mego ojca.

¬ ¬ ¬

Pan Kwapiszewski też czasami zapraszał mnie do odwiedzenia go w pracy. Zabierał mnie wtedy na obchód po cementowni i z czasem już zupełnie dobrze się w niej orientowałem. Naj­bardziej podobały mi się piece w kształcie olbrzymich leżących walców, długich chyba na sto metrów, powoli obracających się na swych rolkach. W szalejącym wewnątrz nich ogniu wypalał się cement w takim czerwonym żarze, w jakim na pewno smażą się w piekle źli ludzie. Bardzo też lubiłem oglądać laboratorium. Na półkach dojrzewały tam, zupełnie tak samo jak jabłka zi­mowe w naszej piwnicy, gdy mieszkaliśmy jeszcze w domu na górce, próbki stwardniałego cementu i nieświadome swego losu cierpliwie oczekiwały na najbardziej wymyślne tortury, jakim je następnie poddawano: zgniatano, miażdżono i rozrywano je bez litości na specjalnych urzą­dzeniach do pomiaru wytrzymałości.

Jednakże tak naprawdę najbardziej fascynowała mnie elektrownia Taty i jej funkcjono­wanie. W Księdze Pomysłów – grubym zeszycie z kratkowanego papieru, który dostałem od rodziców na imieniny, na drugiej stronie narysowałem duży obrazek zatytułowany Schemat elektrowni. Były tam narysowane dwa wysokie kominy oraz umieszczone wszystkie maszyny, przy pomocy których w elektrowni robi się prąd elektryczny, łącznie z parowozem, którym jeź­dził pan Błaszczyk. Właściwie to Schemat elektrowni był tak ważny, że powinien był znaleźć się na pierwszej stronie, ale była ona już zajęta. Na pierwszej stronie umieściłem bowiem wcze­śniej spis treści, którego III-ci rozdział był zatytułowany Moje projekty na po wojnie. Pierw­szy punkt tego rozdziału brzmiał: Nr 1. Odgryźć się Polakowi. Rysio Polak był synem bardzo ważnej miejscowej osobistości – jego tata był właścicielem zakładu fryzjerskiego znajdującego się w centralnym miejscu Wojkowic, na rogu topolowej alei i głównej ulicy Sobieskiego. Rysio był szefem wieloosobo­wej grupy chłopców, a na moją zemstę zasłużył sobie z tego powodu, że nie chciał bawić się z moją grupą, która składała się tylko z Henia Ciuka, mnie i kilku niezbyt zdecydowanych sym­patyków, a wśród nich kolegów jeszcze z przedszkola – Bogusia Przybyłka i Czarka Trefona. Dopiero na drugim miejscu spisu treści był punkt: Nr 2. Zrobić sobie elektrownię w domu.

¬ ¬ ¬

W końcu kwietnia 1943 roku zapanowało w Wojkowicach wielkie poruszenie. W nie­mieckiej gadzinówce wydawanej po polsku dla Polaków drukowano co dzień nowe wykazy nazwisk zamordowanych przez Rosjan polskich oficerów, których kilka tysięcy ciał odkryło wojsko niemieckie w masowych grobach na terenie Rosji koło Smoleńska. To wtedy usłyszałem po raz pierwszy złowrogą nazwę Katyń. Skojarzyłem ją sobie wówczas natychmiast z zawodem kata. Wszyscy ci Polacy, którzy mieli kogoś z rodziny lub znajomego w wojsku, a o któ­rym nie mieli od czasu wojny żadnych wiadomości, codziennie szukali, czy w gazecie nie ma ich nazwisk. Państwo Dzierzbiccy szukali tam z trwogą nazwisk swych dwóch synów i pamiętam, że pani Dzierzbicka chodziła w tym okresie czasu z twarzą zapuchniętą z płaczu i wyglądała jak zdjęta z krzyża. Wszyscy nasi znajomi byli zdezorientowani i zadawali sobie pytanie, czy to może Niemcy zabili naszych oficerów? Mój ojciec jednak, mimo że o niemieckiej bezwzględności i okrucieństwach przez nich popełnianych stale było wokół głośno, znał bolszewików na tyle do­brze, by nie mieć najmniejszych złudzeń, że to nieprawdopodobne i makabryczne odkrycie o któ­rym Niemcy piszą w gazetach jest niestety prawdą, a zbrodnię tę popełnili Rosjanie. Rodzice po raz kolejny podziękowali Bogu za to, że nie mieli gdzie już dalej uciekać z Krasnegostawu na wschód. Tata mówił, że po zdradzieckim ataku w plecy Polski w dniu 17 września 1939 roku, był to drugi, straszliwy przejaw wrogiego stosunku, jaki Rosjanie mają do Polaków. Mieliśmy więc z dwóch stron naszego kraju dwóch bezlitosnych wrogów – z jednej Niemców, których przywódca Hitler głośno nawoływał w swych przemówieniach do wytępienia Polaków, a z dru­giej Rosjan, których intencje wobec nas były coraz bardziej widoczne i przerażające.

¬ ¬ ¬

Moja Mama, pozbawiona w familoku pomocy domowej i zmuszona zająć się wychowa­niem syna, gotowaniem, prowadzeniem i zaopatrzeniem domu, bez słowa skargi czy narzekania znosiła trudy okupacji. Była dzielnym i lojalnym partnerem, na którego poparcie i słowa otuchy ojciec mógł zawsze liczyć w tych ciężkich czasach. Mama nigdy nie uchylała się od wyraźnego wyrażenia swego zdania. Potrafiła Tatę podeprzeć na duchu a także, mimo raczej władczego charakteru, umiała usunąć się w cień, gdy było potrzeba. Wykazywała się dużą, sprawdzoną na wielu przypadkach intuicją i trafnością w osądach, toteż Tata bardzo liczył się z jej opinią, mimo że miał czasem zupełnie inne zdanie. Miała też doskonałą zdolność adaptacji do warunków oku­pacyjnego życia. Ponieważ w czasie niemieckiej okupacji niepracującym Polakom groziła w każdej chwili wywózka na przymusowe roboty do Niemiec, moja Mama posiadała tzw. lipne papiery o za­trudnieniu. Była fikcyjnie zatrudniona jako fizyczna pracownica placowa w firmie transporto­wej Andrzeja Furmanka, naszego znajomego sprzed wojny, któremu Niemcy dali koncesję na pro­wadzenie firmy.

Rodzice moi tworzyli parę, w której niekwestionowaną i niepodzielną władzę pełnił mój ojciec. Wychodziło nam to na dobre, bo Tata umiał rządzić, a Mama podporządkować się. Mimo to ojciec miał zwyczaj, aby wszystkie sprawy dyskutować szczegółowo z Mamą. Decyzja podejmowa­na przez ojca była już potem realizowana wspólnie, a odpowiedzialność i konsekwencje pono­szone też wspólnie.

Szczególnie trudne do rozwiązania były problemy ze zdobyciem żywności, bo władze niemieckie coraz bardziej zmniejszały jej przydziały. Polacy mieli nie tylko niższe place od Niemców, ale i mniejsze przydziały żywności. Rolnicy i te rodziny które miały ogródki, mogli się z nich jakoś dożywić. Myśmy nie mieli tych możliwości, zaczęliśmy więc po prostu być co­raz bardziej głodni. Dożywialiśmy się brukwią i burakami pastewnymi, Mama zrywała pokrzywy w rowie przy drodze i robiła z nich zupę. Nawet ziemniaki sta­nowiły rarytas. Pamiętam jak pewnego razu nie mogłem się powstrzymać i dosłownie pożarłem całe pół kostki margaryny, jaką Mama przyniosła tryumfalnie do domu, a która stanowiła tygo­dniowy przydział tłuszczu dla naszej czteroosobowej rodziny.

