Strona główna > Felietony, Eseje, Przemyślenia Lata 2012-2016

 

[51] 2016.09.28   Miałem sen...

Miałem onegdaj piękny sen. Byłem w bliżej nieokreślonym miejscu – w jakimś środowisku, otoczeniu. Miejsce to musiało być wyjątkowe, gdyż czułem się w nim swojsko i bezpiecznie. Środowisko otaczało mnie jakby tysiącami niewidocznych nici, z których każda dostarczała siłę i absolutną pewność, że nie spotka mnie tu żadna krzywda. Wręcz przeciwnie – miałem świadomość, że środowisko zainteresowane jest wyłącznie tym, aby zapewnić mi całkowite, bezwarunkowe bezpieczeństwo. Że tak długo, jak długo tam się znajduję, mogę oddychać spokojnie, pełną piersią, bez lęku i obawy przed jakimkolwiek zagrożeniem.

Nic dziwnego, że obudziłem się w doskonałym nastroju. Zacząłem więc zaraz zastanawiać się, dlaczego nie dzieje się tak w życiu codziennym? Dlaczego żyję w stanie permanentnego poczucia zagrożenia i niepokoju o przyszłość i bezpieczeństwo moje, mych najbliższych, mego kraju i mej cywilizacji?

Nie można żyć bez stresu, gdy co dzień, jak obuchem w głowę, prasa i wszystkie inne media, dostarczają nam regularnie, zgodnym chórem (w tym jednym jedynym przypadku) pełne pakiety informacji z których jasno wynika, że memu krajowi i mej cywilizacji grozi śmiertelne niebezpieczeństwo rozkładu i destrukcji? Dlaczego wielu reprezentantów elit mego narodu oraz najwyższych organów administracji państwa w którym żyję, nie dorasta do wysokich wymogów swego zawodu i zajmowanej w nim pozycji? Jaki jest powód, że nie wywiązują się ze swych podstawowych obowiązków służbowych, polegających na zapewnieniu swym obywatelom bezpiecznego życia (nie mówiąc już o ich własnym postępowaniu, wynikającym często z braku przestrzegania zasad honorowego zachowania się):

·               Dlaczego kadra naszych lokalnych działaczy i pracowników organów samorządu terytorialnego zbyt często ulega pokusie przedkładania swych własnych, prywatnych interesów nad interesami społeczności, która ich powołała?

·               Dlaczego w ślad za administracją lokalną, duża ilość naszych deputowanych do Parlamentu nie pracuje tam dla pomnożenia naszego wspólnego dobra, lecz dla interesu swej partii, stronnictwa, koła, grupy lub swego własnego, trwoniąc nasze, ulokowane w nich zaufanie? Czemu trwonią swój czas i energię (a więc nasz czas i naszą energię) na działania pozorowane i bezproduktywne, prowadząc gry wojenne? Zamiast współpracować z innymi i przyczyniać się do tworzenia wspólnego dobra, szkodzą gdzie mogą i sabotują. Co jest przedmiotem tej wojny, prowadzonej na wielu frontach? Czy to po prostu zwykła cecha charakteru ludzi małego formatu która powoduje, że ci, którym społeczeństwo, z powodu ich nieudolności odebrało władzę, prowadzą totalny sabotaż pracy tych, którym społeczeństwo udzieliło mandat na pełnienie władzy. Skutkiem tego ci, którym w wolnych demokratycznych wyborach tę władzę społeczeństwo powierzyło, zamiast zająć się pracą twórczą, muszą trwonić swój czas i energię na obronę przed atakami tych, którym mandat zaufania został cofnięty. Przypomina to walkę z wiatrakami lub opędzanie się przed sforą wygłodniałych wilków. Natężenie, rozległość i moc determinacji, z jaką pokonani atakują zwycięzców potwierdza, iż chodzi tu o coś więcej niż o zranioną ambicję – chodzi o odzyskanie utraconych pozycji, zapewniających wpływy i pieniądze. Z mojego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia zwykłego, szarego obywatela, jest to klasyczny przykład sabotażu i prymitywnej prywaty, prowadzonej w swoim partykularnym interesie, wbrew racji stanu ogółu obywateli kraju. 

·               Dlaczego sejmowi przedstawiciele narodu, delegowani do pracy w Parlamencie Europejskim, przenoszą krajowe gry wojenne na forum międzynarodowe? Tam również przedstawiciele przegranych frakcji atakują (zamiast współtworzyć), głosując wraz z posłami obcych krajów przeciw interesom Polski. Przedstawiciele wygranych trwonią zaś czas na obronę (zamiast zająć się tworzeniem). Wojna, prowadzona na forum zewnętrznym, nosi już nie tylko znamiona pospolitego sabotażu. Jest działaniem, mającym ewidentne cechy zdrady swego kraju poprzez współpracę z obcymi, w celu sabotowania interesu swoich obywateli (przykład: zgoda na likwidację polskiego przemysłu stoczniowego, co spowodowało wzrost bezrobocia w Polsce oraz poprawę sytuacji stoczni niemieckich i francuskich).

