Strona główna > Myśli > Lata 2010 – 2011

 

Lata 2010 – 2011

Spis treści

 


[1] W obronie zagrożonej demokracji

[2] Wiedza – Wiara

[3] Patrioci

[4] Zbrodnia katyńska

[5] Kultura

[6] Niesmaczne aluzje

[7] Cezura

[8] Natura horret vacuum

[9] Pytania bez odpowiedzi

[10] Obawa

[11] Solidarni 2010

[12] Historia się powtarza

[13] Koło nieubłaganej historii

[14] Przesadne (nie) porządki

[15] Tęsknota

[16] Podziękowanie

[17] Kontakt z kontaktem

[18] Remont gwarancyjny

[19] Krzyż

[20] Test na wiarygodność

[21] Ręka rynku

[22] Jaka Polska?

[23] Dopalacze

[24] Apel do dziennikarzy

[25] Dyskryminacja

[26] Zaszłości

[27] O służbach

[28] W rocznicę katastrofy

[29] Czy nadszedł już czas?

[30] Poszukiwane organy

[31] Gwałt i terror

[32] Polemika z monetaryzmem

[33] Wulgaryzmy

[34] Mniejszości

[35] Stanisław II August Poniatowski

 



 

[1] 2010.03.09         W obronie zagrożonej demokracji

Demokracją jest taki ład społeczny, w którym prawa stanowione są przez większość. Słowo to pochodzi z języka greckiego δημοκρατία – demokratia i oznacza „rządy ludu”. Składa się z wyrazów δῆμος – demos „lud” + κρατέω – krateo „rządzę”. Ponieważ w każdym społeczeństwie t. zw. „lud”, czyli ogół zwykłych, przeciętnych szarych obywateli stanowi jego podstawową większość, jest to więc ustrój polityczny, w którym realizuje się wola większości.

Przyjęło się uważać, że najbardziej popularną odmianą demokracji jest demokracja parlamentarna – ustrój, w którym grupy obywateli wybierają swych przedstawicieli. Są oni reprezentantami poglądów swych wyborców i następnie, poprzez głosowanie w parlamencie, przekładają wolę większości na obowiązujące prawo.

Jest to proste, logiczne, uczciwe i w miarę sprawiedliwe. Społeczeństwo, poprzez wybrany przez siebie parlament tworzy takie prawa, według jakich chce żyć większość jego obywateli. Demokracja jest ustrojem, w którym wszyscy są równi wobec prawa, dyktowanego przez większość.

A co z mniejszością? Jest oczywiste, że w demokratycznym ustroju tak długo, jak długo pozostaje ona mniejszością, musi się podporządkować. Musi zmieścić się w ramach, wyznaczonych jej przez większość. Dyktować swe prawa, realizować swą politykę i swą wizję stosunków społecznych będzie mogła dopiero wówczas, gdy stanie się większością. Jest to również proste, logiczne i naturalne. Nie oznacza to wcale, że w demokracji mniejszość miałaby być dyskryminowana. Oznacza to jedynie, że przysługują jej takie same prawa, co wszystkim. Nie mniejsze, ale i nie większe.

W tej sytuacji wyjątkowo nie na miejscu wydają mi się tendencje, nazywane enigmatycznie poprawnością polityczną, pojawiające się tu i ówdzie w kręgach administracyjnych krajów unijnych, żyjących wg zasad demokracji parlamentarnej. Polegają one bądź na dążeniu do ulegania, dla świętego spokoju, żądaniom hałaśliwej mniejszości, bądź wręcz na uniżonym wybieganiu naprzeciw ich domniemanym prawom.

Przykładów jest wiele. Ograniczę się do trzech:

- większość obywateli UE jest heteroseksualna. Nie znaczy to, że ludzie o innej orientacji seksualnej nie mają prawa żyć w Unii. Oznacza to jednakże, że ci ostatni nie mogą swej mniejszościowej orientacji demonstracyjnie manifestować publicznie i siać zgorszenia wśród większościowego, heteroseksualnego społeczeństwa. Administracje publiczne krajów UE, działające w imieniu większości swych społeczeństw, nie mają prawa udzielać zgody na Parady Równości, Parady gejów i lesbijek itp. publiczne demonstracje swej odmienności, gdyż obrażają one moralne uczucia większości. Jest to sprzeczne z wolą większości, a więc niedemokratyczne.

- przytłaczająca większość obywateli UE wywodzi się z tradycji chrześcijańskiej. Jest oczywiste, że ludzie innych wyznań też mogą mieszkać na terenie Unii, mieć równe prawa i kształcić swe dzieci w unijnych szkołach. Jest jednakże niedopuszczalne, by administracja unijna wymagała usunięcia krzyży, symboli kultu chrześcijańskiego ze szkól publicznych (a więc przeznaczonych dla potomków większości obywateli), w imię nie obrażania uczuć religijnych mniejszości. Mniejszość, mieszkająca na terenie opanowanym przez większość, musi zaakceptować kulturę i symbole które są istotne dla większości. Inaczej doszłoby do absurdalnej sytuacji w której większość winna by, dla poprawności politycznej i nie obrażania uczuć mniejszości, wyprzeć się swojej cywilizacji – wyburzyć zabytki, muzea i kościoły, nie grać muzyki Beethoven’a i zastąpić alfabet łaciński innym. Byłoby to zaprzeczeniem demokracji.

- od zarania wykształcenia się europejskiej, jeżeli nie nawet ogólnoświatowej cywilizacji, model rodziny składającej się z mężczyzny, kobiety i ich dzieci, był podstawą powstających społeczeństw. Model taki wytworzył się z powodów całkowicie naturalnych: ze wszystkich możliwych, jest on najbardziej bezpieczny, gwarantujący maksymalne szanse przeżycia potomstwa. A jest to potrzebne dla osiągnięcia nadrzędnego celu, jakim jest przetrwanie rodziny, narodu, a więc i ludzkości w otaczającym ją ziemskim środowisku. Te społeczeństwa, które dopuszczają do naruszenia bezpiecznego modelu rodziny, sabotują same siebie. Nie będą w stanie zapewnić warunków niezbędnych dla swej obrony. Z powodu braku instynktu samozachowawczego, mogą doprowadzić do spadku liczebności swej populacji. Ryzykują, że zostaną zlikwidowane przez przybyszy bardziej liczebnych, a wiec silniejszych.

Wydając takie zarządzenia jakie zostały wydane, między innymi w trzech wyżej opisanych sprawach, administracje krajów unijnych popełniają oczywiste nadużycie władzy. Są przecież doskonale świadome zarówno stanowiska większości swych społeczeństw, jak i ich podstawowych interesów. Już w pokoju augsburskim z 1555 roku zapisano zasadę: CUIUS REGIO, EIUS RELIGIO. Regułę tę, nie tylko w sferze religijnej ale głównie politycznej, stosowały konsekwentnie mocarstwa zachodnie wobec rządu bolszewickiego od czasu jego umocnienia się, aż do upadku. Dlatego obecna moda na poprawność polityczną nosi znamiona koniunkturalnego, tchórzliwego wycofania się z uprzednio stosowanej filozofii.

Natomiast bierna, nie protestująca większość popełnia ewidentną polityczną niepoprawność. Polega ona na braku określenia i przestrzegania nieprzekraczalnej granicy, miejsca w którym stanowczo powiedzieć trzeba „non possumus” próbom naruszania swej obyczajowości, swym prawom i swej cywilizacji. Postawa taka jest wyrazem słabości i dekadencji, przejawem wyparcia się własnej kultury i wyrażenia akceptacji dla jej upadku. Większość ma bowiem nie tylko prawo narzucania swego ładu, ale także i zadanie jego egzekwowania. Troska o utrzymanie tradycji jest takim samym obowiązkiem wobec swej cywilizacji, jak troska o chleb codzienny jest powinnością wobec swej rodziny. Kto ustępuje, ten jest skazany na nieuchronną zagładę. Jego miejsce zajmuje z reguły ten, kto jest bardziej przebojowy, a hamulców wobec nie swojej kultury nie ma przecież żadnych.

Proroczą wizję tragicznego finału cywilizacji i kultury kraju, który w imię political correctness zaniechał obrony swej własnej tożsamości, opisał francuski pisarz Jean Raspail we wstrząsającej powieści Obóz Świętych1. Wszystkim zwolennikom politycznej poprawności gorąco polecam tę lekturę.

 

1 Jean Raspail, Le Camp des Saints, wyd. francuskie Robert Laffont, 1973. Wyd. polskie Obóz Świętych, Klub Książki Katolickiej, 2005.

 

Komentarze

...ale skoro większość ma rację, może zaistnieć sytuacja że jednocześnie się myli w swoich osądach, czyli nie ma racji, jednocześnie ją mając, bo większość ma rację.

Więc, czy dyktat większości mimo swojego braku racji nadal ma rację.......tyle..........

Adam Czaplarski 09.03.2010, 12:31

 

Odpowiedź p. A. Czaplarskiemu. Doskonale Pan to ujął. Właśnie to chciałem powiedzieć. Większość zawsze ma rację, także i wtedy, gdy się myli. Ma rację dlatego, że w demokracji racje większości stają się obowiązującym prawem. To większość dyktuje prawo. Można by to tak ująć: Demokracja = większość > parlament > prawo. Komunizm = KC > pseudo-parlament > pseudo-prawo. Pozdrowienia. Wacław Mauberg

Wacław Mauberg 10.03.2010, 11:29

 

Powrót do spisu treści

 

 


[2] 2010.03.16         Wiedza - Wiara

U zarania dziejów ludzkości, gdy człowiek nauczył się już zaspakajać swe podstawowe potrzeby bytowe służące przeżyciu, a jego iloraz inteligencji osiągnął taki poziom, że zaczął zastanawiać się nad otaczającym go światem, stało się dla niego oczywistym, iż Ziemia jest płaska. Potwierdzały to wszystkie, wielorakie i powtarzalne, naoczne doświadczenia zbierane podczas penetracji okolicznych terenów i wszystkie znane im fakty. Wszak idąc naprzód w dowolnym kierunku, znajdowali ciągle tę samą nieskończoną płaską lub pagórkowatą przestrzeń pokrytą lasami, poprzecinaną od czasu do czasu rzekami i pasmami górskimi, a zakończoną morzem. Dalej już była tylko groźna głęboka słona woda. Byli przekonani, że są w posiadaniu pełni wiedzy na temat ich świata: ma on kształt wielkiego, płaskiego talerza o postrzępionych morskich brzegach, na którego krawędzi, za morskim horyzontem, znajduje się niezgłębiona przepaść. Lokalizowano w niej zwykle otchłań piekielną.

Tylko bardzo nieliczni nie byli tego tak całkowicie pewni i wbrew wszelkiej oczywistości wierzyli, że Ziemia nie jest płaska, a piekło jest gdzie indziej. Nie potrafili jednak swej wiary poprzeć żadnymi dowodami. Z czasem, gdy ludzkość nauczyła się żeglować, podbiła morskie przestrzenie, a żeglarze zauważyli krzywiznę horyzontu i stwierdzili że Ziemia jest wypukła, myśliciele doszli do wniosku, że musi być kulista. Nie tylko kulista, ale musi także obracać się wokół własnej osi – wbrew miażdżącym, zdawałoby się, argumentom niedowiarków którzy twierdzili, że: „gdyby ona była kulista, to przecież ludzie na antypodach pospadaliby w przestrzeń głową w dół a gdyby się kręciła, to wszyscy by dostali zawrotu głowy”.

W ten sposób zdobyta przez ludzkość WIEDZA potwierdziła intuicyjną WIARĘ w to, co uważane było dotąd za niemożliwe, bo sprzeczne z całą uprzednią wiedzą doświadczalną. To daje do myślenia ...

Dużo później, żyjący w II wieku naszej ery grecki filozof Klaudiusz Ptolemeusz  i wielu przedstawicieli następnych pokoleń dałoby sobie uciąć rękę w obronie twierdzenia, że to Słońce obraca się wokół Ziemi. System geocentryczny był przecież tak oczywisty. Ziemia musiała być centrum świata. Cała ludzkość obserwowała wszak co dzień na własne oczy wędrówkę Słońca dookoła Ziemi. Na nocnym niebie robiły to samo także i inne ciała niebieskie.

Kto twierdził inaczej, był uznawany za bezrozumnego szaleńca. Ci niespełna rozumu ludzie wierzyli w coś zupełnie przeciwnego – że to Ziemia obraca się dookoła Słońca. Ich wiara była tak bulwersująca i sprzeczna z logiką, że byli uznawani za bezbożnych heretyków, a ich przekonania tępione z całą surowością. Dopiero wiedza, zdobyta w XVI wieku spowodowała przełom. Obserwacje ruchu ciał niebieskich Mikołaja Kopernika  potwierdzone przez Galileusza  (stanął za to przed Trybunałem Rzymskiej Inkwizycji, a jego dzieła, których zmuszony był się wyprzeć, wpisane zostały na indeks ksiąg zakazanych) oraz późniejsze obliczenia orbit planet dokonane dzięki odkrytej przez Izaaka Newtona  w XVII wieku teorii grawitacji pozwoliły zrozumieć, że wiara szaleńców była słuszna. Że w rzeczywistości to mikroskopijna Ziemia kręci się wokół gigantycznego Słońca. System geocentryczny, będący przejawem ludzkiej ignorancji i megalomanii okazał się błędny, a irracjonalna wydawałoby się, wiara w system heliocentryczny znalazła potwierdzenie naukowe.

Zdobyta przez ludzkość następna porcja WIEDZY znów potwierdziła WIARĘ w to, co uważane było do tej pory za niemożliwe, bo sprzeczne z całą dotychczasową obserwowalną, i jak się okazało, złudną wiedzą. To znów daje do myślenia ..

Starożytni filozofowie, zastanawiając się nad granicą podzielności materii, doszli do wniosku, że musi istnieć najmniejsza, niepodzielna już dalej cząstka materii. Grecki myśliciel i podróżnik, Demokryt , z Abdery  nazwał ją atomem (ἄτομος - atomos: „niepodzielny”) i twierdził, że atomy są niepodzielnymi, sztywnymi i pozbawionymi struktury wewnętrznej kulkami. Był przekonany, że posiadał pełnię wiedzy na ten temat. Wiedza ta dyktowała mu logiczny wniosek, że inaczej być nie może.

Byli jednakże kontestatorzy, którym przeczucie mówiło, że jednak jest inaczej. Ci szaleńcy wierzyli w utopię, w coś zupełnie niepojętego – że atom jest podzielny i składa się z jeszcze mniejszych elementów. Nie potrafili tego jednakże w żaden sposób udowodnić. Trzeba było czekać aż do XIX wieku, kiedy dzięki odkrytej przez Henri Becquerel’a  promieniotwórczości i dalszym badaniom tego zjawiska prowadzonym między innymi przez Marię Curie-Skłodowską , kontynuowanym następnie przez całą plejadę różnych innych naukowców okazało się, że intuicyjna wiara owych szaleńców była słuszna.

Postęp WIEDZY raz jeszcze sprawił, że prorocza WIARA okazała się słuszna. To wciąż daje do myślenia, a człowiek inteligentny ma obowiązek zadawać sobie pytania i wyciągać wnioski ...

Współczesne nam czasy także obfitują w podobne przykłady.

Jeszcze cztery pokolenia wstecz oczywistym i powszechnie uznanym było przekonanie, że ludzie są jedynymi inteligentnymi mieszkańcami wszechświata. Wszechświat zaś jest nieograniczony, niezmienny, trójwymiarowy, a jedynymi siłami utrzymującymi go w stabilnej równowadze są te, wynikające z odkrytych przez Newtona  praw grawitacji. Prawie wszystkie obserwacje potwierdzały ten pogląd, a nieliczne mu przeczące przypisywano błędom pomiarowym lub obserwacyjnym.

Znajdowali się wszakże także i nieliczni prekursorzy którzy wierzyli, że w istocie rzeczy ten logiczny, elegancki obraz świata, oparty na Newtonowskiej mechanice, w rzeczywistości nie jest tak prosty, jak się dotąd wydawało. Istotnie, odkryte w XX wieku przez Alberta Einsteina prawa opisane w jego dwóch teoriach względności, poparte następnie obserwacjami astronomicznymi dokonywanymi przy pomocy coraz bardziej precyzyjnych i czułych przyrządów, całkowicie zburzyły dotychczasowy obraz. Wszechświat nie jest ani nieograniczony, ani niezmienny. Jest ograniczony w zakrzywionej czasoprzestrzeni, wielowymiarowy i zmienny w czasie. Ma początek i koniec. Czasoprzestrzeń w której istnieje, jest wielowymiarowa.

Są to pojęcia, których nasz mózg nie jest już w stanie zrozumieć. Coraz częściej odkrywamy w przyrodzie istnienie sytuacji, procesów i związków pomiędzy nimi, których zrozumienie i wyjaśnienie przekracza zdolność pojmowania naszego umysłu. Prowadzi to do nieuchronnego wniosku, że mogą we wszechświecie istnieć także i populacje takich umysłów, które pojmowanie tych powiązań są w stanie posunąć dalej, niż my.

Odkrycia astrofizyki końca XX wieku spowodowały między innymi, że już od pewnego czasu uczeni zaczęli uznawać za możliwą tezę, iż ludzkość nie jest jedyną inteligentną społecznością żyjącą we wszechświecie. Olbrzymie, nadzwyczaj kosztowne anteny współczesnych obserwatoriów satelitarnych, prowadzące od wielu lat permanentny nasłuch sygnałów odbieranych z kosmosu w celu wykrycia jakiegokolwiek inteligentnego przekazu (jak dotąd, bez spodziewanych rezultatów), są tego dowodem. A przecież już XIX-to wiecznym myślicielom intuicja podpowiadała, że powinniśmy mieć sąsiadów. Niektórzy inni współcześni teoretycy zaczynają poddawać w wątpliwość podstawowy kanon współczesnej fizyki twierdząc, że szybkość światła nie jest najwyższą możliwą szybkością we wszechświecie. Jeszcze innym intuicja mówi że wszechświat, którego częścią jesteśmy, jest tylko jednym z wielu różnych możliwych, które mogą równolegle istnieć obok siebie w wielowymiarowym Multi-kosmosie. Teorię o wielowymiarowej czasoprzestrzeni uważają oni za narzędzie do próby stworzenia Ogólnej Teorii Wszystkiego. (Pojawia się tu automatycznie pytanie: do czego można by przyrównać teorię, która wyjaśniałaby wszystko?).

Tego rodzaju przykłady na dowód, iż postęp WIEDZY o otaczającym nas świecie sprawia że to, co wczoraj było uznane za absurdalne i niemożliwe, staje się dziś możliwym, dałoby się jeszcze mnożyć wiele .

Pogląd, że właściwie możliwe jest wszystko (a więc także i te zjawiska, które są niewytłumaczalne z punktu widzenia aktualnie posiadanej ludzkiej wiedzy), staje się coraz bardziej uzasadniony i powszechny.

Czy możemy więc być aż tak zarozumiali by uważać, że WIEDZA, którą aktualnie posiadamy, jest w jakiejkolwiek dziedzinie już zupełna? Że już wiemy wszystko? Że już nic więcej nie ma do odkrycia? A także i to, że przy ograniczonych możliwościach naszych umysłów, będziemy kiedykolwiek wiedzieli i rozumieli wszystko?

Czy w takiej sytuacji mamy prawo poddawać w wątpliwość WIARĘ tylko dlatego, że nasza aktualna WIEDZA jej prawd jeszcze nie potwierdza?

Czy mamy zatem prawo sformułować zalążek reguły, że intuicyjna WIARA wyprzedza zdobywaną stopniowo przez ludzkość WIEDZĘ?

Czy mogą więc istnieć ludzie, racjonaliści, którzy WIERZĄ, że prawdy ich wiary znajdą prędzej czy później naukowe potwierdzenie?