W tych trudnych chwilach moja Mama przejęła na siebie zadanie zaopatrzenia rodziny w dodatkową żywność i wykazała się w tym nadzwyczajną pomysłowością i inicjatywą. Handel żywnością był surowo zakazany, a za nielegalny ubój bydła groziła kara śmierci. Wyprawy po żywność były więc bardzo niebezpieczne zarówno dla sprze­dającego, jak i kupującego. Mama zabierała mnie, niby na wycieczkę i dla odwiedzenia znajo­mych, na kilkudniowe piesze wyprawy do Siemonii i innych okolicznych wsi. Chodziliśmy tam do gospodarzy wskazanych przez księdza Pieńkowskiego lub po prostu od chałupy do chałupy i Mama usiłowała kupić mąkę, masło, jaja i te wiejskie produkty, które przed wojną gospodynie same roznosiły po domach naszej górki i bardzo prosiły, żeby je od nich kupić. Teraz sytuacja odwróciła się diametralnie. Walutą nie były niemieckie pieniądze ale dolary, złoto lub w osta­teczności inne przedmioty, na które dotychczas uboga zagłębiowska wieś nie mogła sobie po­zwolić. W ten sposób w ciągu wielu kolejnych wypraw została wymieniona na żywność naj­przód cała Mamy biżuteria, po jej wyczerpaniu futro Mamy i gruby zimowy płaszcz ojca, potem jej sukienki i buty, a na końcu różne nasze meble, których i tak nie mieliśmy gdzie pomieścić w ciasnym mieszkaniu w familoku. Najcenniejszym, ale i najrzadziej zdobywanym trofeum było mięso. Jeżeli udało się je w końcu gdzieś zdobyć, Mama obwijała się nim dookoła pasa, a w ko­szyku niosła chleb lub inne mniej niebezpieczne produkty, aby w razie kontroli i rewizji po dro­dze to one zostały przez żandarmów odkryte i skonfiskowane.

Cierpieliśmy również na chroniczny brak cukru. Mama robiła więc melasę z brukwi albo z buraków pastewnych, które kupowała u gospodarzy na wsi. Trzeba było je pociąć na drobne paski i długo gotować w wielkich garnkach na piecu w kuchni. Wszystko dookoła było zaparowane, ale nie można było otworzyć okien żeby się nie zdradzić z tą produk­cją. Po wygotowaniu i wytłoczeniu przez szmatę, otrzymywało się brązowy gęsty słodko-gorzkawy wywar, którym można było z pewną dozą fantazji zastąpić upragniony brakujący biały cukier. Obecnie, kiedy piszę te słowa, surowy brązowy nierafinowany cukier jest uważany za coś bardziej naturalnego, lepszego i droższego od cukru białego. Widać, jak bardzo wartość rze­czy jest względna i jak zależy od aktualnych warunków życia.

Ponieważ brakowało także i mydła, a o niemieckim przydziałowym o nazwie RIF mówiło się, że jest robione z Żydów zabitych w obozie śmierci w Auschwitz-Oświęcimiu i z gliny, Mama zajęła się produkcją mydła. Robiła je z niejadalnego baraniego tłuszczu kupowanego pokątnie na wsi oraz z sody, którą wy­dobywała z popiołu. Przepis na produkcję takiego mydła krążył wówczas po całej Polsce i był dostosowywany do lokalnej sytuacji surowcowej. Tak otrzymane mydło zupełnie dobrze można było użyć do prania, a nawet i do mycia.

¬ ¬ ¬

W 1944 roku kolonia naszych domków na górce została już zupełnie opanowana przez niemieckich urzędników, a wszyscy nasi sąsiedzi mieszkali teraz albo podobnie jak my w fami­lokach na kolonii robotniczej, albo gdzieś na peryferiach Wojkowic. Mimo to rodzice dalej pod­trzymywali stosunki towarzyskie ze znajomymi, gdyż stanowiło to swego rodzaju ucieczkę od smutnej okupacyjnej rzeczywistości i była to jedyna możliwość spotkania się, wymiany myśli i zdobycia nowych wiadomości. Opowiadano o przeżyciach z września 1939 ro­ku, powoli przeciekały rewelacje o obronie Westerplatte i jej dowódcy majorze Henryku Sucharskim, o wyczynach majora Hubala, o polskim rządzie w Londynie i o polskiej armii na Bliskim Wschodzie. Szep­tem mówiono o Armii Krajowej i jej walce z Niemcami. Śmierć generała Władysława Sikorskiego była cio­sem, z którego długo nie mogliśmy się otrząsnąć, a wiadomości o powstawaniu polskiego wojska w Sowietach i jego walkach na froncie z Niemcami u boku Sowietów przyjmowaliśmy raczej z niedowierzaniem. Dyskutowano oczywiście również o polityce, o przyczynach tak druzgocącej klęski we wrześniu, o powodach słabości Polski przedwojennej i o sposobach uniknięcia błędów w przy­szłości. Jak zwykle, sanatorzy  i ozonowcy  obarczali się nawzajem winą za klęskę. To, że ostatecznie zwyciężymy i przepędzimy Niemców z naszej ziemi, nie podlegało dla nikogo naj­mniejszej wątpliwości i było dla nas oczywiste.

Długie okupacyjne zimowe wieczory rodzice urozmaicali sobie opowiadaniami „o daw­nych czasach”. Mama opowiadała o pobycie w Moskwie, o koleżankach ze Szkoły Pielęgniar­skiej w Warszawie i o swej praktyce w zakładzie dla dzieci specjalnej troski prowadzonym przez amerykańską Fundację Metodystów. Babcia o znajomych na Kaukazie, o życiu towarzyskim jakie tam prowadziła albo o wonnych wschodnich przyprawach kuchennych, z których najwięcej brak jej było teraz ziela o nazwie kindza. Tata opowiadał o prastarej Kolchidzie, która w gru­zińskim języku nazywała się Sakarthveło i dała początek dzisiejszej Gruzji oraz o jej złotym wieku za panowania królowej Tamary. Historię Gruzji ojciec znał dobrze, gdyż uczył się jej szcze­gółowo w Korpusie Kadetów. Opowiadał także o tarasach, na których rozłożony był Tyflis i o Klubie Polskim w tym mieście, gdzie babcia królowała wyróżniając się urodą, wdziękiem i smu­kłą sylwetką.

Ja jednak najbardziej lubiłem, jak Tata opowiadał o Kaukazie, Gruzji i o Gruzinach. Z jego opowieści wyłaniał się malowniczy obraz potężnego, długiego na przeszło 1000 ki­lometrów pasma groźnych gór oraz wizerunek tego dzielnego narodu. Gruzini to ludzie roz­miłowani w kulturze, przedsię­biorczy, sprytni i nadzwyczaj waleczni. Świadczyła o tym dobitnie już sama formuła sta­rodawnego gruzińskiego po­zdrowienia. Przy powitaniu mówiło się: Gamardżoba – Bądź zwycięz­cą!, a pozdrawiany odpowiadał: Gaumardżios co oznaczało: Zwyciężaj!

Starsi przypominali sobie różne zabawne wierszyki rosyjskie, jak na przykład ten o trzech Chińczykach i trzech Chinkach:

Byli, żyli tri Kitajcy: Jakcy, Jakcy-Drakcy, Jakcy-Drakcy-Droni.