·               Dlaczego pracownikom Wymiaru Sprawiedliwości tak często zdarza się mijanie z prawdą, prawem i sprawiedliwością? Społeczeństwo od dawna miało poważne zastrzeżenia w tej materii. Nie tylko co do prawości ich charakterów, ale także do ich politycznej niezawisłości oraz ich zawyżonego, pyszałkowatego EGO. Dyspozycyjność pracowników polskiego sądownictwa wobec polityków ma u nas niechlubną tradycję (przykład: znana prowokacja dziennikarska, której uległ sędzia z Gdańska[1]). Także przykład pijanego prokuratora z Włocławka[2], któremu, pomimo ewidentnych dowodów prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości w godzinach pracy, gdańska prokuratura nie postawiła żadnych zarzutów, ani nie odebrała prawa jazdy. A obecnie, na naszych zdumionych oczach, rozgrywają się dwie tragifarsy braku bezstronności stróżów prawa: jedna – z udziałem Prezesa Trybunału Konstytucyjnego[3], który okazał się nie być bezstronnym wobec istniejących w Polsce różnych opcji politycznych, oraz druga – autorstwa też sędziego, członka Zarządu Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich[4], który wykazał swe zaangażowanie polityczne, porównując w sposób skandaliczny Jarosława Kaczyńskiego (widocznie prezesa nieobdarzanej przez niego sympatią partii), do zbrodniczego Adolfa Hitlera. Niedawno na szczyt drabiny samouwielbienia, pychy i absurdu purnonsensu w stylu Mrożka udało się wdrapać, na Kongresie Sędziów Polskich, Pani sędzi Naczelnego Sądu Administracyjnego[5], która zawyrokowała do mikrofonu z pełnym autorytetem swego zawodu: „To my jesteśmy solą tej ziemi…” oraz „Sędziowie to zupełnie nadzwyczajna kasta ludzi…” (sic!). Te obłędnie pyszałkowate słowa zostały wypowiedziane przez członka korporacji sędziowskiej mimo tego, że czasy niechlubnej pamięci PRL-u (nośnika, jak wiemy, jedynie słusznej wykładni prawdy) skończyły się już dwadzieścia siedem lat temu! Casus ten stanowi, niestety, niewątpliwy skutek tej fatalnej okoliczności, że jakieś przemożne ciemne siły zadbały o to, aby tej wspaniałej, nadzwyczajnej „kaście” ludzi został po transformacji ustrojowej oszczędzony proces dekomunizacji (wbrew ich oczywistemu zbiorowemu pożytkowi). Powyższe przykłady, wybrane wśród wielu innych, pokazują, jak daleko zaszedł w Polsce rozkład moralny pracowników Wymiaru Sprawiedliwości. Nie dotyczy to, niestety, jedynie zawodu sędziego, lecz także niektórych nieuczciwych notariuszy czy komorników. Kondycja moralna dużej liczby przedstawicieli polskiego Wymiaru Sprawiedliwości i pracowników egzekucji prawa, będąca cyniczną spuścizną po PRL-u, okazała się być zatrważająca. Ile wody przepłynąć musi w Wiśle, aby do nader jeszcze licznych „zamrożonych umysłów” dotarło wreszcie, że czasy już zmieniły się diametralnie? Że żyjemy w państwie prawa, a uprzywilejowane „kasty”, do których prawa się nie stosuje, już nie istnieją. Stąd nadzwyczaj godne pochwały są wszelkie inicjatywy legislacyjne, zmierzające do podporządkowania rygorom prawa także i nietykalnych dotąd pracowników Wymiaru Sprawiedliwości. Z oczywistych powodów, rygorom bardziej surowym niż te, stosowane wobec zwykłych obywateli.