Pytania te stawiam jednemu ze znanych mi, inteligentnemu i myślącemu młodemu człowiekowi.

Jeśli zaś chodzi o uogólnienie dychotomii treści zawartych w pozornie przeciwstawnych pojęciach WIARA-WIEDZA to narzuca się spostrzeżenie, że w gruncie rzeczy historia ludzkiego zrozumienia otaczającego nas świata polega na asymptotycznym zbliżaniu się do poznania jednej i tej samej przyczyny wszechrzeczy (jak byśmy jej nie nazwali) z dwóch różnych pozycji i przy użyciu dwóch różnych metod: z pozycji filozoficzno-intuicyjnej przy użyciu nauk humanistycznych lub z pozycji naukowej przy zastosowaniu nauk ścisłych. Jest oczywiste, że owa przyczyna wszechrzeczy nie jest zależna od metody poznawczej i pozostaje wciąż taka sama.

 

Komentarze

...etam, a w jankesowie, jak podaje New York Times wierzą w kreacjonizm i nic ich nie przekona iż było nieco inaczej. I co. A poza tym wiadomo, że ziemia jest płaska, od góry przykryta niebem, a od dołu podparta piekłem, a gwiazdy to nie gwiazdy, tylko wytrzeszczające oczy dinozaury, co odleciały od ziemi jak ta się zaczęła kurczyć......no....

Adam Czaplarski 16.03.2010, 20:02

 

Powrót do spisu treści

 

 


[3] 2010.04.12         Patrioci

Zastanawiam się, czy w obliczu tej niewyobrażalnej tragedii1 która w dniu 10 kwietnia 2010 roku dotknęła cały naród, nasi politycy przestaną w końcu zachowywać się jak mafijni biznesmeni i zajmować się swymi (partyjnymi?) interesami, lecz zaczną być na służbie OJCZYZNY – staną się PATRIOTAMI?

1 Mowa jest tu o Katastrofie Smoleńskiej .

 

Komentarze

...jak się tak stanie, to przez tydzień będę pijany łaził. Ale niedoczekanie nasze. W takie cuda to ja nie wierzę. Już zresztą na die unseren Zeitung jakiś mundrol z pisu się mundrzy i jątrzy przeciw Rosjanom. Szuka poklasku......

Adam Czaplarski 12.04.2010, 18:46

 

Powrót do spisu treści

 

 


[4] 2010.04.13 Zbrodnia katyńska

Ranek 13 kwietnia 2010 roku, przed pałacem prezydenckim w Warszawie. Przez zgromadzony tłum przeciska się nauczycielka z grupą szkolnych dzieci. W rękach mają kwiaty i znicze, by je złożyć wśród tylu innych...

Nauczycielka opowiada dzieciom o Katastrofie Smoleńskiej i o Zbrodni Katyńskiej.

Mój sąsiad powiedział:

„Jakże wielką cenę musieliśmy zapłacić, aby o Zbrodni Katyńskiej dowiedział się nie tylko świat cały, ale także i nasza młodzież szkolna!”

 

Powrót do spisu treści

 

 


[5] 2010.04.14 Kultura

O ile osoba, będąca głową dowolnego państwa nie musi odznaczać się wysokim wzrostem, to minister spraw zagranicznych każdego rządu powinien być człowiekiem kulturalnym.

[Aluzja do wypowiedzi ministra Radosława Sikorskiego o Prezydencie Lechu Kaczyńskim  w Bydgoszczy  dnia 28 lutego 2010 r.: „Prezydent wolnej Polski  może być niski, ale nie powinien być mały”]

 

Powrót do spisu treści

 

 


[6] 2010.04.15 Niesmaczne aluzje

Dzięki szlachetnej akcji podjętej przez przeważającą większość polskich mediów po 10 kwietnia 2010, ośmieszany dotychczas IMAGE pary prezydenckiej został wreszcie odkłamany.

Dlatego aluzje, aby przedstawić decyzję o pochówku Tych Osób na Wawelu  jako będącą rzekomo wynikiem inicjatywy rodziny Kaczyńskich , należy traktować jako nawrót do poprzednich, skompromitowanych zwyczajów zniesławiania Prezydenta i jego Małżonki.

 

Komentarze

Po 1 Mama pary prezydenckiej nic nie wie, więc jaka tu inicjatywa ich rodziny

po 2 Dlaczego ludzie mówią o kimś dobrze gdy już ich nie ma

Andrzej Zabielski 16.04.2010, 20:53

 

Powrót do spisu treści

 

 


[7] 2010.04.17 Cezura

Jest nadzieja, że katastrofa smoleńska  z 10 kwietnia 2010 roku stanowić będzie cezurę dla mieszkańców tej ziemi – polskiej ziemi. Jest nadzieja, że nie zmarnujemy przesłania, które usiłują przekazać nam ofiary tej wielkiej tragedii narodowej. Jest nadzieja, że intencje które kierują naszym postępowaniem, staną się od tej pory bardziej szlachetne.

Być może uda nam się zastąpić myślenie: „Jaki jest mój interes” lub „Jaki jest interes mej partii” – myśleniem: „Jakie jest dobro Polski ”?

Jest nadzieja, że zaprzestaniemy wypowiadać słowa niegodne, a w ich miejsce zaczniemy używać innych. Że zaprzestaniemy używać słów podłych, które judzą, sieją nienawiść i powodują naszą dezintegrację. Że zaczniemy częściej wypowiadać te, których dotychczas wstydliwie unikaliśmy, uważając je za melodramatyczne i przestarzałe. Te zwykłe słowa, jakimi są: Patriotyzm, Ojczyzna, Tożsamość narodowa, Tradycja, Nasza cywilizacja, Nasza kultura, Nasze korzenie. A także: Nasze sumienie. Że przestaną być to pojęcia abstrakcyjne. Że w naszym codziennym postępowaniu zaczniemy mieć je stale na względzie.

Jest nadzieja, że zdołamy odczytać i wypełnić testament Prezydenta.

 

Komentarze

Na tym polega cały problem, że środowiska polityczne najgłośniej oskarżający adwersarzy o judzenie i sianie nienawiści jednocześnie lubują się w wyzywaniu od pętaków, nekrofili i dewiantów psychicznych. Zresztą poruszyłem ten temat w moim ostatnim podkaście. W każdym razie jest pan daleko większym optymistą niż ja, panie Wacławie. Ja póki co nie widzę żadnej nadziei. Nie dopóki 90% mediów może się zmieścić przy jednym stoliku.

Grzegorz Bożyk 08.04.2011, 12:11

 

Powrót do spisu treści

 

 


[8] 2010.04.19 Natura horret vacuum

W sobotni ranek 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej w podsmoleńskim  lasku zginął tragicznie Prezydent RP oraz towarzyszące mu 95 osób politycznej elity Polski . Zginęli, będąc w służbie narodowego imperatywu, jakim jest pojednanie pomiędzy Polakami i Rosjanami poprzez odkłamanie historii o katyńskiej zbrodni sprzed 70. lat i ujawnienie pełnej prawdy o niej.

Pustka powstała po odejściu Prezydenta naruszyła w Polsce delikatną równowagę sił, z takim trudem osiągniętą po odzyskaniu suwerenności.

Przyroda nie znosi próżni...

Czy polska młoda demokracja potrafi okazać się wystarczająco dojrzała, aby odmówić sobie ochoty na skorzystanie z okazji do zawłaszczenia zwolnionych placówek dla utrwalenia zaistniałej akcydentalnie nierównowagi?

Powrót do spisu treści

 

 


[9] 2010.04.22 Pytania bez odpowiedzi

Czyją własnością był Tupolew Tu-154M, którym leciał prezydent Lech Kaczyński i towarzyszące mu 95 osób? Czy był on własnością Rosji, wypożyczoną jedynie przez Polskę ? Jeżeli była to własność rządu polskiego, to automatycznie nasuwają się pytania:

1.   Dlaczego czarne skrzynki znajdują się w Moskwie , a nie w Warszawie ?

2.   Dlaczego badają je wyłącznie rosyjscy specjaliści, a polscy są odsuwani od tych prac?

3.   Dlaczego rząd polski nie zażądał od Rosji  zwrotu czarnych skrzynek, stanowiących jego własność?

4.   Dlaczego nie ma wspólnej, polsko – rosyjskiej komisji do zbadania przyczyn tej katastrofy?

5.   Dlaczego strona internetowa prof. Jacka Trznadla , Przewodniczącego Rady Polskiej Fundacji Katyńskiej (http://www.jacektrznadel.pl/) na której umieszczony był jego apel do premiera Tuska  o powołanie międzynarodowej komisji dla wyjaśnienia tej sprawy jest zablokowana? Na stronie tej można było złożyć swój podpis dla poparcia apelu...

[Okazało się, że strona została zablokowana przez administratora wskutek tak licznych wpisów, że została przepełniona pojemność bazy danych.]

 

Komentarze

ad.5

Strona nie zniknęła, komunikat mówi o przepełnieniu bazy danych...

Romuald Bartkowicz 22.04.2010, 15:18

Pytania jak najbardziej zasadne niemniej pozostające bez odpowiedzi.

Skądinąd brak odpowiedzi jest odpowiedzią.

Łukasz Korwin 23.04.2010, 00:13

W głowie się nie mieści...

Agnieszka Piasecka 23.04.2010, 01:43

"Dlaczego strona internetowa prof. Jacka Trznadla, Przewodniczącego Rady Polskiej Fundacji Katyńskiej (http://www.jacektrznadel.pl/) na której umieszczony był jego apel do premiera Tuska o powołanie międzynarodowej komisji dla wyjaśnienia tej sprawy jest zablokowana? Na stronie tej można było złożyć swój podpis dla poparcia apelu..."

Sprawdziłam - u mnie ta strona działa.

NSFW content Offensive language Terms violation

Brygida Pietrzak 23.04.2010, 10:45

Istotnie, prof. Trznadel wyjaśnia, że jego strona, z powodu przekroczenia parametrów (zbyt duża ilość równoczesnych wywołań!!), została zablokowana przez administratora serwera. Po przeniesieniu przeszło 12500 podpisów do archiwum, dziś, 23 kwietnia 2010 roku, jest już czynna. Od rana przybyło tam już przeszło 1200 podpisów.

Wacław Mauberg 23.04.2010, 15:02

Powrót do spisu treści

 

 


[10] 2010.04.26              Obawa

Po wiadomości o katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem  ktoś w radiowej audycji powiedział, że Polska już więcej nie będzie taka sama. Miał rację – równowaga w państwie została niebezpiecznie naruszona. Wiele zaczyna wskazywać na to, że zostaną przejęte placówki zajmowane dotychczas przez opozycję, w tym i ta najważniejsza. Powstał stan, który grozi niebezpieczeństwem życia w kraju nie posiadającym przeciwwagi, gdzie jest obawa, że prawo weta nie będzie używane.

Rzecz polega na tym, jak uniknąć groźby totalitaryzmu. Chodzi także o likwidację gleby, na której rośnie kolesiostwo.

Sytuację, gdy pełnia władzy znajdowała się w rękach nosicieli jedynej słusznej prawdy, poznaliśmy podczas 45-letniego okresu koszmaru PRL .

Dlatego od czasu katastrofy zacząłem zadawać sobie wiele nowych pytań. Mam powody, by poczuć się zagrożony i lękać się przyszłości.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[11] 2010.05.25              Solidarni 2010

Film ”Solidarni 2010”, który dzięki dziennikowi Rzeczpospolita zdobyłem dzisiaj do swej domowej filmoteki, jest przykładem rzetelnego rzemiosła dziennikarskiego. Jest odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne.

Pokazuje bowiem nareszcie tych, których media dotychczas starannie omijały, a którzy, jestem o tym głęboko przekonany, stanowią przeważającą większość polskiego społeczeństwa: zwykłych bezinteresownych Polaków – strażników ogniska domowego, wartości rodzinnych i tradycji narodowej, ludzi którzy nie uważają swego patriotyzmu za wstydliwą ułomność, którym droga jest suwerenność ojczyzny, którzy szanują własny kraj, pragną żyć uczciwie, w prawdzie, ładzie, sprawiedliwości i pokoju.

Pokazuje tych, którzy stanowią jaskrawe przeciwieństwo łapczywej mniejszości: manipulatorów, kłamców, kosmopolitycznych karierowiczów, sprzedajnych słabeuszy, kolesiów i międzynarodowych mafiosów, gruboskórnych egoistów zapatrzonych wyłącznie w siebie, ludzi którzy myślą o własnym interesie i nie szanują kraju w którym żyją.

Pani Ewo1, panie Janie2 i wszyscy pozostali Twórcy filmu – pokazaliście, że jesteście patriotami którzy dostrzegają to, co jest dla kraju istotne.

Redakcjo Rzeczpospolitej – chwała Ci za tę edycję.

1 Stankiewicz Ewa

2 Pospieszalski Jan

 

 

Komentarze

bardzo smutny jest ten lament ubecji, że niby pod Pałacem byli sami aktorzy. wtf

Barbara Kalita 26.05.2010, 02:32

 

Powrót do spisu treści

 

 


[12] 2010.06.09              Historia się powtarza

W pierwszych dniach po opublikowaniu w Internecie listu otwartego profesora Jacka Trznadla w sprawie powołania międzynarodowej komisji dla zbadania przyczyn katastrofy prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem  była tak wielka ilość chętnych udzielenia swego poparcia, że została przekroczona pojemność serwera i nie można było wejść na stronę.

To samo dzieje się obecnie z tymi, którzy chcą podpisać się pod opublikowanym 5 czerwca 2010 r. w "Rzeczypospolitej" listem otwartym "Cała Polska  Chroni Dzieci" przeciwko planowanej na lipiec 2010 roku w Warszawie wielkiej międzynarodowej manifestacji aktywistów mniejszości seksualnych – Europejskiej Parady Gejów i Lesbijek EUROPRIDE.

List ten został powtórzony na stronie internetowej Fundacji Mamy i Taty i obecnie (8 czerwca wieczorem) nie można wejść na tę stronę z powodu jej przeciążenia.

Historia się powtarza.

Pod listem otwartym Jacka Trznadla jest już przeszło 38 tys. podpisów, a komisji międzynarodowej jak nie było, tak i nie ma nadal.

Można mniemać, że podobny brak efektu będzie także i w przypadku ochrony naszych dzieci.

Dlaczego tak się dzieje? Miedzy innymi dlatego, że ludzie odważni żyją krótko. Człowiek, który odważył się kiedyś odmówić zgody na Paradę, zginął pod Smoleńskiem. Następców nie ma. Również i dlatego, że politycy nagminnie popełniają polityczną niepoprawność: ulegają tchórzliwie hałaśliwej mniejszości, nie liczą się natomiast ze zdaniem większości - widocznie zbyt mało aktywnej.

Bierni przegrywają.

Kiedy bierna większość wyciągnie z tej sytuacji właściwe wnioski?

 

Powrót do spisu treści

 

 


[13] 2010.06.21      Koło nieubłaganej Historii

„Point de rêveries, Messieurs” (Żadnych marzeń, Panowie) – tak kategorycznie powiedział rosyjski cesarz Aleksander II  w dniu 23 maja 1856 roku podczas wizyty w Warszawie, wówczas stolicy guberni warszawskiej. Rozwiewał w ten obłudny, pozornie kurtuazyjny sposób nadzieje na chociażby jakiś cień politycznej suwerenności, o jaką prosili go Polacy. Carskie imperium nie przewidywało żadnego stopnia autonomii dla swej nadwiślańskiej prowincji.

Jakże często sytuacja ta powtarza się w naszych wzajemnych stosunkach!

„Żadnych marzeń, Panowie” – w myśl tej zasady tłumione były kolejne polskie zrywy wolnościowe: powstanie kościuszkowskie 1794, listopadowe 1830 czy styczniowe 1863...

W 1917 roku czasy się zmieniły. Imperium carskie zastąpione zostało bolszewickim. Istota rzeczy pozostała ta sama...

„Żadnych marzeń, oficerowie burżuazyjnej Polski ” – w myśl tego hasła Armia Czerwona po 17 września 1939 roku brała do niewoli na wschodnich rubieżach oficerów wojska polskiego, kraju z którym nie była w stanie wojny.

„Żadnych marzeń, obywatele” – to hasło przyświecało władzom sowieckim, gdy w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 oraz w maju - czerwcu 1941 roku przeprowadzały cztery wielkie wywózki polskiej ludności ze wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Po wielu latach do kraju powrócili tylko nieliczni.

„Żadnych marzeń, obywatele” – nawet tego nie mówili oprawcy z NKWD w kwietniu 1940 roku w Katyniu , strzelając polskim oficerom w tył głowy.

„Żadnych marzeń, obywatele” – tego nie mówiono Polakom w sowieckich łagrach.

„Żadnych marzeń, zwolennicy polskiego rządu w Londynie ” przekonali się na własnej skórze w sierpniu 1944 roku walczący z Niemcami powstańcy Warszawy , daremnie oczekując pomocy oddziałów Armii Czerwonej, stojącej bezczynnie po praskiej stronie Wisły .

„Żadnych marzeń, Polacy” nie mówiono żołnierzom AK, rozbrajanym i wywożonym do Rosji  w latach 1944-1945 przez wkraczające na teren Polski  oddziały Armii Czerwonej.

„Żadnych marzeń, towarzyszu” usłyszał w listopadzie 1956 roku Gomułka, gdy po przejęciu władzy pojechał do Moskwy po błogosławieństwo.

„Żadnych marzeń, towarzysze” powtarzali przez cały okres PRL -u ambasadorowie ZSRR w Warszawie .

Czasy zmieniły się ponownie. W 1991 roku imperium bolszewickie zastąpione zostało Federacją Rosyjską . Istota rzeczy pozostała wciąż ta sama. Polska traktowana jest jak prowincja, czasowo niepodległa.

„Żadnych marzeń, Polacy” mówili zapewne sobie w duchu sowieccy generałowie w 1992 roku, gdy ich wojska zostały zmuszone do ewakuacji z Polski .

„Żadnych marzeń, Polacy” – w myśl tego hasła Federacja Rosyjska  odmawia uznania zbrodni katyńskiej za zbrodnię przeciw ludzkości.

„Żadnych marzeń, Polacy” – także i w myśl tej samej maksymy Federacja odmawia udostępnienia Polsce materiałów o zbrodni katyńskiej i udziału w śledztwie w sprawie Katastrofy Smoleńskiej .

Rodzi się więc szereg pytań:

Dlaczego polski establishment godzi się potulnie z tego rodzaju stanem rzeczy? Czyżby uznawał go za słuszny?

Dlaczego Polacy głosują wbrew swej racji stanu? Dlaczego nie chcą człowieka o którym wiedzą, że jest patriotą i nie ugina karku przed imperiami? Czyżby chcieli, aby ich ojczyzna pozostawała dalej krajem, z którym inni mogą się nie liczyć?

 

Komentarze

"Point de rêveries Monsieur ! :-)". Polacy nie głosują "za", głosują "przeciw". Jednak bądźmy dobrej myśli: "był las nie było was, będzie las nie będzie was.

"Młodzież jest już bardziej odporna na wirusa "homo sovieticus".

Adam Roguski 21.06.2010, 16:09

 

Powrót do spisu treści

 

 


[14] 2010.07.10      Przesadne (nie?) porządki na Saskiej Kępie

Mnożą się ostatnio przypadki takich inicjatyw samorządów lokalnych, które można by zaliczyć do klasycznych przykładów braku myślenia o interesie obywateli.

Wiele samorządów, w tym i warszawskich dzielnic, w trosce o nadmierny porządek na swym terenie, podejmuje radykalne uchwały w celu doprowadzenia do klinicznie czystego wyglądu miejskich ulic i trotuarów. Likwidują bezlitośnie drobny handel warzywami i owocami sprzedawanymi na ulicy bezpośrednio przez rolników. Nie biorą pod uwagę faktu, że handel taki odbywa się z ewidentną korzyścią dla obywateli, w imieniu których rządzą.