Byli, żyli tri Kitajki: Cypcy, Cypcy-Drypcy, Cypcy-Drypcy-Limpamponi.

Pożeniłsia: Jakcy na Cypcy, Jakcy-Drakcy na Cypcy-Drypcy,

Jakcy-Drakcy-Droni z Cypkaj-Drypkaj-Limpamponi.

Była to bardzo zabawna i skomplikowana historia, bo mieli oni potem dzieci i wnuki, których imiona były kombinacją imion rodziców i robiły się przez to coraz dłuższe. Można było tak ciągnąć w nieskończoność.

Tyflis 1910 r. Gmach Opery

W te wieczory ojciec czytał nam po rosyjsku liryczne poezje Lermontowa i opowiadania Puszkina. Szczególnie bliskim był mu Lermontow, być może z tego powodu, że podobnie jak on ukończył szkołę wojskową i służył w wojsku, a może także i dlatego, że dwukrotnie przebywał na zesłaniu na Kaukazie. Pełen tragicznego wyrazu wiersz Śmierć po­ety napisany na wieść o tragicznej śmierci Puszkina był przez mego Tatę szczególnie ceniony. Ja najbardziej lubiłem słuchać, jak Tata czytał poemat Puszkina Rusłan i Ludmiła:

U łukamoria dub zielonyj,

Złataja cep’ na dubie tom.

I dniom i noczju kot uczionyj

Wsio chodit po cepi krugom.

Idiot naprawo – piesń zawodit,

Nalewo – skazku gawarit...

i od razu tłumaczył na polski:

Nad morską zatoką jest dąb zielony,

Na dębie złoty łańcuch leży.

I całe noce, całe dni

Krąży po nim kot uczony.

Pójdzie na prawo –  pieśń zaśpiewa,

A w lewo – bajkę opowie...

Lub bajkę O carze Sałtanie:

....... Wiatr wesoło szumi wkoło,

Z dali okręt mknie wesoło

Obok jednej z wysp Bujana

Wprost do sławnych ziem Sałtana

I krainę upragnioną

Widać już za mgieł zasłoną.

Już na brzeg wysiedli goście,

Już car Sałtan woła: „Proście!”

Goście patrzą – car na tronie

Siedzi w złotej swej koronie,

A kucharka z tkaczką cicho,

Z swatką – babą Babarychą

Siedzą razem na uboczu,

Śledzą cara czworgiem oczu...

Trzeba było bardzo uważnie słuchać by nie dać się zaskoczyć i odpowiedzieć na zadawa­ne znienacka pytanie: dlaczego trzy osoby – kucharka, tkaczka i Babarycha patrzały na cara czworgiem, a nie sześciorgiem oczu?

Z przejęciem wsłuchiwałem się w rytmiczne strofy wiersza i śpiewną melodię rosyjskie­go języka, która w wykonaniu ojca nabierała szczególnej miękkości i uroku. W przeciwieństwie do gardłowego i szczekliwego języka niemieckiego, rosyjski spodobał mi się od samego począt­ku. To dopiero spotkanie z sowieckimi żołnierzami w 1945 roku, plugawym słownictwem jakim się posługiwali i przymus jego nauki w szkole spowodowały, że do języka tego straciłem potem cały mój dotychczasowy sentyment.

Konstanty Mauberg (po lewej) ze swym przyjacielem Włodzimierzem Lilienfeld.

Agdam w Azerbejdżanie, 1908 r.

¬ ¬ ¬

Wiadomość, jaką w lecie 1944 roku podały niemieckie gazety o wkroczeniu wojsk so­wieckich na tereny polskie wywołała falę radosnych nastrojów, a ze zdziwieniem i mieszanymi uczuciami mówiono o utworzeniu drugiego, uzależnionego od komunistów, polskiego rządu w wyzwolonym Lublinie. W sierpniu dowiedzieliśmy się o wybuchu powstania w Warszawie i Mama, która tam miała brata Adama, niepokoiła się bardzo o jego los. Wuj Adam pomagał nam w czasie okupacji niemieckej, przysyłając z Warszawy paczki z żywnością i ubraniem. Wiadomość o porażce powstańców i spaleniu Warszawy przez Niemców spowodowała powrót pesymizmu . Także i wiadomość o wydaniu przez lubelski rząd komunistyczny niezrozumiałego zarządzenia o karze śmierci za nielegalne posiadanie odbiorników radiowych na wyzwolonych już od Niemców terenach wywoływała zdumienie i przerażenie. Sugerowała bowiem raczej kontynuację niemieckiej okupacji niż nie­podległość. Zatrzymanie rosyjskiej ofensywy na Wiśle było dla mego Taty kolejnym niepokoją­cym sygnałem złych intencji Sowietów wobec Polski. U nas w Wojkowicach Niemcy nie prze­jawiali żadnych oznak słabości, byli dalej butni i pewni siebie.

¬ ¬ ¬

Do rodziców przychodzili często w odwiedziny ludzie, którzy byli pionierami przemysłu górniczego w Zagłębiu. Byliśmy wszyscy tymi, którym wojna brutalnie przerwała, każdemu na innym etapie, proces zagłębiowskiej asymilacji. O ludziach tych mówiło się w tutejszej gwarze ptoki – krzoki – pnioki. Oznaczało to: ptaki – czyli ci, którzy dopiero co przyfrunęli z innych dzielnic Polski i zauroczeni pięknem tej ziemi pozostali tu na stałe, krzaki – ci, co zapuściwszy korzenie w Zagłębiu tworzą już jego rozgałęzioną tkankę i pniaki – to ci, którzy są tu już w drugim lub trzecim pokoleniu, czyli tak długo, że ich korzenie sięgają głęboko, są grube i stano­wią solidny pień. Ptokami byli moi rodzice i wszyscy nasi znajomi z kolonii na górce. Na­paść niemiecka na Polskę uniemożliwiła im stanie się krzokami, mnie zaś pozbawiła możliwo­ści stania się pniokiem.

Podczas tych spotkań wspominano stare dzieje i prowadzono gorące dyskusje o tym, jak zagłębiowski przemysł powinien być zorganizowany po wojnie. Krytycznie odnoszono się do Karboferu, wielkiego przedwojennego rządowego molocha skupiającego kopalnie (Karbo) i huty żelaza (Ferrum), skąd wzięła się jego nazwa. Był on podobno tak źle zarządzany, że mówiono o nim nie Karbofer, lecz Skarb Oferm.

Dzięki temu, przysłuchując się rozmowom dorosłych, powoli zaczynałem poznawać hi­storię Towarzystwa SATURN, Zagłębia Dąbrowskiego i powstania przemysłu na tej ziemi. W Zagłębiu ludność była przysłowiowo uboga, a wnętrze ziemi wyjątkowo bogate w przeróżne su­rowce i przez to stanowiące tak łakomy kąsek dla kolejnych zaborców – Austriaków, Rosjan i Niemców. W niedalekich Mysłowicach był przecież punkt, w którym zbiegały się granice trzech zaborów – austriackiego, rosyjskiego i pruskiego. U schyłku 18-go i w początkach 19-go wieku niewielkie jeszcze wydobycie węgla w Zagłębiu związane było tylko z lokalnym wytapianiem ołowiu, cynku i srebra. Rudy tych cennych metali w stosunkowo płytkich pokładach ciągną się w pasie od Olkusza do Tarnowskich Gór. Dopiero w drugiej połowie i pod koniec XIX-go wieku nastąpił gwałtowny wzrost jego wydobycia spowodowany pojawieniem się hurtowych odbiorców, któ­rymi stały się cukrownie, huty, maszyny parowe fabryk włókienniczych w Łodzi, a także rozpoczęta w 1840 r. budowa kolei Warszawsko-Wiedeńskiej i w końcu mieszkańcy coraz bardziej ludnych miast.