Dotarłszy do tego miejsca mych rozważań stwierdziłem z nostalgią, że chętnie bym powrócił z powrotem do mego błogiego snu i pogrążył się znów w jego bezpiecznym zaciszu. Zdałem sobie bowiem sprawę, że wrażenie jego przytulnego środowiska było bez wątpienia jakimś dalekim echem z okresu mego życia przed narodzeniem, gdy niczym nie zagrożony, rozwijałem się we wnętrzu mej Rodzicielki. I tu przyszła oczywista refleksja, wypowiedziana już kiedyś wcześniej przez Ronalda Reagana: fakt, że się urodziłem i mogę pisać te słowa, zawdzięczam właśnie temu, że moja Matka nie dokonała aborcji. Współczesne dzieci, te jeszcze nienarodzone, nie mają już tej pewności i tego psychicznego komfortu, jaki mam ja i wszyscy moi, już urodzeni bliźni. Ich matki są bowiem usilnie przekonywane przez członków rozmaitych, mniej lub bardziej różowych Salonów, że eufemistyczne „usunięcie płodu” (czyli zabicie poczętego już życia) jest, według nich, po prostu realizacją oczywistego prawa kobiet do panowania nad swym własnym ciałem. Jakże można by odmówić współczesnej wyemancypowanej kobiecie prawa do decydowaniu o swym ciele?

Salonowi stronnicy aborcji przemilczają jednak kobietom celowo i tendencyjnie oczywisty fakt, że w tym właśnie okresie przyszła matka nie jest już bytem samoistnym. Jest bowiem nosicielką również i ciała drugiego, zupełnie innego osobnika. Ciała odrębnego indywiduum – swego dziecka, posiadającego zupełnie inny zespół chromosomów. Ciała, co do którego nie ma wątpliwości, że zarówno po, jak i przed opuszczeniem zacisznego wnętrza swej matki, było ono i pozostaje nadal ciałem całkowicie odrębnego człowieka. Osobnika, któremu przysługują wszystkie współczesne prawa obywatelskie, łącznie z dowodem osobistym, paszportem i opieką medyczną. W tym także i bezwarunkowy obowiązek ochrony jego życia przez wszystkie instancje i organy jego współczesnego, cywilizowanego kraju.

Jakie będzie zakończenie tego poważnego dylematu, wyzwalającego w całej Europie tyle emocji, a w polskim społeczeństwie powodującego dziś tak głębokie podziały? Wyobrażam sobie, że problem ten, podobnie jak i wszystkie dotychczasowe dylematy ludzkiej cywilizacji, definitywnie rozwiąże Sędzia Najwyższy. Jest nim CZAS. Za dwa pokolenia (mniej więcej 50 lat), gdy muzułmanie zainstalują w Europie swe prawa już na dobre, wnuczki naszych dzielnych europejskich bojowniczek o wolną aborcję (te, którym udało się przyjść na świat), będą musiały przedzierzgnąć się w uległe trusie. Nie będzie już mowy o jakiejkolwiek obronie swych praw. Znikną wszelkie protesty przeciwko tej wielce dyskryminującej sytuacji, w której mężczyznom wolno wszystko, a kobietom kategorycznie odmawia się prawa do eksponowania urody swego ciała, do prowadzenia samochodu, do chodzenia w bikini na plaży lub takiego drobiazgu, jak aborcja i prawo do dysponowania swym własnym jakoby ciałem? Ich ciała będą wówczas niekwestionowaną własnością ich ojców, a po zamążpójściu – ich mężów.

Ani jedna z nich o aborcji nie będzie już wówczas nawet ośmielała się myśleć. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że wnuczki naszych współczesnych wyemancypowanych bojowniczek o prawa kobiet będą wówczas nosicielkami przyszłych bojowników islamu. A zadaniem tychże bojowników, po przyjściu na świat, będzie likwidacja resztek niedobitków zgniłej cywilizacji europejskiej, która przez wewnętrzne skłócenie oraz swą samobójczą poprawność polityczną i tolerancję, sama uczyniła się tak słabą, że nie była nawet zdolna do skutecznej samoobrony.