Towar kupowany od rolnika jest przeważnie bardziej świeży, tańszy, produkowany w naturalnych warunkach i zdrowszy niż ten w sklepie. Dalsza, społeczna korzyść spotyka również i sprzedającego: towar dociera bezpośrednio do klienta, bez marży pośrednika.

Na stęsknioną myśl przychodzą paryscy sprzedawcy trotuarowi a także malownicze, po południu likwidowane stragany ze stosami owoców, warzyw i wszelakich płodów rolnych. Ojcom Paryża  jakoś to nie przeszkadza. Nic zresztą dziwnego – Francuzi są narodem kupieckim, doceniającym możliwość taniego zakupu i doceniającym jego znaczenie dla konsumenta.

W Warszawie jest inaczej.

Dla mieszkańców Saskiej Kępy szczególnie dotkliwym stało się ostatnio usiłowanie zlikwidowania punktów drobnej sprzedaży w niedzielę, w małym zaułku przed kościołem przy ul. Nobla. Tego rodzaju zakupy są wyjątkowo korzystne dla osób starszych wiekiem, słabych fizycznie emerytów, dla których niedzielne wyjście do kościoła jest często jedynym w tygodniu. Okoliczność łatwego zakupu na miejscu po wyjściu ze mszy wszystkim stwarza możliwość taniego zaopatrzenia. Rolnikowi z kolei opłaca się poświęcić swój wolny czas na podróż do miejsca, gdzie tworzą się skupiska niedzielnych klientów.

Do obowiązków ludzi obarczonych mandatem społecznego zaufania należy, między innymi, także poszukiwanie rozsądnego kompromisu. W tym przypadku - pomiędzy troską o porządek, a potrzebami obywateli.

Dlaczego więc radni, wybrani w powszechnych wyborach samorządowych dla reprezentowania interesu swych wyborców, podejmują uchwały sprzeczne z nim? Dlaczego przedkładają pseudo porządek nad dobrem mieszkańców? Czyżby nie chcieli zapisać się we wdzięcznej pamięci elektoratu, zwłaszcza wobec zbliżających się wyborów samorządowych?

 

Komentarze

Też razi mnie ta nadmierna "troska". Wolę, żeby było brzydziej lub mniej nowocześnie ;))), ale praktycznie i żeby ludzie mogli zarobić na życie.

Radni czują się bezkarni, bo ludzie nie pamiętają, co komu zawdzięczają. Nie maja czasu śledzić polityki.

A paliki, którymi poszatkowane jest całe miasto? Jest coraz mniej miejsca do parkowania, ale za to "porządek" i mandaty.

Dużo jest takich przykładów

Ewa Wiktoria Redel 10.07.2010, 18:23

 

Powrót do spisu treści

 

 


[15] 2010.08.06              Tęsknota

Władza w Polsce  bywała przeważnie słaba. Chyba jedynie Bolesław Chrobry  i Kazimierz Wielki  korzystali z pełni władzy i mogli swobodnie realizować swe wizje dla dobra królestwa. Dwaj inni skuteczni władcy – Władysław Jagiełło  i Stefan Batory  mogli dużo dokonać, gdyż mieli pełnię poparcia swych poddanych. Jan III Sobieski  był wprawdzie wielkim zwycięzcą pod Wiedniem, ale na niwie krajowej nie mógł zbyt wiele osiągnąć, ograniczony w działaniu niepohamowaną szlachecką „złotą wolnością”.

Czy słabość władzy jest naszym przekleństwem? Dlaczego władza w Polsce  nie ma poparcia narodu? Dlaczego władza kłamie tak nagminnie? Dlaczego społeczeństwo anarchizuje, nie szanuje władzy i jej nie ufa? Dlaczego władza jest tak krucha, że nie ośmiela się wprowadzić radykalnych reform? Myślę, że obie strony są tu jednakowo winne, choć jest oczywiste, że wina jest zawsze większa po stronie tego, który jest bardziej świadomy.

Słabość władzy, nieufność społeczeństwa do niej i jego skłonność do anarchii ma w Polsce wielowiekowe korzenie. Ma też niewątpliwy związek z ingerencją mocarstw obcych w nasze sprawy. Zaczęła się wraz z I rozbiorem, potwierdziła trybem w jaki wstąpił na tron ostatni polski król Stanisław II August Poniatowski , trwała przez cały okres trzech rozbiorów z krótką przerwą dwudziestolecia międzywojennego, a została ponownie utwierdzona w czasie niemieckiej okupacji oraz 40 lat satelickiego PRL-u .

Normalizacja tych, od wieków chorych stosunków na linii społeczeństwo – władza będzie wymagała kilku pokoleń, żyjących w stabilizacji i pewności jutra…

Władza w Polsce  po Solidarnościowej transformacji ustrojowej w 1989 roku, mimo fali szalonego entuzjazmu na której wyrosła, była nie tylko słaba, ale i nieudolna. Nie potrafiła wykorzystać szansy, jaką stworzyła jej Historia. Nie potrafiła zdobyć trwałego zaufania społecznego.

Jedyną silną indywidualnością w porozbiorowym okresie historii Polski jawi się Józef Piłsudski. Był niekwestionowanym patriotą. Jego postępowaniem kierowało dobro  Polski, a nie chęć uzyskania korzyści osobistych.

Stąd moja tęsknota.

Tęsknota za pojawieniem się na naszej arenie politycznej jednostki charyzmatycznej, silnej, patriotycznej, z odpowiednim wykształceniem i wielopokoleniową tradycją narodową. Jednostki, która skupiłaby wokół siebie grono jej podobnych i objęła stery kraju. Polacy, naród kierujący się bardziej uczuciami i emocjami niż kartezjańską logiką, takiej postaci potrzebują jak powietrza.

Wiem, że jest to nierealna mrzonka. Taką osobą Polska  nie dysponuje. Niestety.

I tu chyba leży sedno sprawy.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[16] 2010.08.16              Podziękowanie

Mieszkańcy dzielnicy Saska Kępa  w Warszawie, wychodzący po niedzielnej mszy z kościoła przy ulicy Nobla, mogli zaopatrzyć się w świeże warzywa, owoce i płody rolne, sprzedawane na chodniku bezpośrednio przez rolników. Jakość oferowanych tam towarów, pochodzących z własnych zapasów była wysoka, a ceny niskie.

Ta komfortowa dla mieszkańców dzielnicy sytuacja skończyła się.

Zlikwidowali ją skutecznie urzędnicy Zarządu Dzielnicy Praga-Południe, wymierzając rolnikom kary za handel na trotuarze. Mandaty karne, nakładane systematycznie co niedzielę w wymiarze grubo przekraczającym ich potencjalny zarobek, przepłoszyły skutecznie dostawców zdrowej żywności.

Niniejszym, w imieniu własnym ale zapewne też i wielu innych emerytów nie dysponujących większymi zasobami gotówki, składam Zarządowi Dzielnicy Praga-Południe gorące podziękowania za ten „sukces”.

W szczególności dziękuję Władzom Dzielnicy za:

·               Pozbawienie mnie źródła zaopatrzenia w tanią żywność, nie przechodzącą przez łańcuch pośredników,

·               Pozbawienie mnie możliwości zaopatrzenia w szeroki asortyment zdrowej, świeżej, wiejskiej żywności,

·               Zmuszenie mnie do dokonywania zakupów w drogich sklepach „ze zdrową żywnością” i ponoszenia większych kosztów za nabycie takiego samego produktu,

·               Tak wielki przejaw gospodarskiej troski o „dobro” mieszkańców, że jej skutkiem było wypłoszenie rolników z dzielnicy.

·               Tak wielce „przemyślane” i „sensowne” posunięcie w sytuacji, gdy wobec trwającego od przeszło roku remontu generalnego ulic Paryskiej i Francuskiej, dostęp do sklepów położonych przy tych ulicach jest już i tak wyjątkowo utrudniony.

Te wyżej wymienione inicjatywy Władz mej dzielnicy zachowam we wdzięcznej pamięci podczas następnych wyborów samorządowych.

 

 

Komentarze

Skandal !

Ręce opadają...

***

Pytanie: czy mieszkańcy nie mogą się skrzyknąć i wystąpić do Urzędu Miasta o darmowe pozwolenie na takie zorganizowane "niedzielne targowisko chodnikowe płodów rolnych" (wyłącznie). Uzasadniając swoja prośbę argumentami których użył Pan w "Podziękowaniu".

 * Listopad 16.08.2010, 17:36

 

Powrót do spisu treści

 

 


[17] 2010.08.20           Kontakt z kontaktem

Każdemu zdarzyć się może, że zachoruje. Każdemu natomiast emerytowi w zaawansowanym wieku przydarza się często, że dopada go nasilenie którejś z jego licznych dolegliwości. Musi wtedy zasięgnąć porady lekarza ogólnego lub odpowiedniego specjalisty. Ale to nie takie proste. Specjalistów jest niewielu i nie ma do nich bezpośredniego dostępu. Skierowanie do nich wydaje „lekarz pierwszego kontaktu” który udziela konsultacji medycznych w Przychodni, a gdy problem jest specyficzny, skierowuje pacjenta do specjalisty. Dla ubezpieczonych, czyli tych którzy przez całe swe zawodowe życie płacili składki na ZUS, dzieje się to na koszt Narodowego Funduszu Zdrowia.

I tu zaczynają się kłopoty Niedysponowanego Ubezpieczonego Emeryta (w skrócie NUE).

Okazuje się, że kontakt z lekarzem pierwszego kontaktu wcale nie jest kontaktem łatwym. Aby zarejestrować się i dostać tzw. „numerek” na wizytę do swego lekarza, NUE musi zapisać się osobiście w Przychodni o godzinie 7 rano. Później już nie ma szans. Lekarz jest  jeden, a pacjentów ma wielu. Przyjmuje zwykle cztery - pięć godzin, więc ilość „numerków” podlega reglamentacji według wyliczenia: jedna wizyta = 10 minut. Wprawdzie od godziny 7.30 można zarejestrować się telefonicznie, ale numer Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej jest w tym czasie permanentnie zajęty. Kiedy w końcu w słuchawce odezwie się utęskniony głos Pani Rejestratorki okazuje się, że „numerki” na dzisiaj już wszystkie zostały rozdysponowane. Na jutro nie można zarejestrować się telefonicznie. Pani Rejestratorka radzi życzliwie NUE, aby przyszedł nazajutrz przed 7 rano i stanął w kolejce oczekujących przed drzwiami na otwarcie Przychodni, to na pewno „numerek” zdobędzie. Zapewne ma rację.

Ale NUE ma z reguły także i kłopoty ze snem. Około trzeciej w nocy, po bezskutecznym oczekiwaniu na nadejście Morfeusza, rezygnuje i zażywa proszek nasenny. Skutkiem tego o godzinie 7 rano śpi snem kamiennym i jest jeszcze bardziej niedysponowany.

Doprawdy, trzeba być całkiem zdrowym, żeby uzyskać kontakt z lekarzem pierwszego kontaktu!

Cóż ma więc uczynić?

Po kilku kolejnych nieudanych próbach podejścia do rejestracji w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej, NUE ma do wyboru:

a) uznać, że w jego sytuacji wyzdrowieć już się nie da. Tego rodzaju decyzja wprawdzie pozbawi go dalszych stresów, ale na pewno nie przyczyni mu się do zwiększenia szans przeżycia w jego kraju.

Albo, gdy ma jeszcze wystarczającą ilość sił i środków by walczyć o życie:

b) udać się na prywatną, płatną wizytę lekarską. Tu zostaje on, po opłaceniu odpowiedniej, wcale nie małej jak na jego kieszeń należności, przyjęty natychmiast i wraz z diagnozą dostaje receptę na pełnopłatne leki (zdarza się, że dzieje się to u tego samego lekarza, do którego nie mógł się uprzednio dostać w Przychodni).

Bez względu na dokonany wybór, NUE zawsze dokonuje w ten sposób wysoce patriotycznego i państwowotwórczego czynu.

Wybierając mianowicie opcję a) czyli rezygnując z zapisu na wizytę w Przychodni, odciąży budżet Narodowego Funduszu Zdrowia, a więc dołoży swą małą cegiełkę do wielkiego ogólnonarodowego wysiłku ratowania Skarbu Państwa, który, jak wiemy, ma deficyt wynoszący pewną okrągłą sumę miliardów PLN. Ponadto, bohatersko skracając sobie świadomie życie, umożliwi Ministrowi Skarbu zaoszczędzenie wydatków na należne mu świadczenia medyczne oraz wypłacaną emeryturę.

Jeżeli natomiast wybierze opcję b) (uda się na wizytę prywatną), nie tylko  zwolni Skarb Państwa z poniesienia kosztów, ale także dokona czynu, ekonomicznie wielce korzystnego dla kraju. Płacąc za wizytę, da zarobić nie tylko lekarzowi ale i Państwu, które pobierze podatek od transakcji. Dodatkowo przyczyni się w jakiejś mierze do zmniejszenia fermentu, tak powszechnego w świecie lekarskim z powodu zbyt niskich płac w tym zawodzie.

Stąd też całkowicie oczywiste są dla mnie intencje wysiłków, wyraźnie czynionych przez NFZ i Służbę Zdrowia, aby maksymalnie zniechęcić pacjentów do korzystania z usług medycznych. Mimo, że w Polsce gospodarka jest od pewnego czasu rynkowa, to jednak w tym przypadku działają jeszcze klasyczne prawa realnego socjalizmu: każdy chory, który nie pojawi się w Przychodni, to czysty zysk dla budżetu.

 

Komentarze

Myśli Pan, że to celowe działanie? Podejrzewam, ze to głupota i chaos. Nie wiem, co gorsze.

Ewa Wiktoria Redel 22.08.2010, 02:06

Jestem przekonany, że takie są ciche wytyczne!

Wacław Mauberg 22.08.2010, 14:16

Jeżeli nie jest to wynik cichego zalecenia, to na pewno jest to odruchowa reakcja obronna struktury Administracji Państwa, postawionej przed zadaniami, którym nie jest w stanie sprostać. Wątpię, aby to mogła być tylko głupota lub chaos.

Wacław Mauberg 23.08.2010, 20:39

 

Powrót do spisu treści

 

 


 [18] 2010.08.23             Remont gwarancyjny

Na jednej z cichych i spokojnych uliczek Saskiej Kępy  w Warszawie , Ojcowie Dzielnicy zdecydowali wykonać remont chodników. Chwała im za to! Mieszkańcy od dawna już skarżyli się na niedogodności wynikające ze zniszczonej powierzchni, pełnej zdradliwych dziur i wybojów, a kałuż po deszczu. Zdjęto więc starą połamaną nawierzchnię z przed kilkudziesięciu lat, przywieziono nowe płyty i krawężniki. Ekipa remontowa pracowała fachowo, a pracownicy raźnie przycinali betonowe elementy do potrzebnego wymiaru w obłokach pyłu cementowego pokrywającego wszystko dookoła szarym nalotem. Czynili to co prawda bez masek ochronnych, ale za to z dużym zaangażowaniem. Mieszkańcy znosili niedogodności ze stoickim spokojem (hałas pił, pył betonowy, kłopoty z poruszaniem i brak możliwości parkowania samochodów przed domami), w pełni jednak świadomi faktu, że dzieje się rzecz wielka i pożyteczna dla ogółu.

Remont ukończono i wszyscy odetchnęli z ulgą, chwaląc gospodarską inicjatywę samorządu.

Aliści po roku satysfakcji z posiadania nowego chodnika, robotnicy pojawili się znowu. Tym razem, by dokonać ponownej wymiany płyt na nowe. Mieszkańcy, nie wierzący własnym oczom dowiedzieli się, że zeszłoroczne płytki okazały się wadliwe. Na niektórych powstały odpryski wielkości aż monety 1 zł. Wymiana następuje na koszt producenta w ramach 5 letniej gwarancji, której udzielił on na swój wyrób. Ponownie na wąskiej uliczce pojawiła się ciasnota, kłopoty z parkowaniem i ryk piły tarczowej w tumanach pyłu, a młodzi chłopcy pracujący bez masek przeciwpyłowych znów zrobili jeden krok naprzód w kierunku pylicy płuc na stare lata.

Teoretycznie wszystko było w porządku, zapewne całkowicie zgodne z prawem i warunkami umowy, zawartej z dostawcą owych płytek. Ale czy także i ze zdrowym rozsądkiem?

Niektórzy z mieszkańców zaczęli zadawać sobie zuchwałe, rewolucyjne i prowokacyjne pytania. Czy nas, Polaków, obywateli kraju na dorobku, stać na takie marnotrawstwo materiałów, sił i środków finansowych? Owszem, zgoda, płytki nie spełniały uzgodnionych parametrów. Czy jednak nie należałoby raczej pozostawić na miejscu owe lekko wadliwe płytki chodnikowe, nie marnować czasu i pracy ludzkiej? A w odruchu obywatelskiej solidarności zażądać na przykład od niesolidnego producenta, aby wpłacił odpowiednią kwotę na powodzian lub inny społecznie godny cel posuwający kraj do przodu? Czy tego rodzaju przykłady nie występują również nagminnie i gdzie indziej w Polsce? Czy zmarnowane siły i pieniądze, pomnożone przez wielką liczbę takich przypadków w skali kraju nie są przypadkiem jedną z przyczyn naszych trudności w doścignięciu dobrobytu krajów bogatych?

Niełatwo jest znaleźć racjonalną odpowiedź na tego rodzaju pytania, ale warto jest zastanowić się nad potrzebą generalnej oszczędności w skali kraju.

Na okładce książeczki oszczędnościowej PKO moich rodziców z 1934 roku widnieje motto autorstwa Prezydenta Ignacego Mościckiego  „Naród w którym oszczędzanie stało się przyzwyczajeniem każdego obywatela, buduje swe gospodarstwo na najtrwalszym fundamencie”.

 

Komentarze

Zastanawiałem się dlaczego takie same są zmieniane na takie same. A w takim razie czy na Francuskiej przypadkiem nie kładą wersji z wadą? Pozdrawiam

Krzysztof Skowroński 23.08.2010, 16:36

Jeżeli to ten sam producent, to jest to wysoce prawdopodobne. W takim przypadku głosuję z góry za przeznaczeniem jego kar umownych na odbudowę jednej z ulic w Bogatyni. Pozdrowienia 

Wacław Mauberg 23.08.2010, 20:48

 

Powrót do spisu treści

 

 


[19] 2010.09.01      KRZYŻ

Trwający już od kilku miesięcy konflikt wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie jest niewątpliwie wielowątkowy i wielopłaszczyznowy. Ujawniają się tu postawy sentymentalne, religijne, patriotyczne, polityczne, anarchiczne, rozrabiackie, happeningowe i zapewne wiele innych. Tego, co tam się dzieje, nie da się wytłumaczyć ani w kilku zdaniach, ani w racjonalnym rozumowaniu. Mym zdaniem, niepoślednią, o ile nie wiodąca rolę, gra tu jednakże mało zauważany problem zaufania do władzy.

Dlaczego istnieje pewna stała grupa ludzi, którzy z takim uporem trwają na posterunku? Co ich motywuje do takiej właśnie niekomfortowej, zdawałoby się irracjonalnej postawy? Niektóre tłumaczenia, że chodzi tu o promocję swej własnej osoby wydają się niepoważne i niewiarygodne. Chodzi tu chyba o coś innego, poważniejszego. Nasuwa się wniosek, że gra tu rolę fakt, iż ludzie ci za grosz nie wierzą zapewnieniom władz, że katastrofa Smoleńska zostanie upamiętniona w postaci godnego pomnika, postawionego w godnym miejscu. To niewiara, poparta doświadczeniem tylu niespełnionych obietnic wyborczych składanych przez polityków, umacnia ich w tak długotrwałym trwaniu.