Pierwsza kopalnia w sąsiedniej Czeladzi wzięła swój początek od spotkania trzynastu mieszczan, którzy około połowy 19-go wieku zawiązali spółkę dla kopania węgla na pobliskim pustkowiu o nazwie Piaski. Dzielnym mieszczanom, mającym równie wiele entuzjazmu co mało wiadomości o wydobyciu węgla, szybko wyczerpały się finanse i szyb swój musieli sprzedać. Nowi właściciele sprowadzili fachowych sztygarów z Górnego Śląska, pogłębili szyb i dopiero wtedy kopalnia dała swój pierwszy węgiel. Jednakże wkrótce pojawiła się zmora wszystkich ko­palń – woda. Jej wypompowywanie doprowadziło ich do ruiny, sprzedali więc kopalnię przedsiębiorcy z Bytomia, niejakiemu Kramerowi. Kramer prowadził eksploatację przez dłuższy czas w sposób na tyle fachowy, że udokumentował wielkie pokłady węgla. Dzięki tej dokumentacji powstało w Paryżu w dniu 3 maja 1879 roku Towarzystwo Akcyjne Kopalń Czeladź o ol­brzymim jak na owe czasy kapitale 3 milionów franków. W ciągu dalszych lat swego istnienia Towarzystwo to przechodziło zmienne koleje losu i różne przekształcenia.

W roku 1900 kilku wielkich łódzkich magnatów przemysłu tekstylnego – Scheibler, Kunitzer, Geyer, Biedermann i inni założyło spółkę akcyjną Towarzystwo SATURN. Towarzystwo to kupiło drugą ze znajdujących się w Czeladzi kopalnię o nazwie Saturn, którą niemieccy fa­chowcy – doradcy poprzedniego właściciela księcia Hohenlohe-Oehringen uznali za nie nadają­cą się już do eksploatacji. Przystąpiono do uruchamiania nieczynnej kopalni z wielką energią i poświęceniem. W maju 1902 r. wybuchł na Saturnie pod ziemią pożar i szyby kopalni musiały zostać zatopione. Przy odbudowie pracowali nasi znajomi – pan Wójcikiewicz, Remiszewski, Adam Sztachelski i Smoczarski, którzy teraz chętnie opowiadali w zimowe wieczory o tym pionierskim okresie swego życia. Kronikarz Zagłębia Marian Kantor-Mirski nie szczędzi zachwytu dla entuzjazmu, rozmachu i sprawności, z jaką Towarzystwo SATURN prowadziło w Czeladzi prace pisząc swej kronice Z przeszłości Zagłębia Dąbrowskiego i okolicy:

Uporządkowano nawierzchnię kopalni zapełniając ją gmachami i urządzeniami według nowo­czesnych wymagań techniki. Budowę ukończono w 1911 roku. Na pierwszy plan wysunął się Dom Zborny z przepiękną kaplicą. Budynek urzędniczy mieszczący w sobie salę widowiskową na 600 osób, klub urzędniczy i dom ludowy oddane zostały do użytku w 1910 roku, gmach szkolny na 1000 dzieci oddano do użytku już w 1906 roku. Potem powyrastały budynki kolonii urzędni­czej i robotniczej, wreszcie założono park. Park ten dotykał granicy pruskiej i tutaj przy pomocy całego personelu i robotników zorganizowany został w latach rewolucji 1905 roku najpewniejszy punkt przemytu niepodległościowców i rewolucjonistów, którym żandarmeria carska deptała po piętach, przez co musieli uciekać na emigrację  .

Nasze Wojkowice też były miejscowością, mogącą pochwalić się wiekową historią. Za­łożycielem osady był jeden z Wojków, małopolskich rycerzy, znanych już w XII wieku, a o istnieniu wioski wspominał po raz pierwszy dokument z roku 1371. W 1824 roku uruchomiono tu kopalnię rudy cynkowej o nazwie Kacper . Wieś wymieniona jest w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego . W odróżnieniu od Wojkowic Kościelnych koło Siewierza, nasze Wojkowice nazywają się Komorne podobno z tego powodu, że ze względu na bliskość pruskiej granicy, tu przez pewien czas znajdowała się komora celna. W początkach XX wieku, w latach 1907 – 1930, po ukończeniu prac w Czeladzi, Towarzy­stwo SATURN prowadziło w Wojkowicach z podobnym rozmachem jak na Saturnie, budowę kopalni i elektrowni Jowisz oraz osiedli mieszkaniowych dla pracowników. Kopalnia została oddana do eksploatacji w 1912 r. potem elektrownia, a w 1930 r. ukończono budowę cementow­ni, której nadano nazwę Saturn.

Kapitał akcyjny Towarzystwa SATURN wynosił przed samą wojną 30 milionów zło­tych. Głównymi akcjonariuszami byli, jak już pisałem, łódzcy magnaci przemysłu tekstylnego. Wśród pomniejszych, posiadających po kilkanaście lub nawet po jednej tylko akcji, byli nasi znajomi: dyrektor generalny Towarzystwa SATURN Józef Przedpełski, prezes Urzędu Dozoru Kotłów i ojca profesor na Politechnice Warszawskiej Jan Obrąpalski, ksiądz Pieńkowski oraz inży­nierowie Józef Raźniewski i Jerzy Dzierzbicki. Ten ostatni w 1938 roku był posiadaczem tylko jednej akcji. Towarzystwo SATURN było właściwie jedyną śląską spółką węglową, której kapi­tał był w większości w rękach polskich. Na tle innych wyróżniało się pozytywnie swą troską o pracowników i ich prawa socjalne.

Osoby, krążące w orbicie Saturna nie były tuzinkowymi.

Inżynier Józef Przedpełski, absolwent Akademii Górniczej w Leoben (Austria), nie tylko zajmował wysokie stanowisko Wiceprezesa i Dyrektora Naczelnego Towarzystwa Górniczo-Przemysłowego "Saturn" S.A. w Sosnowcu, ale był również cenionym specjalistą w dziedzinie kopalnictwa rud i minerałów. Był autorem wielu publikacji i referatów z tego zakresu wiedzy. Współpracował ściśle, między innymi, z Izbą Przemysłowo-Handlową w Sosnowcu oraz państwowym Urzędem Dozoru Kotłów w Katowicach, którego dyrektorem był profesor Jan Obrąpalski. Józef Przedpełski był społecznikiem – swoje posłannictwo traktował jako służbę innym. Swymi prywatnymi funduszami wspomagał harcerstwo oraz liczne społeczne organizacje charytatywne.

Profesor Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej Jan Obrąpalski, absolwent Instytutu Technologicznego w Petersburgu i Politechniki w Berlinie-Charlottenburgu, był organizatorem przemysłu w Zagłębiu i na Górnym Śląsku w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku. W odrodzonej Polsce był jednym z członków-założycieli SEP (Stowarzyszenie Elektryków Polskich) i dyrektorem państwowego Urzędu Dozoru Kotłów w Katowicach, który przekształcił w cenioną placówkę naukowo-badawczą. Stała się ona prawdziwą szkołą dla młodych polskich inżynierów i przyczyniła się do polonizacji przemysłu górnośląskiego.