Komentarze

Paweł Rey

Dziękuję za tą wypowiedź, którą przeczytałem z uwagą i jak sądzę ze zrozumieniem. W wielu miejscach podzielam pogląd, choćby krytykę jakości Wymiaru Sprawiedliwości, jednak z wyłączeniem kwestii Trybunału Konstytucyjnego. W tym przypadku to nie jest spór dotyczący Wymiaru Sprawiedliwości, to jest spór o Konstytucję, o ustrój Polski. Wygrani w wyborach nie otrzymali mandatu od wszystkich wyborców, nie otrzymali mandatu koniecznego do większości konstytucyjnej. Przegrani również otrzymali mandat, do współtworzenia prawa, poprzez zasiadanie w Parlamencie. Korzystają z niego, choć jak widać bez większych szans, nawet na wysłuchanie. Nie zgadzam się też w ocenie zachowania polskich europarlamentarzystów. Pamiętam jak w poprzedniej kadencji skargi składali posłowie Ziobro, Duda, Legutko, Błaszczak, Macierewicz i inni. Były to skargi nieuzasadnione, wręcz żałosne, o których, jak widać, teraz lepiej nie pamiętać. Co do "czarnego marszu", nie zmieniam zdania. To nie jest walka o możliwość dokonywania aborcji, dla sportu, na żądanie. To jest walka o szacunek, o miłość, opiekę, i troskę, którą powinna być otoczona każda kobieta, a szczególnie ta, która nosi w sobie nowe życie. To jest walka o prawo do opieki lekarskiej, do badań prenatalnych, do diagnozy i decyzji wynikającej z wiedzy medycznej, i świadomości kobiety i jej rodziny, a nie z Kodeksu Karnego. Ciąży nie może prowadzić prokurator, policjant, czy lekarz, który jest skrępowany paragrafami, obawiający się o własną wolność, przy podejmowaniu działań medycznych, takich jak choćby badania płodu, nie mówiąc o możliwych już dzisiaj operacjach płodu, ratujących życie i zdrowie matki i dziecka. Nie może być tak, że lekarz będzie musiał czekać, aż kobieta zacznie umierać, np. wskutek krwotoku, żeby mógł podjąć działania ratujące życie matki, z narażeniem życia płodu. Taka regulacja, to jest sadystyczne okrucieństwo, na które nie ma miejsca w społeczeństwie, w którym chciałbym żyć, wraz z moimi dziećmi. Nie znam nikogo, kto musiał, czy chciał dokonać aborcji. Jeżeli poznam taką osobę, zaręczam, do głowy mi nie przyjdzie osądzać, karać, czy odsuwać się od niej. Nie mam do tego prawa. Uważam też, że do zmiany w tym obszarze prowadzi zupełnie inna droga. To edukacja, dostęp do opieki lekarskiej, i przede wszystkim miłość. A o przyszłość aż tak się nie martwię, walczmy o lepszą edukację i opiekę lekarską, a będzie dobrze.

Paweł Rey 05.10.2016, 12:26

 

Wacław Mauberg

Wypowiedź obszerna i polemiczna. Oparta jednak na braku zrozumienia, bo nie posądzam o celowe przeinaczenie. A przeinaczenia (niedopowiedzenia) są następujące, po kolei: 1) "Trybunał Konstytucyjny". Cała ta niesmaczna i wybitnie psująca Polsce opinię heca nie miałaby miejsca, gdyby poprzednia ekipa rządowa zachowała się uczciwie (honorowo) - nie wybrała chyłkiem, pod koniec swej kadencji, nowych sędziów TK ze swego nadania. O tym się jakoś nie mówi, a tu tkwi źródło zła, bo nowi nie mogli nie zareagować na taką sytuację. 2) "Taka regulacja, to jest sadystyczne okrucieństwo, na które nie ma miejsca w społeczeństwie, w którym chciałbym żyć, wraz z moimi dziećmi": Sęk w tym, że autorem tej "regulacji", wywołującej tak gwałtowne protesty i powszechne potępienie (ale mających wyraźnie polityczny, antyrządowy podtekst), nie jest "Państwo, ustanawiające mściwe prawo", lecz "Strona Społeczna". Nowa ekipa zrobiła jedyne możliwe posunięcie - odesłała propozycję do Komisji Sejmowej. Każde inne załatwienie tej sprawy wywołałoby jeszcze większą lawinę protestów, podejrzeń, insynuacji o złą wolę itp. Żadna Komisja, (zakładam, że składają się one z ludzi rozumnych), nawet gdyby nie było tych gwałtownych protestów, nie przepuściłaby tak absurdalnie radykalnej propozycji. Komisja albo ją odrzuci, albo oszlifuje do postaci bliskiej dotychczasowemu konsensusowi. 3) Manifestanci z "czarnych marszów", nawet o tym nie wiedząc, uczestniczą w podgrzewaniu nastrojów wewnątrz Kraju, a na zewnątrz wspomagają politykę różowych salonów, niechętnych Polsce, pragnących ją zwasalizować i mieć ją na smyczy. 4) Co do przyszłości - mamy absolutny obowiązek o niej myśleć i ją przewidywać. W przeciwnym przypadku znów znikniemy z mapy Europy.

Wacław Mauberg 05.10.2016, 18:26

Masz uwagi ? – Napisz

 

Powrót

 



[1] Sędzia Ryszard Milewski, prezes Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

[2] Prokurator Rafał K., dwukrotnie zatrzymany za jazdę w stanie nietrzeźwości. Został za to jedynie „zawieszony w czynnościach”.

[3] Sędzia Andrzej Rzepliński

[4] Sędzia Cezary Skwara. Postępowanie wobec niego zostało umorzone przez sędziowski Sąd Dyscyplinarny.

[5] Sędzia Irena Kamińska