Nie daje to dobrych rokowań dla kraju, w którym znacząca grupa obywateli na tyle nie ufa swym władzom, że daje temu wyraz tak otwarcie

 

Powrót do spisu treści

 

 


[20] 2010.09.17      Test na wiarygodność

Rządząca w Polsce  koalicja ma przed sobą nadzwyczaj trudny test do zdania. Zarówno przed własnym społeczeństwem, jak i przed demokratycznymi społecznościami wolnych narodów świata.

Decyzja o zatrzymaniu Achmeda Zakajewa , czeczeńskiego bojownika o wyzwolenie swego kraju od dwustu lat okupowanego przez Rosję  i szefa emigracyjnego rządu Czeczenii , postawiła rząd polski przed nieuchronnym i ryzykownym dylematem: wydać go Rosji, czy nie wydawać.

Zwolnienie Zakajewa, ściganego przez Rosję  międzynarodowym listem gończym, będzie odmową wykonania międzynarodowego nakazu aresztowania, który Polska , jako członek UE , ma obowiązek wykonać. Będzie dowodem dla tych, którzy oskarżają Polskę o lekceważenie unijnych przepisów.

Ekstradycja Zakajewa do Rosji  potwierdziłaby oskarżenia niemałej części społeczeństwa o serwilizm rządu polskiego wobec Rosji. Byłaby zaprzeczeniem Solidarnościowych haseł o solidarności z narodami walczącymi o swą wolność, z których wywodzi się większość rządowa. Byłaby także pośrednio potwierdzeniem stanowiska hitlerowców, iż żołnierze AK walczący z niemieckim okupantem byli bandytami.

Jestem ciekaw, jak władze mego kraju wybrną z honorem z tego dylematu.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[21] 2010.09.24      Ręka rynku

Niewidzialna ręka rynku – jest to podstawowy kanon gospodarki liberalnej, w myśl którego następuje samoregulacja rynku. Słabe, źle zarządzane, nie operatywne przedsiębiorstwa skazane są na niepowodzenie i muszą zginąć. Ich działalność jest tak kosztowna, że ceny zbytu ich produktów są zbyt wysokie. Nie wytrzymują konkurencji lepszych i same w ten sposób nieuchronnie eliminują się z rynku.

Tak się kształtują, i słusznie, stosunki gospodarcze pomiędzy przedsiębiorstwami działającymi na zasadzie rachunku ekonomicznego. Ich zadaniem jest dostarczenie klientowi jak najlepszego towaru po możliwie jak najniższej cenie, umożliwiającej jednakże właścicielowi osiągnięcie godziwego zysku z takiej działalności. Ten kto w gospodarce rynkowej nie postępuje w myśl tych zasad, ginie i ustępuje miejsca lepszemu.

To, co dzieje się od wielu lat w polskiej Służbie Zdrowia udowadnia niezbicie, że stosowanie na siłę zasady o „niewidzialnej ręce rynku” do tej Służby jest zupełnym nieporozumieniem. Służba Zdrowia z samej definicji jest „Służbą”, a wiec aktywnością niezdolną do samoregulacji rynkowej. Jest działalnością humanitarną, służbą publiczną. Nie może przynosić zysku. Z zasady jest deficytowa. Musi być finansowana z zewnątrz. Komercjalizowanie Służby zdrowia jest postępowaniem absurdalnym, bowiem priorytety są tu odwrotne niż w sferze działalności ekonomicznej. Tu nie chodzi o zysk przedsiębiorstwa, ale o konstytucyjny obowiązek ochrony zdrowia i życia obywateli (Art. 68 Konstytucji RP). Tu słaby i chory musi być ocalony. Priorytetem nie jest zysk, lecz ratowanie życia za wszelką cenę. Tu słabszy nie może zginąć, a wręcz przeciwnie – musi być ratowany natychmiast i bez względu na rachunek ekonomiczny.

Pojawia się więc pytanie: kto ma ponosić koszty tak zdefiniowanej działalności służebnej? Odpowiedź jest oczywista – ogół obywateli. Innego źródła środków finansowych Państwo nie posiada. Większą część kosztów Służby Zdrowia pokrywają obywatele poprzez płacenie składek na ZUS. Ale przy aktualnym poziomie składki, tego nie wystarcza. Resztę powinien więc bezwarunkowo i bezdyskusyjnie pokryć Skarb Państwa w nieograniczonej wysokości, sprawując jednakże kontrolę nad prawidłowością wydatków i pociągając do odpowiedzialności za nieuzasadnioną rozrzutność. Uczyni to zresztą i tak z kieszeni obywateli, którzy po to płacą podatki. Nie na utrzymywanie (coraz liczniejszej) administracji, lecz na wypełnianie jej obowiązków – między innymi na zapewnienie obywatelom opieki zdrowotnej.

A z tym jest coraz gorzej. Nie można powiedzieć, aby administracja Państwa Polskiego była obecnie zbyt opiekuńcza. Ten stan rzeczy wymaga korekty priorytetów.

Z telewizyjnej audycji „Sprawa dla reportera” Elżbiety Jaworowicz  w dniu 23 września 2010 o osobach, które miały styczność z Pogotowiem Ratunkowym i szpitalem wynika, że kilka osób zmarło ostatnio w objęciach Służby Zdrowia całkowicie legalnie, zgodnie z przepisami i z prawem.

A może w tej sytuacji należałoby zweryfikować także i priorytety naszego prawa?

 

 

Komentarze

Ręka rynku - Errata

opublikowano: 24-09-2010

cc: ©

liczba odsłon: 609

autor:  Łukasz Taborski

Zaznaczam, że jestem żadnym znawcą wolnego rynku, a jedynie biorę wszystko na zdrowy, chłopski rozum. Nie mam monopolu na rację i wiedzę, ale chciałbym tu dorzucić swoje cztery grosze co do wpisu Pana Wacława Mauberga. 

Jeżeli chodzi o Polską służbę zdrowia, to nigdy nie były tam stosowane zasady wolnego rynku, niezależnie o tego co można gdzieś usłyszeć czy przeczytać, a jedyne "niewidzialne ręce" to te, które kradną pieniądze podatników, zanim te trafią w ogóle do szpitala jako opłata za usługę. 

Panie Wacławie, jeżeli w jakimkolwiek państwie był by w pełni system wolnorynkowy to:

a) drastycznie spadła by liczba zachorowań (tak to już jest, że w państwach socjalnych ludzie chorują częściej, a w liberalnych nagle zdrowieją )


b) każdego było by stać na opłaty za usługi "zdrowotne" (nie finansowalibyśmy z naszych kieszeni hord opasłych urzędasów, którzy są nam potrzebni jak dziura w moście, także przy rozsądnym podatku liniowym w wysokości 10% każdy miałbym mnóstwo swoich pieniędzy w swojej kieszeni )

 

c) konkurencja na rynku usług zdrowotnych poprawiła by jakość i obniżyła cenę tychże (tak działa wolny rynek i nie ma co do tego wątpliwości)

Nie jestem liberałem, lecz chciałbym kiedyś móc się nazwać Konserwatywnym-Liberałem... a póki co, staram się być. 

Podkreślam jednak z całą mocą - każde państwo o charakterze socjalnym jest ZŁE. Człowiek jako istota myśląca powinien być wolny, a nie ograniczany przepisami i okrążany urzędnikami co sobie kawkę popijają zamiast pracować.
Stop SOCJALIZMOWI !

 

Rola Państwa, jako wszechobecnego opiekuna słabych i chorych, właśnie się kończy w Europie. Francja, Grecja, Szwecja, UK - tam wszędzie następuje (na różne sposoby) odwrót od modelu państwa socjalnego i opiekuńczego. 

Oczywiście, można stwierdzić, że to są jedynie błędy i wypaczenia; że należy właśnie wzmóc nadzór państwowy nad wszystkim; że trzeba zmienić "priorytety prawa" i "zrobić porządek". I zapewne znajdą się chętni zarówno do planowania nowego porządku, jak i do jego wprowadzania. 

Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw.

Petros Polonos 29.10.2010, 18:58

 

Powrót do spisu treści

 

 


[22] 2010.09.30      Jaka Polska?

Od większości osób z którymi rozmawiam, słyszę utyskiwania na temat sytuacji w Polsce . Są niezadowoleni. Nic konkretnego, ale mówią, każdy ubierając to w inne słowa, w ten mniej więcej sposób:

- dałbym wiele, aby Polska była krajem tak kulturalnym, jak Francja!

- jak by to było dobrze, gdyby w Polsce był taki porządek i organizacja jak w Niemczech!

- czemu Polacy nie są tak weseli i nie umieją tak śpiewać jak Włosi?

- zazdroszczę Anglikom ich wielowiekowej tradycji. Gdybyż u nas tak być mogło!

- demokracji i równości powinniśmy uczyć się od Amerykanów!

We wszystkich tych wypowiedziach przejawia się troska o kraj ojczysty. Tkwi w nich  niewątpliwie jakaś część prawdy. Są one wyrazem przekonania, że Polska  byłaby wtedy krajem w którym żyje się lepiej niż obecnie, a Polacy byliby zadowoleni.

I być może mają rację.

Przyszła mi jednakże do głowy myśl bulwersująca – czy Polska , gdyby była taka, jakiej życzą sobie moi rozmówcy, nie przestałaby być Polską?

A tego chyba przecież nie chcielibyśmy wcale.

 

 

Komentarze

Ja odpowiedziałbym im, ze wystarczyłaby sprawna lustracja w 1992 roku i nie mieli by powodów do utyskiwania. 

Łukasz Taborski 30.09.2010, 14:34

 

Powrót do spisu treści

 

 


[23] 2010.10.02              Dopalacze

Rozumiem całkowicie społeczną wagę i doceniam wielkie niebezpieczeństwo, jakie grozi młodzieży z powodu możliwości legalnego zakupu quasi-narkotyków, tzw. dopalaczy.

Natomiast absolutnie nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Państwo toleruje tego rodzaju działalność gospodarczą szkodliwą dla zdrowia obywateli?

Z jakich powodów sprzedawcy dopalaczy nie są pociągani do odpowiedzialności karnej za uszkodzenie cudzego zdrowia tak, jak to się dzieje przy wypadku komunikacyjnym?

Jaki artykuł obowiązującego obecnie prawa nakazuje zaniechanie postawienia sprzedawcom dopalaczy, z urzędu, przez prokuratora, zarzutu usiłowania zabójstwa?

Dlaczego środki psychotropowe sprzedawane mogą być wyłącznie w aptekach, i to jedynie na podstawie recepty lekarskiej, a dopalacze dostępne są w zwykłym sklepie?

Co stoi na przeszkodzie, by w trybie administracyjnym wprowadzić obowiązek, aby znajdujące się w wolnej sprzedaży produkty chemiczne musiały posiadać atest Narodowego Instytutu Zdrowia?

Dlaczego Narodowy Instytut Zdrowia nie reaguje? Jego misją jest ochrona zdrowia ludności.

Dlaczego biurokracja doszła już u nas do takiego stopnia, że powoduje unieruchomienie prawie każdego sprawnego działania?

Dlaczego prawo w Polsce  jest tak kulawe, a jego egzekucja tak nieudolna?

Co powoduje, że obywatel nie czuje opieki administracji kraju nad sobą? Dlaczego zaczyna odnosić wrażenie, że jego Państwo jest słabe? Czyżby nadchodziła chwila, gdy obywatele zostaną zmuszeni do przejęcia inicjatywy i stworzenia swojej własnej, równoległej, obywatelskiej i sprawnej egzekucji prawa?

Są to pytania, które zadaje sobie zwykły, szary obywatel.

Czy ktoś kompetentny, z wykształceniem prawniczym, może zabrać głos w tej sprawie i udzielić odpowiedzi na te pytania?

 

 

Komentarze

Socjalizm... tutaj wszystko jest możliwe, ale nie wygranie z mordercami. 

Łukasz Taborski 02.10.2010, 16:28

Cytat sprzed pół roku:
"Minister zdrowia Ewa Kopacz twierdzi, że jej resort przygotował „najlepsze w Europie” przepisy prawne, które skutecznie będą walczyć z tzw. dopalaczami. Projekt stosownej ustawy ma zostać ujawniony po świętach."

Niektórzy mówią, że zakaz spowoduje rozwój nielegalnego handlu, mafie itp. Tak było za czasów prohibicji w USA.

Producenci kosmetyków, na przykład, ponoszą odpowiedzialność, kiedy ich kosmetyk kogoś uczuli. Rzeczywiście, analogicznie, ktoś powinien ponosić odpowiedzialność, jeśli dopalacz zaszkodzi.

Leki, które można przedawkować, sprzedaje się na receptę. Niektórzy sobie z tą przeszkodą radzą, ale chyba nie ma mafii handlującej Xanaxem?

Papierosy i alkohol też uzależniają i szkodzą używającym i bliskim, ale są legalne, to fakt. Może akceptacja wynika z głębokiej tradycji? Może efekty są powolniejsze? Kiedy wybuchł reaktor w Czarnobylu, wielu ludzi nie chroniło się w żaden sposób, bo nie widzieli szybkich konsekwencji.

Niektórzy dają argument, że skoro chce się zabronić dopalaczy, bo szkodzą, nie powinno się też sprzedawać noży. No, ale noże nie zmieniają świadomości :)))

Z drugiej strony, kto chce, by ograniczano jego wolność, nawet dla jego bezpieczeństwa?  Nie lubię, kiedy zmusza się mnie do zapinania pasów.

Z jednej strony nadopiekuńczość państwa, a z drugiej biurokracja i utrudnianie mi życia. To się nie klei.

Ewa Wiktoria Redel 02.10.2010, 21:59

 

Tak, istotnie, coś tu się nie klei. A politycy dopiero wtedy przeważnie dostają popędu, kiedy jest już ostatnia chwila, albo wręcz jest już za późno. Ręce opadają!

Wacław Mauberg 02.10.2010, 23:30

 

Bo dzięki temu wychodzą na obrońców społeczeństwa. Medialnie lepiej wychodzi jechać na wały i mówić, że Państwo da pieniądze, aniżeli po cichu zadbać aby powodzi nie było.

Myślenie o dobru społeczeństwa nie jest tożsame z dobrem danej partii (wynikiem wyborczym).

Andrzej Famielec 03.10.2010, 14:16

 

Do sprawy trzeba podejść spokojniej.

Nie ma mowy o powrocie do odpowiedzialności zbiorowej. Prawo karne opiera się na zasadzie odpowiedzialności indywidualnej. Jeśli konkretny dopalacz spowodował czyjąś śmierć, to sprawcy są ścigani i karani, niewątpliwie. Takich spraw jest już pewnie kilka lub kilkanaście.

Dopalacze, to jak wiadomo narkotyki nie wciągnięte na listę substancji psychotropowych, która jest podstawą polskiego prawa antynarkotykowego (jak wiadomo nie wciągnięto na nią ze względów kulturowych także alkoholu i - niezwykle mocnego narkotyku - nikotyny). Skoro nie ma ich na liście, to nie są narkotykami w świetle prawa antynarkotykowego. Ergo - można nimi handlować jak każdym innym towarem.

Lekami też nie są, więc czemu miałyby być objęte jakąkolwiek kontrolą obrotu lekami? Ergo - można nimi handlować, jak każdym innym towarem.

Chcemy w cywilizowany sposób, zgodny z zasadą państwa prawa urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej rozwiązać problem dopalaczy? No, to trzeba pogonić wszystkie instytucje odpowiedzialne za formułowanie listy substancji psychotropowych. Te instytucje działają najpewniej za wolno i zbyt mało sprawnie.

Natomiast rozwiązanie "siłowe", tzn. odgórne nasłanie na sklepy różnych służb, mnie jako prawnika - przeraża. Co, gdyby to były np. apteki znajdujące się w sieci aptek mojego klienta (przy czym - inne apteki zostawiono by w spokoju)? Jak mógłbym mu pomóc w państwie, które stosuje takie siłowe rozwiązania? Jego sieć aptek zostałaby zniszczona samą powolnością machiny prawnej, którą bym uruchomił.

Pies jest pogrzebany w liście substancji uznawanych za narkotyki, nigdzie gdzie indziej.

Maciej Gładysz Paweł Żerański 04.10.2010, 13:43

 

Wiem, że to, co napiszę to utopia, ale uważam, że społeczeństwo w dzisiejszych czasach powinno radzić sobie samo z takimi problemami. Takich handlarzy dopalaczami można przecież wykończyć wolnym rynkiem tj. zmniejszeniem popytu do zera. Przy dzisiejszym przepływie informacji każdy powinien doskonale sobie zdawać sprawę, czym grozi zażycie dopalacza i mając głowę na karku nie robić tego.

Z resztą ludzie zażywają różne środki i od nich umierają, dla przykładu znalazłem taką informację:

 

„Do nagłej śmierci doszło w niedzielę około godziny 20 w Starym Sączu. W pizzerii przy Rynku 41-latek jadł razem z kolegami pizzę. Po posiłku opuścił lokal. Na jezdni nagle się przewrócił, nie dając oznak życia. Wezwano pogotowie i policję. Koledzy mężczyzny, którzy wcześniej spożywali alkohol, w tym czasie leżeli nieprzytomni w pizzerii. Zostali przewiezieni do szpitala z objawami zatrucia. Jak wstępnie ustalono, mężczyzna zmarł z powodu przedawkowania alkoholu. Wykluczono też wstępnie udział osób trzecich.”

 Normalnym świat byłby, gdyby ludzie sami potrafili zadbać o siebie, chociaż na tyle żeby nie kupować sobie samemu trucizny - czy nawet taką kwestią „opiekować” się musi „państwo”?

Wojciech Gil 04.10.2010, 14:11

 

Na wszystkich dopalaczach jest jak wół napisane - produkt kolekcjonerski nie do spożycia.

A jakby ktoś połknął pół kilo gwoździ, to też pretensje do sprzedawcy?

Wdychanie kleju Butapren też powoduje odurzenie i degenerację mózgu. To co zakazać sprzedaży kleju?

Obawiam się, że jak ludzie chcą się sponiewierać, to znajdą sposób. Niestety... to jest ta gorsza strona wolności.

Grzegorz Słowiński 04.10.2010, 16:22

 

A dlaczego nie można by wprowadzić obowiązku, aby  po słowach "produkt kolekcjonerski nie do spożycia" wprowadzić obowiązkowo dodatkowe słowa "a po spożyciu nie wywołuje efektów psychotropowych".

Ciekawe, kto odważyłby się sprzedawać towar z takim kłamliwym napisem?

 

Wacław Mauberg 04.10.2010, 22:59

 

Albo inne dodatkowe obowiązkowe słowa: "Zawartość alkaloidów poniżej NNN mg/g"

Wystarczy ustalić wartość NNN na tak niskim poziomie, aby efekt psychotropowy był tak mały, że kupno takiego "dopalacza" straci sens. 

Wacław Mauberg 17.10.2010, 14:11

 

Powrót do spisu treści

 

 


[24] 2010.10.22      Apel do dziennikarzy

Poziom etyczny elit w naszym kraju spada w sposób zastraszający. Równocześnie poziom kłamstwa, obłudy, przekupstwa, agresji i judzenia osiąga apogeum. Czy te oskarżenia są przesadne?

Zastanówmy się.