Dyrektorem kopalni „Jowisz” był w tym czasie inż. Włodzimierz Michalewski, również znany specjalista górniczy.

Mój ojciec, mimo że był najmłodszym z nich i zaledwie kilka lat po studiach na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, gdzie między innymi słuchał wykładów profesora Obrąpalskiego, miał dzięki jego wpływowi zacięcie naukowe i społeczne. Gdy został dyrektorem elektrowni „Jowisz”, założył tam pierwsze na Górnym Śląsku Laboratorium Wysokich Napięć – jednostkę badawczo-naukową, niezbędną dla rozwoju polskiej energetyki przemysłowej. Był także cenionym autorem wielu artykułów na temat energetyki w technicznej prasie fachowej. Zakładał pierwszy w Zagłębiu robotniczy Związek Zawodowy „Praca Polska”.

To grono tych, a także i wielu innych, podobnych im zapaleńców, specjalistów i pionierów rozwoju śląskiego przemysłu spotykało się systematycznie w willi Przdpełskich w celu wysłuchania referatów naukowych lub dyskutowania nurtujących ich problemów zawodowych.

¬ ¬ ¬

Na jesieni 1944 roku Rosjanie stali nadal na linii Wisły i nie wiadomo było co sądzić o tym tak dłu­gim zatrzymaniu się ich ofensywy. Natomiast wiadomości z zachodniego frontu wojny z Niemcami zaczęły być już coraz lepsze. Mimo braku radia wiedzieliśmy, że wojska alianckie, a wśród nich i nasze, dawno już wylądowały we Włoszech i Francji, że kraje te są już wolne i że Alianci zbliżają się teraz od zachodu do niemieckich granic. Czuliśmy, że i w Wojkowicach pa­nowanie Niemców jest już bliskie końca, nie było tylko jeszcze jasne, przez kogo zosta­niemy wyzwoleni – przez Rosjan czy przez aliantów zachodnich. Zdania były podzielone – lewicujący woleli aby to byli Rosjanie, a my i nasi znajomi, biorąc pod uwagę zatrzymanie się Ro­sjan na Wiśle, liczyliśmy że będą to alianci. Nie wiedzieliśmy wówczas jeszcze, że w tym czasie trzy mocarstwa podzieliły już swe role i w Jałcie zapadło ustalenie, iż ziemie polskie mają być oczyszczone z Niemców przez wojska rosyjskie, a Polska ma znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów.

Niemcy zaczęli robić gorączkowe przygotowania do obrony i zacierali ślady swej dzia­łalności. Wywozili dokumenty, polowali z coraz większą zajadłością na nielicznych pozostałych jeszcze przy życiu Żydów i zlikwidowali znajdujący się na peryferiach Wojkowic obóz włoskich jeńców, których nazywaliśmy Badolianami. Byli to internowani włoscy żołnierze, dotychczasowi sojusznicy Niemców pochodzący z armii marszałka Badoglio, który po obaleniu Mussoliniego stanął na czele rządu włoskiego, podpisał zawieszenie broni z aliantami i wypowiedział Niemcom wojnę.

Coraz częściej pojawiały się przelatujące wysoko nad nami eskadry samolotów. Nie było ich wi­dać, słyszeliśmy tylko gdzieś w górze monotonne buczenie, a wycie syren ogłaszało alarm prze­ciwlotniczy. Nie baliśmy się ich, bo byli to przecież nasi sojusznicy. Wybiegaliśmy przed dom żeby ich wypatrzyć na niebie i pomachać do nich rękami, tylko Gopar uciekał natychmiast pod kanapę. Gopar, który obecnie miał 11 lat co oznaczało, że był już w tym czasie psim starszym panem, nigdy nie lubił hałasów, a od czasu spotkania z niemieckimi samolotami na lotnisku pod Radomiem był specjalnie uczulony na warkot lotniczych silników.

Święta Bożego Narodzenia były znowu głodne i smutne, przeżyliśmy je w nastroju nie­pewności i oczekiwania. Zupełnie nie wiem jak to się stało, bo nie byłem wtajemniczony w tę sprawę, że do ojca zwrócił się w tym czasie wojkowicki sołtys Józef Stuczeń z prośbą aby przetrzymać przez kilka dni ukrywającego się młodego Żyda z Wojkowic, Josela Schlesingera , który uciekł z niemieckiego obozu. Rodzice gdzieś go ukryli, może to było na elektrowni, a może pośredniczyli w jego ukryciu gdzie indziej.

Długo oczekiwana ofensywa sowiecka ruszyła nareszcie znad Wisły 12 stycznia 1945 roku i wkrótce przez Wojkowice zaczęły przewalać się masy uciekających na zachód wojsk niemieckich. Na Jowiszu istniał konspiracyjny Komitet Techniczny, założony przez należące­go do PPS znajomego ojca, pana Tadeusza Rumanstorfera , inżyniera pracującego na kopalni. W tym czasie Tata omawiał z panem Rumanstorferem różne warianty zachowania się Niem­ców w trakcie odwrotu, a także i nasze postępowanie wobec wkraczających wojsk sowieckich. Przychodzili też do Taty przedstawiciele Komitetu Technicznego i omawiali z nim zabezpieczenie elektrowni na wypadek, gdyby Niemcy chcieli ją zniszczyć. Pytali, czy czujemy się bezpiecznie i czy nie trzeba nas gdzie ukryć. Ojciec ze wzruszeniem opowiadał, że robotnicy zorganizowali dyskretną ob­serwację naszego familoka. Był to dowód szacunku i uznania, z jakim spotkała się postawa Taty w czasie okupacji, gdy nie poddał się i mimo nacisków odmówił okupantom przyjęcia niemieckiej listy narodowościowej. W razie czego obserwatorzy mieli dać znać, gdyby Niemcy knuli coś niedobrego i chcieli na przykład wywieźć gdzieś Tatę. Obawiano się powtórzenia historii pana Józefa Raźniewskiego, tego z którym ojciec przed wojną zakładał związek zawodowy Praca Pol­ska, a który już w tym czasie nie żył – został przez Niemców wywieziony do obozu koncentra­cyjnego w Gross-Rosen, gdzie zmarł. Ale Niemcy przypuszczalnie zupełnie się nami nie intere­sowali – mieli własne kłopoty na głowie. Zajmowali się gorączkowo przygotowaniem swojej ucieczki i wywozili rzeczy ze swych mieszkań.

Rano, w sobotę 27 stycznia 1945 roku usłyszeliśmy przeraźliwe wycie rosyjskich rakiet, zwanych katiuszami. Gopar znowu dał nura pod kanapę i w kilka godzin potem pierwsi rosyjscy frontowi żołnierze pojawili się w Wojkowicach, a my witaliśmy ich entuzjastycznie, jak zbawców. Rosja­nie wypytywali zaraz, czy nie ma tu gdzieś schowanego germańca. Jakiś chyba ranny niemiec­ki żołnierz rzeczywiście nie zdążył uciec, a może był to dezerter i ukrywał się gdzieś w zakamarku. Został wskazany przez ludzi i natychmiast zastrzelony przez czerwonoarmiejców. Leżał potem przez cały dzień w rowie przy drodze przyprószony padającym śniegiem, a my chłopcy z dreszczem trwogi chodziliśmy go oglądać. Twarz miał szaro-żółtą i wcale nie wyglądał już groźnie. Radość z odzyskanej wolności była nie do opisania.