Jak ocenić ministra, który publicznie, przed kamerą telewizyjną, poniża urzędującego prezydenta swego kraju – reprezentanta majestatu Rzeczypospolitej ?[1] Jak nazwać kłamliwą relację innego ministra przed parlamentem o tym, że w katastrofie smoleńskiej wszystkie szczątki i ślady zostały odnalezione, gdyż cały ten teren został przekopany do głębokości jednego metra a ziemia przesiana przez sito, wobec późniejszych znalezisk dokumentów i kości ludzkich, dokonanych tam przez zwykłych przyjezdnych z Polski ?[2] Co powiedzieć o pośle, który hańbi powagę parlamentu publiczną demonstracją erotycznych akcesoriów, przeznaczonych w sex-shopach dla erotomanów?[3] Czy szeregi innych parlamentarzystów – bohaterów afer korupcyjnych, paliwowych i węglowych, wykorzystujących seksualnie podwładnych, manipulujących tekstem uchwalanej ustawy, współpracujących ze światem przestępczym czy lobbystów szemranych interesów w branży hazardowej są wymysłem dziennikarzy? Jak zakwalifikować posłów opluwających niewybrednymi epitetami swych oponentów i szczujących na nich opinię publiczną?

Można powiedzieć tylko jedno – tak nie postępuje kulturalny szlachetny człowiek, kierujący się zasadami etyki. Tak z całą pewnością nie ma prawa postępować poseł – wybraniec narodu. Dlaczego więc głosowaliśmy na nich? Sami ich wybraliśmy!

Co powiedzieć o przekupnych lub nie przestrzegających wymogów etycznych swego powołania przedstawicielach innych zawodów zaufania publicznego – sędziach, notariuszach, adwokatach, prokuratorach, lekarzach, nauczycielach, policjantach i duchownych?

Dlaczego tak często dowiadujemy się o skandalach? Czy tylko dlatego, że media żerują na nich właśnie, gdyż uczciwy człowiek nie stanowi żadnej medialnej atrakcji? Czy też może dlatego, że moralna degrengolada elit zatacza już tak znaczne kręgi?

Elity są emanacją społeczeństwa. Są takie, jakie jest społeczeństwo, z którego pochodzą. Małe są szanse, aby zdemoralizowane społeczeństwo wydało z siebie uczciwe elity. Trzeba więc zacząć od podstaw – od zmian priorytetów w społeczeństwie.

I na tym polega nasza tragedia. Proces kształtowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego, kierującego się zasadami etyki, jest powolny i długotrwały. Na to, abyśmy się zmienili, potrzeba co najmniej dwóch pokoleń żyjących w stabilizacji, pokoju i ładzie moralnym. Wątpię, aby Historia dała nam tyle czasu. Musimy więc znaleźć inny, szybszy sposób aby móc doścignąć tych, którzy mieli szansę budować u siebie demokrację przez dłuższy okres czasu.

Potrzebna jest mobilizacja całego społeczeństwa. Daje się już zresztą zauważyć, że ludzie zaczynają mieć szczerze dosyć wszelkich „wojen na górze”, nieetycznych postaw, cynicznych łgarstw i obłudy lejącej się wokół szerokim strumieniem, w tym i z trybuny sejmowej. Społeczeństwo łaknie spokoju, ładu moralnego i życia w poczuciu bezpieczeństwa. Potrzebuje żyć w zaufaniu do postawy etycznej swych elit. Wydaje się, że ta cecha jest obecnie w niejakim deficycie.

Kto może spowodować mobilizację społeczną, aby wyłaniane w wyborach jednostki elitarne odznaczały się wysokim poziomem etycznym?

Mamy cztery takie siły. Są nimi Rodzina, Szkoła, Kościół i Media.

Zwracam się tu jedynie do Mediów. Poprzez prasę, radio i telewizję dysponują one codziennym, bezpośrednim kontaktem z niemal każdym obywatelem kraju. Nie można tego powiedzieć o innych. To Media niespostrzeżenie wsączają w umysły ludzkie myśli i kształtują poglądy, rzadko w sposób bezstronny, a przeważnie zgodnie z wytycznymi właściciela lub zamówieniem sponsora.

Stąd mój apel do dziennikarzy, aby włączyli się aktywnie w dzieło tworzenia demokratycznego, etycznego społeczeństwa obywatelskiego:

·     Nie bądźcie rzecznikami idei niedemokratycznych.

·     Starajcie się lać oliwę na wzburzone fale emocji politycznych.

·     Odmawiajcie brania udziału w judzeniu ludzi przeciwko sobie i podgrzewaniu atmosfery politycznej.

·     Miejcie świadomość, że kojące słowo może uzdrowić, zaś jątrzące – zabić.

·     Odmawiajcie udostępnienie swych łamów siewcom nienawiści.

·     Nie bądźcie przekaźnikami idei, które dezintegrują społeczeństwo.

·     Nie gloryfikujcie przestępców, podkreślajcie postawy świadczące o etyce.

·     Nie piszcie ambiwalentnie – niech Wasze słowa będą Tak – Tak i Nie – Nie.

·     Wyjaśniajcie społeczeństwu, co jest demokracją, a co nią nie jest.

·     Nie relacjonujcie wydarzeń, słów i zachowań gorszących. Ignorujcie je.

·     Wyzwalajcie w Waszych odbiorcach emocje pozytywne, potępiajcie postawy aspołeczne.

·     Nie uczestniczcie w nakręcaniu spirali nienawiści.

Wykonujecie zawód, cieszący się dużym zaufaniem społecznym. Macie duży wpływ na zachowanie obywateli. Wykorzystajcie go w pozytywnym celu dla integracji społeczeństwa wokół postaw demokratycznych.

 

 

Komentarze

Panie Wacławie, 
na pytanie jak to wszytko nazwać, odpowiem – szambo.

A jak to zmienić - rewolucją, bo inaczej nie oczyścimy się z tego g***a, które pływa w tym szambie. 

Oczywiście wykorzystując dostępne już dziś narzędzia prawa takie jak Trybunał Konstytucyjny, pod który wielu z ministrów obecnego rządu razem z premierem na czele się kwalifikuje.
Tyle, że jest to kwestia woli i chęci... 

Łukasz Taborski 22.10.2010, 14:27

ta, na pohybel kontrrewolucji, niech żyje socjalizm, może być nawet narodowy:)

Szaman /Radiostacja Tajniak/ 22.10.2010, 20:23

 

Powrót do spisu treści

 

 


[25] 2010.12.02      Dyskryminacja

Ten, komu w życiorysie nieopatrznie przydarzył się przypadek legalnej pracy za granicą, otrzymuje po osiągnięciu odpowiedniego wieku emeryturę z Ubezpieczalni, do której opłacał tam składki. Aby nie płacić „martwym duszom”, zagraniczna Kasa Emerytalna przesyła renciście co roku odpowiedni formularz, który on odsyła po potwierdzeniu przez lokalny organ administracji Państwa Polskiego faktu, że znajduje się wciąż jeszcze wśród osób żyjących.

Od wielu lat potwierdzenia takiego dokonywał od ręki i nieodpłatnie Wydział Spraw Obywatelskich Urzędu Gminy na której terenie mieszka rencista, jako ten organ, który najlepiej zna status meldunkowy swego obywatela.

Aliści w 2007 roku przepisy kompetencyjne zmieniły się. Od tego czasu Urząd Gminy nie ma prawa potwierdzać „Poświadczenia pozostawania osoby przy życiu”. Obowiązuje bowiem rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości które mówi, że z taką sprawą należy zwracać się do notariusza.

Kancelarie notarialne są obciążone. Terminy są odległe. Emeryt ma wyznaczony krótki czas na odesłanie "Zaświadczenia" płatnikowi swej emerytury. Jeżeli się spóźni, wysyłka emerytury zostaje wstrzymana.

Notariusz, zgodnie z prawem, pobiera za czynność poświadczenia opłatę notarialną i wymaga, zgodnie z prawem, dostarczenia tłumaczenia zagranicznego dokumentu na język polski, dokonanego przez tłumacza przysięgłego. Tłumacz przysięgły, zgodnie z prawem, pobiera kolejną opłatę za dokonanie tłumaczenia.

Łączne koszty tych, zgodnych z prawem operacji, są znaczące dla budżetu emeryta, a czas i wysiłek niezbędne dla ich dokonania wzrastają wielokrotnie w stosunku do sytuacji, istniejącej przed wejściem w życie rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości.

Liczne rzesze emerytów, a więc osób starych i słabych, zostały w ten sposób, zgodnie z prawem, zmuszone do ponoszenia kosztów oraz wysiłków, które dotychczas były im oszczędzone.

Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości mówi, że prawo do dalszej, nieodpłatnej możliwości załatwienia sprawy od ręki mają jedynie mieszkańcy miejscowości, w których kancelarii notarialnej nie ma.

Zaistniała więc sytuacja, która dyskryminuje mieszkańców miejscowości w których jest kancelaria notarialna, w stosunku do mieszkańców miejscowości w których kancelarii notarialnej nie ma. Jest także sprzeczna z Konstytucją RP, albowiem bezzasadnie dyskryminuje jedną grupę obywateli w stosunku do drugiej.

Pracowałem zagranicą, pobieram zagraniczną emeryturę i mieszkam w miejscowości, gdzie jest kancelaria notarialna.

Mam więc prawo zadać Prawodawcy zasadnicze pytanie: jakim prawem jestem dyskryminowany w Państwie Prawa? Za jakie przewinienia dyskryminowane są tysiące innych rencistów, będących w tej samej, co moja, sytuacji?

PS 1. Problem dotyczy co najmniej 10 tysięcy Polaków, byłych pracowników firm zagranicznych: głównie górników z kopalń we Francji  i Niemczech , pracowników firm budowlanych, także fachowców z wyższym wykształceniem oraz wzrastającej wciąż rzeszy byłych emigrantów polskich, którzy powracają na stałe do kraju, by tu dokonać swego żywota. Ilu z nich musi ponosić dodatkowe koszty, bo mieszka w miejscowości, w której jest notariusz?

PS 2. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo na pewno, że chodzi o pieniądze. Kto jest beneficjentem tego niesprawiedliwego rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości? Na pewno nie emeryci!

 

Powrót do spisu treści

 

 


[26] 2011.01.18              ZASZŁOŚCI

Katastrofa Smoleńska  byłaby tylko jeszcze jedną z tych wielu tragicznych katastrof lotniczych, których wyjaśnienie sprowadza się do beznamiętnej analizy obiektywnych faktów stwierdzonych przez wiarygodną komisję ekspertów, złożoną z przedstawicieli zainteresowanych stron.

Mogłaby nią być, ale nie jest.

Mogła by nią być, gdyby nie  ZASZŁOŚCI.

To zaszłości powodują, że komisja nie jest wspólna, że fakty nie wychodzą na jaw, że śledztwo jest w rękach tylko jednej z zainteresowanych stron, że wyciągane wnioski są pozbawione obiektywizmu, że ekspertyzy fachowców nie są wiarygodne i że wokół tak wielkiej tragedii tylu prawych ludzi narastają tak niezdrowe emocje.

Zaszłości te, będące nieszczęściem dla obu zainteresowanych sąsiedzkich narodów, sięgają zbyt daleko w tył czasu, nazbyt głęboko w psychikę obywateli tych krajów i są zbyt liczne, aby mogły nie mieć wpływu na odbiór społeczny. Ich opisanie wymagałoby zbyt wiele papieru. Ponieważ i tak nie przyczyniłoby się to do wyjaśnienia katastrofy, nie ma więc sensu, aby to czynić w tym miejscu.

Można jednak i należy zadać sobie tu i teraz kilka zasadniczych pytań:

- czy w istniejącej sytuacji jest możliwe pozbycie się garbu Historii?

- czy jest możliwe wymazanie skutków zaszłości?

- czy możliwe są szczere braterskie stosunki Dużego (mającego ciągoty imperialne) z Małym (który kiedyś był dużym)?

- czy jest możliwe uczciwe pojednanie takich dwóch?

- czy można liczyć na uczciwe wyjaśnienie wszystkich przyczyn Katastrofy w Smoleńsku ?

- a jeżeli odpowiedź na powyższe pytania byłaby mimo wszystko pozytywna, to jakie warunki muszą być spełnione, aby to mogło nastąpić?

 

Powrót do spisu treści

 

 


[27] 2011.02.07               O służbach

Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia, którzy dla pracowników swej instytucji wymyślili termin „Służba Zdrowia”, byli doskonałymi filologami. Trafili w dziesiątkę, w samo sedno problemu. Od czego jednak zależy jakość służby? Od niepamiętnych czasów wydajność pracy wszelakiej służby była wprost proporcjonalna do wysokości zapłaty za ich usługi. Słabo opłacane wojska zaciężne bardzo łatwo podawały tyły i przechodziły na służbę u wroga, zwłaszcza gdy ten płacił lepiej. Przeciwnie, dobrze opłacani byli bardziej waleczni, wierni swemu panu i wykazywali większy zapał. To prawda stara jak świat.

Dlatego tak niepomiernym zdziwieniem napawają mnie dochodzące ze wszystkich stron lamenty na temat niskiej jakości usług polskiej Służby Zdrowia – wojska opłacanego przez społeczeństwo do walki z wszelakimi chorobami, będącymi naszym odwiecznym wrogiem śmiertelnym. Jak może komuś przyjść do głowy, aby od słabo opłacanych, dysponujących archaiczną bronią hufców Służby Zdrowia wymagać zapału, poświecenia i waleczności? To oczywisty absurd. Aby armia była skuteczna, musi nie tylko mieć odpowiedzialnych dowódców, wymagających wiele od siebie i tyle samo od podwładnych, ale być także wyposażona w nowoczesny sprzęt bojowy, mieć dobre morale, logistykę i nie być podatna na dezercję. Musi być również doskonale wyszkolona merytorycznie (saper myli się tylko raz) oraz mieć głęboko wpojoną wysoką etykę zawodową. Morale żołnierzy podnosi znakomicie świadomość osobistej odpowiedzialności za błędy – stąd wielce użyteczna w wojsku instytucja sądów doraźnych.

Słowo „Służba” używane jest także i w innych kontekstach. Bywa, dla przykładu, „Służba Ojczyźnie” lub „Służba Bogu”. Te rodzaje służby zawierają jednak w podtekście obowiązkowe elementy bezinteresownego wolontariatu, powołania do czegoś oraz całkowitego poświęcenia się jakiejś idei wyższej. W skrajnych przypadkach aż do utraty własnego życia włącznie.

 

Społeczeństwo polskie nie domaga się od swej Służby Zdrowia aż tak daleko idących poświęceń. Potrzebuje jedynie profesjonalizmu – sprawnego, skutecznego, rzetelnego leczenia nowoczesnymi metodami i natychmiastowego reagowania na potrzeby. Od rządzących wymaga natomiast, aby taką właśnie Służbę Zdrowia mu zapewnili – nie tylko sobie samym, ale i jemu także.

Nie można powiedzieć, iż są to wymagania zbyt wygórowane.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[28] 2011.04.10      W Rocznicę Katastrofy

Wypowiedzi zwykłych, przeciętnych ludzi, uczestniczących od 10 kwietnia 2010 roku w comiesięcznych spotkaniach przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie , można w wielkim skrócie sprowadzić do jednego wspólnego mianownika. Z jednej strony – wielki żal z powodu utraty Prezydenta, człowieka darzonego sympatią i zaufaniem, a z drugiej – totalny brak zaufania do dobrych intencji jego następcy i rządzącego establishmentu.

Ten brak zaufania nie jest bezpodstawny. Bierze się z całego ciągu wydarzeń. Nie tylko poprzedzających feralny lot Tupolewa na obchody 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej  i jego katastrofę w Smoleńsku  10 kwietnia owego roku, ale i wszystkich właściwie zdarzeń które nastąpiły po śmierci 96 uczestników lotu. Liczne są głosy które twierdzą, że to nieudolność, niekompetencja i brak wystarczającego ciężaru gatunkowego polskich decydentów (albo po prostu brak dojrzałości do zadania, jakie Historia przed nimi postawiła) spowodowały, iż w sposób bezprecedensowy daliśmy się wyeliminować z całego dalszego śledztwa w sprawie katastrofy. Z uczestnictwa w sekcjach zwłok. Z możliwości odzyskania czarnych skrzynek i wraku samolotu. Z dostępu do informacji. Z wpływu na treść napisu na tablicy podmienionej w piątkową noc 8 kwietnia 2011[4] roku w miejscu katastrofy na lotnisku w Smoleńsku. Że dawaliśmy się poddawać kłamstwu, dezinformacji i obłudzie. Że nie zapobiegliśmy zniszczeniu wraku samolotu. Ale nie tylko to. Że pokornie ulegamy. Że nie bronimy swej godności. Że nie protestujemy. Że pozwalamy sobą manipulować.

Ludzie, wypowiadający się pod Pałacem Prezydenta, nie mówiąc tego wyraźnie, dają w gruncie rzeczy wyraz nie tylko swym uczuciom patriotycznym, ale podświadomie także i swemu protestowi wobec faktu, w jak łatwy sposób kraj nasz został wymanewrowany, na rzecz kraju ościennego, z wszelkiej możliwości działania. Na rzecz kraju, z którym stosunki nasze obciążone są wielowiekowymi, historycznie negatywnymi zaszłościami. Na rzecz państwa, które od czasu gdy stało się mocarstwem, zwykłe było traktować nas nie jak równorzędny podmiot, ale jak przedmiot swych dyplomatycznych nacisków lub zbrojnych akcji.

Trudno więc dziwić się, że wypowiedzi uczestników zgromadzeń na Krakowskim Przedmieściu są takie, jakie są – radykalne, zapalczywe, krańcowe, często niezborne, wielokroć wręcz prymitywne i niedorzeczne, kołtuńskie i bzdurne, zaciekłe, zawzięte, zajadłe, nieobiektywne, nacechowane podejrzliwością, pełne bólu, żalu i niepokoju,  nietolerancyjne, ortodoksyjne, fundamentalne, konserwatywne, nacjonalistyczne, zacietrzewione, żarliwe, nawiedzone, płomienne i emocjonalne.

Są bowiem dyktowane patriotyczną troską o suwerenność Ojczyzny.

To je tłumaczy i rozgrzesza. Moim zdaniem – całkowicie.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[29] 2011.05.09      Czy nadszedł już czas?

Zbydlęcenie marginesów społecznych osiągnęło już chyba taki poziom, którego wyplenienie wymaga zasadniczej zmiany filozofii prawa karnego.

Chuligańskie wybryki rozpasanych stadionowych „kiboli”, morderstwa popełniane z zimną krwią przez bardzo młodych ludzi, agresja nieletniej młodzieży szkolnej wobec rówieśników a nawet nauczycieli, pedofilia dorosłych zboczeńców grasujących bezkarnie w Internecie, handel narkotykami odbywający się niemalże w murach szkolnych, wiarołomstwo przedstawicieli zawodów zaufania publicznego, stronniczość sędziów, wielorakie afery korupcyjne, kupowanie wyników spotkań sportowych, promocja gwałtu i przemocy dokonywana codziennie w licznych kanałach telewizyjnych a także haniebny sposób uprawiania polityki przez wybrańców narodu świadczą o ciężkiej chorobie moralnej znacznej części członków naszego społeczeństwa z jednej strony, a o ułomności prawa i niemocy w jego egzekwowaniu – z drugiej.

Kary, przewidziane w Kodeksie Karnym są zbyt łagodne. Ich egzekwowanie przez Wymiar Sprawiedliwości jest mało skuteczne. Więzienia są w dużej mierze jedynie ekskluzywną, niezbyt dokuczliwą szkołą w doskonaleniu przestępczego rzemiosła oraz źródłem dalszej demoralizacji – giełdą wymiany gangsterskich informacji. Spory odsetek skazanych po odbyciu „kary” powraca do poprzednich nawyków. Egzekwowanie prawa przez służby porządkowe prawie nie istnieje, ogranicza się bowiem do drobnych wykroczeń. Sprawcy poważnych przestępstw kryminalnych czy nadużyć finansowych są quasi bezkarni – policja nieczęsto może poszczycić się w ich przypadku spektakularnymi wynikami.

Nadszedł już chyba czas na generalną zmianę stosunku społeczeństwa do jednostek aspołecznych oraz na sformułowanie innej, nowej filozofii wobec związku pomiędzy przestępstwem a karą.

Proponuję przeto, aby zamiast mało skutecznego pojęcia KARA, przyjąć bardziej obszerny i elastyczny termin ELIMINACJA, niosący w swej nazwie perspektywę możliwości definitywnego pozbycia się przez społeczeństwo elementu zgangrenowanego. Zamiast „KK” – Kodeks Karny, zastosować „KE” – Kodeks Eliminacji. Ukaranie winnego zgodnie z obecnie obowiązującym systemem karnym nie ma większego sensu ekonomicznego. Nie przynosi bowiem społeczeństwu żadnego wymiernego pożytku – wręcz przeciwnie, naraża je tylko na koszty i przyczynia się do edukacji następnych pokoleń kryminalistów. Kodeks Eliminacji nie zajmowałby się więc karaniem osób które przekroczyły prawo, ani ich reedukacją. Byłaby w nim wyłącznie mowa o ich jak najbardziej zyskownej eliminacji ze społeczeństwa. Byłoby to szczególnie ważne w tak ubogim kraju, jak nasz.

Filozofia „KE” powinna więc polegać na czasowym, a w skrajnych przypadkach na całkowitym, wyeliminowaniu ze społeczeństwa jednostek aspołecznych, nie stosujących się do określonych prawem zasad współżycia społecznego. Wyeliminowaniu w sposób przynoszący ogółowi jak największe korzyści materialne. Aby być skuteczną, filozofia „KE” musiałaby mieć charakter zdecydowanie represyjno-utylitarny.

Dla przykładu:

·      Za przestępstwa mniejszego kalibru – czasowa eliminacja ze społeczeństwa poprzez skoszarowanie sprawców dla wykorzystania ich darmowej siły roboczej do wykonywania lżejszych prac fizycznych na rzecz społeczeństwa, w zawodach nie obsadzonych na rynku pracy z powodu braku chętnych (np. zamiatanie chodników, porządkowanie parków miejskich, uprzątanie nielegalnych śmietników w lasach itp.)

·      Za przestępstwa nieco cięższe – czasowa eliminacja poprzez skoszarowanie dla bezpłatnego wykonywania cięższych robót publicznych w dziedzinach, które cierpią na chroniczny brak rąk do pracy (np. naprawa rzecznych wałów przeciwpowodziowych, kopanie rowów melioracyjnych, budowa dróg itp.)

·      Za przestępstwa ciężkie – praca na takich samych zasadach w kopalniach lub kamieniołomach (podwyższona śmiertelność wśród wykonujących te zawody stanowiłaby tu czynnik wręcz pożądany). 

·      Za umyślne zabójstwa i morderstwa – całkowita eliminacja ze społeczeństwa na wzór zwyczajów panujących swego czasu w starożytnej greckiej Sparcie  lub prawa obowiązującego aktualnie w Stanach Zjednoczonych .

 

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że żaden parlament żadnego demokratycznego kraju nie uchwali takiego Kodeksu Eliminacji.

Ale – myślę sobie dalej – postępując w ten sposób, parlamenty te popełniają oczywiste poważne przestępstwo wobec demokracji, której mają służyć. Nie wykonają bowiem w ten sposób swego podstawowego obowiązku wobec obywateli. Obowiązku, jakim jest sprawna i skuteczna ochrona swych większościowych, praworządnych wyborców przed agresją ze strony mniejszościowych wichrzycieli.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[30] 2011.07.21      Poszukiwane organy

Młodzi użytkownicy motocykli, szczególnie tacy którzy lubią igrać z niebezpieczeństwem, uwielbiają podkręcać na szosie gaz do oporu. Siejąc wokół przerażenie, z wyciem silnika na wysokich obrotach wyprzedzają innych szalonym slalomem. Daje im to poczucie pędu, panowania nad mocą ich maszyn i dominacji wobec właścicieli mniej szybkich pojazdów. Powoduje równocześnie wyraźny, godny ubolewania, wzrost śmiertelności wśród tej populacji młodych, zdrowych mężczyzn.

Z punktu widzenia społecznego można tu jednak znaleźć dwa niejakie pozytywy:

- Jest to oczyszczający społeczeństwo proces eliminacji jednostek niepełnowartościowych, bo mających wyraźne skłonności samobójcze,

oraz

- Może stanowić stosunkowo obfite źródło zaopatrzenia w młode i zdrowe organy do przeszczepów.

Na całym świecie brakuje wyspecjalizowanym szpitalom organów do przeszczepów, ratujących życie ludziom ciężko chorym. Ten brak jest tak drastyczny, że doprowadza niekiedy do haniebnych przypadków handlu ludzkimi organami i wszelkich wynaturzeń, związanych z tym procederem. Podobne braki występują również i w Polsce .

Jak rozwiązać ten problem w prosty, humanitarny sposób?

Pojawił się pomysł, aby wydawanie młodym ludziom motocyklowych praw jazdy uwarunkować podpisaniem przez nich zgody na pobranie organów w razie śmierci posiadacza w wypadku drogowym.

Wynikłaby z tego podwójna korzyść – wyraźny wzrost podaży organów do przeszczepu oraz, być może, pewien zbawienny wpływ na opamiętanie się młodych szaleńców szosowych.

Jestem ciekaw, czy Parlament podejmie ten temat?

 

Powrót do spisu treści

 

 


[31] 2011.05.26      Gwałt i terror

W literaturze opis krwawych scen wojennych i towarzyszących im aktów przemocy wymaga, zarówno od autora jak i czytelnika, niebagatelnego nakładu intelektualnego. Od autora – wysiłku włożonego w taki sposób skonstruowania opisu, aby był zgodny z kanonami sztuki literackiej. Od czytelnika – długiego okresu nauki czytania, potem trudu zaznajomienia się z treścią dzieła literackiego, a w końcu wysiłku wyobraźni, potrzebnego dla przełożenia przeczytanych opisów na obrazy.

Opisy scen mrożących krew w żyłach emitowane przez radio wymagają od autora równie wiele wysiłku co w przypadku literatury, lecz nieporównanie mniej od słuchacza – słuchanie nie wymaga wysiłku, pozostaje mu tylko trud imaginacji.

W zdecydowanie lepszej sytuacji znajduje się odbiorca sztuki filmowej – chociaż dla wyreżyserowania scen brutalnych producent zmuszony jest wyłożyć spore sumy pieniężne, to odbiorca – zainwestować jedynie w niewielki koszt biletu wstępu do kina.

Natomiast zarówno nadawca jak i odbiorca programu telewizyjnego są w sytuacji wyjątkowo komfortowej. Zwolnieni są od jakiegokolwiek wysiłku – dziejące się gdzieś na świecie akty gwałtu i terroru reżyseruje, wykonuje i opłaca kto inny. Kamera je jedynie rejestruje, a udział odbiorcy ogranicza się do naciśnięcia na guzik pilota i absolutnie bezwysiłkowej konsumpcji – wystarczy patrzeć i słuchać. Ponieważ sceny drastyczne mają wyraźnie pozytywny wpływ na oglądalność, programy telewizyjne, na wszystkich popularnych kanałach bez wyjątku, dostarczają swym widzom co dzień potężnej porcji krwawych reportaży, a także filmów gwałtu i przemocy.

To jest powód, dla którego telewizja zrobiła tak zawrotną karierę i coraz skuteczniej wypiera słowo czytane i słuchane. To jest również jeden z zasadniczych powodów, dla którego telewizja ponosi główną odpowiedzialność za powszechną demoralizację, zdziczenie obyczajów i znieczulicę. Dotyczy to głównie zaś młodzieży, odbiorców o najsłabiej ukształtowanej psychice.

Masowymi widzami filmów gloryfikujących wojnę, napady na bank, rabunki z bronią w ręku i wszelkich produkcji zawierających sceny drastyczne są więc niezbyt inteligentni, mało wybredni, poszukujący silnych wrażeń, bezkrytyczni i łatwowierni młodociani fani TV. Realizują w nich swe marzenia o akcji i dążeniu do supremacji. Oglądanie tego rodzaju obrazów od wczesnej młodości wywiera destrukcyjny wpływ na młode psychiki – powoduje oswojenie z brutalnym zachowaniem, znieczulicę, a w końcu ich akceptację poprzez utożsamienie się z agresorem uosabiającym brutalną siłę. Dodatkowym czynnikiem usprawiedliwiającym jest fakt, że przecież ogląda się to w domu swych własnych rodziców, za ich wiedzą i zgodą. Stąd logiczny wniosek: rodzice akceptują te obrazy i sytuacje, a takie zachowania uważają za normalne. Rezultat w Polsce: codziennie 2 – 3 policjantów ulega agresji, w ciągu 2 tygodni czterech ciężko pobitych a rok temu jeden zamordowany. Sprawcami z całą pewnością byli namiętni widzowie brutalnych scen w telewizji, chcący sami zakosztować, zwykle po alkoholu, dreszczu, jaki daje atak na drugiego człowieka i zamach na ludzkie życie.

Bezpośrednia odpowiedzialność za zamordowanie przez młodocianych zbrodniarzy Krzysztofa Olewnika , malarza Zdzisława Beksińskiego , uczennic gimnazjum, listonosza, kibiców sportowych a w końcu i policjanta, za tak wiele innych wszechobecnych przejawów bezmyślnego zbydlęcenia u młodych ogłupionych matołów, spada na prymitywnych wykonawców. Lecz odpowiedzialność moralna obciąża telewizję – intelektualnego inicjatora, prowokatora zachowań agresywnych, która codziennie nadaje godziny filmów kryminalnych, obrazów grozy i gwałtu, wszelakich programów zawierających sceny drastyczne. Można je uznać za typowe materiały instruktażowe, pokazujące jak to w praktyce się robi. Bezpośrednim skutkiem tych produkcji jest posiew zgorszenia i demoralizacja młodych, podatnych, nieukształtowanych jeszcze moralnie i bezkrytycznych natur.

Biorąc powyższe pod uwagę, jestem gorącym zwolennikiem ścisłego cenzurowania treści wyświetlanych w kanałach telewizyjnych. Niekontrolowana konsumpcja telewizyjnych produkcji staje się trucizną, sączącą się stale i niepostrzeżenie w nasze życie.

Chyba już najwyższy czas, aby coś z tym zrobić!

 

Powrót do spisu treści

 

 


[32] 2011.06.05      Polemika z monetaryzmem

Milton Friedman  (1912-2006), profesor Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu w Chicago , twórca monetaryzmu, laureat Nagrody Nobla, guru pokolenia absolwentów „szkoły chicagowskiej” – ekonomistów wykształconych w tej uczelni w drugiej połowie XX wieku, doradca ekonomiczny dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych  oraz wielu rządów krajów pogrążonych w hiperinflacji, był autorem neoliberalnej doktryny szoku ekonomicznego. Polegała ona, w wielkim skrócie, na nagłym zadekretowaniu radykalnego pakietu nowych praw rządzących sferą społeczną i gospodarczą, mających nadać absolutny prymat wolnemu rynkowi, umożliwić nieograniczony przepływ kapitału, spowodować deregulację cen, zniesienie barier celnych oraz maksymalnie ograniczyć ingerencję państwa w wolną grę ekonomiczną, zminimalizować administrację i wymusić rezygnację państwa z nierentownych mecenatów takich, jak szkolnictwo, opieka socjalna, służba zdrowia, nauka, kultura i sztuka.

Wprowadzenie w życie doktryny szkoły chicagowskiej oparte było na twierdzeniu, że przegłosowanie tego rodzaju szokowego pakietu ustaw przez parlament danego kraju może odbyć się jedynie w warunkach zaistnienia wielkiego kryzysu i potrzeby radykalnych działań, np. wojny domowej, załamania gospodarczego grożącego upadkiem państwa, galopującej inflacji lub ogłoszenia stanu wyjątkowego. Tylko pod presją sytuacji kryzysowej demokratyczny parlament jest w stanie uchwalić pakiet ustaw, w oczywisty sposób powodujący ograniczenie (w domyśle doraźne) poziomu życia, lecz dający nadzieję (w przyszłości) na uzdrowienie gospodarki. Dlatego pierwsze swe zastosowanie doktryna ta znalazła w krajach Ameryki Łacińskiej , gdzie upadające junty wojskowe spostrzegły w niej szanse dla swego przetrwania.

Istota stworzonej przez Friedmana  filozofii polegała na tym, aby w warunkach wolnej konkurencji, zaistniałej dzięki wprowadzeniu pakietu praw neoliberalnych, doprowadzić do atomizacji społeczeństwa – każda jednostka miałaby być całkowicie wolna i miałaby móc podjąć wolną grę rynkową dla osiągnięcia swego indywidualnego, maksymalnego zysku. Była skierowana głównie do robotników i chłopów, którzy dzięki niej mieli stać się „indywidualnymi graczami ekonomicznymi”, na równych prawach z dużymi podmiotami gospodarczymi i w ten sposób dźwigać gospodarkę. Została zaadresowana jako radykalna terapia dla krajów zadłużonych, słabo rozwiniętych, cierpiących na duże bezrobocie, pogrążonych w błędnym kole hiperinflacji z której ich rządy nie mogły się wydostać. Skorzystały z niej Indonezja , większość państw latynoskich, a pod koniec XX wieku, dla zainicjowania rozwoju gospodarczego, również upadające gospodarki europejskich krajów postkomunistycznych, także Chiny  i Rosja , potem RPA , a następnie ogarnięte kryzysem poprzez sprowokowaną celowo nagłą ucieczkę zachodnich kapitałów kraje azjatyckie, dotychczasowe „azjatyckie tygrysy”. Aktualnie stosowana jest w Iraku  – mimo protestu społeczeństwa i z widocznym dla całego świata skutkiem.

Gospodarka monetarna kryzysowego rynku Miltona Friedmana  uważana była przez jej wyznawców za absolutnie pewne panaceum na wszelkie problemy gospodarcze. Miała stanowić punkt zwrotny, po którym, ze 100%-wą pewnością, nastąpi niekończący się okres prosperity.

Tak się jednak nie działo. W krajach w których ją zastosowano okazało się, że mimo opanowania inflacji, gospodarka nie wystartowała już potem w sposób zasadniczy, a stopa bezrobocia zwiększyła się znacząco w stosunku do tej z okresu hiperinflacji. Nastąpiło także wyraźne rozwarstwienie się społeczeństwa. Zwiększyła się ilość ludności żyjącej poniżej minimum socjalnego oraz zwiększyła ilość multimilionerów. Większość majątku narodowego została zgrupowana w nielicznych środowiskach oligarchii lub korporacji międzynarodowych.

Dlaczego zawiodło owe 100 %-we przekonanie Miltona Friedmana  i jego zwolenników o absolutnej racji ich modelu ekonomicznego? 

W tym miejscu pojawia się skojarzenie ze Starym Żydem z Podkarpacia , dla którego „już 75 procent racji jest bardzo podejrzane, a taki co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”. Wszelkie teorie, uważające się za prawdę absolutną, są już z góry podejrzane.

Zdławienie inflacji w krajach które wprowadziły zasady gospodarki monetarnej według Miltona Friedmana  zawdzięczano w większej mierze pożyczkom z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego oraz umorzeniu części długów przez wierzycieli, niż rozruchowi ich własnych gospodarek. Ich rynki krajowe zostały bowiem w międzyczasie opanowane przez tanią produkcję zagraniczną, z którą lokalni producenci nie mieli szans konkurować. Drapieżny neoliberalizm zbierał żniwo, gdy zagraniczni inwestorzy, przybyli z kapitałem, dzięki zniesieniu barier, wywozili zyski bez ograniczeń.

Błąd założycielski szkoły chicagowskiej Miltona Friedmana , którego nie zauważyli jego twórcy (a może nie chcieli zauważyć) polegał mym zdaniem na założeniu, iż gospodarka kraju po wprowadzeniu jej zasad stanowić będzie sumę wszystkich składowych gospodarek cząstkowych: „gospodarek jednostkowych” – prowadzonych przez obywateli indywidualnych i „gospodarek przemysłowych” – prowadzonych przez podmioty gospodarcze. Innymi słowy mówiąc Friedman twierdził, że kraj jest jednym wielkim przedsiębiorstwem gospodarczym (które, aby nie popaść w długi, musi składać się wyłącznie z elementów przynoszących zysk).

Tymczasem w rzeczywistości kraj jest czymś o wiele bardziej skomplikowanym, niż przedsiębiorstwo. Kraj ojczysty jest przede wszystkim cywilizacyjną grupą ludzi o wspólnej wielowiekowej tradycji, której nie można ani wymazać, ani zmienić szokowo na inną. Jest także swego rodzaju Zakładem Opiekuńczym, troskliwym zrzeszeniem obywateli, którzy chroniąc się pod jego parasolem, jednoczą się dla swego wspólnego dobra tworząc organizm, którego nadrzędnym celem jest materialna ochrona zarówno ich samych, jak i cywilizacji, którą stworzyli. W tym celu dobrowolnie oddają część swych wolności osobistych na rzecz ogółu, a także część swych zarobków w postaci podatku oddają państwu dla finansowania funkcji opiekuńczych. Funkcje te z założenia nie mogą przynosić dochodu. Ze swymi przywódcami, wybranymi w demokratycznym głosowaniu, zawierają natomiast kontrakt o pracę, polegającą na profesjonalnym administrowaniu całością dla zaspokojenia potrzeb i ochrony wszystkich obywateli. Bogatych i biednych. Silnych i słabych. Młodych i starych. Zdrowych i chorych. Pracujących i niepracujących. Wytwarzających przedmioty posiadające wartość materialną jak i myślicieli, twórców dóbr niematerialnych, których wartości nie można wyrazić przy pomocy pojęć monetarnych.

Ojczyzna nie jest przedsiębiorstwem ekonomicznym. Ojczyzna jest wspólnym dobrem społecznym, którego utrzymanie kosztuje. Ale ojczyzna też wymaga, aby jej administracja była sprawna i nie trwoniła powierzonych środków.

Dla tych powodów w gospodarce narodowej, poza przedsiębiorstwami dającymi zysk, muszą istnieć również sektory dotowane, nie przynoszące dochodu. Ich najkrótsza lista składa się co najmniej z siedmiu pozycji: obrona narodowa, utrzymanie porządku, sądownictwo, szkolnictwo, służba zdrowia, służby ratownicze i badania naukowe. W rzeczywistości jest ich znacznie więcej. Czy jest możliwe aby Straż Pożarna, GOPR, WOPR, Pogotowie Ratunkowe czy Straż Leśna przynosiły dochód? Koszty utrzymania tych służb ponosi społeczeństwo, przeznaczając na ten wspólny cel środki pochodzące z podatków.

Są to oczywiste powody, dla których nie może być mowy o działaniach takich, jak komercjalizacja szpitali, oszczędności w finansowaniu policji, sądownictwa, szkolnictwa czy naukowych badań podstawowych. Wprawdzie terapia szkoły chicagowskiej pomaga opanować inflację, lecz odbywa się to kosztem ochrony szerokich, najuboższych kręgów społeczeństwa. Są to powody, dla których ta modna i chwytliwa teoria ekonomiczna nie sprawdziła się w realnym życiu społeczeństw. Spowodowała, że dotychczasowi biedni stali się jeszcze bardziej ubodzy a nieliczni bogacze – jeszcze bardziej bogaci.

Powyższe rozważania i przedstawione fakty nie stanowią żadnej tajemnicy. Liczne fachowe publikacje naukowe omawiają ten problem szczegółowo, na sympozjach ekonomicznych i zjazdach na temat globalizacji gospodarki mówi się o tym otwarcie. Może jedynie szerszy ogół nie jest poinformowany o szczegółach. Ale świat ekonomistów i polityków wie doskonale, jakie są społeczne skutki wprowadzenia friedmanowskiej doktryny szoku. Amerykański raport Executive Excess 2006 podaje, że w 1980 r. prezesi [amerykańskich] korporacji zarabiali 43 razy tyle, ile pracownicy. W 2005 roku było to już 411 razy więcej. We wszystkich krajach gdzie została zastosowania doktryna kapitalizmu kataklizmowego, wywołała jedynie wzrost bezrobocia, przechwycenie majątku narodowego upadających reżimów przez kapitał zagraniczny (rzadziej własny), zapaść opieki socjalnej państwa nad obywatelami i zanik mecenatów.