Kilka dni potem widziałem jak dwaj rosyjscy żołnierze prowadzili na łańcuchu główną ulicą w kierun­ku Będzina skutych razem renegatów Kurz’a oraz kierownika szkoły niemieckiej, wielkiego polako­żercę Zielińskiego, a miejscowi ludzie towarzyszyli temu pochodowi, bili ich kijami i rzucali w nich kamieniami. Żołnierze musieli ich odganiać i osłaniać prowadzonych przed samosądem. Nie zaskarbili sobie przyjaźni wojkowiczan ani pan Kurzymski z Przełajki, ani pan Zieliński z Wojkowic, zupełnie nie!

Oswoiwszy się nieco z urokami odzyskanej wolności i dokonawszy porachunków z lo­kalnymi kolaborantami, Zagłębiacy a w ślad za nimi reszta Polski, runęli teraz gromadą na plądrowanie niemieckich miast. Najbliższym od nas był Bytom, toteż tam ciągnęły sznury wojkowiczan z sankami, wózkami lub dużymi wozami konnymi by włamywać się do niemieckich mieszkań opuszczonych przez ich właścicieli, którzy uciekli wraz z wycofującym się wojskiem. Rabowano co się dało, a mieszkania Niemców były zasobne we wszystko to, czego brakowało zawsze ubogiej i zubożonej jeszcze dodatkowo przez okupację zagłębiowskiej ludno­ści. Nazywało się to enigmatycznie i elegancko szaber, ale było oczywiście zwykłym wojen­nym rabunkiem na wielką skalę dokonywanym przez ludność narodu zwycięskiego na ludności pokonanego przeciwnika. Choć był to akt sprawiedliwości dziejowej, to jego ofiarami, jak zwykle, padali nie ci którzy zawinili, ale zupełnie niewinni, postronni Niemcy. Jedno jest cał­kiem pewne – gdyby Bytomia, Gliwic, Opola, Wrocławia i innych poniemieckich miast nie rozgrabili Polacy, zrobiliby to Rosjanie i wtedy to nie mieszkańcy tych ziem mieliby z tego pożytek.

Co sprytniejsi wojkowiczanie zauważyli wkrótce, że właściwie mogą się nie męczyć i nie mu­szą na piechotę drałować na mrozie po śniegu 15 kilometrów do Bytomia. Przecież mają na miejscu całą górkę z opuszczonymi niemieckimi mieszkaniami. Błyskawicznie wyważono więc drzwi domów i każdy wynosił, co uważał za najbardziej cenne i potrzebne. Wybór był bo­gaty i ludzie czuli się tak, jakby byli w dużym wielobranżowym sklepie, w którym w dodatku wszystkie towary są za darmo. Po dwóch dniach w mieszkaniach tych były już tylko gołe ściany.

Ja też oczywiście brałem udział w wymierzaniu aktu sprawiedliwości dziejowej. Zabierałem z niemieckich mieszkań to, co było dla mnie najbardziej cenne i o posiadaniu czego marzyłem od dawna – dzwonki elektryczne przy drzwiach wejściowych i transformatorki do nich! W ciągu kilku godzin obrobiłem większość domów i stałem się posiadaczem niezmierzo­nego skarbu w postaci kolekcji dzwonków i transformatorków. Przyniosłem z dumą tę zdobycz do domu. Niestety nie cieszyłem się nią długo. Moja mama, nie patyczkując się wiele, natych­miast mi ją skonfiskowała. Tata mi wyjaśnił, że nie są to przecież poniemieckie przedmioty po­rzucone przez właścicieli, lecz własność polskiego Towarzystwa SATURN, którą po prostu zwyczajnie ukradłem. Cały mój łup ojciec odniósł na kopalnię i oddał w administracji, a mnie zrobiło się bardzo wstyd, że tak niemądrze uczestniczyłem w niechlubnym procederze szabrownictwa.

¬ ¬ ¬

Już od pierwszych dni lutego spontanicznie rozpoczęło się w Wojkowicach odtwarzanie życia społecznego. Wznowiła działalność wodniacka drużyna harcerska, dla której kajaki ofiaro­wał jeszcze przed wojną dyrektor SATURNA pan Józef Przedpełski, opiekunem był Tade­usz Rumansdorfer, a panowie Jerzy Dzierzbicki i Włodzimierz Michalewski kolejnymi prezesami lokal­nego Koła Przyjaciół Harcerstwa. Strażacy wydobyli ze schowków swoje sztandary oraz wóz strażacki Bartek, który, rzecz bez precedensu, ukryty był przed Niemcami przez cały okres niemieckiej okupacji. Powołany został nowy zarząd Ochotniczej Straży Pożarnej; jego prezesem wybrano Je­rzego Dzierzbickiego, a w skład zarządu wszedł mój ojciec .

Wóz strażacki „Bartek” OSP Wojkowice Komorne

Po pięciu latach przerwy ruszyła nauka w naszej szkole. Z racji wieku zostałem zakwalifikowany do ostatniej, 7-mej klasy szkoły powszechnej. Przedwojenny, zasłużony kierownik naszej szkoły Alfred Mikurda został przez Niemców zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pojawił się nowy kierownik, Józef Przyłęcki. Był to wspaniały, pełen wesołości i energii organizator imprez kulturalnych, miał doskonały kontakt z młodzieżą. Do naszej szkoły przyniósł jakby powiew szerokiego świata, oddech wolności i swojskości po tylu latach życia skrępowanego okupacją niemiecką. Poza panem Józefem Przedpełskim nie znałem do tej pory nikogo z takim rozmachem i o takiej osobowości, byłem więc nim oczarowany. Po jakimś czasie pan kierownik sprowadził do Wojkowic swą żonę, też nauczycielkę, a w mojej klasie zaczęła się uczyć ich córka, Halinka.

Halinka miała smagłą cerę tak jak jej tata, ciemne włosy splecione w warkoczyki, mały kształtny nosek i szaroniebieskie oczy. Była wesoła i śmiała się często. Nie można się dziwić, że będąc pod dużym urokiem nowego pana kierownika, nieuchronnie zakochałem się natychmiast głęboko i bez opamiętania w jego córce. Była to niestety klasyczna miłość bez wzajemności – Halinka nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Była chyba starsza ode mnie o kilka miesięcy, a w tym wieku to bardzo dużo. Na wszystkie sposoby które przychodziły mi do głowy starałem się zwrócić uwagę Halinki na siebie i dać jej do zrozumienia, że chcę być jej rycerzem. Siadałem obok niej w ławce, podpowiadałem arytmetykę, którą dzięki Tacie dobrze umiałem i doszło na­wet do tego, że nieśmiało przynosiłem jej kwiatki! Narażałem się na drwiny chłopaków i głupawe chichoty koleżanek Halinki. Wszystkie moje wysiłki były jednak zupełnie daremne – Halinka była miła, przyjmowała moje hołdy i podpowiedzi, ale poza tym nie robiłem na niej najmniej­szego wrażenia. Myślami była gdzie indziej. Mimo to przeżywałem wspaniałe uczucie pierwszej miłości, tym mocniejszej, że całkowicie nieodwzajemnionej. Stan mego ówczesnego ducha odzwierciedlałyby najlepiej strofy modnej wówczas piosenki Mały biały domek, które usłyszałem po raz pierwszy w życiu na jednym z wiejskich festynów, organizowanych przez ojca wybranki mego serca w wykonaniu estradowego artysty. Zrobiły one na mnie piorunujące wrażenie z tegoż właśnie powodu.

Nie wiem, ach nie wiem, jak to się stało,

Że zakochałem się.

Tyle jest innych dziewcząt na świecie,

A ja o tobie marzę i śnię.

Nie przejmuj się, śmiać się trzeba, żartować,

Ja jedno tylko wiem – że zakochałem się.

Mały biały domek co noc mi się śni.

W małym białym domku jesteś miła ty.

Mały biały domek wśród zielonych wzgórz.

Wiem, że ty się także we mnie kochasz już !!!!

Te urocze wiejskie, kolorowe i podniecające festyny ludowe! Ich czarujących wdzięków byłem pozbawiony przez cały ten jałowy, okrutny okres niemieckiej okupacji! Dopiero teraz dane mi było odkryć ich przedziwny urok, mogłem chłonąć tę niepowtarzalną atmosferę, nadrobić braki i zapoznać się z przebogatym repertuarem pieśni biesiadnych, bardzo często posługujących się częstochowskimi rymami, co nadawało im ten swoisty, jedyny w swoim rodzaju powab.

Po miesiącu wspaniałego, rozpierającego mą duszę uczucia pierwszej miłości i codziennego widywa­nia przedmiotu adoracji, w końcu marca Halinka nagle zniknęła z klasy. Początkowo myśla­łem, że pewnie jest chora. Po kilku dalszych dniach jej nieobecności zdobyłem się na odwagę i cały czerwony na twarzy z drżeniem w głosie zapytałem naszą panią nauczycielkę, co się stało z Halinką. Jej odpowiedź ścięła mnie zupełnie z nóg – Halinka nie będzie już chodzić do naszej klasy i uczyć się w naszej szkole. Mieszka teraz u cioci w Sosnowcu, bo została tam zapisana do pierwszej klasy żeńskiego gimnazjum! Wracałem do domu kompletnie zdruzgotany, a w czasie drogi powrotnej uzmysłowiłem sobie nagle, że jest to przecież dla mnie tragedia podwójna – nie tylko nie będę już mógł widywać Halinki co dzień jak dotąd, ale, co było jeszcze o wiele gorsze, w nowym roku szkolnym po wakacjach, ona będzie w drugiej klasie gimnazjum, a ja do­piero w pierwszej!!! Byłaby to sytuacja absolutnie nie do zniesienia dla mej męskiej ambicji i uznałem, że jest zupełnie wykluczone, abym mógł znajdować się w klasie niższej niż moja uko­chana. Wiedziałem przecież doskonale, z jak nieskończenie wielką pogardą odnosili się ucznio­wie klas starszych do swych kolegów z klas niższych – ja sam też to robiłem. Sytuacja taka po­zbawiłaby mnie już bezpowrotnie wszelkich szans u Halinki, a przecież zdawałem sobie dosko­nale sprawę z tego, że obecnie i tak mam ich niewiele.

Wróciwszy do domu, ku wielkiemu zaskoczeniu rodziców oświadczyłem, że nie chcę już więcej chodzić do szkoły w Wojkowicach i zażądałem stanowczo abym natychmiast, już od jutra, został przeniesiony do gimnazjum w Sosnowcu. Rodzice zupełnie nie mogli zrozumieć tego mojego nagłego pędu do nauki tym bardziej, że dotychczas wcale nie przejawiałem żadnych nadmiernych zapędów w tym kierunku, a do odrabiania lekcji trzeba było zaganiać mnie siłą. Rodzice pomyśleli, że jest to zapewne jakiś chwilowy wyskok, pomysł, który dziś wpadł mi do głowy a jutro wywietrzeje, więc specjalnie się tym nie przejęli. Gdy jednak okazało się, że każ­dego następnego dnia wracałem do tematu i wierciłem im bezlitośnie dziurę w brzuchu, zaczęli mi tłumaczyć, że żadne gimnazjum nie przyjmie nowego ucznia na trzy miesiące przed końcem roku szkolnego. Mój dziwny pomysł, chociaż skądinąd bardzo pozytywny i nadzwyczaj godny pochwały, jest w związku z tym zupełnie nierealny. Ja wiedziałem jednak dobrze że jest on całkowicie realny, bo dowodem na to była Halinka, a właściwie jej nieobecność na lekcjach w mojej klasie w szkole. Nie mogłem jednak przecież wyjawić rodzicom prawdziwego powodu mego nagłego pociągu do nauki!

Robiłem więc codziennie piekło w domu o zapisanie mnie do gimnazjum. Musiało to tak dokuczyć rodzicom że w końcu, nie do wiary, postawiłem na swoim! Rodzice na pewno przeprowadzili jakieś rozeznanie u wychowawczyni mojej klasy w szkole i być może domyślili się w końcu, co było prawdziwym powodem mego niespodzianego pragnienia gimnazjalnej wiedzy. Ujęci romantycznymi motywami działania swego jedynaka, uzy­skali me przyjęcie do pierwszej klasy męskiego gimnazjum imienia Mikołaja Kopernika w Bę­dzinie na dwa miesiące przed końcem roku szkolnego! Musiałem solennie obiecać, że nie przyniosę im ani sobie wstydu i że nadgonię cały szkolny materiał, bo gimnazjum otwarto już w pierw­szych dniach lutego, a obecnie była połowa kwietnia. Moje zwycięstwo było niestety tylko połowiczne, bo gimnazjum nie znajdowało się w Sosnowcu gdzie była Halinka, a w odległym od niego o 6 kilometrów Będzi­nie. Rozumiałem jednak dobrze, że osiągnąłem maksimum tego, co było możliwe do uzyskania i że więcej już nie mógłbym od losu wymagać. Najważniejsze, że honor mój został uratowany i uniknąłem poniżenia, jakim byłby fakt uczęszczania do szkoły powszechnej, podczas gdy Halinka była już gimnazjalistką.

Tak więc od pewnego kwietniowego poranka zacząłem wstawać o szóstej rano i z torni­strem na plecach chodziłem na piechotę 7 kilometrów do Czeladzi, tam wsiadałem do tramwaju i jechałem następne 5 kilometrów do Będzina, by na 8-mą rano być punktualnie w szkole. Miłość i ambicja czynią cuda – nigdy nie lubiłem wcześnie rano wstawać z łóżka ani chodzić na dalekie spacery, a teraz każdego rana sam wstawałem ochoczo i bez poganiania! Co dzień robiłem pie­szo w sumie 14 kilometrów. Z Wojkowic do Czeladzi prowadziła droga wysadzana topolami, o których mówiło się, że ich ilość jest dokładnie policzona przez inżyniera Zakrzewskiego i zapisana w jego notesie. Co jakiś czas były do nich przybite tablice z dziwnym napisem MИH HET, co odczytywałem jako „muh het”. Nie rozumiałem, dlaczego muchy są napisane w sposób nieortograficzny ani dlaczego mają one być „het”. Było to moje pierwsze zetknięcie z pisanym alfabetem rosyj­skim, a tablice były przybite przez rosyjskich saperów. Napisy oznaczały min niet, czyli że droga jest sprawdzona i nie ma na niej min. W lecie rodzice kupili mi rower i po wakacjach do­jeżdżałem już na nim do Czeladzi, a tam zostawiałem go w domu u pana Kocotta, znajomego sztygara z Jowisza.