Nie rozumiem więc, dla czyjego dobra czyni się w Polsce  te wszystkie wysiłki dla forsowania komercjalizacji – nie tylko Służby Zdrowia.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[33] 2011.07.28      Wulgaryzmy

Skąd się wzięły w polskim języku te wszechobecne koszmarne wulgaryzmy, które walą człowieka obuchem we wrażliwe uszy wszędzie i na każdym kroku? Nie tylko na ulicy, w tramwaju czy autobusie, ale i w t. zw. „przybytkach kultury” – kinie, teatrze, a nade wszystko w TVP.

Wyjaśnienie pierwsze [oczywiste] – biorą się one z przyzwolenia społecznego, czyli z braku powszechnego potępienia.

Skąd pochodzi przyzwolenie? Przede wszystkim z góry, czyli z Ministerstwa Kultury które, wraz z mediami, wręcz uczestniczy w przyzwalaniu, zamiast być mecenasem kultury przez duże „K”, kultury wyłącznie wysokiego lotu.

Nie lejmy krokodylich łez i nie zwalajmy winy na zagranicę – że to przyszło od nich, wraz z zalewem kultury świata zachodniego. Od nich przychodzą zarówno wzorce negatywne, jak i pozytywne. Dlaczego więc przejmujemy wyłącznie te negatywne? Nie udawajmy niewiniątek – winni jesteśmy my sami. Przede wszystkim ci najbardziej światli i stojący na świeczniku, potem rodzice, następnie wychowawcy, ale również i kręgi kulturotwórcze.

Jest i drugie wyjaśnienie tego zjawiska [polityczne] – powodem rozprzestrzeniania wulgaryzmów jest brak demokracji w naszym kraju. Brak ów polega na tym, że sprzecznie z definicją demokracji – państwo nie realizuje woli większości. Miażdżąca większość chce wszak mówić po polsku, a wulgaryzmy nie są częścią składową mowy polskiej. Demokratyczne państwo ma obowiązek stosować się do woli większości swych obywateli.

Wzywam więc do demokracji. Do powszechnego odchwaszczania. Do bezwzględnego wykorzeniania wulgarnych wyrażeń i do walki o czystość języka, który odziedziczyliśmy po naszych przodkach. Mamy nie tylko obowiązek rozwijać go, ale także przekazać go następnemu pokoleniu bez fekaliów.

 

Komentarze

Ze wszech miar popieram dążenie Pana do odchwaszczania języka. Ale: Zwrot "rżnąć głupa", po pierwsze nie jest autorstwa żadnego rzecznika. Jego autorem jest Janusz Korwin Mikke. Po drugie, trudno go uznać za klasyczny wulgaryzm. Raczej jest to określenie potoczne. Faktycznie niezbyt parlamentarne. Ale chyba (?) nieodwracalny jest nieco swobodniejszy (co do stylu, nie co do doboru fekaliów, zamiast słów) sposób wyrażania się. W każdym razie proszę mnie zapisać, jako sojusznika. Czy oprócz szlachetnego apelu, ma Pan jakieś pomysły?

Krzysztof Rumiński 28.07.2011, 19:56

Oczywiście ma Pan rację. Słowa te wypowiedział JKM. Przypisałem je komu innemu i dlatego zacytowałem błędnie jako zły przykład idący z góry. Już to poprawiłem w tekście. Jeśli chodzi o pomysły, to trudno wymyślić coś innego poza apelem, własnym przykładem i jak najszerszym propagowaniem wśród otoczenia. Nie spodziewam się ani akcji władz w tej sprawie, ani żadnych spektakularnych sukcesów. Ale sam fakt, że znalazł się czytelnik tego wpisu który zareagował (mam tu na myśli Pana), pozwala mi na pewien umiarkowany optymizm. Dziękuję za poparcie. Wacław Mauberg

Wacław Mauberg 28.07.2011, 21:10

 

Powrót do spisu treści

 

 


[34] 2011.10.18              Mniejszości

W wyniku wyborów parlamentarnych z 9 października 2011 r. w parlamencie polskim znalazła się niespodziewanie nowa 10%-wa grupa mniejszościowa[5]. Wraz z jej pojawieniem, wytworzyła się sytuacja o której, niejako proroczo, napisałem na łamach Radia Wnet w marcu 2010 r. w tekście pod tytułem „W obronie zagrożonej demokracji”. Mniejszość zaczyna terroryzować większość a ta ostatnia, w imię źle pojętej „poprawności politycznej”, zaczyna jej milcząco ulegać.

Owa mniejszościowa, lecz odpowiednio hałaśliwa grupa, swą działalność parlamentarną zadebiutowała od fundamentalnego dla niej problemu – skierowała do Marszałka Sejmu żądanie usunięcia krzyża z Sali posiedzeń sejmowych. Nie napotykając na bardziej stanowczą dezaprobatę społeczeństwa, poszła za ciosem – zapowiedziała, że zażąda usunięcia krzyży także ze szkół i urzędów.

Roszczenia swe mniejszość uzasadnia równouprawnieniem. Powołując się na Konstytucję twierdzi, że Marszałek ma obowiązek uszanować jej uczucia, polegające na odrazie, jaką u jej członków wywołuje widok krzyża.

W dyskusji, jaka miała na ten temat miejsce wczoraj w TVP, wzięło udział szereg światłych i dostojnych postaci: parlamentarzyści, pani profesor, osoba duchowna. Padło wiele górnolotnych słów o równości, poszanowaniu odmiennych preferencji, sprawiedliwości, równych prawach, sejmie, kulturze, tradycji i chrześcijańskiej cywilizacji. Jednomyślności jednakże nie osiągnięto.

Nikt z dyskutantów nie podjął niestety istotnych, mym zdaniem, w tej sprawie wątków, dotyczących kilku oczywistych, a brutalnych prawd:

- Parlament nie jest właściwym forum do rozgrywania tego rodzaju problemów. Parlament jest miejscem, gdzie poszukuje się konsensusu politycznego. Obecność krzyża, lub jego brak w Sali posiedzeń Sejmu nie jest sprawą polityczną.

- Konstytucja RP gwarantuje mniejszościom równe prawa. Nie ma tam jednakże nigdzie mowy o tym, że żądania mniejszości muszą być spełniane.

- Parlament nie jest organem bezstronnym. Parlament jest zdecydowanie stronniczy. Jego zadaniem jest bowiem tworzenie prawa, realizującego filozofię i politykę większości. Nie wydaje się, aby obecność krzyża w Sali Sejmowej kolidowała z filozofią chrześcijańskiej większości narodu polskiego.

- Mniejszość musi się podporządkować większości. Mniejszość stanowić będzie swe prawa dopiero wówczas, gdy stanie się większością.

- Wyborcy oczekują od parlamentarzystów, że swój tak bardzo przecież cenny czas, będą poświęcać wyłącznie problemom istotnym dla kraju.

Wyrażam tu nieśmiałą nadzieję, że do przyszłej Pani Marszałek Sejmu dotrze jakimś cudem te kilka myśli zwykłego, szarego obywatela RP.

 

Powrót do spisu treści

 

 


[35] 2011.12.17 Stanisław II August Poniatowski  a Lech Wałęsa

 

Skąd tak zaskakujące zestawienie? Jak można porównać postać ostatniego króla polskiego – żyjącego w XVIII wieku Stanisława Antoniego Poniatowskiego , który po koronacji przyjął imię Stanisława II Augusta, z prostym elektrykiem z gdańskiej stoczni – Lechem Wałęsą  z przełomu XX i XXI wieku? Czyż jest możliwe, aby mogły istnieć jakiekolwiek analogie pomiędzy nimi?

Zastanówmy się przez chwilę. Co wiemy o nich obu?

W encyklopedii czytamy, że Stanisław II August Poniatowski  był ostatnim władcą Rzeczypospolitej Obojga Narodów, z Bożej łaski i woli narodu królem Polski, wielkim księciem litewskim, ruskim, pruskim, mazowieckim, żmudzkim, kijowskim, wołyńskim, podolskim, podlaskim, inflanckim, smoleńskim, siewierskim i czernihowskim etc. etc.

Wiemy też, że urodził się w 1732 w Wołczynie  na dzisiejszej Białorusi  w majątku swego ojca kasztelana krakowskiego Stanisława Poniatowskiego . Jego matką była Konstancja z Czartoryskich , rodzeństwem bracia: Kazimierz  - podkomorzy nadworny koronny, Andrzej  - feldmarszałek austriacki, Michał Jerzy - ostatni prymas I Rzeczypospolitej, Aleksander - adiutant księcia Karola Lotaryńskiego , Franciszek - kanonik i proboszcz katedry krakowskiej oraz siostry: Ludwika Maria - żona Jana Zamoyskiego i Izabella  - żona hetmana Klemensa Branickiego  na Białymstoku , późniejszego członka konfederacji barskiej.

Starannie wykształcony, w młodości wiele podróżował po krajach Europy Zachodniej. W 1752, za panowania Augusta III Sasa , został wybrany posłem na Sejm i mianowany pułkownikiem regimentu łanowego. W 1756 został posłem saskim w Sankt-Petersburgu , gdzie nawiązał romans z Sophie Friederike Auguste księżną von Anhalt-Zerbst , żoną następcy tronu rosyjskiego, księcia holsztyńskiego Piotra Ulryka , późniejszego cara rosyjskiego Piotra III . Po śmierci męża w niezbyt jasnych okolicznościach, Sophie Friederike została cesarzową Rosji  znaną jako Katarzyna II. Owocem związku Sophie i Stanisława Poniatowskiego  była córka Anna Piotrowna, zmarła nie osiągnąwszy wieku 2 lat.

Wybór Stanisława Poniatowskiego  na króla Polski  był wynikiem ustaleń pomiędzy mocarstwami ościennymi. Porozumienie pomiędzy Rosją  i Prusami  odnośnie przeprowadzenia w Rzeczypospolitej  elekcji wspólnego kandydata zostało podpisanie 11 kwietnia 1764. Wybór padł na stolnika litewskiego Stanisława Antoniego Poniatowskiego, który jako osoba ciesząca się poparciem Familii oraz były kochanek Katarzyny II , gwarantował uległość wobec Rosji. Caryca pisała wówczas do Fryderyka II Wielkiego :

Jest rzeczą nieodzowną, abyśmy wprowadzili na tron Polski  Piasta dla nas dogodnego, użytecznego dla naszych rzeczywistych interesów, jednym słowem człowieka, który by wyłącznie nam zawdzięczał swoje wyniesienie. W osobie hrabiego Poniatowskiego , stolnika litewskiego, znajdujemy wszystkie warunki niezbędne dla dogodzenia nam i skutkiem tego postanowiliśmy wynieść go na tron Polski.

oraz:

... ze wszystkich pretendentów do korony ma najmniejsze możliwości jej otrzymania, tak więc w konsekwencji będzie miał zobowiązania w stosunku do tych, z rąk których ją otrzyma.[6]

Dla zapewnienia sprawnego przebiegu elekcji swego kandydata, na prośbę przywódców stronnictwa Czartoryskich  (Familii), kanclerza Andrzeja Zamoyskiego  i Augusta Aleksandra Czartoryskiego , w granice Rzeczypospolitej wkroczyły wojska rosyjskie. Katarzyna II  wydała specjalną deklarację w której zaznaczyła, że działanie to ma na celu dbałość o wszystkie swobody Rzeczypospolitej  [sic!]. Stanisław Poniatowski został wybrany królem przez Sejm konwokacyjny 7 września 1764, przy nielicznym udziale szlachty i zdecydowanym poparciu wojsk rosyjskich w wyniku de facto zamachu stanu, który przygotowała Familia, by wprowadzić na tron polski przedstawiciela swojego obozu. Jego elekcję podpisało jedynie 5 320 osób, co było w takim wypadku liczbą niezwykle niską.

Stanisław II August  był człowiekiem chwiejnym, uwikłanym w konflikt z magnatami i lokalnymi koteriami, władcą bez siły przebicia ani politycznych ambicji, widzącym przyszłość Polski  w uzależnieniu od ścisłego sojuszu z Imperium Rosyjskim , był kochankiem odtrąconym i tęskniącym bez nadziei na powrót do łask, królem lawirującym pomiędzy racją stanu swego królestwa a wypełnianiem dyrektyw przekazywanych z Sankt-Petersburga  przez ambasadorów Katarzyny II . Należał do masonerii, co przy jego słabej pozycji dawało mu swego rodzaju oparcie. Nie umiał uchronić swego kraju przed zakusami obcych mocarstw, czego skutkiem był I rozbiór Rzeczypospolitej , podpisany w Petersburgu 5 sierpnia 1772 roku, a zatwierdzony 30 września 1773 przez Sejm Rozbiorowy w Warszawie .

Położył duże zasługi w intelektualnym rozwoju narodu. Stworzył Komisję Edukacji Narodowej – pierwsze w Polsce Ministerstwo Oświaty, Szkołę Rycerską służącą wychowaniu młodej kadry polskich oficerów[7] oraz zalążki Poczty Państwowej. Był jednym z głównych autorów tekstu nowoczesnej konstytucji, przygotowywanej przez Sejm Czteroletni. Marszałek Sejmu Stanisław Małachowski, godząc się ze zdaniem króla iż wobec mobilizacji sarmackiej opozycji i groźby interwencji artylerii rosyjskiej trzeba działać szybko, metodą fac et excusa (zrób, a potem się usprawiedliwiaj) zwołał posiedzenie w przyspieszonym terminie 3 maja (poprzednim terminem był 5 maja) 1791 roku i Sejm uchwalił, niejako z zaskoczenia, Konstytucję tego samego dnia[8].

W maju 1792 przeciwko zamierzonej w konstytucji reformie państwa, między innymi polegającej również na wzmocnieniu władzy królewskiej, zawiązana została przez grupę magnatów koronnych i litewskich konfederacja targowicka. Konfederaci zwrócili się o pomoc wojskową do carycy Katarzyny II , która zdecydowała o ponownym wprowadzeniu na teren Rzeczypospolitej wojsk rosyjskich i podjęciu interwencji wojskowej bez wypowiedzenia wojny (uprzednio wojska te zostały wycofane w maju 1789 w wyniku realizacji styczniowej decyzji Sejmu Wielkiego o zniesieniu Rady Nieustającej). Rozpoczęła się wojna polsko-rosyjska 1792, która trwała od maja do prawie końca lipca. Wszystkie szanse kampanii obronnej zostały jednak zaprzepaszczone przedwczesną kapitulacją króla, który był jednocześnie wodzem naczelnym i jego przystąpieniem do konfederacji targowickiej.

W tym samym czasie Stanisław August  nawiązał korespondencję z generałami rosyjskimi Michaiłem Kachowskim i Michaiłem Nikityczem Kreczetnikowem , prosząc ich usilnie o jak najszybsze zajęcie Warszawy. Obawiając się oporu garnizonu warszawskiego przeciwko wkraczającym wojskom rosyjskim i oddziałom targowiczan, król rozkazał Eustachemu Sanguszce zamknięcie broni ciężkiej w Arsenale Warszawskim. Konfederaci targowiccy zajęli wówczas wszystkie województwa Rzeczypospolitej. Prusacy łamiąc przymierze wkroczyli do Wielkopolski w styczniu 1793. Nastąpił II rozbiór Rzeczypospolitej .

W marcu 1794 wybuchło powstanie narodowe przeciwko Rosji  i Prusom , kierowane przez gen. Tadeusza Kościuszkę . Wobec przeważających sił wojsk pruskich i rosyjskich, w listopadzie powstanie skończyło się klęską. Ranny 10 października w bitwie pod Maciejowicami  Kościuszko dostał się do niewoli, po czym został uwięziony przez Katarzynę II  w twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu .

Niecały rok po upadku powstania, w październiku 1795 nastąpił III rozbiór Rzeczypospolitej  przez Rosję , Austrię  i Prusy . Rzeczpospolita Polska przestała istnieć jako państwo i na 123 lata została wykreślona z mapy Europy . Stanisława Augusta Poniatowskiego , w eskorcie dragonów rosyjskich wywieziono z Warszawy  i umieszczono w Grodnie  pod nadzorem namiestnika rosyjskiego, po czym zmuszono do abdykacji 25 listopada 1795. Katarzyna II  spłaciła jego długi i przyznała mu stałą pensję. Po jej śmierci mógł zamieszkać w Petersburgu . Zmarł tam 12 lutego 1798 niespodziewaną śmiercią po wypiciu porannej filiżanki bulionu. Sekcja zwłok, zarządzona przez cara Pawła I , syna i następcy carycy Katarzyny II stwierdziła, że przyczyną śmierci była apopleksja.

Jego historia po śmierci była równie burzliwa jak za życia[9]. Nawet po śmierci nie zaznał spokoju. Pochowany został w zamurowanej niszy kościoła katolickiego św. Katarzyny w Petersburgu . W 1938 r. jego trumna została sprowadzona do Polski  i pochowana w podziemnej krypcie pod kaplicą zrujnowanego już wówczas kościoła w Wołczynie , miejscu jego urodzenia, który wówczas leżał w granicach polskich. W 1939 r. kościół został splądrowany przez wojska sowieckie, potem w 1941 r. przez niemieckie. Zwłoki króla zostały sprofanowane. W 1988 r. miały być sprowadzone z Białorusi  do Polski. Niestety, w kościele wołczyńskim już ich nie znaleziono. W 1995 r. ziemię wraz ze skrawkami królewskich szat przewieziono do Polski . Ostatni jego symboliczny pogrzeb odbył się 14 lutego 1995 w archikatedrze św. Jana w Warszawie .

Stanisław August Poniatowski  jest postacią bardzo kontrowersyjną. Był tym, który usiłował uczynić rzecz niemożliwą: pogodzić sprzeczne interesy i zadowolić wszystkich – zarówno swych wrogów jak i sprzymierzeńców. Nie potrafił zmobilizować ani swoich stronników ani przeciwników do znalezienia kompromisu, do zaniechania prywaty na rzecz dobra wspólnego. Był władcą, którego tragicznym losem było uczestniczyć w rozkładzie i doczekać rozdrapania przez zaborców swego osłabionego królestwa i wymazania go z mapy Europy . Niektórzy historycy twierdzą, że mógł zatrzymać upadek państwa polskiego, co wymagało jednak silnego charakteru i dużej determinacji, których to cech niewątpliwe mu brakowało. W tym zakresie był władcą bardzo nieudolnym, całkowicie uzależnionym od woli carycy Katarzyny II . Jego przeciwnicy zwracają także uwagę, że sam doprowadził do interwencji wojsk rosyjskich przeciwko konfederacji barskiej, przedwcześnie skapitulował w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1792, przystąpił do Targowicy i dobrowolnie abdykował na rzecz głównego rozbiorcy (w zamian za obietnicę spłacenia swoich czterdziestomilionowych długów). Na niekorzyść władcy przemawia też brak realizmu politycznego – Stanisław August do końca swojego panowania łudził się, że ma realny wpływ na bieg spraw państwowych.