¬ ¬ ¬

Młody wojkowicki Żyd Josel, ten którego rodzice gdzieś ukryli w okresie Bożego Narodzenia, uratował się przed Niemcami. Na wiosnę w dowód wdzięczności przysłał rodzicom zaproszenie do przyjazdu na swój ślub, który miał się odbyć w lecie na Ziemiach Odzyskanych w miej­scowości Peterswaldau koło Dzierżoniowa na Dolnym Śląsku. Jej nazwa ma niebawem być zmieniona na polską Piotrolesie. Do listu załączony był rysunek i opis jak się tam dostać z zaznaczeniem, że trzeba się pytać o niemiecką nazwę miejscowości czyli Peterswaldau, bo o Piotrolesiu jeszcze nikt nie wie. Obecnie miejscowość ta nazywa się Pieszyce.

W czasie wakacji pojechałem z Mamą na ślub Josela. Wyje­chaliśmy z Katowic wieczorem i jechaliśmy na stojąco w straszliwym tłoku w tłumie ludzi uda­jących się na zachód na szaber. Pociąg składał się ze staromodnych wagonów, w których do każ­dego przedziału wchodziło się wprost z peronu osobnymi drzwiami wejściowymi. Mama po ja­kimś czasie znalazła miejsce siedzące, a ja przez cały prawie czas stałem przy oknie w drzwiach wejściowych aby oglądać krajobraz. Była to moja pierwsza w życiu jazda w tego rodzaju wago­nie (przed wojną używane one były jako wagony III-ciej klasy) i jeszcze wówczas nie wiedzia­łem, jak działa mechanizm do blokowania drzwi wagonu powodujący, aby się one nie otworzyły w czasie jazdy. Ponieważ Mama wkładała mi przedtem do głowy, żebym uważał, bo drzwi w wa­gonach mogą się czasem same otworzyć, przez cały czas jazdy naciskałem nogą na sprężynującą do góry klamkę drzwi by utrzymać ją w dolnej pozycji bo byłem przekonany, że w tej pozycji drzwi są zablokowane. Mój Anioł Stróż znowu musiał wejść do akcji i przez cały ten czas pil­nować żeby drzwi się nie otworzyły – bo właśnie w tej dolnej pozycji klamki były one odbloko­wane! Jak widać, udało Mu się to, bo w przeciwnym wypadku tych słów nie miałby teraz kto pisać.

Żeby dojechać do Dzierżoniowa i Piotrolesia musieliśmy się przesiąść we Wrocławiu i przejść przez miasto do innego dworca. Wrocławiem wówczas były zwały gruzów, w których przeko­pane były tunele umożliwiające poruszanie się. Po bokach stały gdzieniegdzie kikuty wypalo­nych domów lub tylko samotne pojedyncze ściany. Widok był dla nas niesamowity, bo spędziw­szy wojnę spokojnie w zacisznych Wojkowicach, nie wyobrażaliśmy sobie, że człowiek może dokonać tak nieludzkich zniszczeń! Po dłuższym błądzeniu znaleźliśmy dworzec z którego od­chodził pociąg do Wałbrzycha, a po dalszej jeździe zatłoczonym pociągiem odnaleźliśmy w końcu Peterswaldau-Piotrolesie , dom weselny i Josela, którego wszyscy nazywali teraz panem Józkiem. Nie pamiętam jak wyglądała panna młoda, a z samego wesela, które trwało kilka dni, pozostały mi w pamięci tylko niewyobrażalnie wielkie ilości jedzenia i wódki, taniec panny młodej wokół pana młodego pod baldachimem oraz moment rytualnego tłuczenia szklanki i deptania jej odłamków.

Po powrocie do Wojkowic widywałem Halinkę jeszcze kilka razy w niedziele lub święta przy okazji różnych imprez kulturalnych i festynów, jakie jej tata organizował teraz często w szkole i w re­mizie strażackiej. Moje szanse u niej niestety w dalszym ciągu nie wzrosły ani trochę. Nie zwra­cała na mnie żadnej uwagi, a musiała przecież wiedzieć o wysiłkach, jakie zrobiłem by pójść w jej ślady i jej dorównać. Kobiety są bezlitosne wobec adoratorów, których uczuć nie odwzajem­niają, szczególnie gdy mają 14 lat!

We wrześniu z radością powróciłem do mojego gimnazjum w Będzinie, które bardzo po­lubiłem, niezależnie od Halinki. Szczerze mi się tam podobało – czułem powiew czegoś nowego. Profesorowie byli ludźmi o ciekawych osobowościach, a przedmioty, których się tam uczyłem bardzo mnie interesowały. W klasie miałem dwóch bliskich kolegów z którymi trzymaliśmy się i uczyli razem: Andrzeja Żurkowskiego i Jurka de Large. Ojciec Andrzeja był lekarzem, a tata Jurka – adwokatem. Profesorowie mówili o nas: Polak, Francuz i Niemiec, robiąc aluzję do na­szych nazwisk. Z przyjaźni do Jurka wybrałem do nauki języka obcego francuski a nie angielski, jak większość kolegów.

Do gimnazjum w Będzinie dojeżdżałem już tylko do końca listopada 1945 roku. W grud­niu przenieśliśmy się do Gliwic. Rodzice uznali, że Wojkowicki etap ich życia już zakończył się, a obecnie powinni zamieszkać w miejscowości, w której jest szkoła średnia dla ich syna.

Od 15-go grudnia 1945 roku ojciec został jednym z dyrektorów w powstającym Gliwickim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego. Wigilię Bożego Narodzenia 1945 roku spędziliśmy już w Gliwicach w świeżo wyremontowanym, pachnącym farbą mieszkaniu na trzecim piętrze kamie­nicy przy ulicy Korfantego. Były to wówczas jeszcze czasy, gdy Administracja Nieruchomo­ści państwowego przedsiębiorstwa, jakim było Zjednoczenie Węglowe, miała odwagę napisać w wystawionym Tacie zaświadczeniu dla celów meldunkowych:

Zaświadcza się, iż dom przy ul. Korfantego 19, należący do naszego Zjednoczenia, do jesieni zajęty był przez wojska radzieckie. Po ich odejściu przeprowadzony został gruntowny remont domu, aby go doprowadzić do stanu używalności…

Biuro meldunkowe Urzędu Miejskiego w Gliwicach, czujny organ młodego socjalistycznego państwa Demokracji Ludowej, nie przyjęło do wiadomości tak sformułowanego za­świadczenia, dzięki czemu zachowało się ono w domowym archiwum. Tata musiał tam przedło­żyć inne zaświadczenie, nie zawierające wzmianki o dewastacji spowodowanej przez wojska na­szego oswobodziciela. Pamiętam tę sprawę z rozmów w domu, gdyż była ze śmiechem komentowana.

W Wojkowicach, mimo okupacyjnych ograniczeń i uciążliwości, pozostawiłem najmilsze chwile i wspomnienia z mojego dzieciństwa. W Wojkowicach pozostał też już na zawsze nasz dobry duszek, krasnoludek Fikimiki.

Po pewnym czasie w Gliwicach zamieszkała większość naszych znajomych z Wojkowic: Dzierzbiccy, przychodzący do nas słuchać w radiu wiadomości z Londynu, Skowronkowie ze swymi dwoma córkami oraz Michalewscy, z których synami nie mogłem już utrzymywać tak bliskich kontaktów jak w Wojkowicach, bo obaj chodzili do innego gimnazjum. Zakrzewscy ze swym sześciorgiem dzieci również po pewnym czasie pojawili się w Gliwicach. Kwapiszewscy też opuścili Wojkowice, ale przenieśli się do Sosnowca. Jakże chciałem być ich sy­nem, bo wówczas chodziłbym może do tego samego gimnazjum co Halinka! Przedpełscy za­mieszkali w Katowicach, stolicy województwa.

 

Powrót do początku strony