Niepodważalne są jego zasługi w zakresie edukacji oraz mecenat nad sztuką (zdaniem niektórych historyków jego wkład w polską kulturę i naukę stał się podstawą obrony wartości narodowych w czasie zaborów[10]), jednak nie da się ukryć, że przez swoją słabość doprowadził w 1768 do utraty przez Rzeczpospolitą  suwerenności, gdy stała się ona protektoratem rosyjskim, a król stał się tylko marionetką w rękach wszechwładnych ambasadorów cesarzowej Katarzyny II . Miał światły umysł, trudno zarzucić mu brak chęci do reform państwa, nie miał jednak siły charakteru na miarę tego zadania. Współcześni mówili o królu Stanisławie – król Staś, co było w równej mierze określeniem pieszczotliwym, jak i lekceważącym. Jak podaje Marian Brandys  w „Strażniku królewskiego grobu”, w latach międzywojennych na określenie kogoś, kto się „zeszmacił” politycznie, mówiło się, że się „zestanisławoauguścił”.

ooOoo

A co z Wałęsą ? Z nader licznej bibliografii i publikacji w mediach wiemy o nim właściwie wszystko. Jego życie, tak prywatne jak i polityczne, zostało prześwietlone niemal na wylot.

Urodził się w 1943 w osadzie Popowo położonej w byłym województwie włocławskim. Jest synem stolarza Bolesława Wałęsy i Feliksy z domu Kamińskiej. Pracownik POM-u w Łochocinie  

Urodził się w 1943 w osadzie Popowo  położonej w byłym województwie włocławskim. Jest synem stolarza Bolesława Wałęsy  i Feliksy z domu Kamińskiej . Pracownik POM-u w Łochocinie , elektryk okrętowy w Stoczni Gdańskiej, w 1970 członek Komitetu Strajkowego tej Stoczni, w 1971 członek egzekutywy reżimowego (legalnego) związku zawodowego Stoczni, wkrótce usunięty z tego stanowiska. W 1976 zwolniony z pracy w Stoczni za publiczne krytykowanie jej dyrekcji, zatrudniony następnie w Zakładach ZREMB. W 1978 działa w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża.

W sierpniu 1980 jest jednym z organizatorów i przywódców strajku w Stoczni Gdańskiej, stanął na czele ogólnopolskiego MKS (Międzyzakładowy Komitet Strajkowy), który po podpisaniu porozumienia z delegacją rządową przekształcił się w TKK „S” (Tymczasowy Komitet Koordynacyjny NSZZ „Solidarność”), a po rejestracji związku przez sąd stał się KKW „S” (Krajowa Komisja Wykonawcza). We wrześniu 1980 Wałęsa  wybrany został przewodniczącym KKP „S” (Krajowa Komisja Porozumiewawcza). Na zjeździe delegatów NSZZ „S” w 1981 został formalnie wybrany przewodniczącym Solidarności oraz KKP „S”.

Po wprowadzeniu w Polsce  przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego  15 grudnia 1981 stanu wojennego i delegalizacji NSZZ "Solidarność", internowany wraz z wielu innymi działaczami „S”. Po zwolnieniu w listopadzie 1982 wrócił do pracy w Stoczni Gdańskiej na stanowisko elektryka.

Jako lider podziemnej Solidarności, w 1983 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Odebrała ją jego żona Danuta  10 grudnia 1983 roku w Oslo , gdyż władze PRL odmówiły wydania Wałęsie  paszportu (wg innej wersji – ponieważ nie wystąpił o paszport z obawy, że władze PRL nie wpuszczą go z powrotem do Polski ).

W 1987 założył półlegalną Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ "Solidarność", która dążyła oficjalnie do legalizacji związku.

W 1988 był współorganizatorem strajku w Stoczni Gdańskiej, zakończonego ugodą z rządem i rozpoczęciem rozmów Okrągłego Stołu. Był współtwórcą porozumień Okrągłego Stołu, czyli nieformalnym przywódcą tzw. społecznej części uczestników tych rozmów i oficjalnie jej głównym koordynatorem. Był też współzałożycielem Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”.

Podczas spotkania 31 sierpnia 1988 z ministrem Spraw Wewnętrznych gen. Czesławem Kiszczakiem  Wałęsa  osiągnął porozumienie w sprawie rozpoczęcia obrad rządu z opozycją w zamian za wygaszenie zorganizowanej przez „Solidarność” fali strajków. W wyniku obrad „Okrągłego Stołu” (od 6 lutego do 5 kwietnia 1989) uzgodniono zmianę Konstytucji PRL i wybory parlamentarne w czerwcu 1989. Różne kwestie sporne wynikające w trakcie obrad Okrągłego Stołu były rozpatrywane podczas „Rozmów w Magdalence ”, odbywanych w węższym gronie. W czasie tych spotkań przygotowywano stanowiska wspólne, które znane były potem jako ustalenia Okrągłego Stołu. W sumie tzw. „Grupa Magdalenka” spotykała się 13 razy – były to spotkania robocze i spotkania współprzewodniczących grup. Ustalenia w Magdalence zostały potem ocenione przez niektórych przywódców „Solidarności” jako nowa Targowica – twierdzili, że były one ponoć poufnymi uzgodnieniami Lecha Wałęsy  z komunistami w sprawie podziału stref wpływów oraz gwarancjami udzielonymi przez przewodniczącego „Solidarności” przedstawicielom PRL-owskiego establishmentu, dotyczącymi ich nietykalności karnej w przyszłości.

Komitet Obywatelski, dopuszczony ustaleniami Okrągłego Stołu do udziału w wyborach parlamentarnych w czerwcu 1989 roku, zdobył 99 ze 100 mandatów w Senacie i wszystkie z 35% pochodzących z wolnego wyboru miejsc w Sejmie. W sierpniu 1989, z inicjatywy Lecha Wałęsy , Komitet Obywatelski zawiązuje w Sejmie koalicję z ZSL i SD, która utworzyła następnie pierwszy powojenny niekomunistyczny rząd z Tadeuszem Mazowieckim  jako premierem.

W powszechnych wyborach prezydenckich przeprowadzonych w listopadzie i grudniu 1990 Lech Wałęsa  został wybrany Prezydentem RP. Sprawował urząd od 22 grudnia 1990 do 22 grudnia 1995. Jego prezydentura nie zyskała poparcia społecznego. Zarzucano mu, że otoczył się poplecznikami wywodzącymi się ze środowisk, które kojarzono ze służbami bezpieczeństwa PRL i aparatem władzy komunistycznej. Skłóciwszy się w ten sposób ze swymi dawnymi ideowymi współpracownikami z początkowego okresu Solidarności, odsunął ich od siebie. Programowo głosił potrzebę „wzmocnienia lewej nogi”. Mianował na dowódcze stanowiska w armii i policji osobników, będących uprzednio wysokimi oficerami PRL-owskiego reżimu. To postępowanie odczytywane było powszechnie jako popieranie oraz osłanianie ludzi z ancien régime’u, będące wynikiem realizacji kontraktu, który zawarł z komunistami w Magdalence . W listopadzie 1995 przegrał w drugiej turze wyborów prezydenckich z Aleksandrem Kwaśniewskim , a w roku 2000 ponownie przegrał wybory prezydenckie, otrzymując śladowe poparcie 1,01%, po czym ogłosił ostateczne odejście na polityczną emeryturę.

Lech Wałęsa  jest kawalerem dwóch orderów polskich oraz licznych orderów i odznaczeń zagranicznych, a także wielu wyróżnień polskich i zagranicznych.

W swych publicznych wypowiedziach, radiowych i telewizyjnych programach publicystycznych oraz rozmowach bezpośrednich odznacza się zaskakującymi sformułowaniami a także mało parlamentarnym językiem, w agresywny sposób atakującym swych przeciwników.

W wypowiedziach dawnych współpracowników Lecha Wałęsy  i jego przeciwników politycznych oraz niektórych działaczy Solidarności już od wczesnych lat 90. poczęły pojawiać się oskarżenia o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Lech Wałęsa został wymieniony jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Bolek” również przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego  w czerwcu 2008[11],[12]. Podobne opinie pojawiały się w filmach dokumentalnych Nocna zmiana i Plusy dodatnie, plusy ujemne oraz w książkach SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii[13] i Lech Wałęsa. Idea i historia[14].

Wszystkim tym oskarżeniom Wałęsa  przez cały czas zaprzecza kategorycznie.

Wyrokiem z 11 sierpnia 2000 Sąd Apelacyjny w Warszawie  V Wydział Lustracyjny orzekł, że oświadczenie lustracyjne złożone swego czasu przez kandydata na Prezydenta RP Lecha Wałęsę , jest zgodne z prawdą w rozumieniu ustawy lustracyjnej z 11 kwietnia 1997 r.

16 listopada 2005 Lech Wałęsa  otrzymał wystawione przez Instytut Pamięci Narodowej zaświadczenie nr 1763/05 w którym stwierdzono, iż przysługuje mu status osoby pokrzywdzonej w rozumieniu art. 6 ustawy o IPN z 18 grudnia 1998 r. Zespół orzekający Instytutu przyznał Wałęsie status pokrzywdzonego w drodze tajnego głosowania, w stosunku głosów 4:3.

W grudniu 2008 IPN podał do publicznej wiadomości protokół z przesłuchania w listopadzie tego roku Edwarda Graczyka , byłego funkcjonariusza SB, osoby od dawna uchodzącej za zmarłą (w 2000 r. w uzasadnieniu do orzeczenia Sądu Lustracyjnego Graczyk wymieniony był jako osoba nieżyjąca, co za tym dokumentem powtórzyli autorzy książki SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii). Edward Graczyk , funkcjonariusz przydzielony od grudnia 1970 r. w Gdańsku do kontaktów z Lechem Wałęsą  oświadczył, że Lechowi Wałęsie w dokumentach przypisany był pseudonim „Bolek”, że przekazał mu pieniądze na zwrot poniesionych kosztów podróży, że w wyniku przekazywanych przez Wałęsę informacji nikt nie ucierpiał oraz że nie wie, czy na podstawie przedstawionych mu dokumentów Wałęsa został zarejestrowany jako Tajny Współpracownik[15]. W osobnym oświadczeniu medialnym sam Graczyk zaprzeczył aby werbował Wałęsę  na Tajnego Współpracownika[16].

ooOoo

Co wynika z porównania tych dwóch postaci? Pozornie wszystko je różni.

Król Stanisław August II  pochodził, mówiąc językiem współczesnym, ze ścisłych kręgów ówczesnej nomenklatury rządzącej. O Lechu Wałęsie  powiedzieć tego nie można w żaden sposób, chyba tylko to, iż wywodzi się on z „ludu pracującego miast i wsi”, czyli pochodzi z klasy, obłudnie nazywanej „rządzącą” przez reżim, który panował w PRL .

Niewątpliwym podobieństwem tych postaci jest, że kariera i wyniesienie obu było wynikiem poparcia sił związanych z tym samym mocarstwem obcym, żywotnie zainteresowanym nie Polską  silną i suwerenną lecz przeciwnie, jej wasalizacją. U Stanisława Augusta II Poniatowskiego  były to Prusy  i carska Rosja  oraz osobiście Katarzyna II , u Lecha Wałęsy  – podporządkowana ZSRR polska policja polityczna, a następnie okrągłostołowe jawne i niejawne układy z komunistami polskimi, realizującymi dyrektywy otrzymywane z Moskwy . Dalszym wyraźnym podobieństwem ale i ironią losu jest, iż obaj przyczynili się do upadku tego właśnie ustroju, w którym rządzącą klasą była ta, z której sami się wywodzili. Stanisław August  – do upadku szlacheckiej zacofanej Polski  będącej ostoją nierządu i wstrząsanej magnackimi waśniami, a Lech Wałęsa  – do upadku pseudoludowego robotniczo-chłopskiego PRL , będącego wasalem Rosji  komunistycznej.

Król Stanisław II August  osądzany był przez współczesnych mu, a także i przez generacje zaborowe, właściwie aż do czasów PRL-owskiego  zniewolenia, nadzwyczaj negatywnie – jako rzecznik interesów rosyjskich, człowiek zniewieściały słabego charakteru, sprzedawczyk, targowiczanin, marionetka pociągana sznurkami z Petersburga . Był tym, który następnym pokoleniom stawiany był jako przykład władcy negatywnego, który zaprzepaścił swoje królestwo. Trzeba było dopiero 200 lat aby emocje opadły. By odczucie społeczne zaczęło zapominać mu jego słabości, a uznawać w nim, mimo wszystko, ostatniego króla Rzeczypospolitej  oraz dostrzegać jego dokonania i cechy pozytywne.

Podobny los spotyka obecnie Lecha Wałęsę . Współcześni, a zwłaszcza jego współpracownicy z początkowego okresu tworzenia wolnego związku zawodowego nie pozostawiają na nim suchej nitki, wyciągając na forum publiczne jego przeszłość agenturalną, każde jego potknięcie czy błąd polityczny. Nie mogą mu darować, że w imię ostatecznego celu jakim była suwerenność narodowa, wywiązywał się ze zobowiązań kontraktu, jaki zawarł był z komunistami. Jego zasługi są przez współczesnych zapominane lub pomijane, a jego megalomania i zarozumiałość wysuwane na plan pierwszy.

Losami społeczeństw steruje zespół wielorakich czynników, który nazywamy Historią. Generalnie mówiąc, czynnikami tymi są okoliczności, konkretna sytuacja, zapotrzebowanie społeczne, grupa polityczna, grupa interesów, poparcie finansowe itp. Do wykonania dzieł Historii predestynowani są ci osobnicy, którzy mają największe szanse wykonać zadanie. Dla wyprowadzenia Polski  z komunizmu Historia wybrała Lecha Wałęsę , gdyż tylko on, dokładnie taki jakim był, ze swym pochodzeniem klasowym, cechami charakteru, zaszłościami i uwarunkowaniami, sterowany grupą polityków i doradców, wspomagany technicznie i finansowo, był w stanie sprostać wymogom historycznej sytuacji. Historia potrzebowała odpowiedniego osobnika i Lech Wałęsa był dokładnie takim człowiekiem, jaki zadanie to mógł wykonać skutecznie. Jest chyba bezdyskusyjne, że Polska nie posiadała nikogo innego, kto w owym czasie dysponowałby takim zestawem cech, właściwości i korzystnych okoliczności, aby zadanie to przeprowadzić. Nie mógł nim być ani inteligent, ani intelektualista, ani aktywny jawny dysydent. Taki nie pociągnąłby za sobą mas i z takim komuniści nie zasiedliby do rozmów.

Nagonka, jakiej dokonują aktualnie na Lecha Wałęsę  liczne media, a także osoby publiczne i prywatne za pomocą prasy i wydawnictw, nie jest postępowaniem ani honorowym wobec człowieka którego zasługi są niepodważalne, ani racjonalnym z punktu widzenia dobra narodowego. Jest bezużytecznym pastwieniem się nad osobą, która po korzystnym dla Polski  odegraniu roli jaką wyznaczyła jej Historia, wycofała się już z życia publicznego.

Czy w przypadku Lecha Wałęsy  potrzeba będzie, podobnie jak to było w przypadku króla Stanisława, aż dwu wieków dystansu by emocje opadły na tyle, aby znaczenie jego wad osobistych i popełnionych błędów zmalało w odczuciu społecznym na tyle, by Polacy zaakceptowali patriotyczne jądro jego dokonań i oddzielili je od nieuniknionych meandrów brudnej polityki oraz ludzkich słabości, właściwych każdemu człowiekowi?

Każdy przywódca narodu jest niewolnikiem międzynarodowej koniunktury. Stanisław August Poniatowski  i Lech Wałęsa  też nimi byli. W przypadku pierwszego koniunktura była wyraźnie nieprzychylna, natomiast w przypadku drugiego – nadzwyczaj korzystna. Jest oczywiste, że nie tylko przywódca, ale i kontekst międzynarodowy oraz stosunek sąsiadów też mają olbrzymi wpływ na losy kraju. Będąca w upadku, tracąca na znaczeniu szlachecka Polska  z czasów saskich i stanisławowskich, z jej liberum veto, wolną elekcją, wstrząsami powodowanymi przez liczne konfederacje oraz wewnętrznym skłóceniem, niewątpliwie nie miała już w Europie  żadnego autorytetu. Stanisław II August  miał nieszczęście panować w okresie, gdy rosnący w siłę potężni sąsiedzi byli zainteresowani jedynie dalszym osłabianiem Rzeczypospolitej.

W przypadku Lecha Wałęsy  koniunktura była odwrotna – znaczące siły światowe były zainteresowane upadkiem komunizmu. Wałęsa, cieszący się osobistym poparciem wybitnych osobistości swej epoki, mógł zdziałać więcej. Wspomożony dodatkowo sprzyjającymi okolicznościami polityki światowej i międzynarodowego układu sił, Wałęsa mógł wykorzystać tę sytuację – wymóc opuszczenie granic Polski  przez wojska sowieckie i odzyskać suwerenność państwową. Bilans dla Lecha Wałęsy jest ewidentnie korzystny.

W polityce liczy się jedynie bilans ostateczny.

Bilans panowania Stanisława II Augusta  był całkowicie negatywny. Mimo to, po wielu latach sprawiedliwość została mu oddana. Resztki jego szczątków zostały sprowadzone do kraju i z czcią umieszczone w warszawskiej katedrze.

Jak długo trzeba będzie czekać na beznamiętną ocenę dzieła Lecha Wałęsy ? Ile czasu będą potrzebować Polacy, by dostrzec analogię, toutes proportions gardées, pomiędzy jego sukcesem a dokonaniami marszałka Józefa Piłsudskiego ?

 

NB. Niniejszy tekst powstał w oparciu o szeroko dostępne materiały bibliograficzne oraz pochodzące z encyklopedycznych danych internetowych.

 

 

Powrót do spisu treści

 



[1] Aluzja do wypowiedzi ministra Radosława Sikorskiego  o Prezydencie Lechu Kaczyńskim  w Bydgoszczy  dnia 28 lutego 2010 r.: „Prezydent wolnej Polski  może być niski, ale nie powinien być mały”]

[2] Kłamliwe oświadczenie parlamentarne minister zdrowia Ewy Kopacz

[3] Wielokrotne publiczne ekscesy posła Janusza Palikota

[4] Tej nocy Rosjanie, bez uprzedzenia strony polskiej, podmienili polską tablicę pamiątkową na lotnisku w Smoleńsku na swoją, o innym tekście.

[5] Chodzi o ugrupowanie o nazwie „Ruch Palikota”, na które głosowało 10,02 % wyborców i które zdobyło 8,7 mandatów poselskich w Sejmie.

[6] Władysław Andrzej Serczyk, Poczet władców Rosji, PULS Publications Ltd, London  1992, str. 147

[7] W 1767 r. powiedział angielskiemu dyplomacie Jamesowi Harrisowi , że Szkołę Rycerską założył po to, by dostarczać kadry oficerskie Rosjanom – z tego właśnie powodu miała się ona cieszyć poparciem carycy Katarzyny II . Źródło: W. Zawadzki, Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców t.1-2, PIW 1963 Warszawa .

[8] Józef Hen, Mój przyjaciel król, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2003, str. 377.

[10] Władysław Zajewski , Józef Wybicki, Warszawa 1983, s. 129–131.

[11] wywiad udzielony TV Polsat, 4 czerwiec 2008 stenogram, www.prezydent.pl.

[12] wywiad Moniki Olejnik  Kropka nad i, 15 październik 2008, TVN 24.

[13] Sławomir Cenckiewicz , Piotr Gontarczyk : SB a Lech Wałęsa: przyczynek do biografii. Gdańsk: Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, 2008. ISBN 978-83-60464-74-8. 

[14] Paweł Zyzak : Lech Wałęsa. Idea i historia. Arcana, 2009.

[15] Protokół z przesłuchania w dniu 18 listopada 2008 w Gdańskim świadka – byłego funkcjonariusza SB Edwarda Graczyka  przez Wojciecha Kaplińskiego , prokuratora Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku z udziałem Lecha Wałęsy  oraz jego pełnomocnika adw. Włodzimierza Wolańskiego .

[16] Gazeta Wyborcza z 10 grudnia 2008 – wywiad z Edwardem Graczykiem przeprowadzony przez red. Macieja Sandeckiego .